Świadkowie Jehowy, których często spotykamy u naszych drzwi, stają się coraz bardziej widoczni. Przyczyniają się do tego przywódcy Strażnicy, którzy stale dopingują swych podopiecznych do ciągłego głoszenia jak i wynajdują nowe formy działania jak np. nieoficjalne świadczenie, kolportaż literatury na ulicach itp. Ich kolorowe czasopisma: „Strażnica” i „Przebudźcie się!” stają się wszystkim znane. Tylko niewielu z nas katolików, zdaje sobie sprawę z kłopotów […]

Read More →

Czas na podsumowanie. Jeśli zostałeś ochrzczony w Kościele katolickim i w nim żyjesz, i modlisz się, to dobrze trafiłeś! Nawracaj się więc coraz bardziej na biblijne, katolickie chrześcijaństwo. Odkryj dar nowego narodzenia, aby móc żyć w pełni po katolicku. Stawaj się coraz bardziej wolnym i coraz bardziej katolickim chrześcijaninem. Ucz się biblijnej modlitwy: jest ona najbardziej tradycyjną, katolicką modlitwą. Katoliku, dobrze w życiu trafiłeś!

Prawdy wiary, zwyczaje modlitewne, niedzielna Msza św., pięć warunków spowiedzi wszystko to wynika z wiernej lektury Biblii, takiej, jaka jest. Wynika z niej też jeszcze wiele innych rzeczy! Żyjesz we wspólnocie wiary, która od czasów Jezusa Chrystusa i Jego Apostołów ma jedną ambicję: żyć i modlić się w zgodzie z Bożym zamiarem. Słowa, wypowiedziane przez wielkiego świętego Kościoła starożytnego w trzecim wieku, niech dziś staną się naszym chlubnym zawołaniem i powodem do radości. Opisują one nasze życie wiary:

"Jeden jest tylko Bóg, a poznajemy Go nie skądinąd, ale z Pisma św. […] nie godzi się iść za własnymi pragnieniami i własnym rozumieniem ani też przeinaczać tego, co od Boga pochodzi, ale pojmować Jego naukę tak, jak On zechciał ją podać w Piśmie św." (św. Hipolit).

Wniosek ze wszystkich powyższych rozważań jest następujący: Kościół katolicki jest znakomitym miejscem na zrealizowanie planu życiowego polegającego na tym, aby studiując Pismo św. zacząć żyć pełnią biblijnego chrześcijaństwa, narodzić się na nowo i przeżywać wolność chrześcijańską. Powiedzieć, że jest miejscem znakomitym, to może nawet jeszcze za mało. Należałoby powiedzieć: jest najlepszym miejscem na świecie!

Jak wobec tego zrozumieć poszukiwanie przez byłych katolików pełni chrześcijaństwa poza katolicką wspólnotą? Jakie bywają przyczyny takich odejść od Kościoła katolickiego? Jest ich kilka. Na przykład poczucie uwolnienia od bezdusznego rytuału i niezrozumiałego obowiązku. A przyczyna często bywa zawiniona przez przedstawicieli wspólnoty katolickiej, którzy czasem nie wiedzą, że to, co jawi się im jako "jedynie prawdziwa duchowość katolicka", to po prostu formy pobożności ukształtowane w XIX wieku, a spopularyzowane często dopiero kilkadziesiąt lat temu. Czy rzeczywiście nie można być katolikiem inaczej, jak tylko na sposób popularny dopiero od "wczoraj" historii Kościoła, na przykład z entuzjazmem do nabożeństw majowch i czerwcowych? W prezentacji katolicyzmu czasem gubi się świadomość, że pobożność ludowa (różaniec, pielgrzymki, medaliki, droga krzyżowa) jest tylko pożyteczna – a obowiązkowe są sakramenty. Gubi się rozróżnienie tego, co należy do istoty, od tego, co jest ozdobą do wyboru, według duchowych upodobań.

Inną przyczyną odejść jest pragnienie życia dokładnie według Słowa Bożego. O ile mylne jest ogólne mniemanie, że Kościół katolicki żyje Słowem mniej niż niechętni mu rywale, to jednak w przypadku konkretnego człowieka, który zetknął się z ubogą propozycją swojej parafii, po odejściu do niekatolickiej wspólnoty jego osobiste życie wiary naprawdę może być pełniejsze niż poprzednio.

Ważnym powodem jest też chęć znalezienia się na szczycie fali spiętrzonej w historii świata przez Ducha Świętego. Ta chęć jest dobra i godna pochwały! Jeśli ktoś spełnienia takich pragnień szuka poza Kościołem katolickim, to może warto w poszukiwaniu winnych zapytać, na ile na przykład mógł spotkać się w swojej parafii z odczuciem przełomowego i niezwykłego momentu roku 2000, z historyczną chwilą Wielkiego Jubileuszu, z wielkim planem Bożym związanym z czasami, w jakich żyjemy. Może ktoś odszedł z Kościoła, który jawił mu się jako monotonne powtarzanie ciągle tego samego, w szarej rutynie identycznych lat i okresów liturgicznych?

Dla wielu taką przyczyną staje się wreszcie ogromna tęsknota za "chodzeniem z Panem", a więc za intymną i codzienną relacją z Jezusem, co w katolickiej praktyce parafialnej rzeczywiście może skryć się za skomplikowanym rytuałem kościelnym.

Na zakończenie naszego tekstu jeszcze jedno pytanie: jeśli wiara i praktyka Kościoła katolickiego tak wyrasta z Biblii, jak kwiat z łodygi, to skąd biorą się różnice między wyznaniami chrześcijańskimi? Czy to znaczy, że inni chrześcijanie nie znają Pisma św. albo że nie chcą zrozumieć najprostszych rzeczy? Nie, oczywiście tak nie jest. Istnieją trudne do przezwyciężenia ważne powody naszego wzajemnego różnienia się między sobą.

Część takich różnic bierze się z wyboru tego fragmentu Biblii, który będzie traktowany jako najważniejszy i który będzie służył jako światło dla całej reszty biblijnego tekstu. Czy taki wybór jest potrzebny? Czy nie można traktować całej Biblii jako równie cennej? Otóż wszyscy chrześcijanie takiego wyboru dokonują: na przykład uważają, że Nowy Testament ma służyć jako światło dla zrozumienia Starego Testamentu i dlatego na przykład nie w pełni i nie w całej rozciągłości stosują się do żydowskiego Prawa. Trudniejszym problemem jest, gdy przed podobnym zadaniem stajemy w obrębie Nowego Testamentu.

Dla wielu chrześcijan z nowo powstałych Kościołów, których opinie bywały przytaczane w naszym tekście, często najważniejszym punktem wyjścia jest nauczanie św. Pawła, zwłaszcza z Listów do Rzymian i do Galatów. W świetle Pawłowego nauczania interpretuje się wtedy również Ewangelie. Dlatego jeśli chrześcijanie tacy przeczytają na przykład o wytrwałości jako warunku zbawienia ("kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony" Mt 24, 13), to będą starali się wyjaśnić te słowa Jezusa Chrystusa w świetle wypowiedzi Apostoła, która może sugerować bezwarunkowe zbawienie (np."łaską jesteście zbawieni przez wiarę […] nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił" (Ef 2, 8).

Dla katolików zaś tradycyjnie absolutnym punktem wyjścia są słowa Jezusa zapisane w czterech Ewangeliach. To one uchodzą za światło, któremu należy podporządkować wszystko i w którym wszystko należy wyjaśniać. Dlatego, by pozostać przy podanym przykładzie, nadrzędne wydadzą się nam słowa wzywające chrześcijanina do wysiłku "kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony" (Mt 24, 13). Wielkiego znaczenia nabierze też wezwanie do czynu: "miłosierdzie [chodzi o miłosierdzie czynione przez człowieka] odnosi triumf nad sądem" (Jk 2, 13).

Jak łatwo zauważyć, obie te postawy przy odpowiedniej dawce dobrej woli mogłyby się wzajemnie ubogacić i służyć jednocześnie za pomoc w trwaniu wierności Biblii. Z kolorowych kamyków biblijnych fragmentów i cytatów można ułożyć przepiękne mozaiki, niekoniecznie identyczne. Znawcy Biblii wiedzą, że istnieje różnorodność ujęć i podejść już w samym Nowym Testamencie: co innego akcentuje Ewangelia Mateuszowa, co innego św. Jana, co innego Apostoł Jakub, a odmienne znowu rzeczy św. Paweł. Nazywa się to "pluralizmem teologii Nowego Testamentu". Na tym zresztą opiera się ekumenizm: nie jest on przecież wynikiem wzajemnych kompromisów, jak w polityce, ale rodzi się z dostrzeżenia, że mozaika sąsiada zawiera coś, czego może brakować mojej mozaice.

Możemy wzajemnie wzbogacać nasze poznanie dzieła Chrystusa. Niestety, dzieje się tak stanowczo za rzadko. Jedną z przyczyn jest zawłaszczanie przez pewne grupy tylko dla siebie nazwy "biblijni chrześcijanie" i napastliwość wobec tych wszystkich, którym takiej nazwy nie chce się przyznać. Połączony z prośbą o życzliwe potraktowanie katolickiego pragnienia wierności Biblii i z przeproszeniem za uprzednią napastliwość w słowach, niniejszy tekst w tym sensie mógłby pomóc w pojednaniu. Pojednanie to potrzebne jest tym wszystkim, którzy noszą miano chrześcijanina i którzy nie zapominają o postawie pokory: "w pokorze oceniajcie jedni drugich za wyżej stojących od siebie; niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale także i drugich" (Flp 2, 3-4).

Read More →

Zbawienie od zaraz?

Bracie, czy jesteś zbawiony?

– Czy jesteś zbawiony, bracie katoliku?
– Cóż, mam nadzieję, że jeśli będę żył po chrześcijańsku, to po śmierci pójdę do nieba, że wtedy będę zbawiony…
– W takim razie nie jesteś zbawiony! Ktoś wprowadził cię w błąd, bracie, mówiąc, że na zbawienie musisz czekać przez całe życie. Tymczasem już dziś możesz być zbawiony! Już w tej chwili możesz mieć absolutną pewność zbawienia! A więc: czy chcesz być dziś zbawiony? Jeśli tak, to tu, na tym miejscu, przyjmij przez wiarę Jezusa do swego serca! I problem twojego zbawienia zostanie rozstrzygnięty w ciągu jednej minuty na zawsze, na wieki.

a. Zbawienie: dziś czy po śmierci?

Dialog taki, jakkolwiek fikcyjny, mógłby faktycznie mieć miejsce. Radykalnie usposobieni nadgorliwcy zarzucają czasem nam, katolikom, że osłabiamy pewność wiary, mówiąc o zbawieniu dopiero po śmierci, w niebie. Tymczasem podobno Biblia uczy, że mogę zostać zbawiony w jednej chwili, kiedy tylko uwierzę, kiedy przyjmę Jezusa, gdy zostanę chrześcijaninem.

Oto dwa zdania zaczerpnięte z broszur propagujących taką tezę:

"Przez jeden akt wiary zbawiony jesteś na wieczność".

"Kościół katolicki głosi fałszywą ewangelię, nie informując ludzi, że kiedy tylko przyjmą Chrystusa jako Pana i Zbawiciela mogą być absolutnie pewni swojego zbawienia na wieki! Tacy ludzie już przecież są zbawieni!"

Rewelacje te zawarte są jak się nas zapewnia w Biblii i biblijnemu chrześcijaninowi nie pozostaje nic innego, jak je przyjąć.

Czy jest to temat ważny? Czy warto dyskutować o takich rzeczach? Raczej tak. Zbawienie jest celem naszej wiary i jeśli nie mamy pełnej jasności w tej kwestii, to znaczy, że błądzimy po omacku. Biblia mówi nam: jako kres waszej drogi "osiągniecie cel waszej wiary zbawienie dusz" (1 P 1, 9). Kiedy idzie się jakąś drogą przez wiele lat, to chyba warto wiedzieć, czy droga ta prowadzi do naszego celu, czy też zaprowadzi nas na manowce. Jak więc ma się sprawa ze zbawieniem? Od tego pytania zależy, czy wiemy, jaki jest cel naszego chrześcijaństwa. Dlatego odpowiedzi na to pytanie poszukajmy w Słowie Bożym: czy już jestem zbawiony, czy też dopiero zbawiony będę?

b. Czy ja, chrześcijanin, jestem już zbawiony?

Rzeczywiście, w kilku miejscach Nowy Testament mówi o naszym zbawieniu jako o czymś, co już się dokonało. Jeśli jesteśmy chrześcijanami, to zostaliśmy zbawieni, a więc teraz zbawieni już jesteśmy. Najmocniej mówi o tym tekst: "łaską bowiem jesteście zbawieni"; "łaską jesteście zbawieni przez wiarę" (Ef 2, 5 i 8). Podobnie wyczytać możemy ze słów: "zbawił nas przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym" (Tt 3, 5); oraz w Liście do Rzymian: "dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie, nie ma już potępienia" (Rz 8, 1).

Te miejsca z upodobaniem cytowane są przez zwolenników tezy o absolutnej pewności zbawienia, które już się w nas dokonało; pewności, której podobno możemy zaznać po osobistym przyjęciu Jezusa, i której nie może naruszyć najbardziej nawet grzeszny sposób życia. Ale Pismo św. znacznie częściej, żeby nie powiedzieć zdecydowanie częściej mówi o zbawieniu jako o czymś, na co my, chrześcijanie, dopiero czekamy.

Apostoł Paweł pisze na przykład o życiu chrześcijanina jako o czekaniu na upragnioną chwilę zbawienia: "teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas niż wtedy, gdyśmy uwierzyli" (Rz 13, 11). Jak widać, mowa jest tu o dwóch różnych momentach. Jeden z nich to uwierzenie, czyli przyjęcie wiary w Chrystusa; należy on do przeszłości i od niego zaczęło się życie wiary. Drugi moment to zbawienie; należy on do przyszłości i wszyscy musimy na ten moment dopiero czekać. Zbawienie dopiero się do nas zbliża. Jest to zbawienie w sensie oczekiwanej przyszłości oczywiście w chwili naszej śmierci lub w chwili powrotu Chrystusa na ziemię.

Dlatego Apostoł radził Filipianom, aby "zabiegali o własne zbawienie z lękiem i drżeniem" (Flp 2, 12). Ma to oczywiście sens tylko wtedy, gdy na zbawienie dopiero oczekują. Tego samego od swojego nauczyciela dowiedzieli się też Koryntianie, gdy św. Paweł pisał im: "[przez Ewangelię] będziecie zbawieni" (1 Kor 15, 2).

Dziwne jest, że w ogóle zdarzają się na ten temat dyskusje i to od kilkuset lat skoro to pytanie stało się wprost i wyraźnie tematem nauczania Pisma. Zbawieni jesteśmy już ale na razie w nadziei, co znaczy, że na zbawienie z ufnością i radością czekamy! "W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni. Nadzieja zaś, którą już się ogląda, nie jest nadzieją, bo jak można się jeszcze spodziewać tego, co się już ogląda? Jeżeli jednak, nie oglądając, spodziewamy się czegoś, to z wytrwałością tego oczekujemy" (Rz 8, 24-25).

Czeka się na coś, co będzie, a nie na coś, co było. Jeszcze nigdy nie widziałem kogoś, kto by w obecnym roku czekał na rok miniony. Wytrwała nadzieja i spodziewanie się dotyczą tego, co będzie jutro, a nie tego, co było wczoraj. Tym czymś jest ostateczne i pełne zbawienie.

c. Już i jeszcze nie

– Czy jesteś zbawiony?
– Tak odpowiadam jako katolik, – Zgodnie z tym, co mówi Biblia, jestem już zbawiony (Ef 2, 5-8), ale też jestem ciągle w trakcie zbawiania przez Chrystusa i w trakcie mojego starania się o to (Flp 2, 12), dlatego też żyję w nadziei, że będę zbawiony w przyszłości (Rz 5, 10 i 8, 24-25). Wiem, że jestem odkupiony i z Bogiem pojednany (Rz 5, 10), ale towarzyszy mi bojaźń i drżenie ((Flp 2, 12) wraz z nadzieją wiary w obietnice Chrystusa (Rz 5, 2 i 2 Tm 2, 11-13). Nie mam jednak absolutnej pewności niezależnej od mojego postępowania, gdyż muszę badać, czy trwam w wierze (2 Kor 13, 5) i powinienem starać się o uświęcenie, gdyż bez tego nie zobaczę Pana (Hbr 12, 14). Wierzę tak, jak wierzyli chrześcijanie od czasów Jezusa Chrystusa i Jego Apostołów, bez żadnych zmian.

Warunki zbawienia?

Będziesz zbawiony, jeżeli…

"Pismo św. nigdy nie głosi, że za grzechy chrześcijanie ryzykują utratę zbawienia". Autor tych rewelacji zapewnia, że zaczerpnął odpowiednie przesłanki z Biblii, z której dowiedział się, że sposób życia chrześcijanina, jego święte życie lub żywot bezbożny i grzeszny nie mogą wpłynąć na wieczne zbawienie. Na tym polega teza o absolutnej pewności zbawienia, której nic naruszyć nie zdoła. Jeśli jest to prawda, to należałoby oczywiście życzyć sobie, aby wszyscy chrześcijanie taką pewność posiedli. Ale jeśli prawdą to nie jest, to pewność okaże się pewnością fałszywą. Z dość poważnymi, jak łatwo sobie to wyobrazić, konsekwencjami…

a. Zbawienia stracić nie można?

Czy łaska Boga, przez którą jesteśmy zbawieni, wyklucza wartość moich dobrych uczynków? Jeśli dziwi kogoś, że takie pytania można zadawać, to trzeba zacytować parę polemicznych tez z upodobaniem wytaczanych nieraz przez niechętne katolikom kręgi: "żadne moje dobre czyny nie mają ze sprawą mojego zbawienia nic wspólnego"; "łaska, przez którą Bóg cię zbawił, wyklucza twoje uczynki"; w sprawie swojego własnego zbawienia "człowiek nie ma nic do zrobienia". Mówi się: "katolicy dodają coś do wiary, twierdzą, że do zbawienia potrzebna jest wiara i coś jeszcze". Tymczasem podobno Biblia mówi, że tylko wiara i kropka!

W najbardziej jaskrawej wersji teoria ta brzmi jeszcze bardziej radykalnie: podobnie jak dobre uczynki w żaden sposób nie miałyby wpływać na ostateczną ocenę człowieka przed Bogiem w dzień sądu, tak samo i złe uczynki, najokropniejsze nawet grzechy, nie mogłyby spowodować utraty zbawienia. Zbawienie raz uzyskane w chwili "przyjęcia Jezusa" miałoby być absolutnie nie do utracenia, nawet przez najbardziej wyzywające grzechy. A oto stosowne cytaty zaczerpnięte z tekstów głosicieli takiej "dziwnej Ewangelii":

"W kościele korynckim pleniły się podziały, bałagan, kłótnie, rozpusta i świętokradztwo; w Listach św. Pawła nigdzie jednak nie znajdziemy wskazówki, że za takie grzechy zapłacą oni utratą zbawienia".

"Bez wątpienia nasze zbawienie nie ma nic wspólnego z uczynkami, choćby były one wspaniałe i dobre, lecz zależy od wiary w Ewangelię".

Najlepszym znawcą problematyki zbawienia jaki kiedykolwiek żył na ziemi, a także najlepszym znawcą ze wszystkich, jacy żyją obecnie i kiedykolwiek żyć będą, jest Jezus Chrystus. A On wypowiedział się raczej jasno w tej kwestii: "Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony" (Mt 24, 13). Dlatego czytamy w Piśmie: "strzeżcie się, żeby was kto nie zwiódł" (Mt 24, 4). A więc zwiedzenie chrześcijanina jest możliwe i może wpłynąć na zbawienie. Co więcej istnieje jakiś warunek zbawienia: jest nim wytrwanie do końca. "Powstaną fałszywi mesjasze […], by w błąd wprowadzić, jeśli to możliwe, także wybranych" (Mt 24, 24). Wybranie przez Boga nie jest więc automatyczną gwarancją na zawsze, jeśli człowiek przestanie w którymś momencie na takie Boże wezwanie odpowiadać. A człowiek nie jest automatem, jest wolny i zły użytek z wolnej woli jest zawsze możliwy.

Czytamy na innym miejscu słowa skierowane do chrześcijan w Koryncie:

"Dopuszczacie się niesprawiedliwości, czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy nie odziedziczą królestwa Bożego. A takimi byli niektórzy z was, lecz zostaliście usprawiedliwieni" (por. 1 Kor 6, 8-11).

Św. Paweł pisze Koryntianom o możliwości utraty zbawienia i o tym, że usprawiedliwienie z grzechów popełnionych w przeszłości nie jest automatycznie usprawiedliwieniem z grzechów popełnionych w przyszłości. Spotykane dziś czasem dziwne nauki o absolutnej pewności zbawienia do tego się bowiem sprowadzą: jestem automatycznie usprawiedliwiony z każdego grzechu, jaki popełnię w przyszłości, gdyż niemożliwe jest, abym kiedykolwiek utracił raz zdobyte usprawiedliwienie, raz dane mi zbawienie. Warto powtórzyć trzy słowa św. Pawła ostrzegające nas wszystkich bez wyjątku: "Nie łudźcie się!"

"O nierządzie zaś i wszelkiej nieczystości niechaj nawet mowy nie będzie wśród was […], żaden rozpustnik ani nieczysty nie ma dziedzictwa w królestwie Chrystusa i Boga" (Ef 5, 3 i 5).

"Postępujcie według Ducha, a nie spełnicie pożądania ciała; jest rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość i tym podobne; co do nich zapowiadam wam: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą" (por. Ga 5, 16-21).

Teksty te są jasne: zbawienie zależy od wiary, ale ma związek także z czynami chrześcijanina. Są takie czyny, które są grzechami. Mało tego, niektóre grzechy mają charakter tak wyjątkowo ciężki, że powodują utratę łaski, a więc zamykają bramę Królestwa. "Jeśli dobrowolnie grzeszymy po otrzymaniu pełnego poznania prawdy, to już nie ma dla nas ofiary przebłagalnej za grzechy" (Hbr 10, 26).

b. Zbawienie pod pewnymi warunkami?

A co z dobrymi uczynkami? Czy są one przydatne w drodze do zbawienia? Czy głoszenie ich potrzeby to rzeczywiście katolicki wymysł, aby utrudnić ludziom dojście do zbawienia, które w przeciwnym wypadku byłoby łatwe i natychmiastowe, jak nie przymierzając rozpuszczalna kawa? Cóż, o takim "wymyśle" dobrze wiedzieli Apostołowie, a nawet zapisali to w Biblii. "Sprawiedliwy z trudem dojdzie do zbawienia" (1 P 4, 18), pisał św. Piotr, a św. Paweł precyzował to jeszcze bardziej, gdy pisał o kobietach żyjących w małżeństwie: "Zbawiona zaś zostanie przez rodzenie dzieci; jeśli wytrwają w wierze i miłości, i uświęceniu z umiarem" (1 Tm 2, 15). Jest to oczywiście dokładnie ta sama nauka, którą uczniowie usłyszeli od Jezusa i zapisali dwukrotnie w Ewangelii: "Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony" (Mt 10, 22 i 24, 13). Jest to w tym sensie "zbawienie warunkowe"! Chrześcijanin będzie zbawiony, jeśli coś będzie czynić. "Jeśli wytrwa w wierze i miłości", "Jeśli wytrwa do końca". Św. Paweł, jak widać, był kolejnym z tych, którzy obok Pana Jezusa "dodawali coś do wiary": zbawienie "przez czynienie czegoś", "pod warunkiem", "jeżeli…"

Czy możemy wobec tego mówić o przeżywaniu pewności naszego zbawienia? Gdyby ktoś chciał to rozumieć jako pewność absolutną, niezależną od swojego dobrego i chrześcijańskiego życia w przyszłości, to musiałby spierać się o swoją pewność zarówno z Panem Jezusem, jak i z Jego Apostołami. Apostołowie takiej absolutnej, niezależnej od niczego pewności zbawienia, wcale nie mieli. "Poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę, abym innym głosząc naukę, sam przypadkiem nie został uznany za niezdatnego" (1 Kor 9, 27). Jak widać, odrobina ascezy i wyrzeczenia dla wzmocnienia pewności zbawienia nie zaszkodzi nam, skoro św. Pawłowi też się przydała. "Staramy się Jemu podobać, czy to gdy z Nim, czy gdy z daleka od Niego jesteśmy. Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre" (2 Kor 5, 9-10). Zamiast absolutnej i niezależnej od niczego pewności możemy natomiast mówić o pewności życiowej, opartej na ufności, że Bóg będzie mnie wspierał w chrześcijańskim życiu, a ja go nie zawiodę i "wytrwam do końca".

Jeden ze "znawców Biblii", wyśmiewał ambicje katolików w tym względzie, twierdząc, że cokolwiek człowiek uczyni, każdy jego najlepszy nawet czyn i tak jest "jak szmata" (powoływał się tu na Iz 64, 5). Cóż, my natomiast chcemy znaleźć się w liczbie tych, którzy oczywiście pamiętając o absolutnym prymacie łaski Boga w naszym życiu jednak wyczytali również i takie Słowo Życia: "Tym, którzy przez wytrwałość w dobrych uczynkach szukają chwały, czci i nieśmiertelności życie wieczne" (Rz 2, 7).

To przecież Jezus powiedział na temat sądu, wiecznego życia lub wiecznego potępienia, że najważniejsze jest "wszystko, co uczyniliście" oraz "wszystko, czego nie uczyniliście". Na tej podstawie "pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego" (Mt 25, 40 i 45-46).

c. Dobre czyny – "współpraca" łaski Boga i woli człowieka

Dobre uczynki, całkiem po prostu, nie stoją w sprzeczności z łaską zbawienia, gdyż same są owocem nie tylko naszych wysiłków, ale przede wszystkim łaski. Bóg z łaski je dla nas przygotował (Ef 2, 10), a my swoją wolną wolą, wspartą łaską Boga, z Nim w tym dziele współpracujemy. Dobre czyny nie muszą "uzupełniać" łaski gdyż same są współdziałaniem łaski i decyzji wolnej woli chrześcijanina napełnionego Duchem Świętym.

(Uwaga! Część fundamentalistów biblijnych twierdzi, że żaden człowiek nie ma w ogóle wolnej woli, że istnienie wolnej woli jest "katolicką herezją"! Dyskusja z nimi w tej kwestii jest przedsięwzięciem wysoce frustrującym. Jak dyskutować z kimś, kto twierdzi, że jest automatem?)

Uwagi o absolutnym prymacie łaski na pewno się nam, katolikom, przydają, jeśli padają ze strony życzliwych krytyków. Bywa przecież tak, że katolik streszcza nadzieję chrześcijańską w słowach: "Jeśli będziesz dobrze żył i nagromadzisz dużo dobrych uczynków, to w nagrodę pójdziesz do nieba". Na tym czasem jego wyobrażenie o drodze do zbawienia się kończy. Zdarza się to niekiedy (i wskazuje na braki podstaw wiadomości religijnych z zakresu drugiej klasy szkoły podstawowej, gdyż jedna z sześciu głównych prawd wiary nauczanych właśnie wtedy mówi: "Łaska Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna"). Ale lekarstwem na wjechanie samochodem w drzewo z lewej strony drogi nie jest na pewno zderzenie ze słupem po stronie prawej. Czy bowiem lekarstwem na wspomniane wykoślawienie chrześcijańskiej nadziei jest z kolei głoszenie, że zbawienie nie ma nic, ale to dokładnie nic wspólnego ze sposobem życia człowieka wierzącego?

Można przecież mówić o zasługach, które z łaski Boga i za Jego pomocą przyniesiemy ze sobą na sąd Boży. "Zasługi" to wprawdzie słowo, który tradycyjnie budziło oburzenie niektórych chrześcijan niechętnych katolicyzmowi, ale chyba jednak biblijny chrześcijanin może mówić o zasługach człowieka przed Bogiem, skoro mówili o tym natchnieni autorzy w Biblii. "Nie jest bowiem Bóg niesprawiedliwy, aby zapomniał o czynie waszym i miłości" (Hbr 6, 10); "Błogosławieni, którzy w Panu umierają […] idą wraz z nimi ich czyny" (Ap 14, 13); "Osądzono zmarłych z tego, co w księgach zapisano, według ich czynów […] każdy został osądzony według swoich czynów" (Ap 20, 12). Są to czyny nie tylko złe, sprowadzające osąd skazujący, ale i dobre sprowadzające pochwałę. Kiedy święci idą po śmierci do Boga, to "idą wraz z nimi ich czyny" (Ap 14, 13). Nawet sam Jezus zapowiada: "dam każdemu z was według waszych czynów" (Ap 2, 23), a Apostołowie napominali: "Niechże i nasi wierni nauczą się przodować w spełnianiu dobrych czynów […] – żeby nie byli bez zasług" (Tt 3, 14).

Zasługa jest owocem łaski, ale tylko w takim sercu, które zechciało z tą łaską współpracować, czyli jak mówi Pismo coś uczyniło ze swej strony: "Jeśli ktoś usłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego" (Ap 3, 20). To właśnie nazywamy współpracą z łaską. Musisz coś uczynić ty sam ("otworzyć drzwi"), aby Jezus mógł coś uczynić w tobie ("z tobą wieczerzać"). Dlatego św. Piotr zachęca nas w Biblii, abyśmy lękali się o nasze święte postępowanie właśnie z powodu przyszłego zbawienia: "jeśli bowiem Ojcem nazywacie Tego, który sądzi według uczynków każdego, to w bojaźni spędzajcie czas swego pobytu na obczyźnie" (1 P 1, 17). Apostoł powtarza tymi słowami tylko to, czego nauczył się od Jezusa. A nasz Zbawiciel uczył wyraźnie: "ci, którzy pełnili dobre czyny, pójdą na zmartwychwstanie życia; ci, którzy pełnili złe czyny na zmartwychwstanie potępienia" (J 5, 29).

Jeśli przyjmie się karkołomną tezę o tym, że zbawienie nie ma nic wspólnego z uczynkami chrześcijanina, z jego świętym albo grzesznym życiem, z jego szlachetnym i ofiarnym albo podłym i wstrętnym postępowaniem, to różne teksty Pisma św. mówiące o zbawieniu stają się przedziwnym chaosem. Jedne mówią o zbawienia z łaski niezależnym od uczynków (Ef 2, 9), inne o tym, że o zbawieniu decyduje sąd Boga nad naszymi uczynkami (Mt 25, 45). Jedne mówią o tym, że kto uwierzy, nie idzie pod sąd (J 3, 18), a inne o tym, że wszyscy staniemy przed trybunałem (2 Kor 5, 10), jedne mówią, że usprawiedliwienie przychodzi na podstawie samej wiary, a nie z uczynków (Rz 3, 28), inne wręcz odwrotnie, że usprawiedliwieni jesteśmy na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary (Jk 2, 24)… I w końcu nic z tego nie można zrozumieć.

Jeśli natomiast przyjmie się tradycyjne katolickie nauczanie, to Dobra Nowina Pana Jezusa głoszona przez Jego Apostołów i spisana w Biblii stanie się przedziwnie jasna i zrozumiała. Twoja historia z Jezusem to kilka etapów, w których rola wiary i uczynków jest różna. Etapy te to najpierw usprawiedliwienie, potem uświęcenie, a wreszcie zbawienie. Są to trzy biblijne pojęcia o precyzyjnym znaczeniu i mylenie ich prowadzi do chaosu i poważnych błędów. Biblia staje się niezrozumiała. Wiele jej fragmentów trzeba wtedy pomijać jako rzekomo "mniej istotnych". Czasem pierwszy z tych etapów, usprawiedliwienie, też nazwane bywa określeniem "zbawienie". W końcu po grecku "zbawienie" znaczy po prostu tyle samo co "uratowanie", a więc jest to pojęcie bardzo nieostre. "Uratowanym" można być od życia bez Boga, w grzechu, z dala od Jezusa Chrystusa. Częściej jednak te trzy etapy są nazwane każdy innym określeniem. Wtedy zbawienie w sensie "uratowania na wieki", czyli zbawienie wieczne okazuje się zależne od czynów.

d. Etapy życia w Jezusie Chrystusie

Wiele zamieszania w tej dziedzinie wynikło z zaniedbań w poznawaniu podstaw doktryny chrześcijańskiej, szczególnie nauki o usprawiedliwieniu, uświęceniu i zbawieniu. W tej dziedzinie, niestety, bracia katolicy również najczęściej nie mają się czym chlubić, gdyż tak często wiara budowana jest tylko na mocno sypkim fundamencie przeżyć, wzruszeń, rodzinnych tradycji i patriotycznych przywiązań. Spróbujmy odnaleźć więc nieco twardszy grunt (zanim nie spadną deszcze i nie wzbiorą potoki, i nie uderzą w ten dom!)

Usprawiedliwienie spotkało cię, gdy byłeś jeszcze bezsilny (Rz 5, 6). Bóg wyszedł ci naprzeciw, może gdy byłeś jeszcze małym dzieckiem lub kiedy wcale nie myślałeś o Bogu i podobało ci się życie w grzechu z dala od Niego. On sam wezwał cię wtedy przez przyjaciela, kazanie, lekturę, rekolekcje. Niezależnie od tego, że zasługiwałeś na odrzucenie i nie miałeś Bogu nic do zaofiarowania On cię przyjął i usprawiedliwił. Z grzesznika stałeś się w jego oczach kimś sprawiedliwym. Nie miałeś swojej własnej sprawiedliwości, prosiłeś Go o łaskę i obdarzył cię swoją własną, Bożą sprawiedliwością (Rz 3, 26). Było to całkiem niezależne od twoich uczynków i zasług. "Człowiek osiąga usprawiedliwienie nie przez wypełnianie Prawa za pomocą uczynków, lecz jedynie przez wiarę w Jezusa Chrystusa" (Ga 2, 16).

Apostoł Paweł często sięga w Listach do swojego własnego doświadczenia życiowego. Był człowiekiem bardzo religijnym, pielęgnował wyniesione z domu tradycje religijne, wypełniał każdy swój dzień mnóstwem gorliwych uczynków. A jednak nie doprowadziło go to do rozpoznania Mesjasza w Jezusie. Chrystus sam mu się objawił i obdarzył usprawiedliwieniem "z łaski, a nie z uczynków". Nie tylko na podstawie teorii, ale i praktyki życiowej św. Paweł pisze: "człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od pełnienia nakazów Prawa" (Rz 3, 28).

Nie można zostać usprawiedliwionym chrześcijaninem z powodu mnóstwa swoich zasług, nie da się na ten Boży podarunek zarobić ani zasłużyć, jest on zawsze czystym darem zaskakującego nas swoją inicjatywą Boga. Tak jak człowiek swoje naturalne narodzenie zawdzięcza całkowicie swoim rodzicom bez żadnej swojej zasługi, tak samo duchowe nowe narodzenie zawdzięcza bez swoich zasług Bogu.

Uświęcenie to coś, czego Bóg oczekiwał od ciebie później. Obdarzył cię misją, zadaniami, powołaniem i spodziewał się po tobie dobrych owoców. Ten etap twojego chrześcijańskiego życia nie tylko że nie jest niezależny od twoich uczynków, ale wręcz przeciwnie jest od nich dramatycznie zależny! Bóg je przygotował, abyś je pełnił (Ef 2, 10) i spogląda z nieba, czy rzeczywiście tak się dzieje! Bardzo wiele zależy tu od twojego wysiłku, starań, zabiegów czyli, mówiąc krótko, uczynków. Na tym etapie jesteś wzywany nie tylko, by w coś wierzyć, ale równocześnie aby coś nieustannie czynić, aby nie stracić danej ci za darmo łaski usprawiedliwienia: "Starajcie się o pokój ze wszystkimi i o uświęcenie, bez którego nikt nie zobaczy Pana. Baczcie, aby nikt nie pozbawił się łaski Bożej" (Hbr 12, 14-15). Na tym etapie pozostajesz sprawiedliwy przed Bogiem, jeśli wypełniasz Jego wolę przez twoje postępowanie. "Człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary […] martwa jest wiara bez uczynków" (Jk 2, 24 i 26).

Przyda się też nieco pokory w myśleniu o zbawieniu, które nie jest stuprocentową polisą ubezpieczeniową! "Przeto się nie pysznij, ale trwaj w bojaźni! Jeżeli bowiem nie oszczędził Bóg gałęzi naturalnych, może też nie oszczędzić i ciebie" (Rz 11, 20-21). "Zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem" (Flp 2, 12). Nowe życie można utracić. Może się to stać przez złe czyny czyli grzechy. "Znam twoje czyny: masz imię, które mówi, że żyjesz, a jesteś umarły. Stań się czujnym i umocnij resztę, która miała umrzeć, bo nie znalazłem twoich czynów doskonałymi wobec Boga" (Ap 3, 1-2). Stąd jest potrzebna w życiu chrześcijanina nawet asceza i umartwienie, choćby nie było dzisiaj w modzie mówienie o tym: "poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę, abym innym głosząc naukę sam przypadkiem nie został uznany za niezdatnego" (1 Kor 9, 27). Nie powinniśmy znać innej mody niż "moda na Pismo św."!

Zbawienie w sensie ścisłym odnosi się do chwili opuszczenia przez nas tego świata. Dopóki żyjemy na tej ziemi, jesteśmy tylko w drodze do zbawienia, zawsze z pewną dozą świętej bojaźni, gdyż każdy może upaść przez swój grzech, lenistwo, opieszałość i głupotę, przez czyny złe i brak czynów dobrych i może łaskę stracić. Jako ostrzeżenie dla chrześcijan (a nie dla niewierzących) napisano kiedyś: "straszną jest rzeczą wpaść w ręce Boga żyjącego" (Hbr 10, 31).

Absolutną i niepodważalną pewność zbawienia ma dopiero ten, kto już dopłynął do portu, czyli do spotkania z Bogiem w wieczności. Tylko ten, kto należy do symbolicznej liczby "stu czterdziestu czterech tysięcy wykupionych z ziemi" (Ap 14, 3).

Rozróżnienie dwóch etapów chrześcijańskiego życia początkowego usprawiedliwienia, czyli wejścia na drogę zbawienia (nowe narodzenie), i kroczenia tą drogą w ciągu całego życia (nowe życie) jest bardzo ważne dla naszego rozumienia Biblii. Inaczej można przekrzykiwać się do końca świata. Jeden będzie wołać: "człowiek osiąga usprawiedliwienie nie przez wypełnianie Prawa za pomocą uczynków, lecz jedynie przez wiarę!" (Ga 2, 16). A drugi na to: "nieprawda, bo przecież "człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary" (Jk 2, 24)!"

Jeśli natomiast odniesiemy teksty Biblii napisane przez Apostołów do historii ich własnego usprawiedliwienia, uświęcenia i zbawienia, a potem do naszej historii z Bogiem, to nie będzie dla nas żadnej sprzeczności między początkową absolutną darmowością łaski a późniejszą oceną chrześcijanina w dzień sądu na podstawie zarówno wiary, jak i uczynków. Prawdą jest, że "człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od pełnienia nakazów Prawa" (Rz 3, 28), gdyż nowe narodzenie otrzymał całkowicie za darmo. Ale jednocześnie prawdą jest, że "człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary" (Jk 2, 24), gdyż nowe życie aby go nie stracić wymaga unikania złych uczynków i pełnienia uczynków dobrych. W ogóle prawdą jest wszystko, co napisane jest w Piśmie świętym, a nie tylko wybrane wersety, który akurat dziś nam się przydają.

e. "Cokolwiek uczyniliście…"

Dyskusję o zbawieniu warto zakończyć bystrą obserwacją, jaką poczynił Keith Green, wielki amerykański muzyk i wielki protestancki chrześcijanin, kiedy w jednym ze swych utworów wyśpiewał dwudziesty piąty rozdział Ewangelii według św. Mateusza. Zadał tam pytanie, czym różnią się według Jezusa Chrystusa i Jego biblijnego Słowa zbawieni (symboliczne "owce") od niezbawionych (symbolicznych "kozłów").

"Jedyną różnicą między kozłami i owcami według Pisma jest to, co zdołali i to, czego nie zdołali uczynić." ("The only difference between the sheep and the goats according to the Scriptures is what they did and didn’t do").

Postawa wiary w jedynego Pana i Zbawcę, Jezusa Chrystusa oraz postawa czynnej miłości: one dwie razem zwyciężają na sądzie przed Bogiem. Po pierwsze więc: "Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu" (J 3, 18). Równocześnie jednak: "będzie to sąd nieubłagany dla tego, który nie czynił miłosierdzia: miłosierdzie odnosi triumf nad sądem" (Jk 2, 13).

Odpusty i czyściec:

Do nieba tanio i na raty?

Podobno chrześcijanin, który jest usprawiedliwiony z grzechów, jest już za życia zbawiony i o żadnej karze za grzech myśleć nie musi. Podobno też, kto ma być zbawiony, zaraz po śmierci idzie do nieba i niepotrzebne mu tam żadne odpusty. A temu, kto ma być potępiony tym bardziej. A więc sprawa zakończona. Czy jednak na pewno?

Katolicy wspominają czasem w kontekście śmierci i sądu Bożego o tak zwanych "odpustach". U krytyków katolicyzmu wyobrażenia o tym, czym katolicki odpust jest, bywają dość fantastyczne. W czasopiśmie bardzo chrześcijańskim, z tytułu sądząc wyczytać można było niedawno, że podobno według katolików "odpust to częściowe lub całkowite "darowanie grzechów" za dokonane zasługi". Warto więc przypomnieć, że tak naprawdę, według katolików odpust jest to darowanie przez Boga kary doczesnej tylko za te grzechy, które już wcześniej zostały przebaczone i z których człowiek już został usprawiedliwiony przez wyznanie grzechów. W nauczaniu o usprawiedliwieniu z grzechowej winy mówi się obecnie w Kościele katolickim całkiem słusznie o wiele więcej o miłosierdziu Bożym i o ewangelicznych obietnicach przebaczenia niż o odpustach. Nie stanowią one na pewno centrum naszej wiary. Bywa jednak, że nauka o odpustach, choć z całą pewnością nie najważniejsza dla nas, staje się okazją do podnoszenia najróżniejszych zarzutów. Podobno "Biblia całkowicie inaczej uczy na ten temat".

a. Grzech: wina i kara

Biblijne pojęcie konsekwencji grzechu zawiera dwa jego skutki: winę i karę. Najłatwiej będzie nam je rozróżnić na przykładzie. Oto król Dawid po popełnionej zbrodni przeżywa nawrócenie. Poruszony skruchą mówi: "Zgrzeszyłem wobec Jahwe". Wtedy prorok poucza go: "Pan odpuszcza ci też twój grzech nie umrzesz. Lecz dlatego, że przez ten czyn odważyłeś się wzgardzić Panem, syn, który ci się urodzi, na pewno umrze" (2 Sm 12, 13-14). Bóg przebaczył Dawidowi grzech, przez co "skasowany" został pierwszy jego skutek, czyli wina. Dawid nie poniesie śmierci ani kary wiecznej. Został od niej zbawiony. Ale drugi skutek grzechu pozostaje jest to kara za wzgardzenie Bogiem, kara doczesna. Podobnie chrześcijanin pokutujący za grzech nie poniesie kary wiecznej. Jest od niej zbawiony i ma obiecaną wieczność z Bogiem. Niekoniecznie jednak obejmuje to karę doczesną, czyli taką, która potrwa jakiś czas, a potem się skończy.

Należy więc odróżnić karę wieczną, którą ponosi się za ciężki grzech nieodpokutowany, i karę doczesną, którą ponosi się jako konsekwencję odpokutowanego grzechu. O pierwszej mówi nam Biblia w wielu miejscach (na przykład Dn 12, 2: jedni zbudzą się "do wiecznego życia", a inni "ku wiecznej odrazie", albo Ap 20, 10: "cierpieć będą katusze na wieki wieków"). O drugim rodzaju kary czytamy również bardzo często. Jest to ta kara, która spotkała Dawida po jego nawróceniu. Jest to kara, która spotkała na pustyni Izraelitów. Kiedy po grzechu ludu Mojżesz poprosił Boga "Odpuść winy tego ludu według wielkości Twego miłosierdzia", Pan mu odpowiedział: "Odpuszczam zgodnie z twoim słowem". Nie przeszkadza to jednak, że "ci, którzy nie słuchali mego głosu, nie zobaczą kraju, który im obiecałem" (Lb 14, 19-23). Nawet sam Mojżesz musiał "odcierpieć" karę doczesną za przebaczony grzech. "Rzekł Pan do Mojżesza i Aarona: "Ponieważ mi nie uwierzyliście, dlatego wy nie wprowadzicie tego ludu do kraju, który im daję"" (Lb 20, 12).

Ta sama zasada obowiązuje oczywiście w Nowym Testamencie: "Kogo miłuje Pan, tego karze, chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje" (Hbr 12, 6). Jako nowo narodzeni chrześcijanie zostaliśmy przyjęci jako synowie, przebaczono nam grzechy i darowano karę wieczną, ale coś nazywającego się "karą" czy "chłostą" jednak zostało: kara doczesna.

b. Bóg pomaga jednym ludziom przez wstawiennictwo innych ludzi?

Odpusty to darowanie kary doczesnej, przynajmniej w części, za przyczyną doskonałych zasług Jezusa Chrystusa oraz zasług świętych chrześcijan, którzy nas poprzedzili. Praktyka wskazuje, że niektórym trudno uwierzyć, że Bóg może brać pod uwagę zasługi człowieka. Pytają się, czy nie oznacza to jakiejś niedoskonałości zasług Jezusa Chrystusa? Zarzuca się niekiedy katolikom, że dodają coś do zasług Chrystusowego Krzyża podważając w ten sposób doskonałość Jego dzieła.

Jeśli katolicy tak robią, to dlatego, że mają godnych poprzedników, do tego poprzedników natchnionych przez Boga do spisania odpowiedniego nauczania w tym względzie w nieomylnym Słowie Bożym: "Raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół" (Kol 1, 24). Jakkolwiek mogłoby się to nie podobać niektórym, biblijna prawda jest właśnie taka. Domyślamy się, że "dopełniam" nie dlatego, aby Chrystus tego uzupełnienia potrzebował, ale dlatego, że na nie łaskawie zezwala i z łaski swojej do niego zaprasza. Dlatego zarzut o "dodawaniu" do zasług Chrystusa jest zupełnie chybiony. Owo rzekome "dodawanie" nie jest przecież dziełem człowieka, ale Boga. W ten sposób ofiara cierpienia człowieka ("w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa") staje się pomocą dla innych ("dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół").

Wszystko wskazuje też na to, że nie tylko kary doczesne, ale nawet sprawy zbawienia wiecznego mogą jakoś zależeć od tego, że Bóg wejrzy na ludzi poprzedzających nas w wierze. Może nam się to wydawać dziwne albo mało zrozumiałe, ale musimy to przyjąć, gdyż jedna z podstawowych zasad chrześcijańskich mówi, że "nie wolno wykraczać ponad to, co zostało napisane" (1 Kor 4, 6). A co zostało napisane w tej kwestii? "Cały Izrael będzie zbawiony", pomimo że "gdy chodzi o Ewangelię są [oni] nieprzyjaciółmi Boga", ponieważ "gdy chodzi o wybranie, są oni ze względu na praojców przedmiotem miłości" (Rz 11, 26-28). Zbawienie zależy w jakiś sposób od tych "praojców", czyli świętych Izraelitów. Jeśli wydaje się nam to nie do przyjęcia, to ewentualne "zażalenia" trzeba kierować do Pana Boga, który natchnął Pismo św.

c. Kara doczesna po śmierci dla zbawionych?

Nareszcie dotarliśmy do słynnego problemu czyśćca! Odpusty mają sens tylko wtedy, jeżeli po śmierci ze zbawionym człowiekiem jeszcze dzieje się coś, co go oczyszcza i zbliża do Boga. A przecież "Biblia o czyśćcu nigdzie nie wspomina! Zbawiony człowiek idzie do nieba i na tym koniec! Czyściec to katolicki straszak!" Czy na pewno? Co dzieje się ze zbawionym człowiekiem po śmierci? Czego dowiedzieć się możemy na ten temat z Pisma?

Po pierwsze, pewne jest, że śmierć oznacza definitywne i niepodlegające zmianom orzeczenie, czy człowiek jest zbawiony, czy nie. "Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd" (Hbr 9, 27). Nie można więc utracić zbawienia po śmierci.

Po drugie, chrześcijanin podlega ocenie ze swoich uczynków, zarówno dobrych, jak i złych; ma to charakter sądu, a sędzią jest Bóg: "Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa" (2 Kor 5, 10). "Wszyscy musimy" to znaczy: nie tylko poganie, ale zmarli dobrzy chrześcijanie też.

Po trzecie, oprócz nagrody za czyny dobre, człowiek poniesie karę za czyny złe (oczywiście nie karę wieczną; jest już przecież zbawiony): "Musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre" (2 Kor 5, 10). "Zapłatą za złe uczynki dokonane w ciele" na pewno nie jest dyplom uznania i gratulacje ze strony Pana Boga.

Po czwarte, kara ta ma charakter oczyszczenia. Chrześcijanin budował swoje życie na fundamencie, jakim jest Jezus (dlatego po śmierci czeka go zbawienie wieczne), ale mógł budować niedoskonale (dlatego po śmierci musi zostać oczyszczony): "Tak jak ktoś na tym fundamencie buduje: ze złota, ze srebra, z drogich kamieni, z drzewa, z trawy lub słomy, tak też jawne stanie się dzieło każdego […] ten, którego dzieło wzniesione na fundamencie przetrwa, otrzyma zapłatę; ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę: sam wprawdzie ocaleje, lecz tak, jakby przez ogień" (1 Kor 3, 12-15). Ten bardzo piękny i pocieszający fragment mówi, że nawet jeśli ktoś jest niespecjalnie dobrym chrześcijaninem, to mimo jego grzesznego życia Bóg może go zbawić i człowiek taki "sam ocaleje". Nie przeszkadza to temu, że ten sam człowiek "poniesie szkodę" w oczyszczającym ogniu miłości Boga. Nazwano to w średniowieczu "czyśćcem". Jeśli komuś nazwa "czyściec" nie przypada do gustu, może wymyślić sobie inną. Nie będziemy się spierać o nazwy. Nie zmieni to faktu, że Biblia uczy o potrzebie oczyszczającej kary dla zbawionych po śmierci, jeśli nie byli zbyt doskonali za życia.

Całość tego nauczania jest zebrana w postaci przypowieści przez samego Jezusa. Chrześcijanin za życia jest "w drodze" i jeśli nie naprawi pewnych grzechów tutaj, będzie musiał liczyć się z konsekwencjami po drugiej stronie życia, również jeśli zostanie zbawiony: "Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz" (Mt 5, 25-26).

d. Najpierw wiedzieć, potem krytykować

Z tego, co powiedziano wyżej, wynika, że szereg informacji, jakie wyczytać można czasem o odpustach w przeróżnych antykatolickich broszurach, jest nieprawdziwych.

Nieprawdą jest, że przez odpust można "kupić wybawienie od piekła", gdyż nigdy nie uczono, jakoby odpusty miały cokolwiek wspólnego z karą wieczną, wiecznym potępieniem, czyli piekłem. Odpusty dotyczą tylko i wyłącznie kary doczesnej dla ludzi, którzy już są zbawieni, i na pewno nie dotyczą w żadnym sensie ludzi, którzy odrzuciwszy Boga są potępieni.

Nie jest prawdą, że odpusty oferują przebaczenie grzechów jeszcze niepopełnionych, gdyż dotyczą tylko skutków grzechów z przeszłości. Rozmyślne planowanie grzechu ciężkiego z pełną świadomością, licząc na zagwarantowane Boże przebaczenie, jest grzechem przeciw Duchowi Świętemu i oczywiście nigdy nie było w Kościele popierane.

Nieprawdą jest, że zamiast prosić o przebaczenie grzechów Jezusa Chrystusa, można przebaczenie kupić. Odpusty w ogóle nie dotyczą winy (która jest od razu przebaczona w chwili usprawiedliwienia przez naszego Zbawiciela), ale kary doczesnej. Są to dwie zupełnie różne sprawy.

Nie jest też prawdą, że motywem ich wprowadzenia były pieniądze. Tak zwana "sprzedaż odpustów" to rzeczywiście fatalny wynalazek, ale raczej późny. O odpustach bez żadnego związku z pieniędzmi mówiono na całe wieki wcześniej i taka jest też praktyka dzisiaj.

Read More →

Nauki zwodnicze:

Skłonią się ku naukom demonów

"W czasach ostatnich niektórzy odpadną od wiary, skłaniając się ku duchom zwodniczym i ku naukom demonów. Stanie się to przez takich, którzy obłudnie kłamią, mając własne sumienie napiętnowane. Zabraniają oni wchodzić w związku małżeńskie" (1 Tm 4, 1-3). Nietrudno zgadnąć, że fragment ten stać się może szczególnie smakowitym kąskiem dla tych, którzy szukają okazji do "przyłożenia" katolikom. Czyż bowiem to właśnie w Kościele katolickim nie praktykuje się celibatu? Czy nie wynika z tego, że katolicy "zabraniają wchodzić w związki małżeńskie"? Czyż nie są to nauki demonów?

a. Małżeństwo zakazane?

Spotykany niekiedy zarzut o "zakazywaniu małżeństw" księżom i osobom zakonnym wyróżnia się wysokim stopniem absurdalności. Małżeństwo nie jest dla nikogo "zakazane", co więcej, uważane jest w Kościele za sakrament, a więc za rzeczywistość w sensie duchowym podobnego rodzaju co chrzest lub kapłaństwo! Całkiem po prostu uważa się w Kościele, że małżeństwo nie jest obowiązkowe dla wszystkich chrześcijan. Ale akurat to przekonanie dzielimy z Panem Jezusem i z Jego Apostołami. Sam Jezus Chrystus powiedział: "Są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni. Kto może pojąć, niech pojmuje!" (Mt 19, 12).

Celibat, jakkolwiek rzadko spotykany, był praktykowany już w Starym Testamencie. Czytamy o tym w Księdze Jeremiasza: "Jahwe oznajmił mi następujące słowa: "Nie weźmiesz sobie żony i nie będziesz miał na tym miejscu ani synów, ani córek"" (Jr 16, 1-2). Jeremiasz jest proroczą zapowiedzią współczesnego celibatu: człowiek, który z Bożego polecenia nie ma własnej rodziny ze względu na misję, jaką otrzymał dla całego ludu Bożego.

Szczególnie kłopotliwe byłyby dla wspomnianych krytyków niechętnych celibatowi te fragmenty Biblii, w których Apostoł Paweł radzi powstrzymywanie się od małżeństwa. Ale znajomość wszystkich części Pisma św. (a nawet tylko Nowego Testamentu) nie jest wcale w tych kręgach tak powszechna, jak wynikałoby to z autoreklamy. Apostoł pisze, że małżeństwo nie jest dla wszystkich chrześcijan, a nawet że bezżeństwo jest darem Bożym: "Dobrze jest człowiekowi nie łączyć się z kobietą". Jednak "ze względu na niebezpieczeństwo rozpusty niech każdy ma swoją żonę, a każda swojego męża […] to, co mówię, pochodzi z wyrozumiałości, a nie z nakazu. Pragnąłbym, aby wszyscy byli jak i ja, lecz każdy otrzymuje własny dar od Boga, jeden taki, a drugi taki" (1 Kor 7, 1-6). Cóż powiedzieliby krytycy celibatu jako "doktryny demonicznej", gdyby wiedzieli, że Biblia naucza: "Jesteś wolny? Nie szukaj żony" oraz: "Jeśli mąż umrze, [wdowa] może poślubić kogo chce, byleby w Panu. Szczęśliwsza jednak będzie, jeśli pozostanie tak jak jest, zgodnie z moją radą" (1 Kor 7, 27 i 40). Nauczanie św. Pawła jest oczywiście! takie samo jak Jezusa Chrystusa: małżeństwo jest czymś dobrym i jak najbardziej godnym pochwały, ale nie obowiązuje wszystkich. Natomiast bezżeństwo jest stanem przewidzianym jako dar Boży dla niektórych, którzy wtedy "pozostaną szczęśliwsi".

b. Niebiblijne śluby bezżeństwa?

W ten sposób krytyk celibatu da się pewnie w końcu przekonać, że "człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Pana, o to, jak by się przypodobać Panu, ten zaś, kto wstąpił w związek małżeński zabiega o sprawy świata, o to, jak by się przypodobać żonie […], podobnie i kobieta […] tak więc dobrze czyni, kto poślubia swoją dziewicę, a jeszcze lepiej ten, kto jej nie poślubia" (1 Kor 7, 32-38). Często pozostanie jednak jeszcze jedna wątpliwość. Bezżeństwo można zaakceptować jako wyraźnie popierany przez Biblię stan życia, ale żeby miało to być dodatkowo obwarowane jakimś ślubem, czyli dozgonnym zobowiązaniem? No, to już chyba przesada!

Tymczasem jednak w Pierwszym Liście do Tymoteusza czytamy: "Miej we czci te wdowy, które są rzeczywiście wdowami […] ta, która rzeczywiście jest wdową, jako osamotniona złożyła nadzieję w Bogu i trwa w zanoszeniu próśb i modlitw we dnie i w nocy" (1 Tm 5, 3 i 5). Istniał wtedy, za czasów Apostołów w Kościele spis wdów. Aby być zapisaną do tego spisu, kandydatka-wdowa nie mogła wyjść nigdy po raz drugi za mąż: "Do spisu należy wciągać taką wdowę, która ma co najmniej lat sześćdziesiąt, była żoną jednego męża, ma świadectwo o dobrych czynach" (1 Tm 5, 9).

Trudno nie zauważyć, jak bardzo jest to podobne do stylu życia pochwalanej przez Pismo św. prorokini Anny, która "od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą" (Łk 2, 36-37). Trudno też nie zauważyć, że jedyną grupą w dzisiejszym świecie podobną do opisanych przez Pawła "wdów", jak również do wspomnianych przez niego "dziewic" (1 Kor 7), są zgromadzenia sióstr zakonnych. Prawdziwie biblijny Kościół powinien zawierać takie grupy, podobnie jak zawierał je w czasach apostolskich i jak to jest opisane w Biblii.

Najciekawsza jest w tym wszystkim pewna uwaga uczyniona w Piśmie św.: "Młodszych wdów nie dopuszczaj. Odkąd bowiem znęciła je rozkosz przeciwna Chrystusowi, chcą wychodzić za mąż. Obciąża je wyrok potępienia, ponieważ złamały pierwsze zobowiązanie" (1 Tm 5, 11-12). Na pierwszy rzut oka wygląda to niezwykle zaskakująco: pragnienie wyjścia za mąż jest przeciwne Chrystusowi? Przecież ten sam Apostoł pisał, że po śmierci męża wdowa może znaleźć sobie drugiego (1 Kor 7, 39)! Za małżeństwo grozi wyrok potępienia? Przecież małżeństwo jest czymś dobrym i pobłogosławionym przez Boga!

Tajemnicę rozwiązuje dopiero ostanie słowo: "zobowiązanie". "Przeciwne Chrystusowi" i "wyrok potępienia" nie dotyczy to oczywiście małżeństwa samego w sobie, ale odnosi się do złamania zobowiązania do życia w bezżeństwie. Przed wpisaniem na listę wdów kobiety mogły wychodzić znowu za mąż, po wpisaniu już nie. Zobowiązały się, by "troszczyć się o sprawy Pana, by być świętymi ciałem i duchem" (por. 1 Kor 7, 34). Apostoł uważał, że zobowiązanie takie trwa nadal, nawet jeśli człowiek się rozmyśli i zmieni zdanie. Samowolne złamanie zobowiązania jest grzechem na tyle ciężkim, by użyć słów "wyrok potępienia". Są to wyjątkowo twarde słowa, co wskazuje na powagę podjętego projektu życia bez zakładania nowej rodziny. Było więc w Kościele apostolskim w zwyczaju publiczne zobowiązanie do życia bez małżeństwa i traktowano je jako bardzo poważne przedsięwzięcie. Ewentualne złamanie obietnic w tym względzie uważano za ciężki grzech.

Dzisiaj takie zobowiązanie nazywamy "ślubem zakonnym", wtedy nazywano je po prostu "zobowiązaniem". Nazwa "ślub", chociaż w innym kontekście, też jest zresztą biblijna (Dz 18, 18). Nie chodzi nam o nazwy, te mogą się zmieniać. Chodzi nam o rzeczywistość ślubów bezżeństwa, a te istniały za czasów apostolskich i są wspomniane w Biblii! (Inna rzecz, że jak widać bywały składane pochopnie, stąd fakt, że Paweł odradza ich zbyt łatwe przyjmowanie). Ciekawe zresztą, że ten nowotestamentowy ślub bezżeństwa jest opisany w 1 Liście do Tymoteusza tuż obok miejsca, w którym napiętnowano tych, co "zabraniają wchodzić w związki małżeńskie". W niektórych wydaniach Biblii nawet kartki nie trzeba przewracać.

c. Przymusowy celibat dla księży?

Wszystko to prawda, ale jednak księżom to zabraniają się żenić! Rzeczywiście, w większość diecezji Kościoła katolickiego na kandydatów do posługi prezbitera przyjmuje się tylko takich, którzy podążają za radą św. Pawła i pozostają bezżenni, "aby troszczyć się o sprawy Pana, o to, jak by przypodobać się Panu" (1 Kor 7, 32). Po pierwsze jednak, nie w całym Kościele katolickim tak jest (istnieją inne ryty poza rytem łacińskim!), nie zawsze tak było (w pierwszych wiekach istniało sporo żonatych prezbiterów i biskupów) i co więcej w przyszłości może się to zmienić. Otóż celibat księży nie jest doktryną (czyli niezmienną prawdą wiary, dogmatem), ale jedynie zwyczajem. Zwyczaje mogą się zmieniać i faktycznie w historii Kościoła bywają zmienne. Może się więc tak zdarzyć, że za jakiś czas któryś z przyszłych papieży zmieni tę praktykę, na przykład w niektórych krajach.

Jeśli celibat jest zwyczajem kościelnym, a nie doktryną, to krytykowanie go na podstawie Biblii ma równie mało sensu, co zarzut, że protestanci dopuszczają kandydata do funkcji pastora jedynie po ukończeniu seminarium lub kolegium teologicznego. Czy Biblia mówi coś o seminariach i kolegiach? Oczywiście nie, co nie przeszkadza, że pomysł kończenia kolegium jest całkiem dobry. Można natomiast dyskutować nad owocnością celibatu z punktu widzenia praktycznego, ale to już całkiem inny problem.

A co z tym, że podobno "Biblia naucza, aby biskupi mieli żony"? W Pierwszym Liście do Tymoteusza czytamy: "Biskup powinien być […] mężem jednej żony" (1 Tm 3, 2). Gdy jednak przeniesiemy się duchem do pierwszego chrześcijańskiego wieku, to jasnym się stanie, że przedmiotem nauczania Apostoła nie jest biskup-celibatariusz, który powinien mieć jedną żonę (a nie ma żadnej). Wynika to już choćby z tego, że przecież sam Paweł żony nie miał (por. 1 Kor 7, 7 i 9, 5).

Przedmiotem nauczania jest tutaj biskup lub kandydat na biskupa, który gdyby został wdowcem nie powinien żenić się po raz drugi. Podobnie jak wdowy, aby być wpisane na listę Kościoła musiały być według 1 Tm 5, 9 "żoną jednego męża" (a nie dwóch, na przykład gdyby wdowa wyszła za mąż po raz drugi), tak samo biskup musiał być według 1 Tm 3, 2 "mężem jednej żony" (a nie dwóch, gdyby po śmierci pierwszej znowu się ożenił). List do Tymoteusza nie jest więc poleceniem, aby biskup koniecznie miał żonę zamiast żyć w celibacie, ale jest ograniczeniem nałożonym na małżeńskie zwyczaje biskupów. O ile każdy inny chrześcijanin mógł po owdowieniu szukać sobie nowej żony, o tyle biskup (a nawet kandydat na biskupa) nie. Jasne jest więc, że już Kościół apostolski opisany w Biblii uważał, że małżeńskie zwyczaje biskupów powinny być inne, bardziej powściągliwe niż wszystkich pozostałych chrześcijan.

Dziś zwyczaj kościelny jest jak wiadomo jeszcze bardziej rygorystyczny. Jeśli może kiedyś w przyszłości ulegnie to zmianie, nie wpłynie to w żaden sposób na katolicką wiarę w biblijne nauczanie o wartości pobłogosławionego przez Boga małżeństwa i o wartości zalecanego przez Boga życia w bezżeństwie i celibacie.

Duchy kontroli:

O sposobach uwalniania od ducha kontroli religijnej

"Obecnie największym zagrożeniem dla ludzi wierzących nie jest komunizm, materializm, kulty […] główny wróg Kościoła znajduje się w nim samym. Nazywam to duchem religijności". Tę niezwykłą opinię można znaleźć w pewnym tekście rozpowszechnianym przez środowiska ożywiane niespecjalną sympatią wobec katolików. Dlaczego warto zatrzymać się nad tą tezą nieco dłużej? Bo należy do zestawu rewelacji serwowanych przez misjonarzy charakteryzujacych się niespecjalną sympatią do katolicyzmu niepokojących niekiedy tych, którzy chcą w Kościele katolickim być uczniami Jezusa Chrystusa zgodnie z nauką Pisma św.

a. "Duch religijności"?

Jaki sposób zaleca się nam w celu wyśledzenia ewentualnej obecności "ducha religijnego" w naszej kościelnej społeczności? Recepta jest dość prosta: "Czy byłeś w takim kościele, gdzie możesz przewidzieć od początku do końca, co wydarzy się podczas niedzielnego spotkania? Nabożeństwo zaczyna się tak samo każdego tygodnia, są te same pozdrowienia i formuły na rozpoczęcie […] te same starsze kobiety modlą się tą samą modlitwą każdego tygodnia…" Jeśli ktoś jest w miarę aktywnym członkiem katolickiej parafii, to z łatwością rozpozna w tym opisie typowe niedzielne nabożeństwo. Wszystko się zgadza łącznie ze starszymi kobietami! (Nawiasem mówiąc: czyżby zdaniem autora tego tekstu Bóg bardziej lubił w swoim kościele młodsze kobiety niż starsze?)

Sama diagnoza to oczywiście jeszcze nie wszystko. Po niej należy przystąpić do działania: "Musimy wyciągnąć nasze kościoły z religijności i przywrócić do prawdziwych relacji z Jezusem Chrystusem". Pewnie takie wezwanie samo w sobie nie byłoby jeszcze niczym złym. W końcu wszyscy chcielibyśmy, aby wierzący w Kościele byli bardziej zaangażowani, aby nasze modlitwy były bardziej żywe, a śpiewy bardziej entuzjastyczne i płynące z gorącego serca.

Na tym jednak nie zatrzymuje się logika tropiciela "ducha religijnego". Okazuje się, że nie chodzi tylko o modlitewne rozgrzanie serc. Chodzi o napiętnowanie "martwego Kościoła". Na liście cech pozwalającej sprawdzić, "czy wasz Kościół nie jest zarażony duchem religijności" znajduje się na przykład: "powtarzanie tych samych czynności, gestów każdej niedzieli; tacy ludzie są wewnętrznie martwi". Wezwanie do "działania" ukryte jest nieco dalej: "Nie było Bożym zamiarem, byśmy byli religijni, religijnie się zachowywali, mówili i chodzili"; a nawet: "Pamiętaj to religia zabiła Jezusa Chrystusa!"

Jeśli więc w twojej parafii każdej niedzieli powtarza się te same gesty i słowa masz poczuć się trochę jak w gronie ludzi odrzucających Jezusa. "Pamiętaj, że jedynym sposobem, aby oczyścić się od ducha religijności, jest budowanie swojej relacji z Jezusem Chrystusem".

Rewelacje te są dziś dla nas interesujące o tyle, że powracały do naszych środowisk co pewien czas w mniej lub bardziej zawoalowanej formie w celu "uwolnienia" katolickich chrześcijan z "niewoli religijnego ducha", który opanować miał Kościół katolicki.

b. "Religijność" według nauki Nowego Testamentu

Co ma nam do powiedzenia Pismo, szczególnie Nowego Testamentu, na temat owej osławionej "religijności"? Czy rzeczywiście "nie było Bożym zamiarem, byśmy byli religijni, religijnie się zachowywali, mówili i chodzili", a to dlatego, że "religia zabiła Jezusa Chrystusa"?

W Nowym Testamencie, który jest napisany po grecku, słowo "religijność" to "threskeia", a "religijny" (np. religijny człowiek) to "threskos". Czy rzeczywiście ze słowem tym wiążą się w Biblii negatywne skojarzenia? Czasem tak: "threskeia" może oznaczać formalistyczne wydanie religii judaistycznej w postaci praktykowanej przez młodego Szawła późniejszego Apostoła Pawła, ściśle według reguł faryzeuszy (Dz 26, 5). Może oznaczać też religię chrześcijańską zawierającą pewne przejaskrawienia lub wypaczenia. Tak określony jest na przykład przesadny kult aniołów, co Biblia nazywa "religijnością zmysłową" (Kol 2, 18), albo "kultem według własnego pomysłu" (Kol 2, 23).

Ale ten sam grecki termin może też oznaczać prawidłową religijność chrześcijańską. O dziwo, bynajmniej nie polega ona jednak na nienasyconym pragnieniu, aby każdej niedzieli było zupełnie niepodobnie do niedzieli poprzedniej (jak nie przymierzając na jakimś przedstawieniu, w którym nudziłyby powtarzane po raz kolejny "stare numery"!) Prawidłowa pobożność chrześcijańska nazywa się "religijnością (threskeia) czystą i bez skazy", która polega przede wszystkim "na opiece nad sierotami i wdowami w ich utrapieniach i w zachowaniu siebie samego nieskalanym od wpływów świata" (Jk 1, 27).

Jak widać, Biblia nie zna w Nowym Testamencie takiego przeciwstawiania religijności i relacji z Bogiem, które miałoby zakończyć się wnioskiem: "religijność" to coś stojącego na przeszkodzie "relacji z Jezusem". Jest prawdą, że religijność może czasem być wypaczona, ale krytykowanie cnoty religijności dlatego, że może prowadzić do obłudy i faryzeizmu podobne byłoby do krytykowania na przykład cnoty odwagi, gdyż może doprowadzić do zuchwałych kradzieży, albo odrzucania cierpliwości, bo jej wynikiem może stać się bezmyślne poddaństwo i uległość.

Pismo zna natomiast różne rodzaje religijności, złe i dobre, mniej lub bardziej doskonałe. Jedne prowadzą do Boga i są godne pochwały, a inne podlegają krytyce i powinny ulec sprostowaniu. Zamiast wymyślonego, ale za to pseudonowoczesnego terminu "duch religijności", którego w Piśmie świętym jako żywo nie ma (podobnie jak i sławetnego "ducha kontroli religijnej"), lepiej pozostać przy nauczaniu biblijnym na ten temat. A wtedy o wiele ważniejsze okaże się rozróżnienie na "kult (religijność) własnego pomysłu" (Kol 2, 23) i kult (religijność) według zamysłu Bożego.

Przypatrzmy się więc następnemu problemowi: czy to prawda, że jeśli "nabożeństwo zaczyna się tak samo każdego tygodnia, są te same pozdrowienia i formuły na rozpoczęcie […] te same starsze kobiety modlą się tą samą modlitwą każdego tygodnia", to wynika z tego, że "powtarzanie tych samych czynności, gestów każdej niedzieli" dowodzi, iż "tacy ludzie są wewnętrznie martwi"?

Wskazówkę dotyczącą problemu gonitwy za nieustanną odmianą (żeby się nam przypadkiem nie znudziło?) znaleźć możemy w 1 Liście do Koryntian. Oto Paweł zarzuca Koryntianom pewne ważne wypaczenia w ich wspólnotowej modlitwie. Czy pretensje Apostoła dotyczą tego, że "można przewidzieć od początku do końca, co się wydarzy podczas niedzielnego spotkania"? Nic podobnego! Zarzut Pawła idzie właśnie w odwrotną stronę: "gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej" (1 Kor 11, 20). Apostoł ma pretensję właśnie o to, że Koryntianie nie powtarzają za każdym razem tego samego (jest to oczywiście tylko ludzki sposób mówienia, gdyż Jezus żyje i Jego obecność nigdy nie jest nawet dwa razy taka sama). Najwidoczniej biblijną normą właśnie jest powtarzanie tej samej sakramentalnej formy modlitwy zwanej Wieczerzą Pańską, i brak takiej systematyczności był odstępstwem od chrześcijańskiego porządku w korynckim Kościele.

c. "Uwolnić się od duchów kontroli religijnej"?

Jasne jest, że biblijnym ideałem podtrzymywania i rozwijania relacji z Jezusem nie jest wcale odrzucanie schematów jeśli są dobre, a przede wszystkim jeśli są zalecane przez Słowo Boże. Nie jest też ideałem negowanie powtarzających się gestów i rytów w końcu sam Jezus w czasie Ostatniej Wieczerzy bardzo skrupulatnie i ściśle dostosował się do wymogów Prawa i zwyczajów! Duchowa i wewnętrzna relacja z Jezusem bynajmniej nie przeciwstawia się tak pojętej "religijności". Wręcz przeciwnie, powinna czerpać z niej siłę i stabilność.

Gorliwe propagowanie "uwolnienia się od duchów kontroli religijnej" wynikło z założeń zgoła nie biblijnych, ale z uległości wobec indywidualistycznej i konsumpcyjnej mentalności tego świata. Założeniem było: chrześcijaństwo to stowarzyszenie mające służyć rozwojowi mojej własnej osobowości, a wszystko, co krępuje moją swobodę należy odrzucić. Dorobiono nawet pobożnie brzmiące słownictwo, aby to wszystko usprawiedliwić: mianowicie osławione "duchy kontroli religijnej".

To właśnie takie duchy opanowały rzekomo Kościół katolicki, i to właśnie spod ich wpływów należałoby się uwolnić, aby zaznać wolności dzieci Bożych. Czy jednak czasem nie jest tak, że to nie tyle Słowo Boże do tego skłania, ale raczej oparta na pogańskich ideałach ideologia nieograniczonego liberalizmu?

Czy Biblia przedstawia chrześcijańską wspólnotę na kształt gigantycznej dyskoteki, z której można przejść do sąsiedniej, jeśli tam akurat gra dzisiaj lepsza kapela? Czy też raczej przedstawia wspólnotę wierzących jako uporządkowane i kontrolowane przez kogoś ciało, wymagające niekiedy trudnych poświęceń, cierpliwości, wyrozumiałości i wzajemnej miłości? Otóż według Biblii jest cały szereg osób kierujących Kościołem i poddających go kontroli. Oto lista takich osób:

  • Apostołowie: "kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi" (Łk 10, 16);
  • biskupi: "uważajcie na całe stado, nad którym Duch Święty ustanowił was biskupami, abyście kierowali Kościołem Boga" (Dz 20, 28);
  • prezbiterzy: "prezbiterzy, którzy dobrze przewodniczą, niech będą uważani za godnych podwójnej czci, najbardziej ci, którzy trudzą się głoszeniem słowa i nauczaniem" (1 Tm 5, 17);
  • przełożeni: "bądźcie posłuszni waszym przełożonym i bądźcie im ulegli, ponieważ oni czuwają nad duszami waszymi i muszą zdać sprawę z tego" (Hbr 13, 17).

Posługa wymienionych wyżej Apostołów, oraz ich następców biskupów wraz z prezbiterami oraz różnymi przełożonymi jest ważnym sposobem kierowania Kościołem przez Ducha Świętego. "Apostołowie i bracia starsi [presbyteroi]" piszą: "postanowiliśmy bowiem, Duch Święty i my" (Dz 15, 23-28).

Od samego początku istnienia naszej wiary byli tacy, którzy "zawsze narzekają i są niezadowoleni ze swego losu" (Jud 16). Nie zmienia to faktu, że nieposłuszeństwo jest niebezpieczną wadą: "niech zbyt wielu z was nie uchodzi za nauczycieli, moi bracia, bo wiecie, że tym surowszy czeka nas sąd" (Jk 3, 1). Wniosek jest prosty: jest prawdą, że istnieje duch kontroli w Kościele Boga Żywego. Tyle tylko, że duch ten ma na imię Duch Święty.

Wszystkich poszukujących drogi chrześcijańskiego życia możemy zapewnić o jednym: największą radością jest trwanie w społeczności kontrolowanej przez Ducha Świętego, Ducha Bożej kontroli nad ludem Bożym. Wielką radością jest dla nas odkrywanie, że za każdym razem, kiedy odmawiamy w czasie niedzielnej Eucharystii wyznanie wiary ("wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół"), żyjemy pełnym Słowem życia. Słowo to dla nas nie straciło nic ze swojej mocy. Spisane w Biblii dla pierwszych pokoleń chrześcijańskich opisuje nasz wspólny dom duchowy, Kościół Boga Żywego, kontrolowany i podtrzymywany w jedności przez Ducha Świętego:

"Jesteście zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus. W Nim zespalana cała budowla rośnie na świętą w Panu świątynię. W Nim także i wy wznosicie się we wspólnym budowaniu, by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha" (Ef 2, 20-22).

Walka duchowa:

Ale nas zbaw ode Złego

Wskutek mody na nowoczesność, zaniedbywano niekiedy wśród katolików w głoszeniu wiary chrześcijańskiej problem szatana i demonów, który to problem zabiera bardzo dużo miejsca w Piśmie św. Walka duchowa chrześcijanina jest opisana już w Starym Testamencie. Jeszcze lepiej zrozumiemy ją zgodnie z interpretacją daną przez Nowy Testament. Możemy nauczyć się w ten sposób, jaką bronią walczą przeciw ludziom demony i jak się przed tym obronić. Przy okazji jednak stykamy się z poglądami w tej kwestii przesadnymi, a czasem nawet dziwacznymi lub graniczącymi z obsesją. Czas na przykłady.

a. Zdemonizowany chrześcijanin

"Chrześcijanie mogą po nawróceniu mieć demony, które przebywały w nich przed nawróceniem. Poza tym mogą otrzymać dalsze demony przez trwanie w grzechu i poprzez inne punkty wejścia. Nie jest to teoretyczny punkt widzenia, ale jest oparty na szerokim doświadczeniu uzdrawiania i uwalniania".

Zdanie to dość precyzyjnie odzwierciedla stan umysłu pewnej liczby "wierzących w Pismo św." ludzi, którzy pragną "oczyszczać świat z wpływów diabła", a osiągnąć to chcą przez "zdobywanie terenu opanowanego przez demony". Świat jest w ich pojęciu terenem zdobytym w całości przez Szatana i chrześcijanin powinien krok po kroku wyrywać z panowania demonów kolejne partie terytorium. Następuje to przez spektakularne, jak się to nazywa, "konfrontacje mocy". Są to sceny wypędzania złych duchów i egzorcyzmowania, połączone z krzykami, konwulsjami, drgawkami i innymi niezwykłymi manifestacjami. Tym, co nas najbardziej tutaj interesuje, jest fakt, że często ulubionym "terenem do zdobycia i oczyszczenia" z owych mocy, podobno demonicznych, są wierni praktykujący katolicką formę chrześcijaństwa. Duchy kontroli, duchy hierarchii, duchy brewiarza lub duchy różańca, duchy… których zliczyć nie sposób, oto przeciwnik tak pojętej "walki duchowej".

Według wielu gorliwych miłośników problematyki walki z demonami, którzy zapewniają, że bardzo są biblijni, są trzy drogi wejścia demonów do ludzkiego życia: 1) grzech, 2) nieszczęśliwe wypadki, 3) sławetna "linia pokoleniowa", największe curiosum i niegdysiejsza sensacja sezonu.

  1. Ludzie przejęci do głębi strasznymi możliwościami szatana posługują się nazwą "demonizacja". Oznacza to obejmowanie władzy nad człowiekiem przez demona, lub przynajmniej fakt, że mieszka w kimś, jak mówią, "demon rezydujący". Jeśli zapoznać się z rozpowszechnianymi przy okazji tekstami, to odniesie się nieodparte wrażenie, że demonizacja to przypadłość mająca miejsce bardzo często. Na przykład, wystarczy według tego typu nauczań pożądliwe spojrzenie: "Duch pożądliwości, który wchodzi przez oczy, może zachęcić człowieka do grzechu seksualnego. Jako rezultat, wejdzie wtedy duch rozwiązłości. A gdy otworzy się to demoniczne wejście, wtedy zacznie działać jak demoniczna pompa, którą wróg może posyłać swoich współpracowników".

    Przy takim podejściu trudno oprzeć się wnioskom, że zdemonizowany jest praktycznie każdy, gdyż przecież "jeśli mówimy, że nie ma w nas grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy" (1 J 1, 8). Jeśli grzeszne spojrzenia lub niewłaściwe myśli dają prawo demonom do zamieszkania we wnętrzu człowieka, to kolejnym demonizacjom i wypędzeniom demonów powinno nie być końca! Jeśli ktoś w to uwierzy, to zaczyna dostrzegać w świecie dwie tylko kategorie ludzi. Pierwsza kategoria to "zdemonizowani" (praktycznie prawie wszyscy), druga zaś to ci, których dzielni mocarze ducha uwolnili od demonów w wyniku "konfrontacji mocy".

    Najbardziej nawet pobieżna znajomość Pisma świętego podpowie od razu, że jest to nonsens. Jezus Chrystus nie traktował wszystkich jako opętanych! W czasach opisywanych przez Ewangelie ludzi "zdemonizowanych", opętanych przez szatana było, procentowo rzecz ujmując, bardzo niewielu. Mógł to być jeden człowiek w mieście lub kilku w danej okolicy. Prawdą jest, że wszyscy byli grzesznikami, wszyscy popełniali mniejsze lub większe grzechy, Dobra Nowina jeszcze do nich nie dotarła, ale czy byli oni wszyscy traktowani jako przypadki nadające się do "uwolnienia z demonicznych mocy"? Z całą pewnością nie! Czy to na terenach zamieszkałych przez wiernych Izraelitów, czy na terenach pogańskich, Jezus traktował ludzi jako zasadniczo wolnych i odpowiadających za siebie, a przypadki opętań traktował jako rzadki wyjątek. Tak samo postępowali Jego uczniowie, gdy głosili Ewangelię wśród pogan oddających cześć najróżniejszym bożkom (a więc wśród Koryntian, Rzymian, Galatów), i tak samo postępował Kościół przez dwadzieścia wieków. Tak samo to znaczy zgodnie z Pismem.

    Nowy Testament mówi (czego można się było spodziewać) to, w co zawsze wierzył Kościół. Że mianowicie egzorcyzmy są rzadką koniecznością, a normalnym sposobem walki ze złym duchem jest "pas prawdy, pancerz sprawiedliwości, gotowość do ewangelizacji, modlitwa i czytanie Słowa Bożego" (por. Ef 6, 13-17). Z radością więc możemy uświadomić sobie, że jako katolicy zawsze staraliśmy się to robić, zamiast oddawać się iluzorycznym "konfrontacjom mocy" z "duchami religijnymi" i z "duchami hierarchii", o czym jako żywo ani Apostołowie nie uczyli, ani nie wspomina o tym spisane przez nich Słowo Boże.

  2. Poza grzechem, drugą drogą, jaka podobno ma dawać szatanowi prawo do "wejścia w człowieka", są traumatyczne przeżycia, a szczególnie nieszczęśliwe wypadki. Podczas jednej z "uwolnieniowych konferencji" wypędzano z pewnej dziewczyny demona, który miał wejść w nią, gdy spadła z balkonu jako dziecko. Jako dowód obecności złego ducha przytoczono fakt, że potem nękała ją seria nieszczęśliwych zdarzeń. Jej wypadek w dzieciństwie był koronnym dowodem na obecność w niej "rezydującego demona". Ktoś inny spadł w dzieciństwie z roweru, ktoś jeszcze inny wystraszył się w ciemnym korytarzu… Co więcej, nawet jeśli ktoś miał wyjątkowo spokojne życie, nic mu to nie pomoże. Demon podobno może wejść w człowieka nawet jeszcze w łonie matki!

    A jak to jest naprawdę? Pomijając oczywisty fakt, że nigdzie Pismo św. o podobnej przyczynie "demonizacji" nie mówi, to ileż demonów musiałby mieć Apostoł Paweł: "Od Żydów pięciokrotnie byłem bity, trzy razy sieczony rózgami, raz kamienowany, trzykrotnie byłem rozbitkiem na morzu […] w niebezpieczeństwach na rzekach, w niebezpieczeństwach od zbójców, w niebezpieczeństwach od własnego narodu, w niebezpieczeństwach od pogan, w niebezpieczeństwach w mieście, w niebezpieczeństwach na pustkowiu, w niebezpieczeństwach na morzu" (2 Kor 11, 26n). Gdyby traumatyczne przejścia i nieszczęśliwe wypadki były bramą do wejścia demona do wnętrza człowieka, to Apostoł Paweł musiałby mieć cały legion demonów! Tymczasem jego wnioski, gdy zastanawiał się nad tymi przypadkami, szły w dokładnie przeciwną stronę. Apostoł mówił: wskutek tego wszystkiego jeszcze bardziej jestem sługą Chrystusa! "Bardziej przez trudy, bardziej przez więzienia, daleko bardziej przez chłosty, przez częste niebezpieczeństwa śmierci" (2 Kor 11, 23).

    Wniosek dla katolików nasuwa się prosty: mniej "konferencji uwolnieniowych", więcej Pisma świętego czytanego w Kościele oto czego nam trzeba, ażeby bronić się przed złymi mocami.

  3. Trzeci sposób przenikania demonów to podobno tak zwana linia pokoleniowa. Ta ostatnia droga zasługuje na szczególną uwagę, ze względu na nacisk kładziony na nią w nauczaniu wędrownych nauczycieli uwolnieniowych: "czasami ludzie otrzymują demony poprzez linie pokoleniowe". Według takiego nauczania Biblia podobno mówi, że grzech przodków może być przyczyną obecności demona aż do trzeciego i czwartego pokolenia. To podobno bardzo biblijne nauczanie zyskało niebywały rozgłos i zrodziło coraz powszechniejszą modę uwalniania od demona pokoleniowego, który posiadł prawo do nękania nieszczęśliwego chrześcijanina z winy dziadka lub pradziadka. Pradziadek przecież też mógł być leniwy lub nadmiernie nerwowy, mógł spaść z balkonu albo przestraszyć się pioruna. Za bardzo podejrzane z demonologicznego punktu widzenia (to nie są, niestety, żarty!) uważano posiadanie dziadka górnika. A skoro za czasów jego młodości nie było jeszcze "posługi uwalniania", to demon mógł spokojnie przesiedzieć przez cztery pokolenia w zarażonej w ten sposób rodzinie. Dopiero teraz nadarza się okazja, by tę demoniczną chytrość zastopować.

    Pojęcie demonicznej "linii pokoleniowej" uzasadniane jest jakżeby inaczej fragmentami Biblii, a konkretnie Starego Testamentu. Każdy cytat wydaje się przy tym dobry, byleby występowało w nim sformułowanie "trzecie i czwarte pokolenie" albo przynajmniej jakiś związek z "rodem" lub "rodziną". Przytacza się więc takie teksty biblijne: "Jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia" (Wj 20, 4-5); "Ja i mój ród zgrzeszyliśmy" (Ne 1, 6-7); "Przodkowie nasi zgrzeszyli, a my dźwigamy ich grzechy" (Lm 5, 7). Podobno ma z tego wynikać, że demony rezydują w rodzinach przez trzy lub cztery pokolenia, dopóki się ich nie wyrzuci (nie jest jasne, co dzieje się w pokoleniu piątym; czyżby demoniczna obecność wygasała z czasem? a może ulega przedawnieniu?) Niekiedy entuzjaści "walki duchowej" w postaci "konfrontacji mocy" mówią nawet wprost o dziedziczeniu grzechu: "grzechy, które popełniają dziadkowie, przechodzą na dzieci i wnuków".

    W rzeczywistości, jak może to stwierdzić każdy czytając te teksty osobiście, przytoczone fragmenty biblijne mówią wprawdzie o możliwości odpowiadania przez ludzi za czyny ich przodków, ale nigdzie nie ma wzmianki, jakoby odpowiedzialność ta miała charakter demonizacji. Nigdzie nie ma ani śladu sugestii, że taką karą ma być zamieszkanie demona we wnętrzu człowieka; nie ma absolutnie żadnych podstaw do wniosków w rodzaju: "duchy, które weszły w linię pokoleniową w życiu pradziadków, przeszły na dziadków, rodziców i dzieci", na przykład przy "dziedzicznej migrenie".

    Pismo święte mówi co najwyżej o tym, że Bóg karze występki Izraelitów karami, które mogą sięgać do trzeciego i do czwartego pokolenia (Wj 20, 4-5); że Izraelici poczuwali się do pokutowania za grzechy swoich przodków (Ne 1, 6-7); że ludzie ponoszą odpowiedzialność za grzechy swoich przodków (Lm 5, 7).

    Jako lekarstwo na ten stan rzeczy Stary Testament zaleca nawrócenie i cierpliwość w nieszczęściu, nigdzie natomiast nie zaleca "przerywania linii pokoleniowej" lub wypędzania demonów. Byłoby to zresztą nonsensem, jako że zawsze kary te są opisane w Biblii jako nałożone przez Boga, a nie przez demona. Jeśli według Starego Testamentu konsekwencje grzechu trwające do trzeciego i czwartego pokolenia są karą nałożoną osobiście przez Boga, to jak człowiek może taką karę Bożą "wypędzać" rozkazując jej w imię Boże, aby go opuściła? Wniosek jest jasny: cała teoria o demonicznej mocy trwającej wskutek "linii pokoleniowej" aż do trzeciego i czwartego pokolenia jest czystym wymysłem i nie ma żadnego oparcia w Biblii. Chrześcijanin obmyty Krwią Jezusa i uświęcony w Duchu Świętym jest wolny. Żadnych tajemniczych przekleństw ciążących na rodzinie i żadnych demonów pasożytujących z pokolenia na pokolenie nie musi się bać, podobnie jak rzuconego uroku i czarnego kota.

b. Walka duchowa, czyli walka z grzechem

Najcięższa broń szatana w walce z chrześcijaninem to grzech. Niezdrowa fascynacja opętaniami i dręczeniami przez duchy odsunęła na plan dalszy zadanie z pewnością pierwszoplanowe: walkę z grzechem. W końcu kiedy szatan wszedł w Judasza (J 13, 27), to ten nie zaczął się tarzać ani wykrzykiwać jak opętany. Całkiem po prostu "zaraz wyszedł; a była noc" (J 13, 20).

Najgorsze grzechy nazwane są "grzechami głównymi", gdyż po pierwsze, odwodzą od wiary i mogą stać się przyczyną utraty prawa do odziedziczenia Królestwa Bożego, a po drugie stają się przyczyną mnóstwa innych grzechów. Jest razem siedem grzechów głównych wyraźnie opisanych na kartach Nowego Testamentu: pycha, zazdrość, gniew, lenistwo, chciwość, nieczystość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Cztery z niech mają charakter duchowy, a trzy cielesny.

– cztery grzechy główne duchowe

Wbrew popularnemu mniemaniu, grzechy duchowe są ze swojej natury cięższe niż grzechy cielesne, a z nich z kolei największy ciężar gatunkowy ma grzech pychy. Ponieważ są duchowe, mogą towarzyszyć nawet bardzo ascetycznej postawie ciała. Znani są ludzie, którzy przez pychę i zazdrość wyrządzili mnóstwo zła, a nie ulegali wcale popędom ciała. Pismo mówi nam o "pozorach mądrości […] dzięki uniżaniu siebie i nieoszczędzaniu ciała" (Kol 2, 23).

1) Pycha
Jest to prawdziwie grzech demoniczny, największy. "Pożądliwość oczu i pycha tego życia nie pochodzi od Ojca" (1 J 2, 16). Pycha grozi szczególnie świeżo nawróconym gorliwcom, a prowadzi jak ostrzega Biblia do służenia planom Przeciwnika: "Troszczący się o Kościół Boży […] nie może być świeżo ochrzczony, ażeby wbiwszy się w pychę nie wpadł w diabelskie potępienie" (1 Tm 3, 6).

2) Zazdrość
Grzech ten wprowadza nieład i burzy Boży porządek. "Gdzie bowiem zazdrość i żądza sporu, tam też bezład i wszelki występek" (Jk 3, 16). Staje się też przyczyną wielu grzesznych czynów: "Żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć" (Jk 4, 2).

3) Gniew
Może mieć nawet pozór działania w Bożej sprawie, ale najczęściej nie odpowiada to rzeczywistości. "Każdy człowiek winien być […] nieskory do gniewu. Gniew bowiem męża nie wykonuje sprawiedliwości Bożej" (Jk 1, 10).

4) Lenistwo

Najbardziej szkodliwą jego odmianą jest lenistwo duchowe, czyli duchowa ospałość albo gnuśność. Jezus mówi: "Sługo zły i gnuśny!" (Mt 25, 26). Lenistwo to duchowy bezruch skłaniający do duchowej drzemki. Pismo św. przestrzega: "abyście nie stali się ospałymi" i daje taką ostrą ocenę: "złe bestie, brzuchy leniwe" (Tt 1, 12).

Grzechy duchowe, jak widać, upodabniają człowieka do istoty duchowej, do anioła; tyle tylko, że jest to anioł zbuntowany, czyli szatan.

– trzy grzechy główne cielesne

Grzechy cielesne spowodowane są zdominowaniem ducha ludzkiego przez popędy natury cielesnej.

1) Chciwość
Przy nieustannym poruszaniu przez krytyków Kościoła rzekomego katolickiego bałwochwalstwa zapomniano, jak się zdaje, o Biblii. Bałwochwalstwo naprawdę ostro krytykowane przez Nowy Testament to kult pieniądza. "Korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy" (1 Tm 6, 10). Dlatego "o chciwości niech nawet mowy nie będzie wśród was, jak przystoi świętym" (Ef 5, 3). Kult pieniędzy może stać się przyczyną zguby chrześcijanina: "żaden chciwiec to jest bałwochwalca nie ma dziedzictwa w królestwie Chrystusa i Boga" (Ef 5, 5).

2) Nieczystość

Ocena tego grzechu jest równie surowa co grzechów poprzednich: "Żaden rozpustnik ani nieczysty […] nie ma dziedzictwa w królestwie Chrystusa i Boga" (Ef 5, 5). Potrzebne jest więc wyraźne nawrócenie: "Nie powołał nas Bóg do nieczystości, ale do świętości. A kto to odrzuca, nie człowieka odrzuca, lecz Boga, który przecież daje wam Ducha Świętego" (1 Tes 4, 7).

3) Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu
Ten grzech jest znakiem stylu życia właściwego poganom: "Wystarczy, żeście w minionym czasie pełnili wolę pogan i postępowali w rozwiązłościach, żądzach, nadużywaniu wina, obżarstwie, pijaństwie i niegodziwym bałwochwalstwie" (1 P 4, 3).

Grzechy cielesne powodują zatarcie duchowej strony w człowieku, upodabniając go do świata zwierzęcego.

– "grzechy wołające o pomstę do nieba"

Walka duchowa chrześcijanina to również konfrontacja z czterema szczególnymi pokusami, które tradycyjnie nazywano "grzechami wołającymi o pomstę do nieba". Nazwa ta wzięła się oczywiście stąd, że tak właśnie grzechy te określa Biblia:

1) Morderstwo
Jako grzech "wołający do nieba" Bóg ocenił postępek Kaina: "Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!" (Rdz 4, 10).

2) Wyzysk, niewypłacanie robotnikom ich należności
Zapomina się czasem dziś o bardzo surowej ocenie tego grzechu przez Pismo, o tym, że dociera on przed oblicze Boga: "Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów" (Jk 5, 4).

3) Krzywda wdów i sierot
Osoby pozbawione możliwości zarobkowania (na pewno trzeba tu włączyć też chorych i ludzi starszych niezdolnych do pracy!) są pod szczególną opieką Boga: "Nie będziesz krzywdził żadnej wdowy i sieroty. Jeślibyś ich skrzywdził i będą Mi się skarżyli, usłyszę ich skargę [i] zapali się gniew mój" (Wj 22, 21).

4) Grzech nieczystości przeciwny naturze
Obrazowe nauczanie Biblii również w tym wypadku mówi o rozleganiu się skargi na te grzechy w niebie. "Skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich mieszkańców są bardzo ciężkie. Chcę więc iść i zobaczyć, czy postępują zgodnie z wołaniem, które do Mnie doszło, czy nie" (Rdz 18, 20-21).

– grzechy przeciw Duchowi Świętemu

Walka duchowa chrześcijanina z szatanem musi być szczególnie wyczulona na grzechy przeciw Duchowi Świętemu. Jak zrozumieć biblijną przestrogę, że grzech taki nie będzie nigdy odpuszczony (Mt 12, 32)? Na pewno nie mamy tego rozumieć w ten sposób, że jeśli coś nieostrożnie zrobimy, powiemy lub pomyślimy, wpadniemy w zastawione przez Boga sidła, z których nie ma już potem żadnego ratunku. Kościół czytając przez wieki Pismo święte, sprecyzował owe grzechy jako błędne postawy trwające całe życie i prowadzące do śmierci w wyraźnie bezbożnym stanie ducha, bez żadnej chęci czynienia pokuty. Na tej podstawie tradycyjnie wymieniano sześć takich grzechów.

1) Grzeszyć licząc zuchwale na miłosierdzie Boże
Taki grzech przeciw Duchowi Świętemu wyraźnie jest opisany w Biblii. "Jeśli bowiem dobrowolnie grzeszymy po otrzymaniu pełnego poznania prawdy, to już nie ma dla nas ofiary przebłagalnej za grzechy, ale jedynie jakieś przerażające oczekiwanie sądu" (Hbr 10, 26-27). Nie chodzi oczywiście o to, że chrześcijanin jest grzeszny (to akurat zdarza się każdemu!), ale o postawę całkowitego odwrócenia od Boga, w zuchwałym przekonaniu: Bóg musi mnie zbawić! nie ma innego wyboru! jest przecież miłosierny!

2) Rozpaczać albo wątpić w miłosierdzie Boże
Nie chodzi oczywiście o wątpliwości, jakie niekiedy każdy miewa. Chodzi natomiast o wybór dotyczący całej wieczności. Przestrogą przed takim postępowaniem jest los Judasza. Jakkolwiek nie wiemy oczywiście, jakie są jego losy wieczne, to jednak jego historia ma być na zawsze ostrzeżeniem przed grzechem rozpaczy: "Judasz rzekł: "Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną" […] Potem poszedł i powiesił się" (Mt 27, 3 i 5).

3) Sprzeciwiać się uznanej prawdzie chrześcijańskiej
Uporu w odrzucaniu fundamentów wiary nie należy mylić z pytaniami, dyskusjami i szukaniem prawdy. "Baczcie, aby jakiś korzeń gorzki, który rośnie w górę, nie spowodował zamieszania, a przez to aby nie skalali się inni […] a wiecie, że później, gdy chciał otrzymać błogosławieństwo, został odrzucony, nie znalazł bowiem miejsca na nawrócenie" (Hbr 12, 15 i 17).

4) Zazdrościć bliźniemu łaski Bożej
Jeśli jest to zazdrość jako impuls, który tak często się w nas rodzi i z jakim musimy walczyć, to nie ma nic wspólnego z grzechem przeciw Duchowi Świętemu. Jeśli natomiast ktoś wybrał ją jako drogowskaz na całe życie i konsekwentnie wybór ten realizuje, to znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie. "Żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć" (Jk 4, 2).

5) Mieć zatwardziałe serce wobec zbawiennych napomnień
Wprawdzie pewien stopień obojętności na napomnienia cechuje nas wszystkich, tu jednak ostrzega się przed życiem jakby impregnowanym całkowicie na głos wzywający do nawrócenia, przed radykalnym zamknięciem serca. "Jest powiedziane: Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych jak w buncie" (Hbr 3, 15).

6) Aż do śmierci odkładać pokutę i nawrócenie
Nawracać się mamy wtedy, gdy dociera do nas Boże wezwanie, gdyż nikt nie wie, ile czasu da mu jeszcze Bóg. "Uważajcie, bracia, aby nie było w kimś z was przewrotnego serca niewiary, której skutkiem jest odstąpienie od Boga żywego […] aby żaden z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu" (Hbr 3, 12-13).

c. Opętanie?

Każdy grzech i niewierność Ewangelii, jak również każde zaburzenie normalnego toku chrześcijańskiego życia może być splotem wpływu pokus złego ducha, ludzkiej słabości i cech ułomnej natury. Dlatego mówi św. Paweł: "toczymy walkę przeciw rządcom świata tych ciemności, pierwiastkom duchowym zła" (Ef 6, 12). Szatan przewyższa człowieka inteligencją, mocą i przebiegłością: dlatego naiwnością są zbyt proste metody walki z szatanem. Prawdziwą metodą walki duchowej z nim jest świętość.

Szczególnym i w praktyce raczej rzadkim przypadkiem działania szatana są tak zwane "napaści" i opętania szatańskie. Napaści są zewnętrznym atakiem szatana, opętania dotyczą wewnętrznych władz zmysłowych. W dzisiejszej atmosferze poszukiwania sensacji i udziwnień tym bardziej obowiązuje stara łacińska zasada: Non prius admittenda quam probanda (nie przyjmuje się podejrzenia o opętanie, zanim się tego nie udowodni po wyczerpaniu wszystkich innych wyjaśnień, naturalistycznych, a szczególnie medycznych). Wolno natomiast przypuszczać, że dobrowolne angażowanie się w kontakty z duchami złymi (spirytyzm, satanizm) może częściej prowadzić do szatańskich napaści i opętań.

Wielu współczesnych ludzi żyje w egzaltacji religijnej, szukając sensacji i niezwykłych manifestacji duchowych na każdym kroku. Religijni sceptycy natomiast w ogóle nie wierzą w istnienie złego ducha. Chrześcijanie zaś kierują się zasadą biblijnego realizmu: "Przeciwstawiajcie się diabłu, a ucieknie od was; przystąpcie bliżej do Boga, to i On zbliży się do was" (Jk 4, 7-8).

Read More →

Pewien nieprzejednany krytyk Kościoła katolickiego w rozpowszechnianej aktualnie książce grzmiąc przeciw katolickim praktykom religijnym napisał:

"Wziąłem Pismo święte i rozpocząłem poszukiwania: «Gdzie jest mowa o mszy? Gdzie to wszystko?» Nie znajdowałem. Im dłużej badałem sprawę, tym jaśniej widziałem, że chrześcijaństwo to jedno, rzymski katolicyzm to zupełnie co innego".

Niniejszy rozdział zatytułowany Podręczny Mszalik rzymskiego katolika według Biblii spisany ma za zadanie dopomóc owemu zdezorientowanemu krytykowi. Skoro on szukając w Biblii, "gdzie jest mowa o mszy?", musiał wyznać w końcu: "nie znalazłem", to postaramy się wyszukać dla jego wygody jakieś stosowne miejsca: znajdziemy za niego. Przy okazji przyda się to zapewne wszystkim innym, którzy zapragną ugruntować swoje wiadomości o związku Mszy św. z Biblią.

Początek Mszy św. i Liturgii Słowa:

– W każdą niedzielę

Najpierw więc trzeba się zastanowić, dlaczego katolicy uczestniczą w Eucharystii w każdą niedzielę (oczywiście chętni mogą to robić jeszcze częściej, ale niedzielna Msza św. jest obowiązkiem sumienia katolika). Dlaczego nie robić tego na przykład tylko w pierwszą niedzielę miesiąca albo tylko raz w roku na święta paschalne, albo raz na kwartał. W końcu wielu ludzi uważających, że kierują się w życiu Biblią, tak właśnie postępuje w swoich wspólnotach wyznaniowych.

Otóż katolicy czynią to z posłuszeństwa słowom Jezusa Chrystusa czytanym w Biblii. Jezus powiedział o Ostatniej Wieczerzy: "To czyńcie na moją pamiątkę". Trudno znaleźć w całej Biblii słowa Zbawiciela udokumentowane z większym naciskiem. Znajdują się w Ewangelii Łukasza (Łk 22, 19) i powtórzone są dosłownie przez św. Pawła (1 Kor 11, 24). Jezus nie powiedział tak na przykład o śpiewaniu lub klaskaniu, ani o pantomimie ewangelizacyjnej. Nie znaczy to, że ewangelizowanie nowoczesnymi metodami nie jest bardzo potrzebne, albo że śpiewanie i klaskanie nie może być bardzo budujące. Może być. Jeśli jednak rozróżniamy to, co koniecznie musi być, od tego, co ewentualnie można dołączyć, to Eucharystia jak wynika to z całą oczywistością z Biblii być musi. Inne rzeczy być mogą.

Wiemy już, jaki jest konieczny, na mocy polecenia Jezusa spisanego w Słowie Bożym, sposób duchowego "pamiętania o Nim": "To czyńcie na moją pamiątkę". Ale jak często mamy to czynić? Apostoł Paweł wyjaśnił to tak wyraźnie, że dokładniej powiedzieć już tego nie można. Napominając Koryntian za błędy powiedział: "Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej…" (1 Kor 11, 20). Nie może być tak, że spotkania chrześcijan polegają regularnie na czymś innym, a nie na przeżyciu Wieczerzy Pana. Wierne Chrystusowi wspólnoty świętowały ją zawsze w niedzielę. Wspominają o tym Dzieje Apostolskie, używając jeszcze innej pięknej starożytnej nazwy Eucharystii: "łamanie chleba": "W pierwszy dzień po szabacie zebraliśmy się na łamanie chleba" (Dz 20, 7).

Nie znaczy to oczywiście, że nie może być zgromadzeń chrześcijańskich w innym celu. Jak najbardziej mogą być: na przykład spotkania modlitewne lub ewangelizacyjne. Mają one jednak rolę uzupełniającą wobec gromadzenia się w celu sprawowania Wieczerzy Pańskiej. W ten sposób spełniona zostanie cała biblijna recepta modlitwy uczniów Jezusa: zarówno "to jest Ciało moje za was wydane; czyńcie to na moją pamiątkę" (1 Kor 11, 24), jak i "kiedy się razem zbieracie, ma każdy z was już to dar śpiewania hymnów, już to łaskę nauczania albo objawiania rzeczy skrytych, lub dar języków, albo wyjaśniania" (1 Kor 14, 26).

Dlatego jeśli usłyszymy propozycję od wspólnoty, która nie ma zwyczaju coniedzielnej Wieczerzy Pańskiej (tak bowiem brzmi starodawna nazwa Mszy św.), to koniecznie musimy sobie przypomnieć, że "Słowo Pana trwa na wieki" (1 P 1, 25), a nie zmienia się co kilka lat. A Słowo to napomina zwolenników takich innowacji: "Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej…"

– Otrzymaliśmy od Pana

Kolejne pytanie dotyczyć może specjalnych gestów i niecodziennych strojów związanych tradycyjnie ze sprawowaniem Eucharystii. Mają nam pomóc. W czym? Wszystko to ma nam ułatwić przypomnienie sobie, że nie tworzymy zwyczaju Eucharystii, ale od samego Boga za pośrednictwem Biblii go otrzymujemy i z pokolenia na pokolenie przekazujemy: "Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem: że Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb…" (1 Kor 11, 23). Sens tych obrzędów, słów i gestów jest taki: mają nas wprowadzić w atmosferę początków Eucharystii danych przez Jezusa w pierwszym wieku.

To właśnie dlatego strój księdza przewodniczącego liturgii jest wzorowany na zwyczaju ubierania się w starożytności: biała tunika zwana dla swego koloru z łacińska albą; sznur nazywany cingulum (to od łacińskiego cingo – "przepasuję się"), płaszcz ozdobny o nazwie ornat, podobny do strojów noszonych w czasie początków chrześcijaństwa. Używanym jako ołtarz sprzętem jest ozdobny, czasem drewniany, a czasem kamienny stół, zgodnie ze słowami Apostoła, że chodzi tu o "stół Pana" (1 Kor 10, 21). Przykryty jest obrusem na pamiątkę tego, że Jezus wskazując na odświętny charakter uczty polecił: "wskażą wam salę dużą, usłaną, tam przygotujcie" (Łk 22, 12).

– Spowiadam się…

Zaraz na samym początku Mszy św. chrześcijanie uświadamiają sobie, że są grzesznikami. Dlaczego? Gdyż "jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma nas prawdy" (1 J 1, 8). Dlatego wszyscy zaczynają recytować "Spowiadam się Bogu Wszechmogącemu, że bardzo zgrzeszyłem". Oznacza to: "wyznaję Tobie, Boże, moje grzechy". A dlaczego mówimy jeszcze, że "spowiadam się" też "wam, bracia i siostry"? To proste. Gdyż Biblia poucza: "Wyznawajcie sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego" (Jk 5, 16). I dokładnie to właśnie robimy na początku Eucharystii, dodając z tego powodu później: "błagam was, bracia i siostry, o modlitwę za mnie do Pana Boga naszego". Prośbę tę rozszerzamy o tych braci i te siostry, którzy już doszli do celu, a więc do zbawienia (por. Hbr 12, 23): dlatego błagamy "Maryję, zawsze Dziewicę, i wszystkich aniołów i świętych" o taką samą modlitwę za nas.

Co wtedy się dzieje? Wtedy, "jeśli wyznajemy nasze grzechy, to Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości" (1 J 1, 9). Wierni tym biblijnym zasadom wyznajemy sobie nawzajem grzeszność, a wierny biblijnym obietnicom Bóg odpuszcza nam nasze grzechy.

– Chwała na wysokości

We wspaniałym hymnie śpiewanym w niedziele w kościołach nawet człowiek mało wprawny w zgłębianiu tekstów biblijnych rozpozna z łatwością słowa pieśni aniołów, która zapisana została w Ewangelii Łukaszowej: "Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania" (Łk 2, 14). Bezinteresowne oddawanie chwały Bogu w tym hymnie zostało rozszerzone o szereg pięknych dodatkowych wezwań wzorowanych na Piśmie św., jak na przykład: "chwalimy Cię, bo wielka jest chwała Twoja" (por. Ps 96, 4 lub Ps 113, 4).

– Modlitwa

Potem brzmi w kościele wezwanie "Módlmy się" i po chwili ciszy płyną słowa stosownej modlitwy mszalnej. Jezus podał nam podstawową zasadę modlitwy: "Kiedy się modlicie, mówcie «Ojcze»" (Łk 11, 2). Wierni tej biblijnej zasadzie w liturgii modlimy się do Boga Ojca. Chrystus jest bowiem Arcykapłanem naszego wyznania (to dlatego ksiądz kończy tę modlitwę słowami: "przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego"), a Duch Święty jest tym, który sprawia jedność. Ta właśnie prawda jest wspominana zawsze przy końcu modlitwy: modlimy się "w jedności Ducha Świętego", a więc w jedności obejmującej "głębokości Boga samego" (1 Kor 2, 10), a sięgającej aż do Kościoła na ziemi, skoro "otrzymaliśmy Ducha, który jest z Boga" (1 Kor 2, 12).

– Czytanie Biblii

Tu warto zadać bardzo ważne pytanie: czy w czasie Mszy św. stosujemy naprawdę biblijną metodę czytania Biblii? Jakkolwiek może to brzmieć trochę dziwnie, to jednak rzeczywiście istnieje najbardziej biblijna metoda zaznajamiania się z tekstem biblijnym. Nie wiedząc o niej, niektórzy krytycy praktyk kościelnych potrafią wygłosić taką przedziwną opinię: "Pewien katolik chodził wprawdzie co niedziela do kościoła, ale nie znał Biblii". Ludziom takim często wydaje się, że słuchanie tekstu Pisma czytanego w kościele jest tak mało znaczące, że w ogóle nie zasługuje na wzmiankę. Dla nich liczy się tylko osobiste studium Słowa Bożego.

A jak naprawdę wygląda wzorcowa biblijna metoda lektury Pisma? Otóż jest to właśnie głośne odczytywanie tekstu przez lektora wobec ludu zgromadzonego na nabożeństwie. Łatwo się o tym przekonać, jeśli zainteresujemy się, co na ten temat mówi nam Słowo Boże. Na przykład kapłan Ezdrasz "czytał z księgi, a uszy całego ludu były zwrócone ku księdze Prawa" (Ne 8, 4). To samo polecali Apostołowie. "Skoro list zostanie u was odczytany, postarajcie się, aby odczytano go też w Kościele w Laodycei, a wy, żebyście też przeczytali list z Laodycei" (Kol 4, 16). Dokładnie tak zrozumiał to pierwotny Kościół opisany w Biblii: "Błogosławiony, który odczytuje, i którzy słuchają słów Proroctwa" (Ap 1, 3). Widać wyraźnie pojedynczą osobę lektora ("który odczytuje") i licznych zebranych słuchaczy ("którzy słuchają"). Dokładnie tak, jak widzimy to co niedziela na Mszy św.

Wbrew mylnym wyobrażeniom krytyków katolickich nabożeństw, czyta się w ten sposób w ciągu trzech lat cyklicznie urywek za urywkiem, praktycznie całą Biblię. W ten sposób kontynuuje się zwyczaje biblijne, które nie polegały na ekscytowaniu się wybranymi dowolnie fragmentami Słowa, ale na metodycznym zgłębianiu całego tekstu. Tak czytano Prawo Mojżesza: "Domagali się, aby przyniósł księgę Prawa Mojżeszowego […] I czytał z tej księgi od rana aż do południa" (Ne 8, 1 i 3). W późniejszych nieco czasach dołączono do tego lektury z tekstów Proroków (na przykład Jezusowi podano w synagodze w Nazarecie do czytania księgę proroka Izajasza – por. Łk 4, 17), a jeszcze później dodano to, co my nazywamy Nowym Testamentem (por. Kol 4, 16). Pomiędzy czytaniami śpiewano psalmy. Czytanie samego tekstu uzupełniane było komentarzem: "Czytano z księgi Prawa Bożego dobitnie, z dodaniem objaśnienia, tak że lud rozumiał czytanie" (Ne 8, 8). Komentarz ten nazywamy dziś homilią lub kazaniem.

Jak łatwo się przekonać, dokładnie to samo dzieje się w każdym kościele katolickim w niedzielę w czasie Eucharystii. Nie zmieniono nic, ani jednej joty.

– Wierzę w Boga Ojca

Modlitwa ta przypomni nam w każdą niedzielę, w co właściwie wierzymy. Nie jest to wcale takie oczywiste, gdyż w Biblii znajdziemy wiele cząstkowych apeli dotyczących wiary. Na przykład Paweł i Sylas powiedzieli strażnikowi więzienia: "Uwierz w Pana Jezusa, a zbawisz siebie i swój dom" (Dz 16, 31). Takie teksty mogą sprawić mylne wrażenie, że w króciutkiej formule zawiera się wszystko, co potrzeba. Że na przykład wystarczy uwierzyć w Jezusa (może tylko w Jego istnienie?), aby już posiadać cały skarb zbawienia. Ale przecież zaraz potem czytamy uzupełnienie: "Opowiedzieli mu więc naukę Pana" (Dz 16, 32). Wiara obejmowała więc coś więcej niż jedno krótkie zdanie. "Uwierzyć w Jezusa" znaczyło równocześnie uwierzyć w całą jego Ewangelię.

Takim rozszerzającym uzupełnieniem krótkich formuł wiary jest tekst modlitwy "Wierzę w Boga Ojca". To właśnie tutaj rozproszone po całej Biblii cząstkowe apele są zebrane w całość. Przypominamy sobie mianowicie wiarę, która nas zbawia.

Dlatego wołamy "Wierzę w jednego Boga" (bo "Jeden jest Bóg" – Ef 4, 6; a "przystępujący do Boga musi wierzyć, że Bóg jest i że wynagradza tych, którzy go szukają" Hbr 11, 6); dodajemy, że wierzymy "w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jedynego" (gdyż Apostołowie wskazali: "uwierz w Pana Jezusa, a zbawisz siebie i swój dom" Dz 16, 31). Przypominamy sobie, że "narodził się z Maryi Dziewicy" (aby nigdy nie uszło naszej uwagi, że "każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga" 1 J 4, 2).

Wyznajemy wiarę w kluczowe momenty historii Pana: "ukrzyżowany dla naszego zbawienia" (przecież wszystko "to, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi przygwoździwszy do krzyża" Kol 2, 14), "trzeciego dnia zmartwychwstał" (gdyż "Chrystus umarł, został pogrzebany, zmartwychwstał trzeciego dnia" 1 Kor 15, 3-4).

Kończymy przypomnieniem wiary w Ducha Pańskiego: "Wierzę w Ducha Świętego" (bo przecież "żyjecie według Ducha, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka" Rz 8, 9), "Pana i Ożywiciela" (skoro "Pan jest Duchem" 2 Kor 3, 17 ). Konieczne jest też pamiętanie o dziele Ducha Świętego na ziemi, o Kościele. Dlatego "wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół" (skoro takiej wiary Bóg w swoim Słowie się domaga "nie byli z nas, bo gdyby byli naszego ducha, pozostaliby z nami" 1 J 2, 19). Z tego samego powodu również "wierzę w jeden chrzest na odpuszczenie grzechów" (gdyż polecono szukającym zbawienia: "niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów" Dz 2, 38).

Wyznanie wiary ukoronowane jest ogłoszeniem ostatecznego zwycięstwa chrześcijanina: "wierzę w życie wieczne" (tak wierzyli bowiem Apostołowie: "To, co zniszczalne, przyodzieje się w niezniszczalność […] zwycięstwo pochłonęło śmierć" 1 Kor 15, 54-55).

W ten sposób każdego tygodnia ożywa w naszych sercach w najważniejszych swoich prawdach "Ewangelia, którąście przyjęli i w której też trwacie. Przez nią również będziecie zbawieni, jeżeli ją zachowacie tak, jak wam rozkazałem" (1 Kor 15, 1-2).

– Modlitwa wiernych

W niedzielnym zgromadzeniu chrześcijan posłusznych Biblii nie może zabraknąć modlitwy za innych. Ponieważ naturalną tendencją byłoby modlić się tylko i wyłącznie "za swoich": za rodzinę, znajomych, przyjaciół, dlatego Słowo Boże pomaga nam rozszerzyć serce w modlitwie.

"Zalecam, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi" (1 Tm 2, 1). Jak wszystkich, to wszystkich. Na przykład "za królów i za sprawujących władzę" (1 Tm 2, 2) i to niezależnie od ich wiary, gdyż przecież kiedy List do Tymoteusza powstawał, nie było jeszcze żadnych władców chrześcijańskich. Jeśli ważny polityk nie jest wierzącym chrześcijaninem, nie oznacza to, że nie trzeba się za niego modlić.

Apostoł Paweł modlił się też za wierzących niechrześcijan: "Muszę im wydać świadectwo, że pałają żarliwością ku Bogu, nie opartą jednak na pełnym zrozumieniu" (Rz 10, 2). Dlatego "z całego serca pragnę ich zbawienia i modlę się za nimi do Boga" (Rz 10, 1).

Modlitwa wiernych, jak pamiętamy z naszych Mszy św., często obejmuje sprawy "świeckie": modlimy się o dobre plony, albo za artystów i dziennikarzy, modlimy się o błogosławieństwo w roku szkolnym, o pomyślne rozwiązanie problemów społecznych. To bardzo ważne świadectwo wyczucia biblijnego ducha modlitewnego: "Starajcie się o pomyślność kraju, do którego was zesłałem; módlcie się za niego do Jahwe; bo od jego pomyślności zależy wasza pomyślność" (Jr 29, 7).

Głośna modlitwa wiernych w czasie Mszy św. koniecznie musi objąć też Kościół, stąd znajdzie się w niej na przykład wezwanie za papieża (wiemy, że gdy strzeżono Piotra w więzieniu, "Kościół modlił się za niego nieustannie do Boga" Dz 12, 5). Wreszcie nie może zabraknąć modlitwy za wszystkich obecnych w kościele, za otaczających ołtarz: "Módlcie się jeden za drugiego" (Jk 5, 16).

Modlitwy te kierowane są według najstarszej tradycji, wiernej Biblii, zwykle do Boga Ojca. To do Niego wołamy "Panie" – "Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie". Głęboki sens ma też zwyczajowe zakończenie tej modlitwy: "przez Chrystusa, Pana naszego". Modlitwy w Mszy św. zanosimy przez wstawiennictwo Arcykapłana naszej wiary, Jezusa Chrystusa.

Liturgia Ofiary:
Jezus gorąco pragnie spożywać Paschę z nami

– Przygotowanie darów

Modlitwa wiernych kończy tak zwaną liturgię Słowa. Drugą częścią Mszy św. jest liturgia eucharystycznej uczty ofiarnej. Przygotowuje się do niej chleb niekwaszony (dlatego nie wygląda on dokładnie tak, jak używany przez nas na co dzień chleb). Jest tak dla przypomnienia, że prawdopodobnie takiego chleba użył Chrystus. Chleb paschalny nie mógł zawierać kwasu: "z ciasta, które wynieśli z Egiptu, wypiekli niekwaszone placki, ponieważ się nie zakwasiło" (Wj 12, 39). Do tego nawiązuje jeszcze później św. Paweł: "wyrzućcie stary kwas, abyście się stali nowym ciastem, jako że przaśni jesteście" (1 Kor 5, 7).

Przygotowując zgromadzenie braci i sióstr na ofiarną ucztę, ksiądz składa najpierw dziękczynienie nad chlebem i winem. Naśladuje w tym stosowne fragmenty Pisma św. Przecież Jezus "wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, rzekł «weźcie go»…" (Łk 22, 17), a potem "wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie, połamał go i podał…" (Łk 22, 19). Potem przewodniczący liturgii dokonuje obmycia rąk, wspominając w ten sposób symbolicznie biblijny nakaz pochodzący jeszcze ze Starego Prawa: "Gdy się będą zbliżać do ołtarza, aby pełnić służbę i aby składać ofiarę dla Jahwe, muszą obmyć ręce" (por. Wj 30, 20-21).

– Zbiórka pieniędzy

Na wstępie od razu trzeba zaznaczyć, że dawanie pieniędzy "na tacę" dokonuje się w całkowitej wolności. Jakkolwiek katolik oczywiście powinien wspierać swój Kościół, to jednak gdyby bardzo nie chciał nie musi tego czynić. "Niech każdy postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym" (2 Kor 9, 7). Zbieranie pieniędzy w ramach przygotowania darów nie kłóci się z duchem modlitwy, gdyż przypomina, że "więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu" (Dz 20, 35). Natomiast kto miałby dawać z wyrachowaną nadzieją, że Bóg mu odda więcej, niech lepiej w ogóle nic nie daje: "Czyńcie dobrze niczego się za to nie spodziewając" (Łk 6, 35).

– Liturgia Eucharystii – Wieczerza Pańska

Śledząc uważnie Pismo św. łatwo zorientować się, że w pierwszej części Mszy św., nazywanej liturgią Słowa, odtwarzamy to, co Jezus i Jego Apostołowie czynili w synagogach. Czytano we wspólnocie Biblię, wyjaśniano ją, zanoszono modlitwy.

Jezus wyraźnie jednak wskazał, że to nie wszystko. Że należy nie tylko mówić do Boga i o Bogu, ale trzeba jeszcze coś uczynić. Oto "nadszedł dzień Przaśników, w którym należało ofiarować Paschę" (Łk 22, 7). W drugiej części Eucharystii odtwarzamy to, co Jezus i jego Apostołowie czynili w domu z okazji Paschy i co wtedy czyniono w świątyni. Odtwarzamy nie dlatego, że polecił nam to jakiś natchniony chrześcijanin albo że z biegiem wieków wytworzył się taki zwyczaj. Czynimy to na mocy najbardziej uroczystego ze wszystkich nakazów naszego Pana: "To czyńcie na moją pamiątkę" (Łk 22, 19). A wygłosił ten nakaz wtedy, gdy "zajął miejsce u stołu i Apostołowie z Nim" i powiedział: " gorąco pragnąłem spożyć tę Paschę z wami" (Łk 22, 15).

To, co Jezus nam polecił, mamy przeżywać na trzy sposoby. Najpierw więc jako zgromadzenie braci i sióstr ("zajął miejsce u stołu i Apostołowie z Nim" Łk 22, 14). Potem jako najświętszą ucztę: Zbawiciel powiedział przecież: "bierzcie i jedzcie" oraz "pijcie z niego wszyscy" Mt 26, 26-27). W końcu wreszcie jako ofiarę. On sam wyjaśnił sens tego, co się w Wieczerniku działo, jako uobecnienie mającej nastąpić niedługo ofiary Jego życia na Krzyżu: "to jest Ciało moje, które za was będzie wydane"; to jest "Nowe Przymierze we Krwi mojej, która za was będzie wylana" (Łk 22, 19-20).

– Liturgia Eucharystii – dziękczynienie Bogu

Następuje wielkie dziękczynienie Ojcu za wspaniałe dzieła zbawienia, nazywane "prefacją": "Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy dzięki składali Tobie, Ojcze Wszechmogący…" Stąd właśnie pochodzi nazwa "Eucharystia", co po grecku znaczy "dziękczynienie". W każdą niedzielę możemy wsłuchać się, jak śpiew lub recytacja księdza staje się dziś odpowiedzią na biblijne wezwania sprzed dwudziestu wieków: "bądźcie wdzięczni" (Kol 3, 15); "nie zaprzestaję dziękczynienia!" (Ef 1, 16).

Dziękczynienie wznosi serca wierzących aż do nieba, a tam wielbią Boga aniołowie. My wielbimy Go wraz z nimi. Na znak tego śpiewamy zawsze pieśń zaczerpniętą znowu oczywiście z Biblii: "Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów, cała ziemia jest pełna jego chwały; błogosławiony, który idzie w imię Pańskie" (Iz 6, 3 i Ps 118, 26). Słowa prefacji podkreślają, że śpiewamy ją "wraz z chórami archaniołów i aniołów", gdyż tak przekazał nam to prorok Izajasz. Widział on, że to serafiny wołały jeden do drugiego "Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów" (Iz 6, 3). Pieśń ta trwa w niebie nieustannie (Ap 4, 8), a możemy włączyć się w nią na ziemi, jeśli uczestniczymy w Eucharystii.

– Liturgia Eucharystii – my w Wieczerniku z Jezusem

Następująca zaraz po prefacji Modlitwa Eucharystyczna to nic innego, jak zawsze to samo czytanie z Pisma św. przybrane w otaczające je modlitwy. Tekst ten mówi o tym, co Chrystus uczynił w Wieczerniku. Dlatego pozostałe czytania biblijne mogą się zmienić i faktycznie w każdą niedzielę są inne, ale to jedno zawsze jest stałe: że "Pan Jezus, tej nocy, której był wydany, wziął chleb…" (1 Kor 11, 23). Przyzywamy też Ducha Bożego ("uświęć te dary łaską Ducha Twojego") gdyż tylko On może sprawić, że Słowo Boże stanie się skuteczne i że dziś, w naszym kościele, stanie się to samo, co w Wieczerniku. Że Jezus znowu powie z mocą: "to jest Ciało moje".

W historii używano różnych nazw, aby pomóc wiernym w zrozumieniu sensu Mszy św. Mówiono więc bardziej filozoficznie o "transsubstancjacji" albo o "przeistoczeniu". Określenia te są cenne, gdyż pomagają pamiętać o najważniejszym: "Słowo Twoje jest Prawdą" (J 17, 17). A co przez to Słowo objawił Bóg? "To jest Ciało moje"; "to jest Krew moja" (Mt 26, 26-28; Mk 14, 22-24; Łk 22, 19-20; J 6, 56). Dlaczego więc w to wierzymy? Bo Jezus rzekł: "niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą" (Mk 13, 31).

Trzydzieści lat wcześniej, przy przyjściu Syna Bożego na ziemię, to tak jakby Bóg powiedział o Jezusie "to jest Ciało moje" (por. J 1, 14), a pod koniec swojego dzieła na ziemi Jezus oznajmił w Wieczerniku: od tej pory "to jest Ciało moje" tutaj, na ziemi, którym karmić się będzie moje Ciało, którym jest Kościół (por. 1 Kor 12, 27).

Ta część Mszy św. na jeszcze inne, bardziej symboliczne sposoby przywołuje różne fragmenty biblijne. Skoro "podniosę kielich zbawienia i wezwę imienia Pana" (Ps 116, 13), a obecnie "ten kielich to Nowe Przymierze we Krwi mojej, która za was będzie wylana" (Łk 22, 20), to ksiądz wznosi do góry kielich z Winem i patenę z Chlebem, które stały się Obecnością Chrystusa. Woła też "przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie…", jawnie przywołując tekst św. Pawła o Synu Bożym: "Albowiem z Niego i przez Niego i dla Niego jest wszystko" (Rz 11, 36).

– Ojcze nasz

"Wezwani zbawiennym nakazem i oświeceni pouczeniem Bożym ośmielamy się mówić". Nakaz, o jakim tu mowa, pochodzi z Biblii: "Wy zatem tak się módlcie: «Ojcze nasz»" (Mt 6, 8-9). A dlaczego "ośmielamy się mówić"? Gdyż wezwani jesteśmy do "nabywania śmiałości" w naszym Panu. "W Nim mamy śmiały przystęp do Ojca" ( Ef 3, 12); "Jego [Chrystusa] domem my jesteśmy, jeśli ufność zachowamy" (Hbr 3, 6); "Przybliżmy się z ufnością do tronu łaski" (Hbr 4, 16); "Mamy bracia pewność, że wejdziemy do Miejsca Świętego przez Krew Jezusa" (Hbr 10, 19); "Trwajcie w Nim, abyśmy – gdy się zjawi – mieli w Nim ufność" (1 J 2, 28). Z taką właśnie ufnością w sercu wołamy do dobrego Ojca w niebie.

– Znak pokoju

Przez ten znak wchodzimy w atmosferę Ewangelii według św. Mateusza. W tekście Ewangelii tuż obok modlitwy "Ojcze nasz" (Mt 6, 8-14) znajduje się przypomnienie, że Ojciec jest dobry dla wszystkich: "On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych" (Mt 5, 45). W tym samym rozdziale Ewangelii czytamy: "Pogódź się ze swym przeciwnikiem, dopóki jesteś z nim w drodze, […] aby cię nie wtrącono do więzienia" (Mt 5, 25).

Dlatego w tym momencie Eucharystii wołamy: "nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła i doprowadź [go] do pełnej jedności". Jesteśmy przecież w drodze do jedności. Dopiero po takim przygotowaniu słyszymy: "Pokój Pański niech zawsze będzie z wami". Jest to pokój pochodzący od Pana. On przecież powiedział: "Pokój wam" (J 20, 19). Taki pokój mamy sobie nawzajem przekazać: "Przekażcie sobie znak pokoju!" Dlaczego jednak w tym miejscu Mszy św.? Gdyż "jeśli przyniesiesz dar swój przed ołtarz, i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie […] najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim" (Mt 5, 23-24). Eucharystyczna wspólnota braterska nie jest jeszcze niebem; jest miejscem, gdzie często miewamy coś przeciw sobie.

– Komunia

Tuż przed przyjęciem Komunii znów sięgamy w pamięci po cytat biblijny: "Panie nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo…" (Mt 8, 8). Oczywiście, że jako człowiek grzeszny sam z siebie nigdy nie będę godny przyjęcia Pana pod mój dach. Ale Pan, jeśli zechce, może mnie za pomocą jednego swojego słowa uczynić godnym. A wszystko to przygotowuje nas do najpiękniejszej chwili dnia, do właściwego celu Wieczerzy Pańskiej: "Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną" (Ap 3, 20).

* * * * *

To tylko skromny szkic niewielkiego fragmentu ogromnego bogactwa czekającego na nas w niedzielę w kościele. Po resztę trzeba przyjść samemu tam, gdzie rozdają Słowo Życia za darmo: na coniedzielną Eucharystię. Niezależnie od moich emocji i nastrojów, jest tam Ktoś, kto rozpala się chęcią spotkania ze mną. Ktoś, kto dziś mówi to samo, co powiedział dwadzieścia wieków temu: "Gorąco pragnąłem spożyć tę Paschę z wami" (Łk 22, 15).

Przypomnijmy teraz nasz punkt wyjścia. Było nim wyznanie pewnego krytyka Kościoła katolickiego: "Wziąłem Pismo święte i rozpocząłem poszukiwania: «Gdzie jest mowa o mszy? Gdzie to wszystko?»" Cóż, szukał chyba nie w tym miejscu, co trzeba. Ale teraz już nie musi się sam fatygować. Dość sporo przykładów zostało tu nagromadzonych, z pewnością o wiele więcej dałoby się jeszcze przytoczyć.

Na końcu można ze spokojnym sercem rozpisać konkurs na najbardziej biblijny sposób przeżycia niedzielnego przedpołudnia. I przyznać nagrodę tej osobie, która odpowie: by najdoskonalej przeżyć niedzielny poranek zgodnie z drobiazgowymi zaleceniami Pisma św., najlepiej pójść na Mszę świętą do kościoła.

Read More →

Pismo św. a Tradycja:

Jak nie czytać Pisma św. na własną zgubę?

„W tekście objawionym sam Ojciec niebieski wychodzi nam na spotkanie i rozmawia z nami” – to są słowa Jana Pawła II. Czytanie Pisma św. jest najprawdziwszą rozmową z Bogiem. Owszem, jeśli jest to czytanie właściwe. Czy przyszło ci jednak kiedyś na myśl, że jeśli odpowiednie czytanie Pisma św. prowadzi do serdecznej zażyłości z Panem, to niewłaściwe czytanie Biblii może przynieść duchową zgubę? Jeśli nie, to Bóg pomyślał o tym przed tobą i przestrzegł cię przed tym w swoim własnym Słowie. Powiedział nam, że niektórzy „opacznie tłumaczą Pisma na własną swoją zgubę” (2 P 3, 16).

Są tacy, którzy uczą, aby każdy sam sobie tłumaczył Biblię, a Bóg zachowa go od błędu. Inni twierdzą, że prawidłowo będą tłumaczyli Słowo Boże charyzmatycy, bo to oni mają dar rozeznania, i dlatego ich trzeba słuchać. Jeszcze inni mówią, że trzeba słuchać Kościoła i rozumieć Pismo św. tak, jak zawsze przez dwadzieścia wieków – rozumiała je kościelna Tradycja. Kto ma rację?

a. Każdy sam sobie tłumaczy Pismo?

Wielu jest zwolenników tej pierwszej metody. Mówią: „Jeśli ja mam Ducha Świętego, to dlaczego nie miałbym sam najlepiej rozumieć tekstu, który ten Duch napisał? Cóż mogą mi pomóc ludzkie tradycje i zwyczaje, skoro czytając Biblię rozmawiam z samym Bogiem?” Odpowiedź na te pytania znajdziemy w samym Piśmie świętym. Jest tam napisane wyraźnie: „to przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia” (2 P 1, 20). A ponieważ jednocześnie doskonale wszyscy wiemy, że samodzielne czytanie Biblii jest nadzwyczaj pożyteczne dla duchowego rozwoju i od wieków polecane było w Kościele, zwłaszcza w zakonach jako tak zwane „czytanie duchowne”, pojawia się przed nami bardzo ważny problem: jak właściwie zrozumieć przestrogę Apostoła Piotra, aby nie osłabić jednocześnie orzeźwiającego, codziennego kontaktu z żywym Słowem Bożym spisanym w Biblii.

Jeśli ktoś nie chce się stosować do wyraźnej wskazówki zawartej w Piotrowym liście, wtedy lektura Biblii może przestać być dla niego duchowym pokarmem i źródłem życia, a stać się trucizną prowadzącą do zguby. Apostoł Piotr widząc takie smutne sytuacje już w I wieku ostrzegał: „nasz brat Paweł napisał do was we wszystkich listach […] są w nich trudne do zrozumienia pewne sprawy, które ludzie niedouczeni i mało utwierdzeni opacznie tłumaczą, tak samo jak i inne Pisma, na własną swoją zgubę” (2 P 3, 15-16). Kierowane pychą i zarozumiałością indywidualistyczne interpretowanie Biblii może więc być czytaniem „na własną zgubę”.

b. Charyzmatycy są ostatecznym autorytetem, bo mają dar rozeznania?

Wielu chrześcijan myśli, że w wątpliwych sprawach przy lekturze Biblii zawsze można odwołać się do daru rozeznania. Jeśli ktoś czyni cuda, prorokuje, wyrzuca złe duchy – to przecież najlepszy dowód, że działa w nim Duch Boży. A jeśli tak jest, to czy ten sam Duch nie podpowie mu przez duchowy dar, jak rozumieć trudniejsze miejsca Pisma? Wystarczy przecież tylko pomodlić się o natchnienie i namaszczenie – i odpowiedź będzie gotowa!

Tymczasem jednak Jezus w Biblii wyraźnie mówi, że jest to metoda niewystarczająca. Przepowiedział, że będą tacy, którzy spełniając nawet wielkie charyzmatyczne dzieła, będą w błędzie i w konsekwencji daleko od Niego: „Wielu powie mi w owym dniu: „Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?””(Mt 7, 22).

Jezus wcale nie zaprzecza, że ludzie, o których mówi, spełniali takie cudowne dzieła; wcale nie mówi, że proroctwa ich były nieprawdziwe, a ich cuda fałszywe. Mówi po prostu, że pomimo to wszystko nie byli to „Jego ludzie”: „Wtedy oświadczę im: „Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości”” (Mt 7, 23).

Kierowanie się „wielką charyzmatycznością” w przyjmowaniu różnych nowych idei i nauk podpieranych cytatami z Biblii może być zwodnicze. Może być przyjmowaniem pouczeń od ludzi, o których Jezus mówi: „nigdy was nie znałem”. Należy dokładać starań, by przez lekkomyślną naiwność nie stanąć w gronie takich, o których prorokował Paweł: „Przyjdzie chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli” (2 Tm 4, 3).

c. Czytanie Biblii według Tradycji Kościoła

Drugi List Piotra poświęcony jest w bardzo dużej części problemowi, kto autorytatywnie ma określać sens Pisma św. Problem ten stał się niezmiernie ważny już w pierwotnym Kościele, skoro „znaleźli się fałszywi prorocy wśród ludu” (2 P 2, 1). Piotr poleca, aby wśród licznych sprzecznych nauk i bałamutnych twierdzeń opartych na pokrętnym tłumaczeniu Pisma przypomnieć sobie, jakie było nauczanie podawane przez posłanych przez Jezusa pasterzy Kościoła: „pobudzam wasz zdrowy rozsądek, abyście przypomnieli sobie […] przykazania Pana i Zbawiciela, podane przez waszych apostołów” (2 P 3, 1-2).

Interesujące jest, że zanim jeszcze Piotr odwołał się do darów rozeznawania i rozpoznawania przypomniał o innym wielkim darze Bożym: o zdrowym rozsądku. Apostołowie wiele na ten temat mówili w obliczu fanatyzmu, rozgorączkowania i nadużywania pseudoduchowych sposobów rozumienia Słowa. „Zdrowy rozsądek” (2 P 3, 1), „duch trzeźwego myślenia” (2 Tm 1, 7), „zdolność rozumu”, którą obdarzył nas Syn Boży (1 J 5, 20) czy nie są to elementy biblijnego nauczania nieco dziś zapomniane?

O ile prywatne czytanie Pisma służy pokrzepieniu serca i pomaga w duchowym karmieniu się, to na pewno nie służy do wyciągania doktrynalnych wniosków na własną rękę i późniejszego podpierania ich wyrwanymi z kontekstu cytatami. Apostoł Piotr z całym naciskiem podkreśla:

„to przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest do prywatnego wyjaśnienia” (2 P 1, 20).

Posługę wyjaśniania sensu trudniejszych miejsc w Biblii sprawuje Kościół poprzez tych, którzy pełnią urząd nazwany w Piśmie episkopoi i presbyteroi. Episkopoi znaczy po grecku „nadzorujący”. Stąd pochodzi polskie słowo „biskup”, oznaczające pasterza, który nadzoruje prawidłowość głoszonej nauki i porządku kościelnego. Presbyteroi oznacza „starsi” w znaczeniu przewodniczenia wspólnotom kościelnym. Stąd „prezbiterzy”, czyli „księża” (kapłani Kościoła).

Urząd nadzorowania nauczania Ewangelii był sprawowany przez całą historię Kościoła. Najbardziej warto uczyć się rozumienia Biblii od tych, których ze względu na szczególne światło Ducha Świętego nazwano Doktorami i Ojcami Kościoła. Spośród wielkich biskupów i prezbiterów starożytności wyróżniono grono takich, którzy pokazują nam, jak właściwie rozumieć Biblię. Tacy ludzie, jak św. Augustyn, św. Hieronim, św. Bazyli czy św. Jan Chryzostom tworzą najbardziej czcigodną część Tradycji Kościoła. Tradycja zaś to sposób rozumienia Pisma św. w Kościele. Przeciwstawianie Tradycji Pismu św. jest nieporozumieniem.

„Posłuszny nakazom Chrystusa: „Badajcie Pisma” oraz „Szukajcie, a znajdziecie” wypełniam swoją powinność, bym przypadkiem nie usłyszał: „Jesteście w błędzie nie znając Pisma ani mocy Bożej”. Jeśli bowiem, jak mówi Apostoł Paweł, Chrystus jest mocą Bożą i mądrością Bożą, to ten, kto nie zna Pisma, nie zna mocy Boga ani Jego miłości: nieznajomość Pisma jest nieznajomością Chrystusa”.

To są słowa św. Hieronima, jednego z największych Ojców Kościoła z IV w., z jego komentarza do Księgi Izajasza. Na takich intuicjach wzrastał Kościół, ludzi tak właśnie myślących uznawano za wielkich Doktorów i Ojców. A oto inna sławna wypowiedź Hieronima:

„Czytaj często święte Pisma. Powiem więcej: niech twe dłonie nigdy nie odkładają świętego tekstu. Ucz się tego, czego masz nauczać”.

Ten wielki myśliciel był znany z niezmiernie trafnych i ogromnie zwięzłych aforyzmów, jak na przykład taki: „Kochaj Pismo św., a kochać cię będzie mądrość”.

To nastawienie nigdy nie znikło z wiary i pobożności katolickiej. Zwołany w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku Sobór Watykański II autorytatywnie stwierdza, nie pozostawiając cienia wątpliwości:

„Kościół […] zawsze uważał i uważa Pisma Boże zgodnie z Tradycją świętą, za najwyższe prawidło swej wiary” (Dei Verbum, 21).

Uważna lektura powyższej wypowiedzi nasunie zapewne ważne pytanie: dlaczego Sobór dodał, że Biblia staje się najwyższym prawidłem wiary „wraz z Tradycją świętą”? Czy nie następuje tu pomieszanie objawionej nauki Bożej z najróżniejszymi zwyczajami pobożnymi, a może nawet z religijnym folklorem? Czy nie będzie to oznaczać na przykład, że tradycja jesiennego pielgrzymowania do diecezjalnego sanktuarium stanie się równie ważna jak tradycja nauczania o czterech Ewangeliach?

Otóż trzeba zwrócić uwagę na to, że nie o każdą „tradycję” tu chodzi, ale o „Tradycję świętą”. Mowa tu więc nie o ludowych zwyczajach, folklorze świątecznym, objawieniach prywatnych, pielgrzymkach, sanktuariach i nauczaniach pojedynczych, choćby najświętszych autorów. Wszystko to są różne „tradycje”. Kiedy natomiast mówimy o tym, że „Pisma Boże zgodnie z Tradycją świętą są najwyższym prawidłem naszej wiary”, to mamy na myśli tylko i wyłącznie Tradycję, która jest sposobem rozumienia biblijnego objawienia, Tradycję, która pozwala nam zrozumieć poszczególne fragmenty Pisma, szczególnie te trudniejsze.

Dlatego katolik pyta się: Jak rozumiano dany tekst biblijny w historii Kościoła począwszy od pierwszych wieków? Jak tłumaczyli go Ojcowie Kościoła w III i IV wieku? Jak interpretuje go nauczanie biskupów i papieży ostatnich stuleci? Dlatego właśnie, zdaniem katolików, autorytet Biblii natchnionej przez Ducha Świętego wymaga połączenia z autorytetem wierzącego Kościoła wszystkich czasów, bo przecież w Kościele działa ten sam Duch Pański. To właśnie nazywamy czytaniem „Pisma Bożego zgodnie z Tradycją świętą”. Nie należy tego mylić z wieloma „tradycjami” (piszemy to małą literą, w odróżnieniu od Tradycji rozumienia Biblii). Owe tradycje to zwyczaje pobożnościowe, często ludowe, które powstają i zanikają, jednych inspirują, a innym się nie podobają, ale w każdym razie nie stanowią centrum naszej wiary.

Teraz przykład dla nieprzekonanych, którzy wciąż mniemają, że Pismo św. samo się wystarczająco jasno wytłumaczy do tego stopnia, że żadne odwoływanie się do tradycji nie jest potrzebne. Znany chrześcijański publicysta amerykański, ewangeliczny protestant doktor James C. Dobson w wydanej w 1996 roku książce Miłość musi być twarda (Love Must Be Tough) pisze:

„Jestem pewien, że nie ma żadnego sposobu, aby jakakolwiek grupa chrześcijan wybrana losowo kiedykolwiek doszła do jednomyślności w sprawie rozwodu i ponownego małżeństwa. Więcej nawet. Nie wierzę, aby cały autobus amerykańskich teologów ewangelicznych mógł być jednomyślny w sprawie rozwodu i ponownego małżeństwa, nawet gdyby podróżowali po Stanach Zjednoczonych przez całe lato!”

Czy Dobson pisze o jakimś nieistotnym, marginalnym aspekcie wiary, który może być rozumiany tak, albo inaczej, bo nie ma to większego wpływu na nasze życie z Jezusem? Otóż czytamy w Biblii, że sprawa ta nie jest błaha: „Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej” (Mk 10, 11). A skoro jednocześnie „cudzołożnicy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6, 9-10), oznacza to, że zdaniem wybitnego ewangelicznego publicysty „nie ma żadnego sposobu”, aby pewnego typu chrześcijanie, i to nazywający siebie „ewangelicznymi” poinformowali człowieka mającego taki problem małżeński, że jego droga życiowa nie prowadzi do królestwa Bożego! Nie pomoże mu też nawet cały autobus teologów, opierających się na „Biblii, samej Biblii i tylko Biblii”.

Sola Scriptura:

Biblia, sama Biblia i tylko Biblia

„Chrześcijanin powinien kierować się tylko Biblią! Pismo św. i tylko Pismo św. ma być naszym drogowskazem. Modlę się do Ducha Świętego, sam czytam w domu Biblię, a więc wiem wszystko i nie potrzebuję niczyjego wyjaśnienia w żadnej sprawie”.

Zwolennicy takiego stanowiska powołują się czasem na zasadę zwaną z łacińska sola Scriptura, która polega na twierdzeniu, że jedynym autorytetem w sprawach wiary ma być „sama Biblia”.

Tymczasem, jako katolicy przyzwyczailiśmy się do wspierania naszej wiary pomocniczymi argumentami w rodzaju: „Jan Paweł II w czasie swojej katechezy na placu św. Piotra powiedział, że…” albo „już od piątego wieku rozpowszechnił się zwyczaj używania obrazów w modlitwie”. Powoływanie się na nauczanie papieży i biskupów, przykłady z historii Kościoła są to dla nas ważne pomoce w chrześcijańskim życiu według Objawienia Bożego. Uczą nas, jak rozumieć wiele prawd wiary, podpowiadają prawidłową interpretację tego, o czym czytamy w Piśmie św. Czasem spotykamy się jednak z wręcz przeciwną opinią, mówiącą, że wszystko, czego potrzebuję, by posiąść zasady chrześcijańskiej wiary, to prywatny egzemplarz Biblii, chwila modlitwy o oświecenie i zapas dobrych chęci. W ten sposób, podobno, zbłądzić nie mogę. Czy na pewno?

a. Czy Biblia naucza o tym, że uczyć się mamy tylko i wyłącznie z samej Biblii?

Dla zwolenników tezy o absolutnej wystarczalności Biblii, czytanej bez potrzeby wyjaśnień i interpretacji ze strony pasterzy Kościoła i historii wiary wierzącego ludu (czyli Tradycji) największym problemem jest sama Biblia. Otóż Pismo św. nigdzie nie zawiera twierdzenia, że samo w sobie wystarczy, albo że samo w sobie jest w prosty sposób zrozumiałe dla wszystkich. Jakby tego było jeszcze mało, to wprost mówi nawet coś dokładnie przeciwnego. Tekst biblijny miejscami bywa na tyle trudny, że „ludzie niedouczeni i mało utwierdzeni opacznie tłumaczą” Pismo św. „na własną zgubę” (2 P 3, 16).

Najmocniejszy fragment z Nowego Testamentu w kwestii autorytetu Biblii to piękne zdania z Listu św. Pawła do Tymoteusza. Często powołują się na nie zwolennicy wyłącznego autorytetu Biblii we wszystkich sprawach związanych z wiarą chrześcijańską. „Od lat niemowlęcych znasz Pisma święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu przez wiarę w Chrystusie Jezusie. Wszelkie Pismo, od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu” (2 Tm 3, 14-17). Jeśli uważnie przyjrzeć się tym zdaniom, to oczywiście nic specjalnie przeciwnego Tradycji Kościoła z nich nie wynika. Mówią one po prostu, że podstawą nauczania, przekonywania i kształcenia chrześcijańskiego ma być Pismo św. (dlatego w Kościele w czasie Eucharystii w liturgii Słowa czyta się tylko i wyłącznie Biblię), oraz że należy je wykorzystać do prowadzenia chrześcijanina ku doskonałości (dlatego podstawową formą nauczania w Kościele katolickim powinna być homilia – wyjaśnianie czytań biblijnych).

Z cytowanego fragmentu 2 Tm wynika, że to, co się robi w liturgii Słowa w czasie Mszy św., jest dobre i że tego należy się trzymać. Jeśli chcemy prowadzić chrześcijan ku doskonałości, to „wszelkie Pismo od Boga natchnione” jest do tego celu „pożyteczne”, podczas gdy o innych pismach, nienatchnionych, czegoś podobnego nie czytamy. Natomiast pozostaje tajemnicą, jak wyprowadzić z tego wnioski o tym, że wystarczy absolutnie „sama Biblia i tylko Biblia”, oraz że „ani papież, ani żadna Tradycja nie są nam potrzebni do zrozumienia Pisma św.”

b. Prawdziwie katolicka wiara w „samą Biblię”

Istnieje więc jakaś niepoprawna forma wiary w wystarczalność „samej Biblii” (sola Scriptura), która to wiara nie jest oparta na żadnym biblijnym tekście, a więc jest sprzeczna sama w sobie. Polega to na głoszeniu, że Pismo św. jest samo w sobie tak jasne, że każdy człowiek dobrej woli z łatwością i bez niebezpieczeństwa błędów sam i bez pomocy je zrozumie. Dlatego też nie miałoby być potrzebne światło w postaci Tradycji Kościoła i Magisterium papieży i biskupów.

Jako lekarstwo na taki bezpodstawny optymizm polecam osobiście krótkie rozmowy (koniecznie w krótkich odstępach czasu!) ze: 1) świadkiem Jehowy, 2) mormonem; 3) adwentystą; 4) członkiem Kościoła nowoapostolskiego. Wszyscy czterej będą z absolutną pewnością wywodzić z tekstu Biblii rzeczy absolutnie sprzeczne ze sobą, i na każdą ze swoich tez będą mieli poparcie sporej ilości wersetów biblijnych. Jeśli takie rozmowy przeprowadzi się w odstępach nie większych niż kilka dni – efekt jest zapewniony, a jest nim uleczenie z wiary w tak rozumianą wyłączną wystarczalność Biblii.

Istnieje jednak prawidłowa, katolicka wiara w wystarczalność Pisma św., a więc katolicka postać wiary sola Scriptura. Każdy katolik powinien wierzyć przecież, że istnieje tylko jedna księga święta na świecie, tylko jedna księga natchniona Duchem Świętym i dlatego nieomylna w sprawach wiary i moralności. Księgą tą jest Biblia: „wierzę w coś objawił, Boże, Twe Słowo mylić nie może” – tak uczono dzieci na lekcjach religii. Spisane, natchnione źródło objawienia Bożego jest tylko jedno, a jest nim „tylko Pismo św.”, a więc sola Scriptura. Taki pogląd nazywamy uczenie „wystarczalnością materialną”, a to dlatego, że „materia” naszej wiary pochodzi z Pisma św. Natomiast jak ją bez błędów zrozumieć – w tym pomaga Tradycja i bieżące Magisterium Kościoła. Zresztą sama Biblia wystarczająco jasno o tym poucza: „Żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia, nie z woli bowiem ludzkiej zostało kiedyś przyniesione, ale kierowani Duchem Świętym mówili święci ludzie” (2 P 1, 20-21). Stanie się to jaśniejsze, jeśli będziemy pamiętać, że na samym początku chrześcijaństwa nie było jeszcze Nowego Testamentu, a opierano się tylko na ustnym przekazie Apostołów.

W przeciwnym razie, jak wskazuje doświadczenie, można przy odrobinie fantazji i dawce „wewnętrznego namaszczenia” udowodnić za pomocą Pisma św. praktycznie wszystko. W historii zdarzało się już wykazywanie na podstawie biblijnych cytatów, że Jezus Chrystus nie był Żydem, że koniecznie należy podtrzymywać segregację rasową, że grzechem jest walczyć z niewolnictwem, że należy przywrócić zwyczaj posiadania wielu żon naraz, że niemożliwe jest zbawienie bez modlitwy w językach, że… tu w historii chrześcijaństwa nastąpiły praktycznie wszystkie najbardziej fantastyczne i najbardziej nawet dowolne pomysły.

Read More →

Najliczniejszą sektą w Polsce są świadkowie Jehowy. Liczą około 120 tysięcy członków. Ich oficjalna nazwa brzmi: „Strażnica – Towarzystwo Biblijne i Traktatowe. Zarejestrowany Związek Wyznania Świadków Jehowy”. Jak powinien zachować się katolik w kontakcie ze świadkami Jehowy, zwłaszcza gdy odwiedzają dom rodzinny, albo gdy razem z nimi pracuje zawodowo lub spotyka się z nimi jako sąsiadami swego zamieszkania? Katolik powinien wykazać postawę […]

Read More →

W gorące, czerwcowe południe roku 2000 zatrzymałem się przed księgarnią w dużym polskim mieście. Była to, jak oznajmiał napis widoczny już od rogu ulicy, "Księgarnia chrześcijańska" i rzeczywiście sąsiadowała ze sporym budynkiem kościelnym. Kościół należał do jednego z aktywnie działających w tym mieście wyznań niekatolickich, z rodzaju tych, które lubią określać siebie jako wspólnota "biblijnych chrześcijan".

Wszedłem do środka. Oferta była szeroka: od Biblii w różnych wersjach, poprzez ewangelizacyjne książki dla dzieci, po traktaty rozważające, czy współczesna nauka wspiera wiarę, czy też raczej jej przeczy. Obok tej pożytecznej literatury moją uwagę przykuł jeszcze jeden rodzaj publikacji: polemiki z Kościołem katolickim. Wyróżniały się one niezwykłą temperaturą uczuć i ogromnie radykalnymi sądami. Oto co wyczytałem w niektórych proponowanych w "Księgarni chrześcijańskiej" tekstach:

"Bratanie się przywódców ewangelicznych z rzymskim katolicyzmem sprzyja globalistycznym planom szatana".

"Już od stuleci hierarchia rzymskokatolicka staje pomiędzy Ojcem a Jego dziećmi, ustalając niebiblijne dogmaty i tradycje. Swoich wiernych utrzymuje w niewiedzy co do wolności w Chrystusie".

Katolicyzm "proponuje "ratalną" łaskę ku życiu wiecznemu. Taka droga do nieba czyni z Chrystusa kłamcę".

"[Katolickie] Magisterium użyje wszelkich środków, by zwiększyć swe wpływy. W jego przepastnym wnętrzu znika i Bóg, i Pismo święte, i Jezus Chrystus. Skutki tej potwornej herezji dla całego rodzaju ludzkiego nie dadzą się oszacować".

W roku 2000, u progu trzeciego tysiąclecia są w Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach świata, i takie grupy chrześcijan wierzących w Biblię jako natchniony dar od Boga, którzy w ten właśnie sposób formują postawy swoich wiernych wobec katolików. Nie stronią od wpajania takich skojarzeń z Kościołem katolickim, jak "czynienie z Chrystusa kłamcy", "potworna herezja", "sprzyjanie planom szatana". Zwykle myślenie tego typu kojarzyło nam się z nauczaniem Świadków Jehowy. Okazuje się jednak, że może występować także poza tym ugrupowaniem, i to w środowiskach, po których byśmy się tego nie spodziewali.

Z pewnością nie chodzi tu o grupy zbyt liczne i na pewno o wiele lepiej jest zwracać większą uwagę na liczne okazje do ekumenicznej współpracy i do pojednania między chrześcijanami różnych wyznań. Ale często zdarza się, że w swoim zapale misyjnym przedstawiciele owych mniejszościowych grup dążą do "nawracania" katolickich wiernych. A ponieważ w naszych czasach żyjemy hasłem ekumenizmu, stąd może się zdarzyć niewiedza co do intencji tak nastawionych chrześcijan. Dobrze więc jest zapoznać się z ich stylem myślenia o Biblii, ze sposobami jej interpretowania oraz z ich zamiarami wobec katolików.

Po pierwsze więc, rozumienie tekstu biblijnego podporządkowane bywa tam radykalnej chęci przeciwstawienia się Kościołowi katolickiemu, którego wierni są uważani za ludzi kompletnie nieświadomych prawdziwego nauczania Pisma św. Czasem powoduje to zdumiewające efekty z pogranicza groteski. Krytycy owi potrafią zapędzić się tak daleko, że widząc nacisk kładziony przez katolików na chrzest, twierdzić będą na temat "Ewangelii, która zbawia", że "Ewangelia nie mówi o chrzcie" (to nie żarty; naprawdę w publikacji oferowanej w księgarni poważnego wyznania chrześcijańskiego w roku 2000 spotkałem taką tezę). Dlaczego tak napisano? Oczywiście, aby zaraz potem uzupełnić: "jeżeli dodajemy cokolwiek do Ewangelii, przekręcamy ją i jesteśmy pod przekleństwem". Wniosek z tego ma być prosty: katolicy dodali chrzest do "Ewangelii, która zbawia", i dlatego są "pod przekleństwem". Katolik pamiętający słowa Jezusa Chrystusa "kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony" (Mk 16, 16) mógłby wprawdzie zauważyć, że chyba sam Jezus "dodał" chrzest do wymogów zbawienia, ale antykatolicki zapał tego typu misjonarzy nie zraża się tym.

Po drugie, nadgorliwi krytycy katolicyzmu uwięzieni w schematach szesnastowiecznych sporów związanych z Reformacją, nie potrafią dostrzec, jak myśl katolicka przez dwadzieścia wieków, począwszy od starożytności i średniowiecza, była uformowana przez gorące pragnienie wierności wobec tekstu biblijnego. U progu dwudziestego pierwszego wieku wyczytałem na przykład w książce nastawionej "misyjnie" wobec katolików, że "wbrew nauce Rzymu, odróżniającej grzechy powszednie od śmiertelnych, za które grozi śmierć, Biblia głosi, że śmierć jest karą za każdy grzech". Na poparcie tej dziwnej tezy owi antykatoliccy polemiści cytują jakieś teksty Pisma św. niespecjalnie związane z rozróżnianiem rodzajów grzechu (np. Rz 6, 23), natomiast nie przyjdzie im do głowy, aby sięgnąć do tekstu Biblii, który mówi wprost o tym zagadnieniu. Tak to w zapale obrony biblijnej prawdy przed "katolicką herezją" niektórzy będą z przekonaniem twierdzić, że "Biblia głosi, że śmierć jest karą za każdy grzech", chociaż Biblia omawia ten temat wprost i głosi wyraźnie: "są jednak grzechy, które nie sprowadzają śmierci" (1 J 5, 17).

Po trzecie wreszcie, tego typu ludźmi kieruje radykalna niechęć wobec ekumenizmu prowadzącego do bycia wraz z katolikami w jednej rodzinie Kościoła. Głoszą: "Różnice doktrynalne to bariery nie do przebycia dla chrześcijańskiej jedności i stawiają one Kościół rzymskokatolicki i prawosławny poza Bożą rodziną". Bywa też, że katolickie chrześcijaństwo jest stawiane na równi z najbardziej okrutnymi dyktaturami i totalitarnymi reżimami. O protestantach porozumiewających się z katolikami napisano na przykład: "Jak Roosevelt i Churchill oddający pół Europy na pastwę Stalina, ludzie ci oddali los jednej piątej ludzkości do dyspozycji papiestwa".

Ponieważ w czasach otwartości i ekumenizmu my, katolicy, miewamy więcej okazji do kontaktów również z tak nastawionymi wierzącymi, trzeba być na to przygotowanym. Najważniejszym elementem takiego przygotowania jest świadectwo ukształtowania naszej katolickiej wiary przez Biblię. Kościół czyta przecież z wiarą Pismo św. od dwudziestu wieków i w ten właśnie sposób uformował swoje zwyczaje modlitewne i wyznania wiary.

Skoro postawy jawnie wrogie wobec katolików można spotkać dziś wśród ludzi uważających się za "biblijnych chrześcijan", będziemy pewnie i w przyszłości spotykać na naszej drodze radykalnie antykatolicko nastawionych wyznawców Jezusa. Wobec nich zachować się mamy tak, jak nauczali tego Apostołowie: "Pana zaś Chrystusa miejsce w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest" (1 P 3, 15).

Niech kolejne stronice tego tekstu umocnią w nas nadzieję zbawienia właściwą każdemu wyznawcy Jezusa Chrystusa, niech ugruntują też naszą wiarę dotyczącą Kościoła, sakramentów i modlitwy, słowem tego wszystkiego, co składa się na drogę do Boga. A ponieważ zarówno autorowi tych słów, jak i innym katolikom zdarzały się błędy, zbyt ostre słowa i uprzedzenia wobec chrześcijan wyznających Jezusa Chrystusa na innej ścieżce wiary, niech wzrośnie także nasza miłość do wszystkich, którzy "umiłowali pojawienie się Jego" (2 Tm 4, 8).


Kilka przydatnych pojęć: "fundamentalista", "zbawienie", "chrześcijanin", "biblijne chrześcijaństwo"

W dalszej części niniejszego tekstu pojawią się takie sformułowania, jak "fundamentalizm biblijny" lub "biblijne chrześcijaństwo", spotkać się też będzie można ze specyficznym użyciem słów "chrześcijanin" i "zbawienie" w kontekście fundamentalistycznym. Dlatego teraz kilka zdań przybliżających te pojęcia, dla większej łatwości zrozumienia tego, co nastąpi.

Często spotykany typ gorliwego przeciwnika Kościoła katolickiego z powodu rzekomej niebiblijności katolików to chrześcijanin nazywany w USA fundamentalistą. Aby zrozumieć motywy ataków fundamentalistów na Kościół katolicki konieczne jest poznanie ich wyobrażenia o nauce Biblii na temat drogi człowieka do Boga. Trzeba także mieć w pamięci fragmenty Pisma św., na których się opierają w głoszeniu swoich nauk.

O ile droga człowieka do Boga przedstawiana przez typowego katolickiego nauczyciela wymaga rozpatrywania wielu niuansów i udzielania skomplikowanych wyjaśnień, to ta sama droga przedstawiana przez fundamentalistę jest niezwykle prosta. Tak prosta, że można ją streścić w trzech zdaniach.

    1. Od czasu występku Adama i Ewy wszyscy ludzie bez wyjątku rodzą się "pozbawieni chwały Bożej" (Rz 3, 23); dlatego, jeśli nie zdarzy się im okazja do spotkania z Jezusem Chrystusem, po śmierci idą do piekła na wieczne potępienie.
    2. Od wieczności w piekle uratowani są tylko ci, którzy w jakimś momencie ziemskiego życia "dostąpili zbawienia" (Dz 2, 47).
    3. Zbawienie polega na spełnieniu trzech prostych warunków. Trzeba mianowicie:

      – uznać siebie samego za grzesznika (Dz 2, 38);
      – uznać Jezusa z Nazaretu za Syna Bożego, który umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia (Rz 10, 9);
      – w konsekwencji przyjęcia powyższych dwóch prawd – wypowiedzieć z mocną wiarą słowa: "Panie Jezu, przyjmuję Cię za mojego Pana i Zbawiciela" (por. Rz 10, 10).

Wielu chrześcijan nazywanych w Ameryce "ewangelicznymi fundamentalistami" wierzy, że od momentu spełnienia tych trzech warunków człowiek jest już zbawiony. Dlatego można spotkać się w tym środowisku z wypowiedzią w stylu: "zostałem zbawiony dwa lata temu, w środę 12 lipca po południu"; albo: "kiedy człowiek zostanie zbawiony, to dobrze jest, jeśli przyjmie chrzest". Spotkamy w literaturze tego typu sformułowania w opisie nabożeństwa nawróceniowego: "po kazaniu trzystu ludzi zostało zbawionych". Autorzy chcą w ten sposób przekazać myśl, że wspomnianych trzysta osób to ci, co po kazaniu wyszli na środek sali i z wiarą powiedzieli, że przyjmują Jezusa jako swego Pana. W ten sposób zostali zbawieni.

Jak widać, rozumienie słowa zbawienie znacznie odbiega od jego znaczenia, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni w Kościele katolickim. O podobnej trudności trzeba pamiętać, jeśli w fundamentalistyczno-ewangelicznej literaturze spotkamy się z określeniem chrześcijanin. Słowo to najczęściej oznacza to samo, co "człowiek zbawiony", a więc używa się go na określenie kogoś, kto kilka lub kilkanaście lat temu "przyjął Jezusa jako Pana i Zbawiciela" w opisany wyżej sposób. Kto natomiast nigdy w życiu nie został zaproszony do wypowiedzenia takiej lub podobnej formuły, ten w oczach ewangelicznego fundamentalisty w ogóle nie jest chrześcijaninem. Dlatego dla typowego przedstawiciela tego nurtu większość katolików i prawosławnych to nie są "chrześcijanie". Chrześcijan trzeba z nich dopiero uczynić.

Według wyobrażeń ewangelicznych fundamantalistów o nauce Pisma św. człowieka, który "przyjął Jezusa jako Pana i Zbawiciela", nic nie jest już w stanie pozbawić tak nabytego zbawienia. W szczególności, wbrew wierze katolików i prawosławnych, nie ma takiej mocy żaden grzech ani żadne odstępstwo. Jeśli "zbawiony człowiek" grzeszy zbyt zuchwale lub wyzywająco, Bóg może go ukarać jakąś przemijającą karą, może nawet chorobą lub przedwczesną śmiercią, ale zbawienie wieczne jest już "zaklepane". Zdobyte raz w ciągu kilkuminutowej decyzji, jest już absolutnie nieodwołalne, raz na całą wieczność.

Tacy fundamentalistyczni chrześcijanie myślą, że w zasadzie nic więcej nie należy do zbawczego przekazu Biblii. Dlatego tak bardzo denerwuje ich nauka Kościoła katolickiego, która jest o wiele obszerniejsza i o wiele bardziej skomplikowana. Wszystko to wydaje się typowemu ewangeliczno-fundamentalistycznemu wierzącemu zupełnie zbędnym balastem, niepotrzebnym dodatkiem pochodzącym z ludzkiej tradycji, wymysłem papieży i Ojców Kościoła. Dlatego katolicyzm przeciwstawiany jest tak zwanemu biblijnemu chrześcijaństwu. Ta ostatnia nazwa obejmuje oczywiście tylko wyznawców opisanej powyżej drogi zbawienia.

Misja ewangelizacyjna fundamentalisty skierowana do katolika będzie się starała więc, co oczywiste, uwolnić z wszelkiego "zbędnego balastu" wyznawcę Ewangelii uformowanego w tradycji katolickiej. Często trudno to sobie wyobrazić inaczej niż jednoczesne "uwolnienie" z przynależności do Kościoła katolickiego. Jak mawiają tak usposobieni ewangelizatorzy w Ameryce: Jesus saves, Rome enslaves ("Jezus zbawia, Rzym zniewala"). Popularny w tych kręgach autor sformułował to jeszcze inaczej: jeśli "blisko do Boga", to "daleko od Rzymu".

Co ciekawe, trzypunktowa droga do zbawienia jest bardzo rzadko w sposób jasny formułowana, chociaż leży u podstaw ogromnej ilości literatury i obfitej tradycji kaznodziejskiej. Dopiero bowiem gdy się ją przedstawi w klarownym schemacie, wychodzą na jaw jej niedoskonałości. Każdy bowiem, kto choć trochę zna Biblię, stanie od razu przed problemem: jeśli każdy człowiek idzie do piekła, z wyjątkiem tych, którzy uwierzyli i wyznali, że przyjmują Jezusa jako Pana i Zbawiciela – to jak ocaleli przed piekłem Abraham ( Łk 16, 22), Izaak i Jakub (Mt 8, 11), Mojżesz i Eliasz (Łk 9, 30)? Czy ewangeliczni fundamentaliści wierzą, że również Jeremiasz i Ezechiel, a także mnóstwo proroków i pobożnych Izraelitów z czasów Starego Testamentu, że wszyscy oni, którzy zawierzyli Bogu Izraela, poszli do piekła na wieczne potępienie? Trudno przecież nie zauważyć, że nigdy nie mieli okazji przyjąć Jezusa jako Pana i Zbawiciela (podobnie zresztą, jak miliony ludzi żyjących poza zasięgiem oddziaływania wspólnot chrześcijańskich)!

Jeszcze w XIX wieku, uzupełniano ewangeliczny protestantyzm o teorie mówiące, że Pan Bóg zmienia co pewien czas warunki zbawienia (określano to za pomocą trudnego słowa "dyspensacjonalizm"). Od tego czasu minęło jednak sto lat i w popularnej wersji fundamentalizmu ewangelicznego przestano się martwić o takie szczegóły. Obecnie im prościej, tym lepiej. A jeśli Kościół katolicki udziela zbyt skomplikowanych odpowiedzi, bo dostrzegł zbyt dużo pytań czekających na odpowiedź – to lepiej uciąć dyskusję używając zamiast argumentu radykalnego wezwania: "To my jesteśmy biblijnymi chrześcijanami, właściwie to tylko my jesteśmy w ogóle chrześcijanami, bo tylko my jesteśmy zbawieni!"

Read More →

Podstawowym zadaniem Serwisu Apologetycznego jest obrona wiary chrześcijańskiej – i katolickiej. Jako nasze motto przyjęliśmy werset z Pierwszego Listu św. Piotra: „Pana zaś Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest” (1 P 3,15). W tym wezwaniu spotykamy greckie słowo apologia, czyli obrona, a więc apologetyka to szkoła, tj. sztuka obrony wiary, inaczej nazywana teologią fundamentalną.

Read More →