SURFING I DUCHOWOŚĆ

Nie ma nic ważniejszego niż nasza droga do Boga lub „życie duchowe”, jak nazywa ją wielu pisarzy. Ponieważ jest to nasz ostateczny powód, by żyć. Po to właśnie każdy z nas się narodził.

Niemal każdy, kto pisze o życiu duchowym, rozróżnia jego etapy. Gdyż jest ono w oczywisty sposób podobne do drogi, po której się poruszamy, na której się zmieniamy i rozwijamy.

Używano wielu różnych obrazów z życia cielesnego, by opisać etapy życia duchowego. Na przykład u Teresy z Avila są to „mieszkania” (w Twierdzy wewnętrznej), a u Waltera Hiltona szczeble Drabiny doskonałości. Ponieważ są to tylko analogie, różnice między nimi nie stoją tak naprawdę w sprzeczności. Tę samą rzeczywistość (etapy życia duchowego) można wiernie opisać za pomocą wielu różnych metafor czy symboli z życia cielesnego.

Analogia, której nigdy, jeśli dobrze wiem, nie wykorzystano – choć dla wielu osób jest dość uderzająca – to analogia surfowania.

Wielu z nas kocha ocean. Jest to nasze ulubione miejsce na świecie. Gdy tylko przychodzi czas wakacji i mamy pieniądze, wydajemy je właśnie tam. Czujemy tajemniczą tęsknotę za morzem jako swego rodzaju tajnikiem naszej tożsamości, jakby w naszych żyłach płynęła słona woda (swoją drogą, mamy ją we krwi). Wśród poetów ta tęsknota jest powszechna:

Znów muszę wyruszyć na morze
Na puste wody i nieba
Tylko żaglowca mi trzeba
I gwiazdy by wiodła mnie*.

(John Masefield)

Toń swych fal, ciemna morska głębio, tocz!
Tysiące flot zdobywa cię daremnie!*

(Lord Byron)

My, choć nie jesteśmy poetami, też to odczuwamy. Gdybyśmy nie odczuwali, nie czytalibyśmy i nie kochali poetów.

Nie jestem ekspertem w pływaniu, ale jestem pływakiem. Nie jestem dobrym surfingowcem, nawet nie jestem prawdziwym surfingowcem na długiej desce. Ale surfowanie na krótkiej desce lub tzw. body-board – cóż, to jest to, co lubię. Jest to nie tylko jedno z najprzyjemniejszych doświadczeń, jakie znam, ale również jedno z tych o najgłębszym znaczeniu. Niewiele wiem o życiu duchowym, i to dużo więcej dzięki innym niż na podstawie własnego doświadczenia. Ale to, co znam dobrze (surfing), jest przez analogię znakomitym nauczycielem tego, czego dobrze nie znam (życie duchowe). Taki jest cel analogii: posłużyć się czymś znanym, by poznać lepiej nieznane. Dzielę się tutaj moją ulubioną analogią, ponieważ podejrzewam, że wielu czytelników odpowie: „Co, ty też?! Myślałem, że tylko ja!”.

Podstawowe elementy tej symboliki są dość jasne: Ja, surfingowiec, jestem sobą samym. Ciało, którym surfuję po morzu, symbolizuje duszę, którą „surfuję” w Bogu. Morze to Bóg. Plaża to dojście do Boga. Surfing to doświadczenie Boga lub życie duchowe.

W moim surfingowym doświadczeniu mogę wyróżnić dwanaście stopni. W moim doświadczeniu Boga również da się wyróżnić dwanaście stopni. Dwanaście jasnych materialnych stopni w surfingu pomaga wyjaśnić dwanaście bardziej tajemniczych stopni w podróży do Boga.

Mamy tutaj cztery działy, z których każdy dzieli się na trzy podpunkty.

Trzy pierwsze stopnie to wstęp. Pierwszy stopień to znajomość morza. Nikt nigdy nie doświadczy morza, zanim tam nie pójdzie, a nikt tam nie pójdzie, nie mając chęci, a nikt nie będzie chciał tam pójść bez wiedzy o nim. A więc trzy pierwsze stopnie to: (1) wiedza o morzu, (2) chęć pójścia tam i (3) pójście tam.

Do tych trzech koniecznych etapów wstępnych co do surfowania podobne są trzy konieczne etapy wstępne co do Boga. Są to trzy cnoty teologalne: wiara, nadzieja i miłość.

Po pierwsze, musimy wiedzieć, że Bóg istnieje, jest dobry i jest naszą radością. Ta wiedza przychodzi przez wiarę (dla niektórych może ona przyjść przez rozum, ale przez wiarę przychodzi dla wszystkich).

Po drugie, musimy skierować nadzieję ku Bogu i szukać Go. Ze zdania „Szukajcie, a znajdziecie” wynika, że jeśli nie szukacie, to nie znajdziecie.

Po trzecie, miłość (miłość bliźniego, agape) to owoc nadziei, tej rośliny, której korzeniem jest wiara. Dla chrześcijan miłość oznacza życie, a nie samo uczucie. Jak to ujął Kierkegaard, miłość to „czyny miłości”. Wiara zakwita czynami. Wiara działa. Roślina – korzenie, łodyga i owoce – to jedno. Wiara, nadzieja i miłość w uczynkach to nie trzy osobne rzeczy, ale trzy części czegoś żywego: życia duchowego, życia Bożego w duszy. To jest to jedyne, czego potrzeba (Łk 10,42).

Wiara w Boga to nasza wiedza o Bogu. Nasza wiedza o morzu jest czymś podobnym. Nadzieja w Bogu to nasze pragnienie Boga. To przypomina pragnienie pójścia nad morze. Miłość Boga to nasze rzeczywiste poruszanie się i wzrastanie ku Bogu lub w Bogu. Przypomina to naszą rzeczywistą podróż nad morze.

Wszystkie te trzy stopnie są wspaniałe. Planowanie wakacji to niemal połowa zabawy. Gra wstępna tak samo należy do miłości jak samo spełnienie.

Nasza znajomość morza nie musi być tak głęboka jak morze, by stanowić dla nas pierwszy krok w tej podróży. Nie musimy być oceanografami, by być urlopowiczami. Podobnie nie musimy być teologami, by zostać świętymi.

Ale jeśli mamy poświęcić czas i pieniądze, by tam podróżować, nasze pragnienie morza musi być głębokie. Słaba ciekawość nie wystarczy. Wielu z nas musi poprzestawiać wiele grafików, ludzi i walizek, by wziąć urlop. To jest niemożliwe bez tęsknoty.

Trzy następne etapy naszej podróży ku morzu następują tylko wtedy, kiedy już tam jesteśmy, kiedy jest ono „obecne”: (4) widzenie morza, (5) wdychanie morza i (6) bieg po plaży do morza.

Dar zrozumienia jest podobny do widzenia. Żaden natłok słów ani wyjaśnień słownych nie zastąpi widzenia. W prawdziwość słów w broszurze turystycznej zaledwie wierzysz. Ale kiedy tam przybywasz, widzisz morze i ten widok porusza w twoim sercu jakąś strunę, strunę radości i powrotu do domu – i jednocześnie głębszej tęsknoty. Jest to tajemnicza mieszanka głębokiego spełnienia i jego braku, boskie niezaspokojenie. Gdyż niespokojne serce, które Bóg uczynił dla siebie, jest niespokojne nie tylko, dopóki nie dotrze do Boga – ono jest niespokojne, dopóki w Bogu nie spocznie.

Wzór: wiara – nadzieja – miłość, powtarza się również i tutaj. Ujrzenie morza jest spełnieniem wiary z daleka, tej na podstawie prospektu turystycznego. A ujrzenie Boga jest spełnieniem wiary: „jeśli uwierzysz, ujrzysz” (J 11,40). Wdychanie morza jest spełnieniem nadziei pragnącej z daleka. Najbardziej mistycznym zmysłem jest wdychanie. Sama rzecz wnika w nas – lub my w nią – kiedy jej molekuły wnikną w nasze nozdrza. I czasami węch porusza nas głębiej i bardziej tajemniczo niż jakikolwiek inny zmysł. W końcu bieg do morza jest jak niepomna na siebie, udzielająca się miłość. Jest to dług wdzięczności, ofiarowanie siebie.

Następne trzy etapy pogłębiają nasz związek z morzem i z Bogiem. Po pierwsze, (7) moczymy palce u stóp. Z duchowego punktu widzenia doświadczamy trochę tego, w co najpierw wierzyliśmy, a potem zrozumieliśmy.

Po drugie, (8) zanurzamy się do połowy. Zamoczenie swojego stroju kąpielowego jest krokiem podstawowym. Stroje kąpielowe przykrywają nasze intymne części, nasze najczulsze miejsca. Symbolizuje to pełne nadziei zainwestowanie swojego życia, to znaczy cierpienia, oddania i śmierci. Najjaskrawszą różnicą pomiędzy świętymi i nami jest ich pragnienie, a nawet gorliwość, by cierpieć dla Boga.

W końcu, (9) całkowite zanurzenie symbolizuje poświęcenie całego „ja”, całej woli i całego życia Bogu, nie zostawiając zupełnie nic dla nas samych, nawet jednego grosza, jednej sekundy ani czegokolwiek innego, o czym moglibyśmy powiedzieć, że jest nasze.

Ostatnie trzy etapy obejmują to, co zazwyczaj nazywa się doświadczeniem mistycznym. Zanurzenie się z głową (10), kiedy stopy przestają już dotykać gruntu, symbolizuje umysł zagłębiający się w boskie tajemnice, „noc ciemną duszy”, której nie mogą przekazać żadne słowa. Tracimy całą podstawę. Na nic nie mamy już wpływu. Wydaje się, że jesteśmy częścią morza. Dlatego to, co mówią wtedy nawet najbardziej ortodoksyjni mistycy, brzmi panteistycznie, gdyż oni widzą tylko Boga, a nie siebie samych. Oczywiście wciąż tam są – ktoś bowiem to doświadczenie mistyczne przeżywa. Ale nie wiedzą nic o sobie ani nie czują już siebie. Są zanurzeni z głową. Brzmi to przerażająco, ale na tyle, na ile przerażająco brzmi niebo. Ponieważ to jest niebo, początek lub przedsmak nieba. Tam każdy z nas będzie mistykiem.

W końcu następuje samo surfowanie (11). Niech to będzie tzw. body surfing – pływanie na fali przybojowej. Body surfing jest nawet bardziej osobistą jednością z morzem niż surfowanie na desce – czy to na długiej desce, czy też krótkiej body-board. Tutaj nasz związek z morzem jest nawet ściślejszy niż w przypadku pasywnego zanurzenia z głową (10) – jest to aktywny udział w tym, co robi morze. Falowanie jest tym, co robi morze. A więc falujemy. Jednoczymy się z tym, co morze robi, jak i z tym, czym morze jest.

Stopnie 1-9 były w całości procesami dynamicznymi, ruchem. Stopień dziesiąty był końcem, pokojem. Ale to nie koniec. Po drugiej stronie końca jest nawet więcej dynamizmu i ruchu, ale tym razem od końca, a nie do końca, z jego wnętrza, tak jak fale przypływają z wnętrza morza. Po naszym ruchu do Boga odkrywamy, że kiedy już znajdujemy się w Bogu, znowu zostajemy poruszeni, tym razem od Boga, przez Boga. Bóg jest dynamiczny – jak spadająca fala, nie statyczny – jak stojący staw. Życie wieczne w Bogu jest czymś najbardziej dynamicznym i ekscytującym, co istnieje. Tzw. body surfing jest (dla takich maniaków surfowania jak ja) odległą, ale osobistą analogią, niewyraźnym, a jednak mocnym przedsmakiem nieba.

W końcu analogia się kończy, jak wszystko. Ostatni cielesny etap (12) nie jest radosny, ale duchowy etap, którego jest symbolem, jest najwyższą radością. Ostatni etap to utonięcie (coś, czego bym nie polecał!). Symbolizuje ono mistyczną jedność, śmierć nie tylko pojęć (etap 10) czy własnej woli (etap 11, kiedy to jesteśmy całkowicie poruszani przez fale morza), ale samego własnego ego – „ja”. Coś w nas pragnie umrzeć, gdyż tylko śmierć przynosi zmartwychwstanie. Coś w nas, czego nie potrafimy zrozumieć, coś, co zarówno kochamy, jak i czego się boimy – woła do Boga, by nas zabił w Duchu:

Wiej, wiej, wiej, aż będę
samym tchnieniem Ducha
co wieje we mnie*.

I „Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”.

tłum. Jan J. Franczak


* Fragmenty wierszy tłumaczyła Aleksandra Kowal.

WNIEBOWZIĘCIE MARYI: NIEISTOTNE I NIESTOSOWNE?

„Ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” – tymi słowami Papież Pius XII w 1950 roku oficjalnie ogłosił Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny wraz z ciałem jako dogmat Kościoła katolickiego.

Prawie pięćdziesiąt lat później Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny pozostaje dogmatem katolickim, który nie podlega zmianom. Lecz w minionych latach stosunek wielu katolików wobec Matki Bożej uległ zmianie. Według nich Wniebowzięcie Maryi wyraźnie stało się nieistotne: jest to doktrynalny przeżytek zaśmiecający strych Kościoła. A zatem mogą oni skinąć głową, pytani, czy wierzą w ów dogmat, lecz jego znaczenie pozostaje dla ich umysłów nieuchwytne. Nie widzą oni żadnego sensu tego nauczania. Protestanci ewangelikalni z kolei uważają, że dogmat o Wniebowzięciu Maryi wcale nie jest nieistotny. Według nich jest on jak najbardziej istotny, ponieważ jest całkowicie niestosowny, i to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego że z ich punktu widzenia dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny przesadnie uwydatnia rolę Maryi w historii zbawienia, przyznając Jej cześć należną – jak mówią – samemu Chrystusowi. Po drugie, dogmat o Wniebowzięciu, wynikający z przysługującego papieżowi prawa do formułowania dogmatów, jest postrzegany jako najnowszy i być może najjaskrawszy przejaw rzekomej skłonności Kościoła katolickiego do „wymyślania” nowych dogmatów bez odwoływania się do ich uzasadnienia w Piśmie Świętym, a następnie do narzucania ich wiernym jako prawd niepodważalnych.

Jednakże Wniebowzięcie Maryi nie jest ani nieistotne, jak uważają niektórzy katolicy, ani niestosowne, jak mniema większość chrześcijan ewangelikalnych. Jest to niezmiernie ważna prawda, która ani nie umniejsza czci Chrystusa, ani nie narzuca wierzącym czegoś sprzecznego z Pismem Świętym.

Błędne założenia

Zanim jednak cokolwiek powie się na ten temat, należy rozprawić się z pewnymi błędnymi założeniami (assumptions) związanymi z Wniebowzięciem (Assumption). Pierwsze założenie dotyczy samego słowa wniebowzięcie (assumption). Wielu katolików zakłada, że ludzie właściwie pojmują, co Kościół rozumie przez to słowo, podczas gdy w rzeczywistości często jest inaczej. W tym kontekście angielskie słowo assumption ma inne znaczenie niż słowo normalnie występujące we współczesnym języku angielskim, które oznacza twierdzenie przyjmowane bez sprawdzenia lub dowodu. Tutaj wspomniane słowo assumption można by przetłumaczyć na język polski jako podnosić (ang. to take up), a odnosi się ono do Maryi, która została „podniesiona” przez Boga wraz z ciałem i duszą do nieba.

Ostatnie zdanie wymaga podkreślenia. Mowa tu o Wniebowzięciu Maryi, nie zaś o Jej Wniebowstąpieniu. Chrystus wstąpił do nieba, natomiast Najświętsza Maryja Panna została wzięta do nieba. Innymi słowy, w odróżnieniu od swojego Syna Jezusa, Maryja nie „wstąpiła własną mocą” do nieba – że tak powiem – lecz została wzięta do nieba dzięki ingerencji mocy Boga. Tak więc Wniebowzięcie Maryi jest czymś, co zrobił dla niej Bóg, podobnie jak Jej Niepokalane Poczęcie i Dziewicze Macierzyństwo, a nie czymś, czego dokonała sama. Jest to działanie zbawczej mocy Chrystusa wobec Matki Bożej.

Kolejnym błędnym założeniem przyjmowanym czasem przez ludzi jest przypuszczenie, że Wniebowzięcie oznacza, iż Matka Boska nigdy nie umarła. Tak naprawdę doktryna ta mówi jedynie, że „po zakończeniu ziemskiego życia [Maryja zawsze Dziewica] z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej”, a nie że w ogóle nie doświadczyła ona śmierci. Niektórzy teologowie przekonywali (słusznie czy nie), że Maryja nie umarła, ale sam dogmat tego nie głosi.

Dogmat o Wniebowzięciu oznacza, że Najświętsza Maryja Panna doświadcza teraz w niebie owej jedności chwalebnego ciała i duszy, którą cieszy się Jej Syn. Nie jest Ona bezcielesnym duchem, lecz pełną osobą ludzką, ciałem i duszą, materią i duchem, oraz panuje wraz z Chrystusem.

Często przyjmuje się także całkiem fałszywe założenie, że doktryna o Wniebowzięciu odnosi się wyłącznie do samej Maryi, bez odwołania się do Chrystusa czy Kościoła. Lecz jak przypomina nam papież Jan Paweł II, naukę katolicką dotyczącą Matki Bożej należy rozpatrywać w świetle tajemnicy Chrystusa i Kościoła (encyklika Redemptoris Mater, nr 4). Te dwie podstawowe zasady maryjne – jak moglibyśmy je nazwać – pomagają nam również zrozumieć Wniebowzięcie Matki Boskiej.

Wniebowzięcie a Chrystus

Rozważmy pierwszą zasadę: że osoba Maryi powinna być rozważana w świetle tajemnicy Chrystusa. Zasada ta wyjaśnia, dlaczego ewangelikalna krytyka dotycząca Matki Boskiej jest chybiona. Dogmat Wniebowzięcia nie umniejsza w niczym samego Chrystusa, ale raczej ukazuje Jego moc – moc Jego Zmartwychwstania działającą w wywyższeniu Maryi, która pierwsza uwierzyła w Chrystusa, do pełnego chwały życia w niebie. Jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, jest to „szczególne uczestniczenie w Zmartwychwstaniu Jej Syna” (punkt 966), a nie odosobnione wydarzenie zbawcze.

Niewątpliwie możemy pytać, dlaczego Maryja została wzięta z ciałem i duszą do nieba. Bezpośrednia i oczywista odpowiedź brzmi, że był to przywilej, którego Jezus udzielił swej Matce. Gdybyśmy byli w stanie wziąć nasze matki z ciałem i duszą do nieba, to czyż tego byśmy nie uczynili?

Koncepcja miłości doskonałego Syna do doskonałej Matki z pewnością rzuca pewne światło na Wniebowzięcie. Jednakże związek Jezusa z Maryją – choć równie ludzki jak nasze związki z matkami – wymaga czegoś więcej niż zwykła osobista miłość i oddanie. Jeśli Wniebowzięcie dotyczyłoby tylko takiej zwyczajnej relacji, wówczas Jezus niepotrzebnie zadawałby sobie tyle trudu, by je nam objawić. A skoro je objawił, to widocznie chciał nas nauczyć czegoś więcej o sobie i o nas samych.

Związek Chrystusowego dzieła odkupienia z przywilejami maryjnymi ma charakter przede wszystkim przyczynowo-skutkowy. Całość tajemnicy Chrystusa, związana z odkupieniem grzechów przez Jego Wcielenie, śmierć i Zmartwychwstanie, stanowi przyczynę boskiego macierzyństwa Maryi, Jej Niepokalanego Poczęcia i chwalebnego Wniebowzięcia. I nie jest to jedynie cel ostateczny owych przywilejów maryjnych – czyli po co one miałyby powstać, ale również przyczyna sprawcza – czyli dlaczego one zaistniały.

„Raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” – powiedziała Maryja w Magnificat (Łk 1,47). Fundamentaliści powołują się na ten werset przeciwko Niepokalanemu Poczęciu Maryi, wywodząc, że skoro potrzebowała ona Zbawiciela, nie mogła być wolna od grzechu. Ale to właśnie dlatego, że Bóg był Jej Zbawicielem, to dzięki Niemu pozostała wolna od grzechu. Bóg z góry ocalił Ją od grzechu, przez przyszłe zbawcze dzieło Jezusa Chrystusa. W ten sposób Niepokalane Poczęcie było uprzedzającym uderzeniem w grzech, a pełnia duchowych dobrodziejstw Chrystusowej ofiary na Kalwarii została udzielona Maryi jako uprzedzenie Wcielenia. Wniebowzięcie natomiast było Boskim sposobem ukończenia dzieła, które rozpoczął On w momencie Niepokalanego Poczęcia Maryi – wybawienia Jej ciała od skutków grzechu.

Wniebowzięcie Maryi a Kościół

W myśl drugiej zasady maryjnej powinniśmy patrzeć na osobę Maryi w świetle tajemnicy Kościoła. Konstytucja dogmatyczna o Kościele II Soboru Watykańskiego Lumen gentium głosi, że Maryja jest obrazem lub ikoną Kościoła, wszystkich chrześcijan. Jest ona nie tylko pierwszą chrześcijanką i najwybitniejszym członkiem Kościoła, lecz stanowi także wzór Kościoła, paradygmat tego, czego Bóg chce dokonać w Kościele i przez Kościół. Tak więc medytując o łaskach, którymi Bóg obdarzył Matkę Boską, głębiej pojmiemy dary, którymi obdarzył nas. Wniebowzięcie Maryi wskazuje na wielki dar dla wszystkich wierzących: wskrzeszenie ciała.

„Ale chwileczkę – ktoś może się sprzeciwić – czy to nie czasem Chrystus jest naszym wzorcem, a nie Maryja?” Tak, Chrystus jest naszym wzorcem, ale w innym sensie. Jezus jest Osobą Boską, Synem Bożym, który przyjął ludzką naturę, by nas zbawić. Dokonał On udoskonalenia i wyniesienia ludzkiej natury poprzez łaskę. Dzięki Chrystusowi staliśmy się dziećmi Bożymi i mamy moc, by podążać za Jego przykładem pokornej uległości wobec Ojca. Natomiast Maryja jest osobą ludzką, w pełni zbawioną przez Chrystusa, a także jedyną, która w sposób doskonały naśladowała Jego pokorną uległość. Przedstawia ona udoskonalenie i wyniesienie osoby ludzkiej przez łaskę. A ludzka osoba, jak przypomina nam Katechizm Kościoła Katolickiego, składa się zarówno z ciała, jak i z duszy; z materii i ducha (punkty 362-368). Zatem w pełni zbawiona osoba ludzka byłaby zbawiona wraz z ciałem i duszą, tak jak Błogosławiona Dziewica Maryja.

W ten oto sposób Wniebowzięcie Matki Bożej przypomina nam, kim i czym jesteśmy jako osoby ludzkie. Istnieje pewien rodzaj purytanizmu – by użyć tego słowa w negatywnym sensie – który zakłada, że ważna jest jedynie dusza; ciało zaś w najlepszym razie jest zawadą, natomiast w najgorszym razie – złem. Wniebowzięcie Maryi przypomina nam, że jesteśmy czymś więcej niż duszami: bez względu na słabości naszych ciał po upadku ludzkości ciało jako takie pozostaje dobre i jest częścią naszego ostatecznego przeznaczenia.

Kiedy nadejdzie pełnia zbawienia, wówczas obejmie ona i nasze ciało, a nie tylko duszę. Owszem, owo ciało chwalebne będzie uduchowione, całkowicie zależne od porządku duchowego, lecz nadal będzie prawdziwym ciałem. Nadzieją chrześcijanina jest nie tyle nieśmiertelność duszy, którą uznaje wielu pogan, lecz zmartwychwstanie ciała. Wniebowzięcie Maryi przypomina nam, że nasze ciało także będzie zbawione.

Dlaczego jednak Maryja doświadczyła cielesnego zbawienia przed innymi członkami Kościoła? Bez wątpienia Bóg miał ku temu powody, których nie potrafimy pojąć, ale jeden powód wydaje się dość oczywisty. Jeśli Maryja ma być wzorem Kościoła, wówczas nabiera sensu to, że doświadczyła zawczasu pełni cielesnego zbawienia, które czeka wszystkich członków Kościoła na końcu dziejów. Wniebowzięcie Maryi stanowi wyraźny obraz owego chwalebnego przeznaczenia, do którego wszyscy chrześcijanie zostali powołani.

Tak więc doktryna o Wniebowzięciu mówi nam także, gdzie możemy podążać, możemy – o ile jesteśmy częścią Ciała Chrystusa, Kościoła. W tym sensie Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny nie było „osobistym przywilejem” Maryi, tak jak Niepokalane Poczęcie. Wniebowzięcie jest uprzedzeniem nadziei całej ludzkości, tj. zmartwychwstania ciał. Jest to figura powszechnego zmartwychwstania wierzących, czego Kościół, jako Mistyczne Ciało Chrystusa i Oblubienica Chrystusa, doświadczy na końcu dziejów.

Możemy jednak wyciągnąć kolejną lekcję z Wniebowzięcia Maryi, związaną z obecnymi dyskusjami co do płci i Kościoła. Dogmat ten przypomina nam, że męskość i kobiecość nie jest przelotnym, powierzchownym aspektem tego, kim jesteśmy. Jest czymś niezbywalnym. Niepokalana Dziewica pozostała osobą rodzaju żeńskiego nawet po doświadczeniu pełni zbawienia: jest przecież Dziewicą i Matką. Chociaż przy zmartwychwstaniu „nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić” (Mt 22,30), nasza tożsamość płciowa jako mężczyzn i kobiet przetrwa. „Nie ma już mężczyzny ani kobiety” w sprawie dostąpienia życia w łasce (Ga 3,28), fakt ten nie znosi jednak zupełnie różnicy pomiędzy mężczyzną a kobietą ani nie pociąga za sobą, że oboje mają mieć identyczną rolę w Kościele. Chrystus pozostaje Oblubieńcem Kościoła; Maryja pozostaje Matką Kościoła. Ich cechy osobowe pozostają w zgodzie z ich rodzajem.

Ostatnia kwestia co do Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny oraz nas samych dotyczy królowania Maryi. Pogląd ten jest przecież następstwem doktryny Wniebowzięcia. Podobnie jak Chrystus, Maryja została wskrzeszona cieleśnie, by panować w królestwie Bożym. Jej Syn jest „Królem Królów i Panem Panów”, więc Ona jest „Matką Pana” (por. Łk 1,43) – jakby „Królową Matką” – mającą udział w Chrystusowym panowaniu. Ponadto jest Ona w ten sposób zarówno wzorem Kościoła, jak i jego prekursorką. Jak mówi święty Paweł do wszystkich chrześcijan: „Jeżeli bowiem z Nim współumarliśmy, z Nim także żyć będziemy. Jeśli trwamy w cierpliwości, z Nim też królować będziemy” (2 Tm 2,11-12). Poprzez swe chwalebne Wniebowzięcie Najświętsza Maryja Panna zaczęła panować wraz z Chrystusem, tak jak wszyscy chrześcijanie będą panować po powstaniu z martwych.

Idea Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny nie jest więc ani nieistotna, ani niestosowna. Jest ona istotna, gdyż mówi o tym, kim jesteśmy jako istoty ludzkie – istoty z ciała i ducha – które zostały powołane, by być synami i córkami Boga, i będą miały udział w Bożym życiu z Chrystusem w niebie, w życiu ciała i duszy. Nie jest ona także niestosowna, gdyż pokazuje moc Chrystusa w całkowitym odkupieniu Jego Matki, zbawieniu, w którym mamy nadzieję mieć kiedyś udział. Do tego czasu, jak przypomina nam Lumen gentium, „Matka Jezusowa, jak w niebie doznaje już chwały co do ciała i duszy, będąc obrazem i początkiem Kościoła mającego osiągnąć pełnię w przyszłym wieku, tak tu na ziemi […] przyświeca Ludowi Bożemu pielgrzymującemu jako znak pewnej nadziei i pociechy” (nr 68).

tłum. Joanna Zegzuła

DWANAŚCIE SPOSOBÓW POZNANIA BOGA

Jezus definiuje życie wieczne jako poznanie Boga (J 17,3). W jaki sposób możemy poznać Boga, a przez to zdobyć życie wieczne? Kiedy je zliczam, odkrywam dwanaście możliwości:

  1. Ostatecznym, pełnym i pewnym sposobem jest oczywiście Chrystus, prawdziwy Bóg w ludzkim ciele.

  2. Jego Kościół jest Jego Ciałem, a więc poznajemy Boga także przez Kościół.

  3. Pismo Święte jest Księgą Kościoła. Ta Księga, podobnie jak sam Chrystus, jest nazywana Słowem Bożym.

  4. Pismo mówi także, że możemy poznać Boga przez naturę (zob. List do Rzymian 1). Jest to wiedza wrodzona, spontaniczna i naturalna. Myślę, że nikt, kto mieszka nad morzem czy nad rzeczką, nie może być ateistą.

  5. Sztuka także ukazuje Boga. Znam trzech byłych ateistów, którzy mówią: „Istnieje muzyka Bacha, a więc musi istnieć Bóg”. To także jest sposób bezpośredni.

  6. Sumienie jest głosem Boga. Przemawia zdecydowanie, bez żadnych „jeśli”, „ale” czy „jednak”. Ten sposób też jest bezpośredni. Ostatnie trzy sposoby poznania Boga (4-6) są naturalne, podczas gdy trzy pierwsze są nadprzyrodzone. Ostatnie trzy ukazują trzy atrybuty Boga, trzy cnoty, których duch ludzki pragnie najbardziej: prawdę, piękno i dobro. Bóg napełnił swoje stworzenie tymi trzema cnotami. Oto sześć kolejnych sposobów, jak możemy poznać i jak znamy Boga:

  7. Rozum, rozważający kwestie natury, sztuki czy sumienia, może poznać Boga na drodze poprawnych dowodów filozoficznych.

  8. Doświadczenie, życie, twoja historia – także mogą objawić Boga. Możesz w nich dostrzec rękę Opatrzności.

  9. Doświadczenie zbiorowe naszej rasy, odzwierciedlone w historii i tradycji, wyrażone w literaturze, także objawia Boga. Możesz poznać Boga przez historie innych ludzi, przez wielką literaturę.

  10. Święci objawiają Boga. Są reklamami, zwierciadłami, małymi Chrystusami. Są prawdopodobnie najskuteczniejszymi ze wszystkich środków przekonywania i nawracania ludzi.

  11. Nasze codzienne doświadczenie pełnienia woli Bożej będzie mogło ukazać Boga. Bóg staje się wyraźniejszy, kiedy oczy serca są oczyszczone: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą”.

  12. Modlitwa dosięga Boga – zwykła modlitwa. Uczysz się więcej o Bogu poprzez kilka minut modlitewnej skruchy niż poprzez całe życie spędzone w bibliotece.


Niestety, czasami chrześcijanie toczą rodzinne kłótnie o te sposoby i traktują je jako „albo – albo” zamiast „zarówno, jak i”. Wszystkie one wspierają się nawzajem i nie może być nic głupszego niż traktowanie ich jako rywali – na przykład odnajdywanie Boga w Kościele przeciwko odnajdywaniu Boga w naturze; albo rozum przeciwko doświadczeniu; albo Chrystus przeciwko sztuce.

Jeśli zaniedbałeś któryś z tych sposobów, wypróbowanie ich byłoby wspaniałym pomysłem. Na przykład: módl się, wykorzystując wielką muzykę. Albo spędź kiedyś godzinę, analizując swoje życie, by ujrzeć rolę Boga w swojej przeszłości. Przeczytaj wspaniałą książkę, by bliżej spotkać, lepiej poznać i chwalić Boga. Pomódl się najpierw o to.

Uzupełnij tę listę, jeśli potrafisz. Jest więcej sposobów znalezienia i poznania Boga niż może to objąć jeden artykuł – czy nawet cały świat.

tłum Jan J. Franczak

CIERPIENIE I ISTNIENIE ZŁA W ŚWIECIE

Często słyszy się narzekania ludzi „Gdyby Bóg istniał, nie dopuściłby do tego”… lub: „Jeśli Bóg jest miłosierny, to dlaczego na to pozwolił?”. Wynika to po części z nieco starotestamentowego postrzegania miłości Bożej, w myśl której sprawiedliwym wiodło się dobrze, a grzesznikom źle. Człowiek ma też często tendencję do szukania winnego własnych niepowodzeń i do zrzucania ich na drugiego człowieka – lub w tym wypadku na Boga.

Nasze rozważania zacznijmy od zastanowienia się, skąd na świecie wzięło się zło. Bóg stworzył przecież świat idealny, bez żadnego zła i cierpienia. To człowiek, sprzeciwiając się Mu, naraził się na konsekwencje tego. W momencie grzechu pierworodnego została zachwiana równowaga tego świata i człowiek odłączył się od Boga.

Można postawić pytanie: Dlaczego Bóg – jeśli jest dobry – dopuścił węża do ogrodu i pozwolił mu działać? Wynika to jednak z jednego z Jego darów, jakim jest wolna wola. Czyż mogłaby być mowa o wolnej woli, gdyby nie było możliwości wyboru zła? Bóg przebaczył nieposłuszeństwo, jednak konsekwencja grzechu pozostała.

Spotkałem się także z takim wyjaśnieniem: Jest to podobne do sytuacji, w której dziecko w wyniku nieposłuszeństwa rodzicom doznaje kalectwa. Rodzice wybaczą, jednak kalectwo pozostanie.

Świat rządzi się prawami natury i fizyki, które stworzył Bóg. I tym prawom podlegają zarówno ludzie dobrzy, jak i źli.

„On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5,45).

Czasem jednak cierpienie może być jedną z dróg, jakimi Bóg przemawia do człowieka.

„Powiedz grzesznikom, że zawsze czekam na nich, wsłuchuję [się] w tętno ich serca, kiedy uderzy dla mnie. Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenia i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie łaski moje, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie, i daję im, czego pragną” (Dziennik św. Faustyny Kowalskiej).

Wiele zła na świecie nie jest przypadkowe, ale wynikiem działania człowieka. Nikt nie każe przecież ludziom zabijać się i krzywdzić. Należy pamiętać, że człowiek ma wolną wolę i Bóg pozwala mu na dokonanie wyboru (nawet gdy jest to wybór zła).

Także Jezus nie uniknął cierpienia w swoim życiu.

Jeżeli chcesz mnie naśladować, to weź swój krzyż na każdy dzień… – mówi jedna z pieśni.

Każdy człowiek ma swój krzyż, każdy ma jakieś trudy i cierpienia w swoim życiu. I cała sztuka w tym, żeby się nie poddawać i nie załamywać niepowodzeniami, choć często nie jest to łatwe.

Niektórzy stawiają sobie więc pytanie: Jeżeli tak wiele zależy od nas, to po co się modlić, po co prosić Boga o łaski?

Jednak w Piśmie Świętym odnajdujemy wiele sytuacji, w których Jezus zachęca do modlitwy. Nawet sam przed męką modli się słowami:

„I odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: «Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty»” (Mt 13,39).

Bóg zawsze wysłuchuje modlitw, które do Niego kierujemy, jednak nie zawsze je spełnia, tak jak my byśmy sobie tego życzyli. Człowiek, myśląc o czymś, patrzy w perspektywie stosunkowo niedługiego czasu. Bóg widzi to z perspektywy całej wieczności, więc lepiej wie, co jest dobre dla człowieka. Czasem więc nie dostajemy tego, o co prosimy, ale coś zupełnie innego.

Niektórzy pytają także, jak pogodzić miłosierdzie Boże z istnieniem wiecznej kary, jaką jest piekło. Bóg nie chce nikogo potępiać, ale też nie uszczęśliwia człowieka na siłę.

„Jeśli chcesz, pójdź za mną!” – JEŚLI CHCESZ…

Tak więc piekło jest nie tyle karą, co konsekwencją odrzucenia Boga. Jeśli człowiek za życia świadomie odrzucił Boga, to Bóg na siłę nie będzie go zbawiał. Warto także nadmienić, że piekło nie jest miejscem, lecz stanem całkowitego odłączenia od Boga.

„Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych” (Łk 13,28).

Jest to stan, w którym człowiekowi otwierają się oczy na to, co utracił, ale nie może już tego zmienić.

Tak o tym pisze C.S. Lewis:

„Piekło jest stanem umysłu. Nie mógłbyś powiedzieć nic bardziej zgodnego z prawdą. Każdy stan umysłu pozostawiony sam sobie, każde zamknięcie się stworzenia w lochach własnego umysłu zamienia się w końcu w Piekło”[1].

Cóż więc pozostaje? Czy jest sens załamywania się nad złem tego świata? Uważam, że nie. Jak mówiła Matka Teresa z Kalkuty: lepiej jest pomyśleć, co zrobić, żeby ten skrawek świata, na który mamy wpływ, stał się lepszy. Nawet jeśli to niewielki skrawek, zawsze to coś jest. Przecież morze składa się z kropel.

Krzysztof Gawarecki


P R Z Y P I S Y :
[1] S.C. Lewis, Rozwód ostateczny, Warszawa 1994, s. 63.

WYBRANI ZE WZGLĘDU NA NIEWYBRANYCH (RDZ 12,2-3; ŁK 9,28-36)

Roger Ebert w swojej recenzji filmu Książę Egiptu (The Prince of Egypt) wyraża pogląd typowy dla współczesnych, kiedy narzeka na Boży zwyczaj wybierania ludzi (jak Mojżesz) i narodów (jak Żydzi): „Zawsze myślałem, że Bóg mógłby zaoszczędzić człowiekowi całą masę kłopotów, gdyby zarzucał swoją sieć szerzej, podkreślając uniwersalizm, a nie lojalność plemienną”.

Myśl taka przychodzi tak naturalnie jak deszcz na wiosnę do umysłów przyzwyczajonych do myślenia kategoriami demokratycznymi. Tak jak było czymś naturalnym dla starożytnych, którzy niemal powszechnie żyli w monarchiach, wyobrażać sobie Boga jako Króla, tak czymś równie zwyczajnym u współczesnych jest wtłaczanie wszechświata w przegródki bezkompromisowego egalitaryzmu. Boli nas sama myśl, że Bóg „wybiera” takich ludzi jak Abraham. Podobnie jak Ebert myślimy, że może to prowadzić tylko do „lojalności plemiennej”, a nie do uniwersalizmu.

A jednak dzisiejsze czytanie ze Starego Testamentu zwraca naszą uwagę na zdumiewający paradoks. Mianowicie, wybierając Abrahama, Bóg budował jedyną prawdziwą podstawę pod uniwersalizm w świecie.

Zauważ obietnicę daną Abrahamowi: „Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tych, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi” (Rdz 12,2-3). Dziwne, tam gdzie współczesny umysł dostrzega „plemienną” obietnicę podboju i pomyślności tylko dla klanu Abrahama, Księga Rodzaju ogłasza, że Bóg ma zamiar błogosławić cały świat poprzez Abrahama. To, co wyobrażamy sobie jako barbarzyńskie pyszne wypinanie piersi starożytnego Izraela z okrzykiem „Bóg jest po naszej stronie”, okazuje się sportretowaniem Abrahama jako zwężenia jakiejś mistycznej klepsydry, przez które błogosławieństwa Boże sypią się z nieustanną szczodrością. Jak C.S. Lewis zauważa w książce Cudy (Miracles): „Naród «wybrany» jest wybrany nie dla siebie (na pewno nie dla własnego zaszczytu czy przyjemności), lecz dla tych, którzy nie zostali wybrani[1]”.

Współcześni, którzy są przyzwyczajeni do myślenia o uniwersalizmie tak jak statystycy, mają z tym problem. To dlatego, że myślimy o „ludzkości” jako niezróżnicowanej masie, ale Bóg myśli o osobach. My wyobrażamy sobie, że objawienie powinno być dostępne niczym ogromny Boży pokaz laserowy na niebie, który mógłby być oglądany przez miliardy na widowni, ale Bóg wie, że objawienie może nastąpić tylko na drodze osobistej, poprzez osoby ludzkie.

I tak Bóg wybiera jedną osobę ludzką – Abrahama – i zaczyna proces objawiania nam siebie, za każdym razem jednej osobie.

Ten proces prowadzi do większej ilości wysoce niedemokratycznych wyborów dokonanych przez Boga, do większej ilości poszerzeń i zwężeń w klepsydrze żydowskiej historii. Rozprzestrzenia się do Hebrajczyków i kurczy do osoby Mojżesza. Rozprzestrzenia się do narodu Izraela i kurczy do proroków i ocalałych z wygnania babilońskiego. Rozszerza się na diasporę pośród narodów i ostatecznie zawęża do żydowskiej nastolatki nazywanej Maryja i do pojedynczego człowieka nazywanego Jezus. Obietnica dana Abrahamowi, Mojżeszowi i prorokom skupiła się tutaj jak w soczewce.

Oczywiście takie wybory są bolesne, szczególnie dla wybranych. Ludzie z upodobaniem przyzwyczajają się do swoich korzeni. Kochamy naszych ojców i matki, i wszystko to, na co tak ciężko i uczciwie pracowali. Nikt nie docenia tego bardziej niż uczniowie w dzisiejszym czytaniu. Kiedy Mojżesz, ucieleśnienie Prawa, i Eliasz, ucieleśnienie Proroków, pokazuje się na górze Przemienienia, Piotr stwierdza, że lepiej już być nie może. Myśli sobie, że to już koniec bolesnych wyborów. Koniec z oddzielaniem się od reszty. Możemy trzymać nowe wino Ewangelii w starych bukłakach wygodnego i znajomego judaizmu. Tak więc proponuje, by założyć wieczne obozowisko właśnie tutaj wraz z Jezusem, Mojżeszem i Eliaszem.

Ale Bóg Abrahama i tak domaga się wyboru i oddzielenia. Nakazuje Piotrowi, by słuchał tylko Jezusa. A tekst mówi po prostu: „Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa”. Gdyż Mojżesz i Eliasz nie byli celem samym w sobie, tak jak i wybór Abrahama nie był celem samym w sobie. Wszyscy wskazywali na Jezusa. A Piotr, Jakub i Jan, uświadomiwszy to sobie, zostali wybrani (i oddzieleni) dokładnie tak jak Abraham. Ale także i tutaj ich wybranie dokonało się „na pewno nie dla własnego zaszczytu czy przyjemności”. Dokonało się ostatecznie ze względu na cały świat, świat, który został do ostatniego mężczyzny, kobiety i dziecka wybrany w Umiłowanym synu Abrahama, umiłowanym Synu Boga.

tłum. Jan J. Franczak

Copyright 2001 – Mark P. Shea

P R Z Y P I S Y :
[1] C.S. Lewis, Cudy, Instytut Wydawniczy „Pax”, Warszawa 1958, s. 181.

OBRONA APOLOGETYKI

Ateista może podważać dowody na istnienie Boga, ale znalezienie domniemanych błędów w czyimś rozumowaniu nie jest tym samym, co udowodnienie własnej tezy. Ateista może co najwyżej powiedzieć, że jego interpretacja dowodów skłania go do zaprzeczenia istnienia Boga. Jeśli posunie się dalej, by twierdzić bez ogródek: „Bóg nie istnieje”, to jest już akt wiary, który wykracza poza dowody. Jeśli nawet ateiści przejawiają pewien rodzaj wiary, to kwestią nie jest to, czy my sami wierzymy, ale jaki rodzaj wiary przejawiamy. Wiara występuje w dwóch odmianach: wiary rozsądnej i wiary ślepej – wiary przenikniętej rozumem i wiary przeciwstawnej rozumowi. Może to zdziwić niektórych ludzi, że ortodoksyjne chrześcijaństwo przeciwstawia się ślepej wierze – to znaczy przeciwstawia się wierzeniu czemuś bezrozumnie i wbrew zdrowemu rozsądkowi. Ortodoksyjne chrześcijaństwo jest wiarą sensowną. To oznacza przynajmniej dwie rzeczy. Po pierwsze, że jego założenia są intelektualnie możliwe do obrony. Po drugie, że rozum pomaga nam dostrzec, że Bóg działa w chrześcijaństwie i dlatego powinniśmy wyznawać tę wiarę, nawet jeśli nie możemy, ściśle mówiąc, dowieść jej prawdziwości.

Apologetyka, zajmowanie się podawaniem uzasadnień dla wiary chrześcijańskiej, pochodzi od greckiego słowa apologia, które oznacza przemyślaną obronę czegoś lub kogoś. W czasach antycznych słowo apologia nawiązywało do obrony klienta przez adwokata w sprawie sądowej. Apologetyka jest tą gałęzią teologii, która prowadzi racjonalną obronę w sprawie wiary chrześcijańskiej, podając argumenty, które ukazują sensowność chrześcijaństwa i odpowiadają na krytykę wymierzoną przeciwko niemu, podobnie jako to robi prawnik zbierający dowody na obronę swojego klienta.

Chociaż apologetyka jest gałęzią teologii zaniedbaną po II Soborze Watykańskim, to obecnie przeżywa swój renesans. Rzeczywiście, apologetyka dobrze rozumiana i stosowana może być niezmiernie użyteczna, szczególnie w ewangelizacji parafialnej i programach katechetycznych.

Tradycyjnie teologowie podzielili apologetykę na trzy kategorie: apologetykę „naturalną”, apologetykę chrześcijańską i apologetykę katolicką. Tak zwana apologetyka „naturalna” dotyczy prawd, które w rzeczywistości są wstępem do wiary – prawd takich, jak istnienie Boga, duchowość ludzkiej duszy, obiektywna rzeczywistość dobra i zła, które wiara zakłada lub na których się opiera. Te prawdy są poznawalne naturalnym światłem rozumu, stąd termin apologetyka „naturalna”.

Jednakże, w ściślejszym rozumieniu, apologetyka „naturalna” wcale nie jest apologetyką, ale tylko jednym z aspektów filozofii chrześcijańskiej. Dlaczego? Ponieważ prawdy, których dotyczy, należą do dziedziny filozofii, co oznacza, że są w zasadzie poznawalne przez ludzki rozum bez uwzględniania objawienia Bożego, nawet jeśli objawienie ułatwia nam je zrozumieć lub poznać głębiej. A więc tak zwaną apologetykę „naturalną” można by bardziej precyzyjnie nazwać „przedapologetyką”, ponieważ dotyczy ona kwestii, które polemika apologetyczna zakłada lub na których się opiera.

Ściśle mówiąc, apologetyka – czy to chrześcijańska, czy też w szczególności katolicka – wyjaśnia objawione przez Boga prawdy i broni ich – prawd poznawalnych tylko przez wiarę, a nie prawd poznawanych przez rozum bez wiary. Apologetyka chrześcijańska przedstawia argumenty potwierdzające prawdziwość istoty chrześcijaństwa (np. rzeczywistości biblijnych cudów, Boskości Chrystusa, Zmartwychwstania itp.). Apologetyka katolicka, z drugiej strony, dowodzi słuszności twierdzeń Kościoła katolickiego, że został założony przez Chrystusa i innych specyficznie katolickich doktryn takich, jak urząd papieża, sakramenty, Niepokalane Poczęcie itp.

Weźmy, na przykład, Zmartwychwstanie Jezusa. Apologetyka chrześcijańska zbiera dowody przeciwko czysto naturalnym wyjaśnieniom Zmartwychwstania, takim jak pomysł, że apostołowie wykradli ciało Chrystusa z grobu. Pokazuje, przywołując historię i zdrowy rozsądek, że jest to kompletnie nieprawdopodobne, by apostołowie popełnili taką mistyfikację, a potem cierpieli prześladowania i umierali za nią.

Albo zastanówmy się nad twierdzeniem katolicyzmu, że Chrystus nadał swojemu Kościołowi urząd nauczycielski (magisterium), by ten mógł autentycznie i autorytatywnie przedstawiać Jego naukę światu. To twierdzenie zostało podważone przez doktrynę sola Scriptura – że samo Pismo Święte jest zasadą wiary dla chrześcijan, bez potrzeby jakiegokolwiek autorytatywnego urzędu nauczycielskiego. Apologetyka pokazuje, że ten punkt widzenia przeczy sam sobie: Biblia nigdzie nie uczy zasady sola Scriptura, stąd przy założeniu, że chrześcijanin winien wierzyć tylko w to, czego uczy Biblia, zasada sola Scriptura przestaje być obowiązująca dla chrześcijanina.

NIE MA SIĘ CZEGO WSTYDZIĆ

Dość dziwnie, ale niektórzy katolicy są wrogo nastawieni do apologetyki (a co za tym idzie, i do apologetów). Mylnie sądzą, że cała apologetyczna argumentacja źle się wierze przysługuje. Wiara, upierają się oni, jest czymś więcej niż tylko przyjęciem wniosków wyciąganych z rozumowania i dowodów.

Oczywiście, krytycy mają rację – do pewnego stopnia. Wiara wykracza poza to, co wykazać może rozumowanie. Wiara jest ostatecznie działaniem Bożej łaski, a nie skutkiem przekonywania apologety. Jest nadprzyrodzona i przez to jest darem Boga. Ale byłoby ogromnym błędem odrzucać apologetykę z tego powodu. Z jednej strony sprzeczne samo w sobie jest rozumowanie, że nie powinno się argumentować w kwestiach wiary, ponieważ ci, którzy opowiadają się za tym punktem widzenia, sami argumentują w kwestiach wiary. Z drugiej strony, chociaż wiara wykracza poza sam rozum, to nie oznacza, że wiara nie ma nic wspólnego z rozumem ani rozumowaniem.

Tak, wiara jest nadprzyrodzona – jest czymś przekraczającym moc naszej własnej, stworzonej ludzkiej natury. A jednak wiara nie niszczy natury człowieka jako myślącej istoty. Buduje na niej, aby podnieść rozum, tak byśmy mogli rozważać i rozumieć to, co wybiega poza nasz naturalny potencjał intelektualny. Pamiętasz, jak Matka Boża postępowała z wielkimi tajemnicami wiary, których doświadczała? Ona „rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). Innymi słowy, używała swojej głowy, by lepiej rozumieć sprawy swego serca, tak jak również i my powinniśmy to robić sami.

Oczywiście, wierzący i niewierzący często postrzegają rzeczy w całkiem odmienny sposób. Biskup Fulton Sheen kiedyś przedstawił to tak: „Masz dokładnie te same oczy w nocy jak i w dzień, ale nie możesz widzieć w nocy, ponieważ brakuje ci dodatkowego światła słońca. Przypuśćmy więc też, że dwa umysły – z identycznym wykształceniem, z takimi samymi zdolnościami intelektualnymi, z takim samym rozeznaniem – spojrzą na Hostię złożoną na ołtarzu. Jeden ujrzy chleb, drugi ujrzy Chrystusa, oczywiście nie oczami cielesnymi, ale oczami wiary. Powód tej różnicy jest następujący: jeden posiada światło, którego drugiemu brakuje, mianowicie światło wiary”.

Ale światło samo z siebie nie tworzy wzroku – potrzebne są również oczy. Podobnie, światło wiary wymaga „oczu” intelektu, a ten wymaga myślenia. To, w co wierzymy dzięki wierze, musi być przynajmniej z grubsza rozumiane przez intelekt. Nie można wierzyć w coś, jeśli nie ma się podstawowego pojęcia, co to oznacza. A rozumienie wymaga, byśmy używali zarówno naszych umysłów, jak i naszych serc. Poza tym, jeśli Bóg zadał sobie trud, by pozostawić wokół znaki swojej obecności, na podstawie których istoty ludzkie mogą wyciągać wnioski – a Biblia mówi nam, że tak uczynił (por. List do Rzymian 1) – to byłoby z naszej strony brakiem szacunku, jeśli nie używalibyśmy naszego rozumu, by je zauważyć. Bóg dał istotom ludzkim umysł. Z pewnością chce, byśmy go używali. (Pod tym względem, apologeta mógłby zaadaptować słynne powiedzenie Kartezjusza Cogito ergo sum – „Myślę, więc jestem” – i powtarzać z naciskiem: „Myślę, więc bronię wiary”.)

Chrystus polecił swoim naśladowcom zanieść światu Ewangelię (Mt 28,19-20; Mk 16,15). Apologetyka pełni ważną rolę, pomagając nam w wypełnieniu tego polecenia. W pewnym sensie apologetyka jest drugą stroną ewangelizacji. Ewangelizacja oznacza przekazywanie prawdy o Chrystusie. Czasami ta prawda wywołuje pytania i zarzuty wobec wiary – nawet, wydawałoby się, solidne zarzuty – w umysłach niektórych ludzi. Apologetyka zajmuje się tymi obawami, usuwając przeszkody dla wiary, podobnie jak chirurg oka – by powrócić do naszego porównania ze wzrokiem – może usunąć kataraktę albo jakąś inną wadę wzroku z oka pacjenta. Oczywiście okulistyka nie obdarza wzrokiem, tak jak chirurg oka nie stwarza światła, dzięki któremu pacjent widzi. On tylko najlepiej, jak potrafi, usuwa przeszkody w widzeniu.

Podobnie jest z apologetą. Jego zadaniem jest usunąć umysłowe przeszkody, jakie ludzie czasami mają wobec wiary. Nie może spowodować wiary, może tylko pomóc w stworzeniu warunków, które skłonią osobę do wiary. Kiedy zostanie to już przeprowadzone, do Ducha Świętego należy pobudzenie serca i umysłu tej osoby do wiary.

APOLOGETYKA STOSOWANA

„W porządku”, ktoś może powiedzieć. „Ale czy apologetyka może być użyteczna tam, gdzie to jest ważne – w parafii?” Być może parafia nie jest jedynym miejscem, „gdzie to jest ważne”, ale chcę podkreślić, że apologetyka nie tylko może, ale powinna być wykorzystywana w parafii. Wspomnę tutaj dwie podstawowe sprawy. Pierwsze zadanie apologetyki polega na tym, żeby udzielić parafianom odpowiedzi na pytania dotyczące wiary, z którymi mogli się spotkać. Drugie zadanie jest bardziej ambitne: przeszkolić parafian, by sami mogli zaangażować się w apologetykę.

Najbardziej oczywistym miejscem dla pierwszego zadania jest parafialna posługa słowa i odpowiedzialnym za to jest przede wszystkim (chociaż nie wyłącznie) duszpasterz. Msza niedzielna dostarcza najlepszej okazji dla apologetyki, nawet jeśli homilia nie powinna być zredukowana do lekcji apologetyki. To jest jedna z przyczyn, dlaczego jest rzeczą pilną, by klerycy w seminarium zostali przeszkoleni w dziedzinie apologetyki i by zorganizowano warsztaty dla księży po to, by mogli odświeżyć swoją wiedzę i umiejętności w tej dziedzinie. To oczywiste, że jeśli księża nie są przygotowani, by bronić wiary katolickiej, to jest mało prawdopodobne, że będą na to przygotowani ich parafianie.

Ale zorganizowane wykłady i szkolenia w dziedzinie apologetyki nie powinny być ograniczone do duchowieństwa. Parafialne programy edukacyjno-katechetyczne dla dorosłych również powinny zawierać konferencje apologetyczne wygłaszane zarówno przez księży, jak i przez świeckich, podejmujące formalnie lub nieformalnie różne kwestie dotyczące wiary. Apologetyka winna być zwłaszcza ważnym składnikiem programów realizacji Rytu chrześcijańskiej inicjacji dorosłych (RCIAThe Rite of Christian Initiation of Adults). Coraz szerszy zestaw materiałów – książek, taśm wideo i audio, rozpraw i czasopism – jest dostępny, by pomóc zainteresowanym oraz katechumenom nauczyć się obrony wiary katolickiej. Takie materiały powinny być w pełni wykorzystane w programach parafialnych.

Na koniec, apologetyka musi być przywrócona w nauczaniu katolickim, tak w parafii, jak i w domu. Młodzi ludzie muszą nauczyć się argumentów na potwierdzenie ich wiary nie po to, by przybrać postawę „defensywną” w kwestii katolickiej, w negatywnym sensie tego słowa, ale po to, by móc iść naprzód – z pełnym zaufaniem do prawdy. Często można przyciągnąć młodych ludzi, którzy inaczej nie interesują się religią, poprzez przekonanie ich, że wiara katolicka jest racjonalna, nie jest czymś, co należy przyjąć na ślepo.

Drugie zadanie dla apologetyki w parafii mierzy dużo dalej. Pociąga za sobą szkolenie wiernych świeckich i przygotowanie ich do zaangażowania w apologetykę w codziennym życiu. Powinno to być częścią szerszej formacji laikatu do ewangelizacji. Powinno się uczyć parafian prawidłowego stawiania pytań apologetycznych innym, jak również odpowiadania na pytania stawiane im.

Wiem, co teraz niektórzy ludzie, zwłaszcza duszpasterze, są gotowi na to powiedzieć. Sądzą oni, że będzie dosyć trudno zachęcić ludzi świeckich do uczęszczania na pogadanki apologetyczne. A już zupełnie nie ma mowy, by wzięli oni udział w rozszerzonym kursie przygotowującym do konkretnej działalności apologetycznej.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie sugeruję, że zawsze jest to łatwe, ale przeciętny wierny może nauczyć się zaangażowania w apologetykę. Jako ktoś, kto mówił na tematy apologetyczne w setkach parafii w całym kraju, wiem, że można tego dokonać, ponieważ dzieje się tak już w wielu miejscach.

Oto dobry przykład, który ilustruje to, co mam na myśli. Jechałem do stanu Maine, by poprowadzić seminarium na temat apologetyki. Na lotnisku przywitał mnie i odwiózł do parafii pewien katolik, kierowca ciężarówki, ze skromnym formalnym wykształceniem. Podczas jazdy ten apologeta amator, prosty, ale gorliwy w wierze, opowiadał mi, jak studiował Ojców Kościoła, rozważając takie czy inne subtelne zagadnienia teologiczne. Znał zarówno argumenty przeciwko nauczaniu Kościoła, jak i odpowiedzi na nie. Więcej, potrafił wyjaśnić katolicki punkt widzenia z klarownością, której rzadko dorównałby zawodowy teolog. Zgłębianie apologetyki dało mu jasne zrozumienie i zaufanie do wiary Kościoła.

Takie samo zrozumienie i zaufanie powinno być udziałem każdego katolika. Prawdy objawione nam przez Boga powinny być rozważane i przyswajane. Winny przynieść nam światło, tak byśmy w zamian mogli zanieść światło innym. Apologetyka w parafii może być pomocna w tej misji niesienia światła, nawet jeśli nie jest jedynym źródłem światła czy jedynym sposobem, by go dostarczyć.

Prawidłowo stosowana apologetyka jest niezmiernie pomocna. Nie może „udowodnić” prawdy chrześcijaństwa czy katolicyzmu w ten sam sposób, w jaki matematyk może udowodnić twierdzenie Pitagorasa – to nie jest jej celem. Ale może pomóc ludziom myśleć o wierze – niechrześcijanom zastanowić się nad Chrystusem i wiarą chrześcijańską, chrześcijanom, którzy nie są katolikami, zbadać argumenty za Kościołem katolickim, a katolikom lepiej zrozumieć, w co wierzą i na jakiej podstawie.

tłum. Jan J. Franczak

Mark Brumley, Apologetics Without Apology, „Envoy” (January/February 1997)
Copyright © 1997 Envoy
tłumaczenie i przedruk za zezwoleniem „Envoy” Magazine

ANIOŁOWIE – DWANAŚCIE NAJWAŻNIEJSZYCH RZECZY, KTÓRE NALEŻY O NICH WIEDZIEĆ

Naprawdę istnieją. Nie tylko w naszych umysłach czy w naszych mitach, czy w naszych symbolach, czy w naszej kulturze. Są tak rzeczywiści, jak twój pies, twoja siostra albo elektryczność.

  • Są obecni – właśnie tutaj, właśnie w tej chwili, właśnie obok ciebie, czytając te słowa z tobą.

  • Nie są słodcy, milusieńcy, odprężeni, towarzyscy ani „na luzie”. Są przerażający i onieśmielający. Są potężni. Są wojownikami.

  • Są prawdziwymi „istotami pozaziemskimi”, prawdziwymi „supermanami”, jedynymi w swoim rodzaju obcymi. Ich moc daleko przekracza moc wszelkich fikcyjnych istot.

  • Są umysłami bardziej błyskotliwymi niż Einstein.

  • Mogą dosłownie przenosić niebo i ziemię, jeśli Bóg im pozwoli.

  • Istnieją także źli aniołowie, aniołowie upadli, demony albo diabły. Oni także nie są mitem. Opętania demoniczne i egzorcyzmy są rzeczywistością.

  • Aniołowie są ciebie świadomi, nawet jeśli zazwyczaj nie możesz ich widzieć ani słyszeć. Ale możesz się z nimi komunikować. Możesz do nich mówić, nawet bez otwierania ust.

  • Naprawdę masz swojego własnego „anioła stróża”. Każdy ma.

  • Aniołowie często przychodzą w przebraniu. „Nie zapominajmy o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę” (Hbr 13,2) – to ostrzeżenie z najstarszej i najlepszej życiowej instrukcji obsługi.

  • Jesteśmy w strefie chronionej rozciągającego się aż po wieczność wielkiego pola bitwy pomiędzy aniołami i diabłami.

  • Aniołowie są wartownikami stojącymi na skrzyżowaniu dróg, gdzie życie spotyka się ze śmiercią. Działają zwłaszcza w momentach kryzysu, na krawędzi katastrofy – na rzecz ciał, dusz i narodów.

    Dlaczego ludzie myślą, że to naiwne wierzyć w anioły?

    Jednym z powodów jest ludzka niedoskonałość: niemożność rozróżnienia pomiędzy (1) postrzeganiem zmysłowym lub wyobraźnią (która jest rodzajem wewnętrznego odczuwania) a (2) rozumem, inteligencją lub rozumieniem. Nie widzimy czystych duchów i nie możemy ich sobie wyobrazić. Co nie oznacza, że nie możemy ich poznać lub ich zrozumieć. Możemy zobaczyć i wyobrazić sobie różnicę pomiędzy figurą o pięciu bokach (pentagon) i figurą o sześciu bokach (heksagon), możemy także zrozumieć tę różnicę intelektualnie. Nie możemy jednak odczuć lub wyobrazić sobie różnicy pomiędzy figurą o 105 bokach i figurą o 106 bokach. Obie wyglądają dla nas po prostu jak okręgi. Ale możemy zrozumieć różnicę i nawet ją dokładnie zmierzyć. A więc możemy zrozumieć rzeczy, których nie możemy widzieć. Nie możemy także zobaczyć takich jakości, jak dobro czy zło. Jakiego koloru, kształtu lub rozmiaru jest zło? A jednak możemy je zrozumieć. Możemy sobie wyobrazić nasze mózgi, lecz nie nasze umysły, nasze osobowości. Ale możemy je poznać.

    Wielu z tych, którzy zaprzeczają istnieniu aniołów, jest nieświadomych duchowej połowy samych siebie. Aniołowie są kamieniem probierczym poznania samego siebie. Także zwierzęta.

    Czyż aniołowie nie są dzisiaj nieistotni? Przecież to wiek człowieka, nieprawdaż?

    Tak, to wiek człowieka, wiek samoświadomości, wiek psychologii. I dlatego jest to niezwykle istotne, by dokładnie poznać siebie. Główne herezje naszych czasów nie dotyczą Boga, ale człowieka.

    Dwie najbardziej destruktywne z tych herezji – i dwie najbardziej popularne – to angelizm – mylenie człowieka z aniołem przez zaprzeczenie podobieństwa człowieka do zwierząt, i animalizm – mylenie człowieka ze zwierzęciem przez zaprzeczenie jego podobieństwa do aniołów.

    Człowiek jest jedynym stworzeniem, które jest zarówno aniołem, jak i zwierzęciem, zarówno duchem, jak i ciałem. Jest on najniższym z duchów i najwyższym z ciał, najgłupszym aniołem i najinteligentniejszym zwierzęciem, najniższym stopniem w hierarchii umysłów i najwyższym stopniem w hierarchii ciał.

    Mówiąc dokładniej, człowiek nie jest zarówno aniołem, jak i zwierzęciem, ponieważ nie jest ani aniołem, ani zwierzęciem. Jest czymś pomiędzy aniołami i zwierzętami, jest wyjątkowym szczeblem kosmicznej drabiny.

    Ale w jakikolwiek sposób to wyrazimy, człowiek musi poznać anioły, by poznać siebie samego, tak jak musi poznać zwierzęta, by poznać samego siebie, ponieważ musi wiedzieć, czym jest, i musi wiedzieć, czym nie jest.

    Hierarchia pomiędzy aniołami brzmi niesprawiedliwie i jest nie fair. Czy Bóg jest zwolennikiem elitaryzmu?

    (1) Sprawiedliwość Boża nie jest równością. Nie jest tak również w przypadku natury. Bóg Stwórca nie jest równy żadnemu ze swoich stworzeń, ale jest Istotą Najwyższą. Spośród Jego stworzeń istoty duchowe (aniołowie i ludzie) stoją wyżej w stosunku do stworzeń jedynie biologicznych. Spośród stworzeń duchowych aniołowie są bardziej inteligentni niż ludzie. Nawet pośród naszego własnego gatunku nie wszyscy ludzie są równi, jeśli chodzi o inteligencję, bystrość, mądrość, pamięć i wiele innych rzeczy. I oczywiście ludzie stoją wyżej od zwierząt. Jeśli w to wątpisz, będzie lepiej, gdy przestaniesz jeść ryby, a zaczniesz jeść ludzi. Wyższe (bardziej inteligentne) zwierzęta stoją wyżej od niższych (mniej inteligentnych). Dlatego wolimy bardziej psy niż robaki, jako zwierzęta chowane w domu. Nawet biolodzy klasyfikują gatunki według hierarchicznego porządku. Im bardziej są one złożone, tym bardziej są świadome i tym bardziej skomplikowane są ich funkcje.

    (2) Przewaga hierarchiczna aniołów nad człowiekiem odpowiada przewadze hierarchicznej ludzi nad zwierzętami, a hierarchia pośród aniołów odpowiada hierarchii pośród zwierząt. Jeśli zróżnicowanie zwierząt mówi nam coś o stylu Stwórcy, Jego zasadach i preferencjach, to jest rozsądne spodziewać się, że Jego styl, zasady i preferencje będą widoczne również wśród aniołów.

    (3) Sprawiedliwość nie oznacza równości, nawet pośród ludzi. Oznacza to traktowanie nierównych nierówno – postawienie piątki studentowi, który odpowiedział prawidłowo na 95 pytań ze stu możliwych i dwójki studentowi, który odpowiedział tylko na 45 pytań. Wiele tradycyjnych społeczeństw, jak te klasycznej Grecji i Chin Konfucjusza, postrzegały sprawiedliwość jako z zasady nierówność, harmonię pośród różnych rzeczy: części ciała, członków rodziny, ciał niebieskich w kosmosie, nut w piosence, klas w państwie, zdolności duszy. Prezydent niekoniecznie jest osobą wyższą w stosunku do swojego sekretarza obrony, ale jego urząd – tak. Sprawiedliwość wymaga, by sekretarz słuchał się wyższego rangą, nawet jeśli ten ostatni ma wady.

    (4) Niezadowolenie z powodu jakiegoś rodzaju wyższości jest jednym z siedmiu grzechów głównych. Nazywa się zazdrością i jest jedynym grzechem, który nigdy nie sprawił nikomu jakiejkolwiek przyjemności. W Boskiej Komedii Dante odkrywa, że istnieje wiele nierównych poziomów, nawet w niebie. Pyta Piccardę, która znajduje się w najniższym poziomie nieba, czy nie jest niezadowolona z powodu swojego niskiego miejsca i czy nie pragnie przenieść się bliżej Boga, by ujrzeć Go lepiej i doświadczyć większej radości. Odpowiada ona, że nikt w niebie nie jest niezadowolony ze swojego miejsca i nie zazdrości nikomu: „Z miejsca na miejsce, w całym królestwie, wszystkim królestwo jest miłe [to znaczy każdy mieszkaniec jest zadowolony z królestwa jako całości, całość jest dostępna każdej osobie]. Ponieważ w Jego woli nasze serca odnalazły swój pokój”*. T.S. Eliot nazwał to zdanie najgłębszym wersetem w całej literaturze, jaką stworzył człowiek.  

    Tłum. Jan J. Franczak

    Fragment książki: Angels (and Demons) – What Do We Really Know about Them? (Anioły, a także demony – co tak naprawdę o nich wiemy?) wydanej przez Ignatius Press

    © PETER KREEFT
    http://www.peterkreeft.com


    * „Ilu nas tu jest, od kręga do kręga,
    Duch żaden na chęć inną się nie poda,
    A Pan je wszystkie w swoją wolę wprzęga.
    Bo wola Pana to nasza pogoda”…

    Dante A., Boska Komedia, Raj, III, 82-85, tłum. E. Porębowicz, Biblioteka Narodowa, seria II, nr 187, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław – Warszawa – Kraków – Gdańsk – Łódź 1986, s. 316.

  • PROBLEM ZŁA

    FRAGMENT KSIĄŻKI „FUNDAMENTALS OF THE FAITH” WYDANEJ PRZEZ IGNATIUS PRESS

    PROBLEM ZŁA JEST NAJPOWAŻNIEJSZYM PROBLEMEM NA ŚWIECIE. JEST TAKŻE JEDNYM POWAŻNYM ZASTRZEŻENIEM DOTYCZĄCYM ISTNIENIA BOGA.

    Kiedy Święty Tomasz z Akwinu pisał swoją wielką Summa Theologica, potrafił znaleźć tylko dwa zastrzeżenia dotyczące istnienia Boga, chociaż próbował wymienić przynajmniej trzy zastrzeżenia dotyczące każdej z tysięcy tez, których próbował dowieść w tym wielkim dziele. Jednym z dwóch zastrzeżeń jest widoczna zdolność nauk przyrodniczych, by wyjaśnić wszystko w naszym doświadczeniu bez Boga, a drugim jest problem zła.

    Więcej ludzi porzuciło swoją wiarę z powodu problemu zła niż z jakiego innego powodu. Jest to z pewnością największy sprawdzian wiary, największa pokusa niewiary. I nie jest to tylko zastrzeżenie intelektualne. My to czujemy. My tym żyjemy. To dlatego Księga Hioba jest tak wstrząsająca.

    Sam problem może być wyrażony bardzo prosto: Jeśli Bóg jest tak dobry, to dlaczego Jego świat jest tak zły? Jeśli wszechdobry, wszechmądry, wszechkochający, wszechsprawiedliwy i wszechmocny Bóg prowadzi przedstawienie, to dlaczego wydaje się robić to tak marnie? Dlaczego złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom?

    Niewierzący, który zadaje takie pytanie zazwyczaj czuje urazę i buntuje się przeciwko Bogu, nie brakuje mu jednak dowodów na Jego istnienie. C. S. Lewis wspomina, że jako ateista „nie wierzył, że Bóg istnieje. Byłem również bardzo zły na Niego, że nie istnieje. Byłem także zły na Niego za to, że stworzył świat.”

    Kiedy rozmawiasz z taką osobą, pamiętaj, że jest to bardziej jak rozmowa z rozwodnikiem niż sceptycznym naukowcem. Przyczyną niewiary jest niewierny kochanek, nie niewystarczająca hipoteza. Problem niewierzącego nie jest ograniczona głowa, ale nieczułe serce. A dobry apologeta wie, jak sprawić, by serce prowadziło głowę i vice versa.

    Mamy cztery części w rozwiązaniu problemu zła.

    Po pierwsze zło nie jest rzeczą, jednostką, istnieniem. Wszystkie istoty są albo Stwórcą albo stworzeniami stworzonymi przez Stwórcę. Ale wszystkie rzeczy, które stworzył Bóg są dobre według Księgi Rodzaju. Mamy naturalną tendencję, by wyobrażać sobie zło jako rzecz – czarną chmurę lub niebezpieczną burzę, lub wykrzywioną twarz lub brud. Ale te obrazy prowadzą nas na manowce. Jeśli Bóg jest Stwórcą wszystkich rzeczy a zło jest rzeczą, to wtedy Bóg jest Stwórcą zła i to On jest winny jego istnienia. Nie, zło nie jest rzeczą, ale złym wyborem lub szkodą wyrządzoną przez zły wybór. Zło nie jest bardziej pozytywną rzeczą niż ślepota. Ale jest tak samo rzeczywiste. Nie jest przedmiotem, ale nie jest złudzeniem.

    Po drugie, źródłem zła nie jest Stwórca, ale stworzenie dobrowolnie wybierające grzech i egoizm. Zabierz cały grzech i egoizm i będziesz miał niebo na ziemi. Nawet pozostające materialne zło nie bolałoby nas i nie wprawiało w rozgoryczenie. Święci przetrzymują i nawet przyjmują cierpienie i śmierć, tak jak kochankowie przyjmują heroiczne wyzwania. Ale nie przyjmują oni grzechu.

    Ponadto, przyczyną materialnego zła jest zło duchowe. Przyczyną cierpienia jest grzech. Po tym, jak Księga Rodzaju opowiada historię o dobrym Bogu stwarzającym świat, następnie odpowiada na oczywiste pytanie – „Skąd więc przyszło zło?” – opowiadając historię upadku ludzkości. Jak mamy to rozumieć? W jaki sposób może duchowe zło (grzech) spowodować materialne zło (cierpienie i śmierć)?

    Bóg jest źródłem całego życia i radości. A więc, kiedy dusza ludzka buntuje się przeciwko Bogu, traci swoje życie i radość. A człowiek jest zarówno ciałem i duszą. Jesteśmy jednym stworzeniem, nie dwoma: jesteśmy nawet mniej ciałem i duszą, niż wcieloną duszą lub wdusznym ciałem. A więc ciało musi brać udział w nieuniknionej karze duszy – karze tak oczywistej i nieuniknionej jak połamane kości po skoku z urwiska lub chory żołądek po zjedzeniu zgniłego jedzenia, nie zaś karze tak sztucznej i zewnętrznej jak stopień z kursu lub klaps w dłoń za branie ciasteczek.

    Czy konsekwencją grzechu była materialna zmiana w świecie, czy tylko duchowa zmiana w ludzkiej świadomości, czy „ciernie i osty” rosły w ogrodzie tylko po upadku lub czy były tam zawsze, ale były odczuwane jako bolesne tylko przez dopiero co upadłą świadomość – jest innym zagadnieniem. Ale w obu przypadkach powiązanie pomiędzy duchowym złem i materialnym złem musi być tak bliskie, jak powiązanie pomiędzy dwiema rzeczami, na które wpływają, duszą ludzką i ludzkim ciałem.

    Jeśli źródłem zła jest wolna wola, a Bóg jest źródłem wolnej woli, to czy Bóg nie jest źródłem zła? Tylko tak, jak rodzice są źródłem złych czynów popełnianych przez swoje dzieci przez to, że są źródłem swoich dzieci. Wszechmocny Bóg dał nam udział w swojej mocy – wolny wybór. Czy wolelibyśmy, by tak nie uczynił i stworzył nas robotami zamiast istotami ludzkimi?

    Trzecia część rozwiązania problemu zła jest najważniejszą częścią: jak rozwiązać problem w praktyce, nie zaś tylko w teorii; w życiu, nie zaś tylko w myśli. Chociaż zło jest poważnym problemem dla myśli (gdyż wydaje się zaprzeczać istnieniu Boga), jest nawet większym problemem w życiu (gdyż jest rzeczywistym odrzuceniem Boga). Ale nawet jeśli myślisz, że rozwiązanie w myśli jest niejasne i niepewne, to rozwiązanie w praktyce jest tak mocne i jasne jak słońce: jest nim Syn. Bożym rozwiązaniem problemu zła jest Jego Syn Jezus Chrystus. Ojcowska miłość zesłała Jego Syna, by umarł za nas, by pokonać moc zła w ludzkiej naturze: jest to centrum chrześcijańskiej historii. Nie oddajemy czci deistycznemu Bogu, nieobecnemu panu, który lekceważy swój chlew, oddajemy cześć Bogu-śmieciarzowi, który zszedł w nasze najgorsze śmieci, by je wysprzątać. Jak mamy uwolnić Boga z tego haczyka, na który Go złapaliśmy, za dopuszczenie zła? Nie trzeba uwalniać Boga z żadnego haczyka, to Bóg jest haczykiem. Taki jest sens krzyża.

    Krzyż jest częścią praktycznego rozwiązania zła przez Boga. Naszą częścią, według tej samej Ewangelii, jest żal za grzechy, wiara i współdziałanie z Bogiem w zwalczaniu zła mocą miłości. Król przeprowadził inwazję, my kończymy obławę.

    W końcu, co z problemem filozoficznym? Czy nie jest logicznie sprzeczne mówić, że wszechmocny i wszechkochający Bóg toleruje tak wiele zła, kiedy mógłby je zniszczyć? Dlaczego złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom? To pytania przyjmuje trzy dyskusyjne założenia.

    Po pierwsze, kto mówi, że jesteśmy dobrymi ludźmi? Pytanie powinno brzmieć, nie „Dlaczego złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom?”, ale „Dlaczego dobre rzeczy przytrafiają się złym ludziom?” Jeśli wróżka mówi Kopciuszkowi, że może nosić swój magiczny strój do północy, pytanie nie powinno być „Dlaczego nie po północy?”, ale „Dlaczego w ogóle dostałam go do noszenia?” Pytanie nie brzmi, dlaczego szklanka wody jest w połowie pusta, ale dlaczego jest w połowie pełna, gdyż wszelkie dobro jest darem. Najlepszymi ludźmi są ci, którzy są najmniej skłonni nazywać siebie dobrymi ludźmi. Grzesznicy myślą, że są świętymi, ale święci wiedzą, że są grzesznikami. Najlepszy człowiek, jaki kiedykolwiek żył, kiedyś powiedział: „Tylko jeden Bóg jest dobry.”

    Po drugie, kto mówi, że cierpienie jest w całości złe? Życie bez niego tworzyłoby zepsutych bachorów i tyranów, a nie radosnych świętych. Rabbi Abraham Heschel po prostu powiada: „Człowiek, który nie cierpiał, cóż on może w ogóle wiedzieć?” Cierpienie może działać na rzecz większego dobra, jakim jest mądrość. Nie jest prawdą, że wszystkie rzeczy są dobre, ale prawdą jest, „wszystkie rzeczy działają razem dla dobra tych, którzy kochają Boga.”

    Po trzecie, kto mówi, że musimy znać wszystkie motywy Boga? Kto kiedykolwiek obiecał nam wszystkie odpowiedzi? Zwierzęta nie potrafią zrozumieć wiele o nas, dlaczego mielibyśmy być zdolni rozumieć wszystko o Bogu? Oczywisty sens Księgi Hioba, największego w świecie badania problemu zła, jest taki, że po prostu nie wiemy, co zamierza Bóg. Jaka trudna lekcja do nauczenia: Lekcja numer jeden, że jesteśmy ignorantami, że jesteśmy niemowlętami. Nic dziwnego, że Sokrates został ogłoszony przez wyrocznię delficką najmądrzejszym człowiekiem na świecie. Zinterpretował tę deklarację jako oznaczającą to, że sam jeden wiedział, że nie posiadał mądrości i że to była prawdziwa mądrość dla człowieka.

    Dziecko na dziesiątym piętrze płonącego budynku nie może zobaczyć strażaków z siatką bezpieczeństwa na ulicy. Wołają oni: „Skacz! Złapiemy cię. Zaufaj nam.” Dziecko odmawia: „Ale ja was nie widzę.” Strażak odpowiada: „Wszystko w porządku. Ja cię widzę”. Jesteśmy jak to dziecko, zło jest jak ogień, nasza ignorancja jest jak dym, Bóg jest jak strażak a Chrystus jest jak siatka bezpieczeństwa. Jeśli są sytuacje, jak ta, gdzie musimy ufać nawet omylnym istotom ludzkim powierzając im nasze życie, gdzie musimy wierzyć w to, co słyszymy, a nie widzimy, to jest zasadne, że musimy ufać nieomylnemu, wszechwidzącemu Bogu, kiedy słyszymy głos z Jego świata, ale nie widzimy na podstawie naszego rozumu lub doświadczenia. Nie możemy znać wszystkich motywów Boga, ale możemy poznać, dlaczego nie możemy ich znać.

    Bóg pozwolił nam poznać wiele. Odsłonił kurtynę zakrywającą problem zła razem z Chrystusem. Tam, największe zło, jakie kiedykolwiek się stało, zarówno największe zło duchowe, jak i największe zło materialne, zarówno największy grzech (Bogobójstwo), jak i największe cierpienie (doskonała miłość znienawidzona i ukrzyżowana) zostają odsłonięte jako Jego mądry plan, by spowodować największe dobro, wybawienie świata z grzechu i wiecznego cierpienia. Tam, największa niesprawiedliwość wszystkich czasów zostaje włączona w plan zbawienia, który Święty Paweł nazywa „sprawiedliwością Bożą”. Miłość znajduje sposób. Miłość jest trudna. Ale miłości trzeba ufać.

    Najgorszym aspektem problemu zła jest zło wieczne, piekło. Czy piekło nie przeczy kochającemu i wszechmocnemu Bogu? Nie, gdyż piekło jest konsekwencją wolnej woli. Dobrowolnie wybieramy piekło dla siebie, Bóg nikogo nie wtrąca do piekła wbrew jego woli. Jeśli stworzenie jest naprawdę wolne, by powiedzieć „tak” lub „nie” na oferowaną przez Stwórcę miłość i duchowe małżeństwo, to musi być możliwość, że stworzenie powie „nie”. I tym jest w swej istocie piekło. Wolna wola, z kolei, została stworzona z Bożej miłości. A więc piekło jest rezultatem Bożej miłości. Wszystko jest.

    Żadna zdrowa psychicznie osoba nie chce istnienia piekła. Żadna zdrowa psychicznie osoba nie chce istnienia zła. Ale piekło jest po prostu uwiecznionym złem. Jeśli jest zło i jeśli jest wieczność, to możliwe jest piekło. Jeśli jest nieuczciwe intelektualnie nie wierzyć w zło tylko dlatego, że jest szokujące i niewygodne, to tak samo jest w przypadku piekła. Rzeczywistość ma ostre kąty, niespodzianki i straszne niebezpieczeństwa. Desperacko potrzebujemy prawdziwej mapy, nie przyjemnych uczuć, jeśli mam się dostać do domu. To prawda, co ludzie często mówią, że „piekło wydaje się być nierzeczywiste, niemożliwe.” Tak. Tak samo Auschwitz. Tak samo Kalwaria.

    Tłum. Jan J. Franczak

    © PETER KREEFT
    http://www.peterkreeft.com

    TRZY NAJGŁĘBSZE PRAWDY, JAKIE KIEDYKOLWIEK ODKRYŁEM

    Myśli mają większą wartość niż diamenty.
    Trzy najwartościowsze zasady, jakie kiedykolwiek odkryłem, w całości dotyczą miłości Boga.
    Żadna z nich nie jest oryginalna, ale każda z nich jest rewolucyjna. Żadna z nich nie pochodzi ode mnie, ale wszystkie przyszły do mnie z nagłą siłą i mocą: było to doświadczenie typu „ooo!”, doświadczenie typu „eureka!”. Wszystkie były uświadomieniem, nie tylko uwierzeniem.

    *****

    1. Jest tylko „jedna rzecz konieczna”

    Pierwsze doświadczenie miało miejsce, jak przypuszczam, kiedy miałem sześć lub siedem lat. Było to pierwsze świadome odkrycie, jakiego kiedykolwiek dokonałem, i nie sądzę, by kiedykolwiek przyszło mi do głowy coś mądrzejszego. Pamiętam po dziś dzień dokładnie, gdzie wówczas byłem, kiedy mnie to uderzyło: na Haledon Avenue, pomiędzy Szóstą a Siódmą Ulicą w Paterson, New Jersey, gdy jechałem na północ po porannym nabożeństwie niedzielnym z moimi rodzicami. Czyż nie jest to niezwykłe, jak dokładnie pamiętamy, gdzie byliśmy, kiedy dzieją się wielkie rzeczy, które zmieniają nasze życie?

    Nauczyłem się już na religii w szkółce niedzielnej paru rzeczy o Bogu i Jezusie, o niebie i o dobru i złu. Jak większość dzieci w tym wieku miałem mały mętlik w głowie i byłem tymi sprawami do głębi poruszony, a szczególnie tym, czego ta wielka istota zwana Bogiem oczekuje ode mnie. Myślę, że czułem się nieco niepewnie, że nie wiem, i odrobinę winny, że nie robię tego wszystkiego, co powinienem był robić. Wtem słońce nagle zaświeciło przez mgłę. Ujrzałem jedyną konieczną rzecz, która nadawała sens i porządek wszystkim innym rzeczom.

    Sprawdziłem moje spostrzeżenie, pytając ojca, który był moim niezawodnym autorytetem. Był starszym zboru kalwińskiego i (co było dużo ważniejsze) dobrym i mądrym człowiekiem. „Tatusiu, wszystko, czego nas uczą na religii w szkółce niedzielnej, wszystkie rzeczy, których powinniśmy nauczyć się z Biblii – to wszystko sprowadza się do tylko jednej rzeczy, czyż nie? Mam na myśli, że jeśli będziemy pamiętać o tej najważniejszej rzeczy przez cały czas, to wszystko inne będzie w porządku, prawda?”

    Miał prawo być sceptyczny. „Co masz na myśli? Istnieje wiele rzeczy, które są ważne”.

    „Mam na myśli to, że powinienem zawsze pytać, czego Bóg chce, i potem to robić. To wystarczy, nieprawdaż?”

    Mądrzy ludzie orientują się, kiedy dyskusja traci sens. „Wiesz, synu, myślę, że masz rację. Właśnie o to chodzi”.

    Uświadomiłem sobie – dzięki Bożej łasce, na pewno nie dzięki mojej inteligencji – że skoro Bóg jest miłością, należy wobec tego kochać Boga i kochać to, co Bóg kocha. Teraz wiedziałem, że jeśli zwrócę się do Boskiego dyrygenta i będę postępował pod dyktando Jego mądrej i kochającej batuty, którą jest Jego wola, Jego słowo, moje życie stanie się symfonią.

    2. Drogą do szczęścia jest niepamiętająca o sobie miłość

    Uświadomienie sobie następnej rzeczy następuje zaraz po tej pierwszej. To znaczy następuje w porządku logicznym, ale w moim przypadku nie nastąpiło to rychło w czasie. Przeciwnie, zajęło mi połowę życia, by docenić na drodze milionów eksperymentów, z których każdy potwierdził ten sam rezultat: że drogą do szczęścia jest niepamiętająca o sobie miłość, zaś drogą do nieszczęścia jest wzgląd na samego siebie, zamartwianie się samym sobą i poszukiwanie szczęścia osobistego. Nasze szczęście przychodzi do nas tylko wtedy, kiedy go nie szukamy. A kiedy szukamy szczęścia innych, przychodzi ono do nas.

    Jest to żenujące, że tak długie uczenie się tej jednej, jedynej lekcji stanowi powszechny problem, ale większość z nas w tym przypadku to niewiarygodnie tępi uczniowie. Bez przerwy próbujemy innych sposobów, myśląc, że być może szczęście, które nie przyszło do nas poprzez egoizm ostatnim razem, przyjdzie do nas następnym. Ale ono nigdy nie przychodzi. Prawda jest oślepiająco oczywista, ale my jesteśmy oczywiście zaślepieni.

    Tajemnica miłości nie jest ukryta, ponieważ „Bóg jest miłością” i Bóg nie jest ukryty. Bóg powiedział przez swojego proroka Izajasza:

    „Nie przemawiałem potajemnie,
    w ciemnym zakątku ziemi.
    Nie powiedziałem potomstwu Jakuba:
    «Szukajcie Mnie bezskutecznie!».
    Ja jestem Pan, który mówi to, co słuszne,
    oznajmia to, co godziwe” (Iz 45,19).

    Oczywiście tajemne plany Boga, których nie musimy znać, są ukryte. I Boska nieskończona natura, której skończone umysły nie mogą poznać, jest zakryta. Ale Bóg nie ukrywa przed nami tego, co powinniśmy wiedzieć. Oferuje nam to otwarcie i publicznie. Jezus zaprosił potencjalnych uczniów: „Chodźcie, a zobaczycie” (J 1,39). Apostoł Paweł powiedział nam: „Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie” (1 Tes 5,21).

    Ta lekcja jest tak dobrze znana, że nawet taki poganin jak Budda poznał ją dogłębnie, przynajmniej jej negatywną połowę. Jego połowiczną szlachetną prawdą jest to, że źródłem całego nieszczęścia i cierpienia (dukkha) jest egoizm (tanha). Wszyscy, którzy uczą czegoś przeciwnego – że egoizm jest drogą do szczęścia – to nieszczęśnicy. „Poznacie ich po ich owocach”, jak mówi nam Jezus. Kim są najszczęśliwsi ludzie na ziemi? Tacy ludzie, jak Matka Teresa i jej siostry zakonne, którzy nic nie mają, a dają wszystko i „radują się zawsze w Panu” (Flp 4,4).

    3. „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra”

    Trzecią wstrząsającą rzeczą, którą sobie uświadomiłem, było to, że fragment 8,28 z Listu do Rzymian jest prawdziwy dosłownie: „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra”. Jest to z pewnością najbardziej zdumiewający werset w Biblii, bowiem na pewno nie wygląda na to, że wszystko działa dla naszego dobra. Jakie okropne rzeczy zdarzają się w naszym życiu! Ale jeśli Bóg, wszechmocny Stwórca i Projektant, i Dawca naszego życia, jest w stu procentach miłością, to stąd niezbicie wynika, jak noc po dniu, że wszystko na tym świecie – od urodzin po śmierć, od pocałunków po klapsy, od słodyczy po raka – przychodzi do nas z Bożej czynnej i przyzwalającej miłości.

    Jest to niewiarygodnie proste i doskonale logiczne. Tylko nasze dorosłe komplikowanie sprawia, że wygląda to ponuro. Jak powiada G.K. Chesterton: życie jest zawsze skomplikowane dla kogoś bez zasad. Oto olśniewająca prostota: jeśli Bóg jest kompletną miłością, to wszystko, czego pragnie dla mnie, musi pochodzić z Jego miłości i musi być dla mnie dobre. Bowiem jest właśnie tym samym co miłość: pragnieniem dobra ukochanego. I jeśli ten Bóg czystej miłości jest także wszechmocny i może uczynić wszystko, czego pragnie, to w rezultacie wszystko musi działać razem dla mojego ostatecznego dobra.

    Niekoniecznie dla mojego natychmiastowego dobra, bowiem krótkoterminowa szkoda może być koniecznym środkiem wiodącym do dobra długoterminowego. I niekoniecznie dla mojego widocznego dobra, bowiem to, co widoczne, może być złudne. Cierpienie nie wydaje się dobre. Ale może zawsze działać dla mojego ostatecznego dobra. Nawet złe rzeczy, które robię ja i robią inni, choć nie pochodzą od Boga, są dopuszczane przez Boga, ponieważ są częścią Jego planu. Nie możesz Go zaszachować, przyprzeć do muru, zaskoczyć lub pokonać. „Ma cały świat w swoich dłoniach”, jak mówi nam refren starej pieśni gospel. I także całe moje życie dzierży w swoich dłoniach. Może usunąć całe zło – naturalne, ludzkie czy demoniczne – jakby pacnął muchę. Dopuszcza je tylko dlatego, że działa ono ostatecznie dla naszego większego dobra, tak jak było to w przypadku Hioba.

    W rzeczywistości każdy atom we wszechświecie porusza się dokładnie tak, jak się porusza, tylko dzięki temu, że zaprojektowała tak Wszechmocna Miłość. Dante miał rację: to „miłość porusza słońce i wszystkie gwiazdy”. Nie jest to poetycki wymysł, ale trzeźwy, logiczny fakt. Wobec tego najgłębszą rzeczą, jaką możesz w rzeczywistości powiedzieć, jest ta prosta modlitwa dziękczynna dziecka za posiłek: „Bóg jest wielki i Bóg jest dobry, podziękujmy mu za nasz posiłek. Amen!”. Zawsze wierzyłem w Bożą miłość i Bożą wszechmoc. Ale dopiero kiedy zestawiłem te dwa pewniki razem i ujrzałem nieunikniony logiczny wniosek (Rz 8,28), a potem zastosowałem tę prawdę do swojego życia, nigdy więcej już nie patrzyłem na świat tymi samymi oczami. Jeśli Bóg jest wielki (wszechmocny) i Bóg jest dobry (kochający), to wszystko, co się dzieje, jest naszym duchowym pokarmem i możemy, i powinniśmy mu za to dziękować. A jednak jakże często nie dostrzegamy i nie doceniamy tej prostej, choć głębokiej prawdy.

    *****

    To są, jak sądzę, te trzy najgłębsze prawdy, jakie kiedykolwiek poznałem. Aczkolwiek jest jedna myśl, którą słyszałem, i sądzę, że jest nawet głębsza. Jest to odpowiedź, jaką dał Karl Barth komuś, kto go zapytał: „Profesorze Barth, napisał pan tuzin wielkich książek i wielu z nas uważa pana za największego teologa na świecie. Ze wszystkich pana przemyśleń, jaka jest najgłębsza zasada, jaką pan kiedykolwiek uchwycił?”. Bez sekundy wahania wielki teolog odpowiedział: „Jezus mnie kocha”.

    Tłum. Jan J. Franczak

    © PETER KREEFT
    http://www.peterkreeft.com

    BÓSTWO CHRYSTUSA

    FRAGMENT Z KSIĄŻKI „FUNDAMENTALS OF THE FAITH” WYDANEJ PRZEZ IGNATIUS PRESS

    Doktryna o bóstwie Chrystusa jest centralną doktryną chrześcijańską, gdyż jest ona jak klucz uniwersalny, który otwiera wszystkie pozostałe. Chrześcijanie nie poszukiwali wytłumaczenia i nie badali niezależnie każdej z nauk Chrystusa otrzymanych przez Biblię i Kościół, ale wierzą w nie wszystkie opierając się na autorytecie Chrystusa. Gdyż, jeśli Chrystus jest Bogiem, można ufać, że jest nieomylny we wszystkim, co powiedział, nawet w tak trudnych sprawach jak wysławianie cierpienia i ubóstwa, zakaz rozwodu, danie Kościołowi władzy nauczania i przebaczania grzechów w Jego imieniu, ostrzeganie o piekle (bardzo częste i bardzo poważne), ustanowienie skandalicznego sakramentu spożywania Jego ciała – często zapominamy jak wiele razy Jego nauczanie było „trudną mową”!

    Kiedy pierwsi chrześcijańscy apologeci zaczynali przed niewierzącymi uzasadniać wiarę, którą w sobie nosili, było naturalną rzeczą, że doktryna o boskości Chrystusa spotka się z atakiem, gdyż była ona niemal tak niewiarygodna dla pogan, jak skandaliczna dla żydów. To, że człowiek, który narodził się z kobiety i umarł na krzyżu, człowiek, który podlegał zmęczeniu, uczuciu głodu i gniewu, i wzburzeniu, i który płakał przy grobie swego przyjaciela, że ten człowiek, który miał brud pod paznokciami miałby być Bogiem, było po prostu najbardziej zadziwiającym, niewiarygodnym, szalonym pomysłem, jaki kiedykolwiek przyszedł do głowy człowiekowi w historii ludzkości.

    Argument, który był stosowany przez wczesnych apologetów do obrony tej w widoczny sposób nie dającej się obronić doktryny, stał się argumentem klasycznym. C.S. Lewis często go stosował, np. w Po prostu chrześcijaństwo (Mere Christianity), książce, która przekonała Chucka Colsona (i tysiące innych). Kiedyś poświęciłem tylko temu argumentowi połowę książki (Between Heaven and Hell). Jest to najważniejszy argument w chrześcijańskiej apologetyce, gdyż kiedy tylko niewierzący przyjmie konkluzje wynikające z tego argumentu (że Chrystus jest Bogiem), następuje cała reszta związana z Wiarą, nie tylko intelektualna (a więc nauczanie Chrystusa musi w całości być prawdziwe), ale także osobista (jeśli Chrystus jest Bogiem, jest także w całości twoim Panem i Zbawcą).

    Argument, jak wszystkie skuteczne argumenty, jest niezwykle prosty: Chrystus był albo Bogiem albo złym człowiekiem.

    Niewierzący niemal zawsze mówią, że był On dobrym człowiekiem, a nie złym człowiekiem; że był wielkim nauczycielem moralności, mędrcem, filozofem, moralistą, prorokiem, nie kryminalistą, nie człowiekiem, który zasłużył sobie na krzyż. Ale jest rzeczą niemożliwą, by mógł On być dobrym człowiekiem, a to ze względu na prosty zdrowy rozum i logikę. Gdyż twierdził, że jest Bogiem. Powiedział: „Zanim Abraham stał się, JA JESTEM”, wypowiadając w ten sposób słowo, którego żaden żyd nie ośmiela się wypowiedzieć, ponieważ jest to osobiste imię Boga, wypowiedziane przez samego Boga do Mojżesza w krzaku gorejącym. Jezus chciał, by każdy wierzył, że jest Bogiem. Chciał, by ludzie oddawali Mu boską cześć. Twierdził, że odpuszcza grzechy każdego popełnione przeciw każdemu. (Któż może to zrobić, z wyjątkiem Boga, Który jest obrażany każdym grzechem?)

    A teraz – cóż pomyślelibyśmy o osobie, która by chodząc dookoła twierdziła to samo dzisiaj? Z pewnością, nie to, że jest dobrym człowiekiem lub mędrcem. Istnieją tylko dwie możliwości: albo mówi prawdę, albo nie. Jeśli mówi prawdę, to jest Bogiem i sprawa skończona. Musimy Mu wierzyć i oddawać boską część. Jeśli nie mówi prawdy, to wtedy nie jest Bogiem, ale tylko zwykłym człowiekiem. Ale zwykły człowiek, który chce byś oddawał mu boską cześć jako Bogu, nie jest dobrym człowiekiem. Jest w rzeczywistości bardzo złym człowiekiem, albo moralnie, albo intelektualnie. Jeśli wie, że nie jest Bogiem, to wtedy jest moralnie zły, jest kłamcą próbującym oszukać cię, byś popełnił bluźnierstwo. Jeśli naprawdę nie wie, że nie jest Bogiem, jeśli szczerze myśli, że jest Bogiem, to wtedy jest zły intelektualnie – w rzeczywistości, chory psychicznie.

    Miarą twojej choroby psychicznej jest głębokość przepaści pomiędzy tym, kim myślisz, że jesteś a tym, kim naprawdę jesteś. Jeśli myślę, że jestem największym filozofem w Ameryce, to jestem tylko aroganckim głupcem. Jeśli myślę, że jestem Napoleonem, prawdopodobnie przekroczyłem granice zdrowego rozsądku. Jeśli myślę, że jestem motylem, to w zupełności opuściłem słoneczne wybrzeża zdrowia psychicznego. Ale jeśli myślę, że jestem Bogiem, to jestem nawet bardziej chory psychicznie, ponieważ przepaść pomiędzy wszystkim, co skończone a nieskończonym Bogiem jest nawet większa niż pomiędzy dwiema skończonymi rzeczami, nawet człowiekiem i motylem.

    Josh McDowell podsumował ten argument w prostym i zapadającym w pamięć trylemacie: „Pan, kłamca czy szaleniec?” Są to jedyne opcje. Cóż, a więc dlaczego nie kłamca lub szaleniec? Ale nikt, kto czytał Ewangelię, nie może uczciwie i poważnie rozważać tej opcji. Zdrowy rozsądek, przebiegłość, ludzka mądrość, atrakcyjność Jezusa wyłaniają się z Ewangelii z nieuniknioną siłą przed każdym z wyjątkiem najbardziej zatwardziałego i uprzedzonego czytelnika. Porównaj Jezusa z takimi kłamcami jak Wielebny Sun Myung Moon lub takimi szaleńcami, jak umierający Nietzsche. Jezus ma dostatek tych trzech właściwości, których kłamcy i szaleńcy wyjątkowo nie mają, a nie mają:

    • Jego praktycznej mądrości, zdolności czytania ludzkich serc, rozumienia ludzi i prawdziwych, niewypowiedzianych pytań, kryjących się za słowami, Jego zdolności uzdrawiania zarówno ludzkich dusz, jak ich ciał;
    • Jego głębokiej i ujmującej miłości, Jego żarliwego współczucia, Jego zdolności przyciągania ludzi i sprawiania, że czują się jak u siebie w domu i że im przebaczono, Jego władzy, „nie jak uczeni w Piśmie” i przede wszystkim
    • Jego zdolności zdumiewania, Jego nieprzewidywalności, jego kreatywności. Kłamcy i szaleńcy są tak monotonni i przewidywalni! Nikt, kto zna zarówno Ewangelię, jak i istoty ludzkie, nie może poważnie brać pod uwagę możliwości, że Jezus był kłamcą lub szaleńcem, złym człowiekiem.

    Nie, niewierzący niemal zawsze wierzy, że Jezus był dobrym człowiekiem, prorokiem, mędrcem. Cóż, jeśli więc był mędrcem, to możesz Mu ufać i wierzyć w podstawowe rzeczy, które mówi. A podstawową rzeczą, którą mówi, jest to, że jest Boskim Zbawicielem świata i że musisz przyjść do Niego, by dostąpić zbawienia. Jeśli jest mędrcem, to musisz przyjąć Jego podstawowe nauczanie jako prawdę. Jeśli Jego nauczanie jest fałszywe, to nie jest mędrcem.

    Siłą tego argumentu jest to, że nie jest to tylko argument logiczny dotyczący pojęć, dotyczy on Jezusa. Zaprasza on ludzi do czytania Ewangelii i poznania tego człowieka. Przesłanką tego argumentu jest charakter Jezusa, ludzka natura Jezusa. Ten argument stoi mocno na ziemi. Ale zabiera cię do nieba, jak drabina Jakuba (która, jak powiedział Jezus, oznaczała Jego: Rdz 28,12; J 1,51). Każdy szczebel prowadzi i spaja. Ten argument jest logicznie niepodważalny, stąd po prostu nie ma wyjścia.

    Co wobec tego mówią ludzie, gdy skonfrontujemy ich z tym argumentem? Często, po prostu wyznają swoje uprzedzenia: „Och, po prostu nie mogę w to uwierzyć!” (Ale jeśli zostało to udowodnione jako prawda, to musisz w to uwierzyć, jeśli rzeczywiście szukasz prawdy!)

    Czasami, odchodzą, jak wielu współczesnych Jezusowi, zastanawiając się i potrząsając głowami, i myśląc. Jest to prawdopodobnie najlepszy rezultat, na jaki możesz mieć nadzieję. Ziemia została spulchniona i zaorana. Ziarno zostało zasiane. Bóg da wzrost.

    Ale, jeśli znają współczesną teologię, mają jedną z dwóch dróg ucieczki. Teologia ma drogę ucieczki, zdrowy rozsądek nie. Zdrowy rozsądek jest łatwy do nawrócenia. To teologowie, od czasu do czasu, są tymi, których najtrudniej nawrócić.

    Pierwszą drogą ucieczki jest atak „uczonych” zajmujących się Pismem Świętym na historyczną wiarygodność Ewangelii. Być może Jezus nigdy nie twierdził, że jest Bogiem. Być może wszystkie żenujące fragmenty były wynalazkiem wczesnego Kościoła (powiedzmy „chrześcijańskiej społeczności” – brzmi to lepiej).

    W tym przypadku, kto wynalazł tradycyjne chrześcijaństwo, jeśli nie Chrystus? Kłamstwo, tak jak prawda, musi gdzieś mieć swój początek. Piotr? Dwunastu? Następne pokolenie? Jaki był motyw tego, ktokolwiek pierwszy wymyślił ten mit (eufemizm dla kłamstwa)? Co takiego otrzymali z tego wymyślnego, bluźnierczego kawału? Gdyż musiało to być umyślne kłamstwo, nie szczera pomyłka. Żaden z żydów nie myli Stwórcy ze stworzeniem, Boga z człowiekiem. I żaden człowiek nie myli martwego ciała ze zmartwychwstałym, żyjącym.

    Oto, co otrzymali ze swojego kawału. Ich przyjaciele i rodziny nimi wzgardzili. Ich pozycja społeczna, własność i polityczne przywileje zostały im odebrane przez zarówno Żydów, jak i Rzymian. Byli prześladowani, więzieni, chłostani, torturowani, skazani na banicję, krzyżowani, pożerani przez lwy, rąbani na kawałki przez gladiatorów. A więc, jacyś głupi Żydzi wymyślili to całe wymyślne, niewiarygodne kłamstwo o chrześcijaństwie zupełnie bez powodu, a miliony pogan w nie uwierzyło, poświęciło mu życie i umarło za nie – bez powodu. To był tylko fantastyczny psikus, kawał. Tak, mamy tutaj naprawdę kawał, ale jego sprawcami są dwudziestowieczni teologowie, nie pisarze Ewangelii.

    Drugą drogą ucieczki (zauważ, jak bardzo pragniemy wyśliznąć się z ramion Boga, jak natłuszczona świnia) jest orientalizacja Jezusa, interpretacja Jego osoby, nie jako jedynego Boga-człowieka, ale jako jednego z wielu mistyków lub „mistrzów”, który pojął swoją wewnętrzną boskość tak jak to dzieje się w przypadku typowego mistyka hinduskiego. Ta teoria podważa skuteczność Jego twierdzenia, że jest Bogiem, gdyż On jedynie pojął, że każdy jest bogiem. Problem z tą teorią jest taki, że Jezus był nie Hindusem, ale Żydem! Kiedy mówił „Bóg”, ani On, ani Jego słuchacze nie mieli na myśli Brahmana, bezosobowe, panteistyczne, immanentne wszystko, miał na myśli Yahweh, osobowego, teistycznego, transcendentnego Stwórcę. Postrzeganie Jezusa jako mistyka, żydowskiego guru jest zupełnie ahistoryczne. Uczył modlitwy, nie medytacji. Jego Bóg jest osobą, nie budyniem. Powiedział, że jest Bogiem, a nie, że każdy nim jest. Nauczał o grzechu i przebaczeniu, czego nie robi żaden guru. Nie powiedział niczego o „iluzji” indywidualności, jak to robią mistycy.

    Zaatakuj każdy z tych uników – Jezus jako dobry człowiek. Jezus jako szaleniec, Jezus jako kłamca, Jezus jako człowiek, który nigdy nie twierdził, że jest Bogiem, Jezus jako mistyk – zajmij każde z tych pól ucieczki i pozostanie tylko jedno pole ruchu dla króla niewierzącego. A na tym polu czeka szach-mat. I jakże radosny jest to szach-mat. Cały argument jest w rzeczywistości zaproszeniem na ślub.

    Tłum. Jan J. Franczak

    © PETER KREEFT
    http://www.peterkreeft.com