UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE – ZNAKI ZAPYTANIA

„Nie płaczę już nad sobą, nad mymi ranami”…
(słowa pieśni Błogosławiona wina
z I kasety Wspólnoty Miłości Ukrzyżowanej
pt. Dotyk ognia)

Istnieje dzisiaj w środowiskach charyzmatycznych praktyka nazywana uzdrawianiem wewnętrznym. Polska Odnowa w Duchu Świętym poświęca mu nawet specjalną stronę internetową[1]. Organizuje się rekolekcje uzdrowienia wewnętrznego, modlitwy i kursy. Wydano wiele książek i publikacji na ten temat. Można śmiało powiedzieć, że to zjawisko przybrało postać potężnego ruchu. Chciałabym zastanowić się nad przydatnością tej praktyki dla chrześcijańskiej duchowości.

Postać założycielki

Książka dr Jane Gumprecht Abusing Memory (Przeklęta pamięć) przedstawia historię ruchu oraz ujawnia jego założycielkę, Agnes Sanford.

Nowy międzynarodowy słownik ruchów pentekostalnych i charyzmatycznych podaje na jej temat między innymi następujące informacje: „Agnes Mary SANFORD (1897–1982), prekursorka posługi uzdrawiania (healing ministry). Córka prezbiteriańskich misjonarzy, Agnes White, spędziła młodość w Chinach, oprócz lat szkoły średniej, które spędziła w USA. Wyszła za mąż za episkopalnego duchownego, Edgara Sanforda, w 1923 roku, w roku 1925 razem wrócili do Stanów Zjednoczonych.

Zainteresowanie pani Sanford uzdrawianiem rozwinęło się, gdy sama została uzdrowiona z przewlekłej depresji. Studiując Pismo, odkryła u siebie dar uzdrawiania. Jej posługa na szerszą skalę rozpoczęła się, gdy w 1947 r. została wydana jej pierwsza książka, The Healing Light (Uzdrawiające światło), która stała się bestsellerem. Około 1953–54 Sanford przeżyła ostateczne umocnienie w Duchu Świętym i wtedy po kontakcie z charyzmatykami otrzymała dar języków. Sanford była główną prekursorką uzdrawiania pamięci, co dla niej było tym samym, co odpuszczenie grzechów”[2].

Jeżeli samo pojęcie uzdrowienia wewnętrznego oraz pomysł takiej praktyki zrodził się dopiero 50 lat temu, to NIE MOŻE mieć, jak się wydaje, swoich źródeł w Piśmie Świętym, Tradycji i nauce Kościoła. Jednak ciężar obowiązku znalezienia takich źródeł pozostawiam zwolennikom i znawcom tego ruchu.

Definicja uzdrowienia wewnętrznego

Na czym, w istocie, polega uzdrawianie wewnętrzne (inner healing)? Na stronie Odnowy w Duchu Świętym poświęconej uzdrowieniu wewnętrznemu znajdujemy kilka definicji tego procesu. Autor strony, Wojciech Godlewski, za najciekawszą uważa definicję podaną przez Jima McManusa. Według McManusa uzdrowienie wewnętrzne jest:

„przeżyciem uzdrawiającej miłości Boga, przez co dana osoba uświadamia sobie, że jest kochana (uzdrowienie obrazu samego siebie), że jest zdolna kochać i przebaczać (uzdrowienie relacji), że może dziękować Bogu nawet za trudne doświadczenia ze swej przeszłości, z wdzięcznością korzystając z nich w teraźniejszości (uzdrowienie pamięci)”[3].

Wojciech Godlewski komentuje tę definicję następująco: „[…] uzdrowienie obejmuje trzy etapy. Najpierw poznajemy prawdę o samym sobie, że jesteśmy kochani i akceptowani przez Boga. Następnie przebaczenie, które otrzymujemy od Boga, przekazujemy innym osobom. Na koniec łaska uzdrowienia pamięci daje nam siłę do wyrażania wdzięczności Bogu za wszystkie wydarzenia dotychczasowego życia”.

Zacieranie prawdy o grzechu

Prawda o miłości Bożej względem człowieka stanowi pierwszą, pozytywną część orędzia wiary. Jednak istnieje też jego część druga – negatywna. Takie ujęcie kerygmatu zaciera prawdę o grzeszności człowieka i konieczności wyznania grzechów. Właśnie dla Agnes Sanford uzdrowienie pamięci, czyli przyjęcie miłości Bożej, było tym samym, co przebaczenie grzechów, ale nam, katolikom, nie wolno zapomnieć, że odpuszczenie grzechów następuje przede wszystkim poprzez chrzest, a grzechy popełnione po chrzcie trzeba wyznać: z ciężkich grzechów oczyszcza nas Chrystus w sakramencie pojednania, grzechy powszednie wystarczy wyznać np. podczas spowiedzi powszechnej albo prywatnie przed Bogiem.

Jedynym prawdziwym zranieniem człowieka, o którym mówi Biblia, jest rana grzechu. A jedynym uzdrowieniem z grzechu jest wyznanie grzechów, pokuta i nawrócenie. Wiele przytoczonych na stronie Odnowy definicji istotnie to podkreśla, ale nieporozumienia pojawiają się, gdy ten aspekt pozostanie pominięty, jak np. w definicji McManusa.

Charakterystyczny dla osób zajmujących się uzdrawianiem wewnętrznym pogląd: „Brak miłości własnej jest korzeniem każdego grzechu”[4], który zaczerpnęłam z książki braci Dennisa i Matthew Linnów.

Natomiast Pismo Święte ma inną diagnozę, np. taką: „korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” – a więc upadła natura ludzka (1 Tm 6,10).

Psychologia opisująca uzdrowienie wewnętrzne zamazuje poczucie grzechu, mówiąc o akceptacji samego siebie. Stara się w ten sposób usunąć poczucie winy, które drąży grzesznika, i powinno go drążyć, jeśli nie jest pozbawiony sumienia. Na czym oparty jest pogląd, że człowiek powinien akceptować samego siebie?

Psychologia taka uczy: Czy nasz Pan nie powiedział, że przede wszystkim trzeba miłować samego siebie? – powołując się na słowa Ewangelii według św. Marka: „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” (Mk 12,31). Wielu rozumie to w ten sposób, że przede wszystkim należy kochać swoją osobę. Np. Philippe Madre napisał książkę pt. Najpierw pokochaj siebie[5]. Czy Jezus rzeczywiście nakazał nam miłować samego siebie? NIE! On nie powiedział: „Będziesz miłował samego siebie”, On powiedział: „Będziesz miłował bliźniego swego”. To drugiego człowieka nakazuje miłować Jezus. I mało że „jak samego siebie” (to był cytat ze starotestamentowego Prawa – Kpł 19,18), ale tak, jak On nas umiłował, czyli aż do ofiary z życia, znacznie bardziej niż samego siebie (por. J 15,12). Co więc oznacza to „jak samego siebie” w tym przykazaniu? Otóż to znaczy to samo, co zostało nazwane przez redaktorów Pisma Świętego „złotą zasadą postępowania”: „Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie” (Mt 7,12).

O miłości samego siebie nie ma wiele w Nowym Testamencie, tyle że: „nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz [każdy] je żywi i pielęgnuje” (Ef 5,29). To odnosi się do ciała, natomiast na temat duszy słowa Pisma są o wiele bardziej twarde: „Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26). A więc chodzi o pewne oderwanie się nie tylko od więzów krwi, ale również od swojego Ja. Punkt ten budzi zwykle wielki sprzeciw, tak bardzo jesteśmy przywiązani do myśli, że powinniśmy siebie samego kochać, np. dlatego, że człowiek jest wspaniałym dziełem Boga obdarzonym przez Niego godnością i chwałą (por. np. Ps 8,5-9; Ps 139,14), a chrześcijanin w sposób specjalny posiada godność dziecka Bożego i stanowi świątynię Ducha Świętego (por. np. Rz 8,16-18; 1 Kor 6,19). Jednak wysławianie wielkich dzieł Bożych to nie to samo, co zachwyt dla swojej własnej osoby. Gdyby nie wiem jak usiłować tłumaczyć i obłaskawiać przytoczoną wypowiedź Jezusa z Ewangelii według św. Łukasza, w żaden sposób nie uda się słowa NIENAWIŚĆ zamienić na słowo MIŁOŚĆ.

Wydaje się, że psychologia tego rodzaju niepostrzeżenie zamieniła ewangeliczny nakaz miłości w zasadę egoistyczną: „będziesz miłował SAMEGO SIEBIE, a bliźniego swego DLA siebie samego”. Na tym właśnie polega niebezpieczeństwo psychologicznego zwiedzenia. Psychologia (w sensie ogólnym) formułuje prawdy na pozór podobne do prawd naszej wiary, niepostrzeżenie je modyfikuje, zamieniając je w karykaturę chrześcijaństwa. Ten proces jest tak subtelny, że naprawdę wiele osób nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa ani z tego, że dało się uwieść „kultowi swojego Ja”, jak to precyzyjnie nazwał kard. Suenens. Jednym z przejawów „kultu własnego Ja” jest nieustanne wpatrywanie się z upodobaniem w swoje wnętrze.

Przebaczenie

Zwolennicy uzdrowienia wewnętrznego twierdzą, że jednym z warunków relacji z Bogiem jest przebaczenie innym ich win wobec nas. Ale życie chrześcijańskie nie wymaga przecież żadnych warunków wstępnych! Wszystkim, którzy przyjmują Słowo, daje Ono moc, aby się stali dziećmi Bożymi (por. J 1,12). Przebaczenie nie jest warunkiem wstępnym życia chrześcijańskiego, jakimś rzadkim i trudnym do zdobycia darem, ale NAKAZEM. Myślę, że pewne nieporozumienia mogą się brać z nieznajomości terminów semickich. Ewangelia św. Mateusza zawiera następujące ostrzeżenie: „Podobnie uczyni wam Ojciec [tj. wyda was katom – przyp. A.K.], jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu” (Mt 18,35). Przebaczenie jest decyzją człowieka, gdyż serce jest w mentalności żydowskiej siedliskiem woli i osobowości, a nie uczuć. Pojmowanie sentymentalne tego nakazu powoduje oskarżanie się, że ciągle – mimo przebaczenia – pojawiają się we mnie wrogie uczucia. Uczucia nie zależą od mojej woli, więc nie jestem za nie odpowiedzialny, odpowiedzialny jestem, co zrobię z tymi uczuciami. W tym wypadku ma zastosowanie surowy nakaz konieczności zaparcia się samego siebie: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 16,24-25).

Dennis i Matthew Linnowie precyzują pojęcie uzdrowienia wewnętrznego w ten sposób:

„Jesteśmy uzdrowieni nie wtedy, gdy potrafimy powiedzieć: «w porządku», ale «Przebaczam ci, że mnie zraniłeś, gdyż obdarzyło mnie to wzrostem i jestem wdzięczny, iż tak się stało»”[6].

To by znaczyło: Przebaczam ci, bo – koniec końców – OPŁACIŁO mi się to. To nie jest chrześcijańskie podejście. Chrześcijanin przebacza, dlatego że sam jest grzesznikiem, któremu Bóg przez ofiarę Chrystusa przebaczył wszystkie grzechy: „Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg wam przebaczył w Chrystusie” (Ef 4,32).

Jednak ta ogólna definicja nic nie mówi nam o tym, jakich technik właściwych dla uzdrawiania wewnętrznego używa się w celu „przeżycia uzdrawiającej miłości Boga”. Gdyby uzdrowienie wewnętrzne nie różniło się od tego biblijnego pojęcia, to nie miałoby sensu wprowadzanie jakiejś innej, niebibijnej terminologii.

Co zatem jest istotą uzdrowienia wewnętrznego?

Technika stosowana w uzdrowieniu wewnętrznym

W książce opracowanej przez Zbigniewa Lityńskiego, wydanej przez Centrum Formacji Odnowy w Duchu Świętym „Wieczernik” w Magdalence, znajdujemy takie zalecenie:

„Aby otworzyć się na łaskę uzdrowienia wspomnień, trzeba:
1. dokonać podróży w czasie poprzez historię naszego życia, prześwietlając każdy szczegół, wyciągając na światło dzienne to, co wydaje się bolesne, raniące, co jest źródłem niepokoju, co negatywnie na nas wpłynęło;
2. poprosić Pana Jezusa, aby uzdrowił skutki bolesnych przeżyć, uzdolnił do przebaczenia i wylał balsam swojej miłości, wprowadził radość i pokój w miejsce zranień”[7].

Ten pierwszy punkt jest chyba najbardziej kontrowersyjny. Co mówi Biblia na temat odnoszenia się do przeszłości?

  • „Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. Oto Ja dokonuję rzeczy nowej: Pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?” (Iz 43,18-19). Słowa te odnoszą się do wyjścia z Egiptu, które nieustannie jest wspominane z wdzięcznością przez Żydów, podczas gdy obecnie Bóg chce uczynić dla nich coś nowego: sprowadzić ich z powrotem z niewoli babilońskiej. Skoro nawet wielkie dzieła Boże mają ustąpić temu, co Bóg dla nas przygotował, czy watro w ogóle wspominać zdarzenia niepomyślne?

  • „Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już to zdobyłem [Apostoł Paweł mówi o doskonałości chrześcijańskiej – przyp. A.K.], ale to jedno [czynię]: zapominając o tym, co za mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie” (Flp 3,13-14). Apostoł Paweł również wpatruje się raczej w to, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują (por. 1 Kor 2,9).

  • „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego” (Łk 9,62). To są słowa Jezusa Chrystusa: powołany przez Pana uczeń należy całkowicie do Niego i postępuje w nowości życia, w oderwaniu od wszelkich innych spraw, również przeszłych.

Nie wydaje się więc, aby Pismo Święte taką „podróż w czasie” zalecało.

Tak na marginesie przyznam otwarcie, że jest mi trudno zrozumieć, w jaki sposób psychice człowieka może pomóc powracanie do jakichś zadawnionych przeżyć, zabliźnionych ran.

W swojej książce Psychologiczne uwiedzenie (Psychological Seduction)[8], z której zaczerpnęłam wiele refleksji natury ogólnej, William Kilpatrick przytacza wyniki badań, które dowodzą, że ludzie poddani psychoterapii oraz ludzie pozostawieni sami sobie jednakowo szybko przychodzili do równowagi psychicznej po traumatycznych wydarzeniach. Wydaje się więc, że czas oraz serdeczna troska najbliższych są w takich wypadkach, jak np. śmierć bliskiej osoby, najlepszym lekarzem i że powracanie po latach do tego rodzaju przeżyć może wyłącznie równowadze człowieka zaszkodzić. Warto zauważyć, że angielskie słowo seduction użyte w tytule oznacza uwiedzenie, jak i zwiedzenie.

Przypomnę: Sama technika zasadza się na przekonaniu, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, z powodu tego, „co wydaje się bolesne, raniące, co jest źródłem niepokoju, co negatywnie na nas wpłynęło”, czyli zranień w przeszłości, które muszą zostać uzdrowione poprzez cofnięcie się do przeszłości i wprowadzenie Osoby Jezusa do wydarzeń z przeszłości. Jest to typowa wiara w psychologię. Technikę operującą na psychice człowieka próbuje się stosować jako duchową. Natomiast w rozumieniu św. Pawła świat uczuć i przeżyć, czyli psychika człowieka, jest częścią jego natury wymagającą zbawienia. Psychika jest więc tym, co CIELESNE w rozumieniu św. Pawła. W V Dokumencie z Malines Kult mojego Ja i moja wiara kard. Suenens zwraca uwagę na to rozróżnienie:

„Kiedy mowa jest o wytyczaniu dróg, jakie musi przebyć pragnący swego wzrastania chrześcijanin, to ważną rzeczą jest rozstrzygnięcie, co pochodzi ze zdobyczy psychologii, a co z dziedziny wiary chrześcijańskiej. Postępowanie drogą mającą na celu pogłębienie życia wewnętrznego nie może być utożsamiane z pogłębianiem duchowym”[9].

Świat uczuć i przeżyć, czyli życie wewnętrzne człowieka właściwe jego naturze, nie jest tym samym, co życie duchowe, Boży dar życia nadprzyrodzonego. Praktyka „rekolekcji uzdrowienia wewnętrznego” miesza te dwie sfery. Dlaczego zatem nie organizujemy rekolekcji odzwyczajania od nałogów albo rekolekcji zapobiegających chorobie wrzodowej?

Przez pomieszanie technik psychologicznych uzdrowienie wewnętrzne staje się złudną mieszanką psychologii freudowskiej, okultystycznej wizualizacji i chrześcijaństwa. Osoba prowadząca modlitwę o uzdrowienie (wspomnień, pamięci, wnętrza – te terminy są stosowane zamiennie) podziela przekonanie, że obecne problemy są przejawem ran, które muszą zostać uzdrowione, aby człowiek przezwyciężył codzienne problemy i zaczął radzić sobie z życiem.

Wizualizacja, wyobrażanie sobie przebaczenia Jezusowego

Osoba prowadząca modlitwę o uzdrowienie wnętrza poprzez różne techniki zachęca człowieka, aby przypomniał sobie wypadki z przeszłości i powiązał je z obecnymi problemami lub cierpieniem. Może użyć hipnozy albo tylko zasugerować, co mogło się wydarzyć. Podobne sugestie często działają tak samo jak hipnoza na ludzi, którzy są podatni na sugestię lub mają rozwiniętą wyobraźnię. „Uzdrowiciel” może poprowadzić daną osobę ponownie wstecz poprzez przeszłe wydarzenia – które mogły się wydarzyć albo i nie – stosując metodę wizualizacji.

„Uzdrowiciel” nie tylko pomaga tej osobie przeżyć na nowo rzeczywistą czy wyimaginowaną przeszłość, ale także odczuć ten sam ból i cierpienie. Ten wysoce emocjonalny moment uzdrowienia wewnętrznego jest podobny do wprowadzonego przez Freuda pojęcia odreagowania. Albo uprzednio, albo w tym momencie emocjonalnej intensywności zostaje wprowadzona na scenę postać Jezusa, aby przyniósł uzdrowienie[10].

Przyjrzyjmy się konkretnej metodzie uzdrowienia na przykładzie zaczerpniętym z książki formacyjnej Odnowy. Autor proponuje do rozważenia scenę ewangeliczną z Mk 4,35-41 (Jezus ucisza burzę na jeziorze):

„Wyobraź sobie wydarzenia opisane w tekście biblijnym […]. A potem przeżyj te wydarzenia jeszcze raz, tym razem uczestnicząc w nich. Teraz to ty jesteś jednym z Apostołów […]. Zobacz, co czyni Pan […]. Wyobraź sobie, co Jezus ci mówi”[11].

Proponowana metoda odbiega znacząco od klasycznej medytacji scen biblijnych polecanej np. przez św. Ignacego w Ćwiczeniach duchownych. Tutaj medytuje się sceny „ewangelii pocieszenia” własnego pomysłu. Cały proces wydaje się dziełem wyobraźni człowieka. Czy ten Jezus, którego powołaliśmy do działania mocą swojej wyobraźni, który żyje dzięki procesowi wizualizacji, który jest w istocie naszym własnym dziełem, czy to jest na pewno ten sam Jezus, Pan panów i Król królów, któremu dana jest wszelka władza na niebie i na ziemi? Nie jestem w stanie mocą swojej wyobraźni sprawić, aby Jezus Chrystus uczynił to czy tamto. Ponadto wydarzenia, która tak naprawdę dzieją się wyłącznie w mojej wyobraźni, nie mogą w żaden sposób wpłynąć na rzeczywistość. Należy również podkreślić, że wszelkie próby oddziaływania na rzeczywistość według własnej woli są ni mniej, ni więcej tylko okultyzmem, nie mają zaś nic wspólnego z chrześcijaństwem.

Jezus działa w cudowny sposób w najskrytszej głębi naszego wnętrza poprzez słowo Boże oraz przez działanie Ducha Świętego i przez to powoduje coś, co można by nazwać „uzdrowieniem wewnętrznym”. Ale tutaj kończy się podobieństwo tego, czego dokonuje Jezus, a co robi osoba prowadząca uzdrawianie. Podobieństwo istnieje wyłącznie przez użycie słów „uzdrowienie wewnętrzne”, i właśnie dlatego jest to takie zwodnicze. Ludzie sądzą, że ponieważ to Jezus działa we wnętrzu, wszystkie osoby zajmujące się tym uzdrawianiem niezawodnie muszą pochodzić od Niego. Niemniej jednak, chociaż ruch uzdrowienia wewnętrznego uważa się za chrześcijański – w dużej mierze posługując się Pismem Świętym oraz stosując wizualizację czy tylko wyobrażanie sobie Jezusa – ruch ten pochodzi „ze świata” i „z ciała”. Polega na ideach psychologicznych i technikach zebranych i wchłoniętych ze świata. Cały proces przemawia do „ciała”, ponieważ to właśnie „ciało” może być „uzdrowione”, a nie potępione z powodu grzechu[12]. Należy poddać pod rozwagę, czyim dziełem jest to zwiedzenie.

Drugi przykład pochodzi z książki braci Linnów:

„Teraz pozwól, aby Chrystus wszedł w scenę zranienia, i obserwuj, w jaki sposób ci odpowiada. Jakie słowa kieruje do ciebie Chrystus i co czyni, aby cię uzdrowić? Jakie dobro widzi w tobie i w jaki sposób się modli, by ono wzrosło? […] W jaki sposób Chrystus bierze cię w ramiona takiego, jaki jesteś, i nie żąda zmiany, a jedynie prosi cię o szansę miłości?”[13].

Cały proces uzdrawiania ma na celu, jak się wydaje, aby dana osoba poczuła się lepiej. Czy Pan Jezus jest Wielkim Terapeutą? Jak to się ma do wymagania np.: „W całym swoim postępowaniu stańcie się również świętymi na wzór Świętego, gdyż jest napisane: Świętymi bądźcie, bo Ja jestem Święty” (1 P 1,16, cytat z Kpł 11,44)?

Cele metody

Zgodnie z zaleceniem kard. Suenensa, które zawarł w rozdziale Metody wzrastania w chrześcijańskiej analizie cytowanego już V Dokumentu z Malines, zbadamy cele uzdrawiania wewnętrznego: „Każda metoda formacji i wzrostu winna […] jasno ukazywać cel, ku któremu dąży, oraz rozeznawać drogi i środki, którymi będzie się posługiwała. Ku czemu kieruje się chrześcijanin? Jaki jest ostateczny cel, ku któremu zmierzają jego wysiłki mające na celu rozwój?”[14].

Aby przyjrzeć się celom metody uzdrowienia wewnętrznego, znowu posłużę się fragmentem książki opracowanej przez Zbigniewa Lityńskiego:

„Nasze zranienia, w szczególności te nieuświadomione, sprawiają, że nie potrafimy być szczęśliwi […], postępujemy egoistycznie”[15].

A zatem pragniemy osiągnąć szczęście. Tymczasem żeby być szczęśliwym, paradoksalnie trzeba przestać o to zabiegać, trzeba zapomnieć o sobie i o swoich uczuciach, przestać nieustannie wpatrywać się w swoje wnętrze, ale skierować się ku innym ludziom, ku innym sprawom, przeżywać coś całą swoją osobą. Analizowanie własnych uczuć odbiera wszelki autentyzm przeżyciom i powoduje, że w istocie kontemplujemy tylko własne niezaspokojone wnętrze. Np. całkowicie uszczęśliwiające może być przebywanie w towarzystwie ukochanej osoby, natomiast skupienie się w tym samym czasie na własnych odczuciach doświadczanych w tej sytuacji szczęścia żadną miarą przynieść nie może.

Na cele rozpatrywanej metody pewne światło rzuca następujący cytat z tej samej książki: „Dobrze, jeśli prośba o uzdrowienia fizyczne poprzedzona jest modlitwą o uzdrowienie duchowe (wyzwolenie z grzechu) i wewnętrzne (emocjonalne, uzdrowienie wspomnień), ponieważ często uzdrowienie duchowe i uzdrowienie wewnętrzne są warunkiem otwarcia na łaskę uzdrowienia fizycznego”[16].

A zupełnie już kuriozalny wydaje się tytuł jednego z rozdziałów w książce Linnów: „Zapobieganie nowotworom i ich leczenie poprzez uzdrawianie gniewu i poczucia winy”[17].

Niejawnym celem całego procesu staje się po prostu wyleczenie człowieka z konkretnej choroby lub zapobieganie następnym. Czy to nazwiemy wzrostem duchowym? W takim razie chrześcijaństwo niewiele różniłoby się od nauki zwanej higieną.

Ocena metody

Aby dokonać próby oceny metody uzdrawiania wewnętrznego, oprę się ponownie na autorytecie kard. Suenensa: „Osąd, jaki będziemy musieli podjąć co do konkretnej metody, będzie zależał także w dużej mierze od sposobu, w jaki jest ona przedstawiana. Jeśli reklamuje się ona jako taka, bez której i Bóg sobie nie poradzi (samowystarczalność) […], to są powody, by obawiać się zawyżonej oceny […]. Źle również czujemy się wobec takiej metody, która głosi swoją uniwersalność”[18] .

Tak właśnie się głosi: Bóg nie ma przystępu do ciebie ze swoją miłością, dopóki nie zostaną uleczone twoje zranienia (samowystarczalność metody). Ponadto ta metoda w praktyce jest stosowana do wszystkich bez wyjątku (uniwersalność), głosi się: „Na potrzebę uzdrowienia wewnętrznego mogą wskazywać między innymi: kompleks niższości, nienawiść do samego siebie, poczucie bycia niekochanym przez Boga i ludzi, nienawiść do innych, nieprzebaczenie sobie lub innym, skoncentrowanie się na sobie, złe nastroje, reakcje agresywne, brak opanowania, nadmierny krytycyzm, skrępowanie z powodu trudności fizycznych, emocjonalnych i umysłowych, samotność, odrzucenie, uporczywy smutek, problemy lękowe, chore poczucie winy, doświadczenie bezradności, inercji, trudności w kontaktach z ludźmi, nieśmiałość, zahamowanie, poczucie odrzucenia”[19].

Wymienionych wskazań jest tak wiele, i prawie wszystkie bez wyjątku subiektywne, że każdy może znaleźć coś dla siebie i usprawiedliwić konieczność poddania się uzdrowieniu. Z tym że przyczyna nazwana powyżej „skoncentrowaniem się na sobie” wydaje się stanowić następstwo uzdrawiania wewnętrznego, które do takiej postawy zachęca i wychowuje, powodując w rezultacie niekończące się seanse uzdrowieńcze, skutkiem których owo „skoncentrowanie się na sobie” sukcesywnie się pogłębia.

Porównajmy tezę o. Roberta DeGrandisa zacytowaną w książce wydanej przez ośrodek w Magdalence: „Bolesne wspomnienia i te o negatywnym wydźwięku nastawiają nas nieprzychylnie do świata i czynią nas nieszczęśliwymi”[20] – z Kazaniem na Górze: „Błogosławieni (szczęśliwi) ubodzy w duchu, którzy się smucą, którzy cierpią prześladowania, błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie!” (Mt 5,3-12); oraz: „Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne” (Łk 6, 22). Kontrast jest porażający!

Celem życia chrześcijańskiego nie jest też błogostan i poczucie bezpieczeństwa. „Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię” (Mt 10,34).

O pokoju w ten sposób pisze prorok Jeremiasz:: „Dlaczego wszyscy przewrotni zażywają pokoju?” (Jr 12,1); ale też: „wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień, nurtujący w moim ciele. Czyniłem wysiłki, by go stłumić, lecz nie potrafiłem” (Jr 20,9). Słowo Boże nie zawsze przynosi pocieszenie, czasem jest trudne i wymagające. Zwolennicy uzdrowienia wewnętrznego zdają się zapominać o tym, że życie chrześcijanina jest nieustanną walką duchową: walką ze swoim grzechem.

Zagrożenia

V Dokument z Malines ostrzega przed niebezpieczeństwami związanymi ze wszystkimi metodami wzrostu: „Skoro już metoda zostanie zastosowana, [należy przewidzieć], w jaki sposób stanąć na straży psychologicznej wolności tych, którzy się jej poddają, jak uniknąć niebezpieczeństwa infantylizmu, służalczości, prania mózgu, złudzenia wolności, w subtelny sposób manipulowanej nawet przez nieświadomego swojej władzy animatora”[21].

To nie są błahe problemy. Wiele osób poważnie ucierpiało wskutek przeprowadzonych modlitw o uzdrowienie. Nie ma nad tym prawie żadnej kontroli. Biorą się za to osoby zupełnie nieprzygotowane. Wystarczy szczery zapał i prywatne objawienie misji uzdrawiania. A szkód niekiedy nie da się już nigdy naprawić. Uważam, że wywieranie nacisku na osoby przychodzące na modlitwę o uzdrowienie, aby ujawniały intymne szczegóły ze swojego życia, grzechy swoje i cudze, powinno być surowo zabronione.

Przyczyny uciekania się do metod psychologicznych

Co sprawia, że nie wierzymy, że formacja prowadzona przez Kościół jest całościową i pełną formacją osoby, że szukamy ratunku w naukach humanistycznych, między innymi w psychologii? Diagnoza kard. Suenensa jest prosta:

Dzieje się to, gdy „słabnie wiara i rozwija się duchowa letniość[22]. Czy Słowo Boże, które przychodzi do nas z całą swoją mocą w Eucharystii, nie wystarczy, aby podźwignąć każde życie, nawet pogrążone w największej rozpaczy i zmiażdżone grzechem? Modlimy się: Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja.

W 22. niedzielę zwykłą słuchaliśmy słów Listu św. Jakuba (Jk 1,21): „przyjmijcie w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze”. Czy my w to wierzymy?

Podsumowanie

Uzdrawianie wewnętrzne jest metodą skierowaną bardziej na wzrost życia wewnętrznego, czyli skupia się na psychice, na uczuciach, na subiektywnych doznaniach, dotyczy więc sfery natury, sfery przyrodzonej. Natomiast nie dotyczy wzrostu życia duchowego, jest ślepym zaułkiem, wynikającym z osłabienia wiary w moc sakramentów i samego Jezusa Chrystusa.

Uzdrawianie wewnętrzne przypomina jedną wielką psychoterapię.

 

PROWADZĄCY I UCZESTNICY SESJI WYPRACOWALI KILKA ZASAD, KTÓRYMI POWINNI KIEROWAĆ SIĘ PROWADZĄCY REKOLEKCJE Z MODLITWĄ O UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE:
1. Uczestnikami takowych powinny być osoby pełnoletnie
2. Rekolekcje powinny być prowadzone przez wykwalifikowaną kadrę z psychologiem z misją kanoniczną
3. Rekolekcje powinny być prowadzone przez jeden ośrodek (uczestnicy sugerowali Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym w Magdalence)
4. Osoby zainteresowane rekolekcjami powinny być kierowane do Ośrodka w Magdalence
5. Należy przypominać we wspólnotach i grupach modlitewnych o miejscu i godzinie dyżurów psychologa w parafii lub Diecezjalnych Poradniach Rodzinnych

Ostatni wniosek sugerowany przez prowadzących i uczestników brzmiał: Osoby potrzebujące szczególnej terapii i modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne to niezmiernie rzadkie przypadki i może się okazać, że właściwie – przy odpowiednim ukierunkowaniu ludzi na poradnie rodzinne i rozmowy z psychologiem – specjalne rekolekcje mogłyby odbywać się raz na rok w jednym miejscu dla całej Odnowy Charyzmatycznej. Z obserwacji piszącego te słowa wynika że TYLKO uczestnicy Odnowy Charyzmatycznej dostrzegają potrzebę uzdrowienia wewnętrznego…

Jacek Jureczko

 

P R Z Y P I S Y :
[1] http://uzdrowienie-wew.webpark.pl
[2] Hasło: SANFORD, Agnes Mary, New International Dictionary of Pentecostal and Charismatic Movements, red. S.M. Burgess, G.B. Mc Gee, Grand Rapids (Mi.) 1995, s. 1039 (tłum. własne).
[3] http://strony.wp.pl/wp/uzdrowienie-wew/definicja.htm
[4] D. i M. Linn, Uzdrawianie ludzkich zranień poprzez pięć etapów przebaczenia, Wydawnictwo „M”, Kraków 1993, s. 86.
[5] P. Madre, Najpierw pokochaj siebie, Wydawnictwo „M”, Kraków (b.r.).
[6] D. i M. Linn, Uzdrawianie ludzkich zranień…, dz. cyt., s. 9.
[7] Modlitwa o uzdrowienie duchowe, wewnętrzne, fizyczne, opr. Z. Lityński, Centrum Formacji Odnowy w Duchu Świętym „Wieczernik”, Magdalenka 2000, s. 42.
[8] W.K. Kilpatrick, Psychologiczne uwiedzenie. Czy psychologia zastąpi religię?, „W drodze”, (b.m.r.).
[9] Przyjdź, Duchu Święty – Dokumenty z Malines pod redakcją kard. Léona Josepha Suenensa. Podstawowe dokumenty dotyczące Odnowy w Duchu Świętym w Kościele katolickim, Dokument V: Kult mojego Ja i moja wiara, Wydawnictwo „M”, Kraków (b.r.), s. 533.
[10] PsychoHeresy Awareness Ministries – strona autorstwa Martina i Deidre Bobganów, Inner Healing, http://www.psychoheresy-aware.org/inner82.html
[11] Z. Lityński, dz. cyt., 94-95.
[12] http://www.psychoheresy-aware.org/inner82.html
[13] D. i M. Linn, Uzdrawianie ludzkich zranień…, dz. cyt., s. 264.
[14] V Dokument z Malines: Kult mojego Ja i moja wiara, dz. cyt., s. 510.
[15] Z. Lityński, dz. cyt., s. 39.
[16] Tamże, s. 64.
[17] D. i M. Linn, Uzdrawianie ludzkich zranień…, dz. cyt., s. 56.
[18] V Dokument z Malines: Kult mojego Ja i moja wiara, dz. cyt., s. 522.
[19] Z. Lityński, dz. cyt., s. 37.
[20] Tamże, s. 40.
[21] V Dokument z Malines: Kult mojego Ja i moja wiara, dz. cyt., s. 524.
[22] Tamże, s. 512.

ZNAKI ZAPYTANIA DO ZNAKÓW ZAPYTANIA O UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE

Poniżej podaję moje subiektywne stanowisko w sprawie wygłoszonych (napisanych) tez. Przepraszam Olu, jeśli jest ono zbyt surowe – jednak zwracam uwagę że i Ty uzyłaś stwierdzeń bardzo stanowczych.

Z ciekawością oczekiwałem punktu programu dnia III Spotkania Apologetycznego w którym miała być mowa o uzdrowieniu wewnętrznym. Z ciekawością i pewną mieszaniną uczuć.

Niestety, po wysłuchaniu referatu Oli owe uczucia zmieszały się jeszcze mocniej, Autorka bowiem nie ustrzegła się kilku poważnych (w moim, rzecz jasna, odczuciu) błędów metodologicznych.

Głównym z nich, promieniującym zresztą później na całą wieczorno-nocną (skończyliśmy o 1 w nocy !) dyskusję i powodującym że nie za bardzo mogliśmy dojść do konsensusu, było

1. Zastosowanie szerokiego terminu „uzdrowienie wewnętrzne” do pewnego (ograniczonego) podzbioru określanych tym terminem praktyk, a następnie wyciągnięcie na podstawie badania tych kilku znaczeń wniosków co do całości zjawiska określanego tym pojęciem.

Takie zabieg formalny spowodował, iż wszystkie nieprawidłowości, pomysły poszczególnych prowadzących i tzw. odloty charyzmatyczne zostały niejako „włączone w zagadnienia” i zadziałały przeciw niemu. W ten sposób interpretując można zanegować KAŻDĄ praktykę (a nawet całą Odnowę czy Neokatechumenat).

Przykład :

Protestanccy krzewiciele „uzdrowienia wewnętrznego” propagowali je jako metodę „na odpuszczenie grzechów”. Jest to oczywiście nieprawidłowe – odpuszczenie grzechów przynoszą przede wszystkim sakramenty Chrztu i Pokuty (choć oczywiście żal za grzechy, zwłaszcza doskonały też – ale w innym sensie). Niemniej tak się to rozumie w protestantyzmie – natomiast krytykowanie praktyki uzdrowienia wewnętrznego wśród katolików na podstawie poglądów jakie na ten temat mają protestanci jest bezzasadne i bezcelowe.

Zgadzam się, iż również w gronie katolickim zapewne praktyka ta wielokrotnie jest stosowana w niewłaściwy sposób. Owe błędy to przede wszystkim :

  1. Stosowanie „cofnięcia się w czasie” na sposób okultystyczny, wizualizujący („cofanie się w czasie” powinno mieć co najwyżej charakter anamnezy)

  2. Stosowanie cofnięcia w czasie na sposób czysto psychologiczny, bez informacji iż wplatane są techniki psychologiczne (mieszanie sacrum i profanum). Psychologia z wyczuciem religii to dobra rzecz, ale niedobrze gdy myli się praktyki duchowe i psychologiczne (mogą być stosowane komplementarnie, ale jednocześnie winny być wyraźnie rozdzielone)

  3. Nadużywanie zaufania uzdrawianego (grzechy przeciw wolnej woli, uzurpacja, manipulacja, „pranie mózgu” itd.)

  4. Przedstawianie uzdrowienia wewnętrznego jako czegoś innego, niż jest ( a jest po prostu pomocą w udzieleniu głębokiego wybaczenia osobom, które nas w życiu skrzywdziły).

  5. Przedstawianie uzdrowienia wewnętrznego jako praktyki zawsze i dla wszystkich niezbędnej

  6. Traktowanie uzdrowienia wewnętrznego jako integralnego elementu ewangelizacji

  7. Aplikowanie uzdrowienia wewnętrznego przez osoby niedostatecznie do tego przygotowane (zarówno zarówno sensie fachowości, jak i ogólnego poziomu)

To są rzeczy o których należało mówić i które należało potępić – zamiast próbować występować przeciw całej praktyce jako takiej

2. Niepotrzebne wątki poboczne

W moim przekonaniu błędem było wplecenie kontrowersyjnych wątków pobocznych.

Przykład : dyskusja na temat kochania samego siebie jedynie zaciemniła zagadnienie, bowiem twierdzenia tego typu silnie zależą zarówno od zastosowanego znaczenia słów (np. słowa „kochać”) jak i kontekstu podmiotu (np. czy chodzi o upodobanie w swojej – grzesznej przecież – naturze czy też o poczucie godności wynikającej z dziecięctwa bożego, lub czy chodzi o akceptację siebie jako osoby, czy o akceptację swoich grzechów).

Oczywiście, ów wątek był związany z pewnymi nieprawidłowościami występującymi w praktyce modlitwy o uzdrowienie, jednak obawiam się że wyjasnienie raczej zagmatwało sprawę.

Podobnie niepotrzebne były wątki o tym co jest korzeniem wszelkiego zła, rozważania o skuteczności/nieskuteczności psychoterapii itp.

3. Przeciwstawienie łaski i obowiązku

Za przykład weźmy rozdział o przebaczeniu. Twierdzenie, iż przebaczenie innym jest darem zostało przeciwstawione twierdzeniu (także niewątpliwie słusznemu !) iż jest ono nakazem, obowiązkiem chrześcijańskim i z tego przeciwstawienia wyciągnięty został wniosek iż nie wymaga ono łaski.

Jest to tym bardziej dziwne, że w następnym podrozdziale autorka argumentuje iż „świat uczuć i przeżyć, czyli psychika człowieka, jest częścią jego natury wymagającą zbawienia”.

4. Mylenie kategorii religijnych i psychologicznych

Paradoksalnie, Autorka popełniła w swoim tekście ten sam błąd, który (słusznie !) zarzucała wielu aplikacjom „uzdrowienia wewnętrznego”. W omawianym rozdziale o przebaczeniu z obligatoryjnego charakteru nakazu wybaczenia bliźnim (który rzeczywiście ma przede wszystkim charakter rozumowy, a może nawet bardziej angażuje wolę człowieka) wyciąga Ona wniosek, iż zmiana stosunku emocjonalnego nie ma znaczenia – co gorsze, neguje spojrzenie w pewien sposób sublimujące uczucie niechęci do osoby raniącej.

Także przedstawiona w rozdziale „Cele metody” teza, iż nie należy zabiegać o uzdrowienie czy zaleczenie zranień ponieważ… chrześcijańskie szczeście polega na zapomnieniu o sobie (zapomnijmy o medycynie ?) jest cokolwiek naciągana.

5. Nietrafny dobór cytatów

Rzeczą, która mnie najboleśniej uderzyła w omawianym tekście był nietrafny dobór cytatów. Wersety nie tylko byłu nietrafione, ale zdradzały wyraźnie rodzaj egzegezy nie tyle nastawionej na czerpanie pouczenia z Biblii, co na udowadnianie własnych tez wykorzystując do tego tekst Biblii w sposób instrumentalny. Tu podam jedynie przykład.

Przykład:

Aby uzasadnić tezę (słuszną lub nie – w tym akapicie w to nie wnikam) o niewłaściwości anamnezy, Autorka przytacza następujące wersety:

Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. Oto Ja dokonuję rzeczy nowej: Pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?” (Iz 43,18-19).

Do tego – mówiącego o nie wspominaniu przeszłości w zupełnie innym kontekście – otrzymaliśmy komentarz Autorki „Skoro nawet wielkie dzieła Boże mają ustąpić temu, co Bóg dla nas przygotował, czy watro w ogóle wspominać zdarzenia niepomyślne?”

Myślę że nieadekwatność tego komentarza nie wymaga komentarza.

Apostoł po prostu mówi iż nie wspomina przeszłości, nie wspomina swoich przeżyć ani zasług – kontekst przebaczenia w ogóle się tu nie pojawia.

Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego” (Łk 9,62).

Przytoczenie tego wersetu to nawet nie pomyłka – to klęska okrutna. W istocie bowiem – jeśli w ogóle mógłby on zostac odniesiony do omawianego tematu – potwierdzałby on raczej potrzebę uzdrowienia wspomnień…

6. Swobodna interpretacja opisów zwolenników metody

Z prostego i dość banalnego w gruncie rzeczy stwierdzenia iż uzdrowienie emocji uwalnia człowieka do dziękowania Bogu (można nad tym dyskutować, ale coś w tym jest – podobnie jak jedzenie, spanie i picie, mimo iż nie te rzeczy warunkują Łaskę Bożą) Autorka wysnuwa daleko idący wniosek iż zwolennicy „uzdrowienia” uważają iż bez niego „Bóg się nie obejdzie” . Łatwo zauważyć że jest to interpretacja cokolwiek naciągana.

7. Tezy nie do przyjęcia

W końcowej części („Przyczyny uciekania się do metod psychologicznych”) pojawia się twierdzenie, które może przeszłoby w piśmie Amiszów (czy amisze mają swoje pisma ?), ale nie w Kościele Katolicki. Mianowicie Autorka, nie mniej nie więcej ale całkowicie neguje jakąkolwiek pomoc psychologiczną (a właściwie w ogółe nauki humanistyczne – czyżby także np. pedagogikę ?) oskarżając osoby z niej korzystające o „słabą wiarę i duchową letniość”.

Z całym szacunkiem – co innego występowanie przeciw mieszaniu psychologii z wiarą albo przeciw pewnym wypaczeniom i modom współczesnej psychologii, co innego negowanie psychologii jako takiej. Mam to – to mocne słowa – za powiew podejścia sekciarskiego do wiary.

Podsumowanie

Jak pisałem, oczekiwałem tego akurat referatu z ciekawością. Dlatego tym bardziej jest mi przykro, że szansa krytycznego spojrzenia na szereg realnych i potencjalnych nieprawidlowości zwiazanych ze stosowaniem „uzdrowienia wewnętrznego” (pisałem o nich na poczatku – Autorka referatu także zresztą o nich wspomniała, niestety jedynie w parolinijkowym rozdziale przy końcu) została zmarnowana. W zamian usłyszelismy niezbyt wiarygodną, totalną krytykę mogącą raczej zwiekszyć zamieszanie niż cokolwiek wyjasnić w ważnej w końcu sprawie.

Tym bardziej szkoda, że z tego co usłyszałem w trakcie dyskusji metoda rzeczywiście bywa używana w sposób skandaliczny – na tyle, by warto było zrobić wokół tego nieco twórczego „hałasu”. Jednak każdy błąd w argumentacji zostanie okrutnie wykorzystany – miejmy tego świadomość i nie wystawiajmy naszej misji na niepowodzenie przez niewłaściwą argumentację.

ODPOWIEDZI NA «ZNAKI ZAPYTANIA DO UZDROWIENIA WEWNĘTRZNEGO»

Jestem w Odnowie prawie dwadzieścia lat, widziałam i przeżyłam niejedno „charyzmatyczne dziwactwo”, byłam świadkiem niejednego wypaczenia nauki Kościoła Katolickiego. Na swoją obronę mam to, że nasza wspólnota w Leśnej, powstała jako chyba pierwsza na naszym terenie i przez długie lata skazani byliśmy na prowadzenie przez Ducha Świętego i przykład – niestety zielonoświątkowców. Dobrego nauczania katolickiego byliśmy pozbawieni, przede wszystkim ze względu na to, że mieszkamy w zapadłym końcu Polski.

Obecnie sytuacja się zmieniła, mamy bardzo dobrą Szkołę Animatora, rekolekcje diecezjalne, które zresztą często prowadzi nasza wspólnota, katolickie książki i czasopisma. Mamy wreszcie swoich księży opiekunów.

Od kilku lat mamy w diecezji rekolekcje o uzdrowieniu. Początkowo były one prowadzone według różnych, przyznaję, nie zawsze najlepszych książek. Zgadzam się z tym, że zostały po drodze popełnione różne błędy. Nie wykluczam tego, że mogły zostać poranione różne osoby, niemniej jednak owoce tych rekolekcji były dobre.

Brak jest dobrego materiału formacyjnego dla Odnowy, są różne próby, ale nie zawsze szczęśliwe. Próbujemy tworzyć nasze własne materiały do seminarium i rekolekcji. Tyle o sobie.

Artykuł Aleksandry Kowal wprawił mnie, delikatnie mówiąc, w zdumienie. Niejednokrotnie uczestniczyłam w modlitwach o uzdrowienie, zarówno jako osoba potrzebująca uzdrowienia, jak i modląca się o uzdrowienie innych. Uzdrowienie wewnętrzne znam z praktyki, nie jestem teologiem, więc moja wypowiedź ma charakter czysto praktyczny i jest oparta na doświadczeniu gównie naszej wspólnoty i diecezji, bowiem od kilku lat wspólnota nasza, oczywiście zawsze z kapłanem, organizuje rekolekcje diecezjalne. Ostatnie nosiły tytuł ot„Jezus Chrystus uzdrowiciel mojej osoby” (www.jeruzalem.alleluja.pl). Nie koncentrowaliśmy się na jakimś jednym rodzaju uzdrowienia, bowiem wierzymy, że Bóg chce uzdrawiać całego człowieka – nie dzieląc go na ducha, duszę i ciało, nie dzieląc go również na różne okresy jego życia, jak to się niekiedy przedstawia w różnych książkach. Dominikanin Francis MacNutt w swojej książce „Uzdrawianie chorych” tak pisze: „Nawet pobieżna lektura Nowego Testamentu pozostawia nieodparte wrażenie, że Jezus był typowym Hebrajczykiem w swoim poglądzie na człowieka: nie dzielił człowieka na ciało i duszę, ale widział go jaką całą osobę. Przybył na ziemię, aby zbawiać ludzi, a nie tylko ich dusze. Przyszedł pomagać cierpiącym niezależnie na co cierpieli. Choroba ciała była częścią królestwa szatana, które Jezus przyszedł zniszczyć.”

Aleksandra Kowal pisze: „Istnieje dzisiaj w środowiskach charyzmatycznych praktyka nazywana uzdrawianiem wewnętrznym. Można śmiało powiedzieć, że to zjawisko przybrało postać potężnego ruchu.”

Uzdrowienie wewnętrzne w Katolickiej Odnowie w Duchu Świętym nie jest z całą pewnością ruchem. To Odnowa Charyzmatyczna jest ruchem, a nie uzdrowienie wewnętrzne.

Dalej Autorka na podstawie jednej z definicji uzdrowienia wewnętrznego –przedstawionej na stronie http://uzdrowienie–wew.webpark.pl , próbuje udowodnić coś zupełnie dziwnego, a mianowicie to, że uzdrowienie wewnętrzne zaciera prawdę o grzechu. Nic bardziej błędnego. Proszę zresztą zajrzeć na cytowaną wcześniej stronę. Kilka linijek niżej autor pisze: „Uzdrowienia duchowego dokonuje Bóg poprzez przebaczenie grzechów i odpuszczenie win. Jest ono wstępem do innych uzdrowień zarówno psychicznych i emocjonalnych a nawet fizycznych.” Natomiast w następnym rozdziale Sakramentalne Drogi Uzdrowienia,Wacław Godlewski szeroko opisuje poszczególne sakramenty, wśród nich Sakrament Pokuty, poprzez które przede wszystkim doznajemy uzdrowienia.

Następnie Aleksandra Kowal pisze:

„Psychologia opisująca uzdrowienie wewnętrzne zamazuje poczucie grzechu, mówiąc o akceptacji samego siebie. Stara się w ten sposób usunąć poczucie winy, które drąży grzesznika, i powinno go drążyć, jeśli nie jest pozbawiony sumienia. Na czym oparty jest pogląd, że człowiek powinien akceptować samego siebie?”

Już wiemy, że nie zamazuje poczucia grzechu. Natomiast co do poczucia winy, to wydaje mi się, że nie jest ono czynnikiem wzrostu duchowego. Poczucie winy Judasza doprowadziło wiadomo gdzie. Czymś zupełnie innym jest żal za grzechy, wyznanie ich Bogu i oddanie się w Jego Miłosierdzie w Sakramencie Pokuty. Po tym nie powinno być już żadnego poczucia winy, jeśli ono dalej jest świadczy o niewierze w Boże Miłosierdzie.

Jako osoba wielokrotnie modląca się nad innymi, mogę powiedzieć, że bardzo często ludzie przychodzą z tym właśnie problemem – drążącym przez całe lata poczuciem winy za dawno już wyznane grzechy. Jestem również lekarzem rodzinnym i wyraźnie widzę, jak takie poczucie winy wpływa ujemnie na stan zdrowia całego człowieka.

A skoro Bóg akceptuje mnie mimo całej mojej grzeszności, bo przecież umarł za mnie, gdy byłam jeszcze grzesznikiem, dlaczego ja nie mogę siebie zaakceptować? Siebie, to znaczy swojej osoby jako dziecka Bożego, a nie swoich złych czynów. Na tym opieram swój pogląd o akceptacji siebie. Bardzo biedne są osoby nie potrafiące zaakceptować siebie. Z reguły jeśli ktoś nie akceptuje siebie, nie potrafi też zaakceptować innych.

Oddajmy głos Autorce:

„Psychologia taka uczy: Czy nasz Pan nie powiedział, że przede wszystkim trzeba miłować samego siebie? – powołując się na słowa Ewangelii według św. Marka: „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” (Mk 12,31). Wielu rozumie to w ten sposób, że przede wszystkim należy kochać swoją osobę. Np. Philippe Madre napisał książkę pt. Najpierw pokochaj siebie.” Na pewno jakaś psychologia tak uczy, ale nie zdarza się to w praktyce uzdrowienia wewnętrznego. Nie czytałam wprawdzie książki „Najpierw pokochaj samego siebie”, ale znając Phlippe Madre nigdy nie zaryzykowałabym stwierdzenia, że uczy on kochać przede wszystkim siebie. Siebie również trzeba kochać, ale prawdziwa miłość siebie, nie egoizm, jest możliwa dopiero po doświadczeniu miłości Bożej i tego uczymy na wszystkich rekolekcjach o uzdrowieniu. „Zachwyt dla swojej własnej osoby” to jest chyba narcyzm i też stanowi materiał do uzdrowienia.

Jak mogę kochać swego bliźniego mając w nienawiści siebie? Jest to niemożliwe!!! Widziałam wiele takich osób i żadna z nich nie potrafiła kochać ani Boga, ani bliźniego. Ewangeliczna nienawiść siebie (cytowane przez Autorkę: : „Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26). ) zaś też jest możliwa, paradoksalnie, dopiero po pokochaniu siebie. Nie chodzi tu o to, by się nienawidzieć w sensie dosłownym, ale by nie być przywiązanym do niczego oprócz Boga. Święty Paweł jest tego wzorem, kiedy mówi w Liście do Filipian: „Chrystus będzie uwielbiony w moim ciele: czy to przez życie, czy przez śmierć. Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele – to dla mnie owocna praca, co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze,  pozostawać zaś w ciele – to bardziej dla was konieczne.” (Flp 1, 21–24)

Moim zdanie we fragmencie o miłości własnej nastąpiło pomieszanie pojęć przez Autorkę. Zresztą problem ten jest wyjaśniony w cytowanych niejednokrotnie przez Autorkę „Dokumentach z Malines”. Szkoda wielka, że dzieło to nie jest potraktowane przez Aleksandrę Kowal całościowo, a jedynie wykorzystane w celu udowodnienia swojej racji. Stosując tą samą zasadę można udowodnić na podstawie Biblii, że Boga nie ma.

Co więc jest napisane w Dokumentach na temat miłości siebie?: „Musimy sami siebie poznać(…), a dobrze rozumiane poznanie siebie jest uprawnioną formą miłości siebie. Sam nasz Pan dał swoim uczniom nakaz, aby miłowali innych, „jak siebie samego”. Istnieje więc uprawniona i konieczna nawet miłość siebie samego, której należy przestrzegać i rozwijać. Jednak owa miłość nie może pociągnąć za sobą zamknięcia się w sobie, wręcz przeciwnie, domaga się ona dowartościowania otrzymanych darów i talentów, które mają przynieść owoce(…)obowiązek miłowania siebie samego pociąga za sobą następny: dbania o siebie, rozwijania swych wewnętrznych bogactw. Jednakże Pan wypowiedział także inne słowa, pozornie przeciwstawne, umieszczając w sercach wymóg zapomnienia o sobie.”

Powyższy fragment znajduje się w V Dokumencie z Malines (str 499), tym samym, skąd jest zaczerpnięty następny cytat, wyszukany przez Autorkę:

„Psychologia (w sensie ogólnym) formułuje prawdy na pozór podobne do prawd naszej wiary, niepostrzeżenie je modyfikuje, zamieniając je w karykaturę chrześcijaństwa. Ten proces jest tak subtelny, że naprawdę wiele osób nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa ani z tego, że dało się uwieść „kultowi swojego Ja”, jak to precyzyjnie nazwał kard. Suenens. Jednym z przejawów „kultu własnego Ja” jest nieustanne wpatrywanie się z upodobaniem w swoje wnętrze.”

Zgadzam się z całym powyższym stwierdzeniem, jednakże w odniesieniu do psychologii, a nie uzdrowienia wewnętrznego. Uzdrowienie odwraca wzrok od swojej osoby, od swoich problemów do Boga, przynajmniej tak uczymy na naszych rekolekcjach o uzdrowieniu.

Wiele kontrowersji wzbudziło we mnie także podejście Aleksandry Kowal do przebaczenia. Faktycznie, przebaczenie nie może być warunkiem wstępnym do podjęcia relacji z Bogiem, jednak jest ważnym warunkiem uzdrowienia. Najpierw, jak zwykle, trzeba samemu doświadczyć miłości Bożej i przebaczenia Bożego, by umieć prawdziwie przebaczyć komuś, albo sobie.

Pięknie o przebaczeniu pisze O. Jean Monbourquette profesor teologii pastoralnej w Ottawie,
"Aby przebaczyć, trzeba uwolnić się od chęci przebaczenia…. zrezygnować z własnego przebaczania. Człowiek nie daje przebaczenia, człowiek pozwala się ogarnąć przez pojednanie. Wybaczenie nie jest obowiązkiem, ale darem. To bezwarunkowa miłość Boga pozwala mi przebaczyć. W przeciwnym razie byłoby to zaledwie moje wybaczenie…
W wybaczeniu może być zawarta duma, uczucie duchowej wyższości. (…) Jesteśmy więc tylko echem głosu Boga, który w nas dokonuje przebaczenia."

A co zrobić z uczuciami, które nas niszczą? Autorka artykułu proponuje uczynić z nich krzyż. W gabinecie lekarskim codziennie niemalże spotykam ludzi z nieprzebaczeniem. Mają nie tylko depresje, nerwice, ale także choroby ciała. Jest to duży problem, gdyż widzę, że leki są tylko półśrodkiem i nie bardzo pomagają. Nie jestem pewna, czy Jezus chce, byśmy dźwigali taki krzyż. Wydaje mi się, że za dużo naszych cierpień przypisujemy Panu Bogu.

Na rekolekcjach uczymy, że:

1. Przebaczenie nie jest uczuciem
2. Przebaczenie nie oznacza udawania , że nic się nie stało
3. Przebaczenie nie oznacza, że zachowanie drugiego nie było złe
4. Przebaczenie nie oznacza poddania się dalszemu krzywdzeniu
5. Przebaczenie nie zawsze oznacza natychmiastowe uzdrowienie zranionych emocji

Nie jest to chyba „Pojmowanie sentymentalne tego nakazu”, jak pisze Autorka. Uczymy, że zranione emocje należy oddać Jezusowi, a nie zakopywać je gdzieś głęboko w podświadomości i udawać przed sobą, światem i Bogiem, że jest wszystko w porządku. A On zrobi z nimi, co będzie mógł najlepszego. W Liście do Rzymian św. Paweł pisze 8:28  „Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra”, także i w tym, tj. w dziedzinie naszych poranionych uczuć, będzie współdziałał. Nigdy nie wiemy z jakim wynikiem, czas i sposób zawsze należy do Boga i tak też uczymy. Bywa, że zostawia oścień, ale to też z pokorą należy przyjąć.

A jeśli chodzi o fragment „Jesteśmy uzdrowieni nie wtedy, gdy potrafimy powiedzieć: «w porządku», ale «Przebaczam ci, że mnie zraniłeś, gdyż obdarzyło mnie to wzrostem i jestem wdzięczny, iż tak się stało»” (D i M Linnowie), to ja bym to zinterpretowała troszkę inaczej, niż : „Przebaczam ci, bo – koniec końców – OPŁACIŁO mi się to.”

Za wszystko Panu Bogu trzeba dziękować, nie dlatego, że mi się to opłaciło, choć może i tak być, ale dlatego, że tak chce Bóg:  „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was.” 1 Tesaloniczan 5:18 Mamy za wszystko dziękować, gdyż we wszystkim może być Pan Bóg, nawet w tych sytuacjach, które nam się „nie opłacają”.

W dalszej części artykułu autorka zastanawia się nad techniką uzdrowienia wewnętrznego. Cóż, uzdrowienie wewnętrzne w moim pojęciu jest procesem, który nie można wymóc jakąś techniką. Tu uzdrawia Bóg, a nie technika i to zawsze bardzo mocno podkreślamy na naszych rekolekcjach, by ludzie nie pokładali nadziei w technikach, czy nawet modlitwach, a w samym Bogu.

Wszystko inne to środki, lepsze lub gorsze. To jest właśnie temat do podjęcia szerokiej dyskusji, na temat środków oraz błędów i zagrożeń, jakie mogą wynikać z ich stosowania. Zawsze byłam bardzo wyczulona na wszelkie psychologizowanie uzdrowienia wewnętrznego i widzę wiele zagrożeń z tej właśnie strony. Zdaję sobie też sprawę, że różnie to może wyglądać w różnych wspólnotach i dlatego uważam za konieczne uporządkowanie spraw związanych z uzdrowieniem.

Aleksandra Kowal odnosi się do zaleceń zawartych w książce opracowanej przez Zbigniewa Lityńskiego: „Aby otworzyć się na łaskę uzdrowienia wspomnień, trzeba: 1. dokonać podróży w czasie poprzez historię naszego życia, prześwietlając każdy szczegół, wyciągając na światło dzienne to, co wydaje się bolesne, raniące, co jest źródłem niepokoju, co negatywnie na nas wpłynęło;”

Nie jestem pewna, ale mam wrażenie, że cytowany przez Autorkę na poparcie tezy, że nie należy wracać do wydarzeń z przeszłości, fragment z Biblii „Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. Oto Ja dokonuję rzeczy nowej: Pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?” (Iz 43,18–19). nie bardzo pasuje do całości.

Wniosek Autorki:

”Nie wydaje się więc, aby Pismo Święte taką „podróż w czasie” zalecało.”

Tak na marginesie przyznam otwarcie, że jest mi trudno zrozumieć, w jaki sposób psychice człowieka może pomóc powracanie do jakichś zadawnionych przeżyć, zabliźnionych ran”.

Jako lekarz przytoczę tu takie proste porównanie. Mam pacjentów, którym blizny bardzo utrudniają życie. Kilka osób cierpi na depresję z powodu oszpecenia, a jedna osoba ma przykurcz w stawie łokciowym, kończyna górna ma 50% sprawności. Po to robi się plastyczne operacje, by usunąć blizny, żeby ludziom przywrócić w miarę normalne funkcjonowanie. Może niepotrzebnie? Może lepiej, żeby potraktowali to jako swój krzyż?

Blizny psychiczne tez mają takie właściwości. Nie jest czymś dobrym nieustanne grzebanie w przeszłości, nic to nie daje, przeszłość nie należy do nas. Jednakże czymś innym jest powrót do tej przeszłości ze światłem Ducha Świętego, po to, by nam ukazał, co w tej przeszłości mamy niezałatwionego, co nas rani, co nie pozwala na dalszy rozwój duchowy. Gdy to oddamy Bogu, nie wracamy do tego więcej.

Dalej Autorka pisze: „William Kilpatrick przytacza wyniki badań, które dowodzą, że ludzie poddani psychoterapii oraz ludzie pozostawieni sami sobie jednakowo szybko przychodzili do równowagi psychicznej po traumatycznych wydarzeniach. Wydaje się więc, że czas oraz serdeczna troska najbliższych są w takich wypadkach, jak np. śmierć bliskiej osoby, najlepszym lekarzem i że powracanie po latach do tego rodzaju przeżyć może wyłącznie równowadze człowieka zaszkodzić.”

Jestem w stanie uwierzyć wynikom badań Williama Kilpatricka. Wydaje się to możliwe właśnie w odniesieniu do psychoterapii. Uzdrowienie wewnętrzne wszakże psychoterapią nie jest. Jednakże druga część wniosku, autorstwa, jak podejrzewam, Aleksandry Kowal, budzi we mnie, także jako lekarzu, zdecydowany sprzeciw. Serdeczna troska jest ważna i trudno się bez niej obejść, zgoda, ale nie zgadzam się że powracanie do ciężkich przeżyć może zaszkodzić. Pracuję w środowisku, które znam od mojego dzieciństwa, w związku z tym wiem wiele o swoich pacjentach. Bardzo często widzę źródło ich fizycznych chorób w problemach sprzed lat. To nawet nie jest tylko moje doświadczenie, tego uczą nas na kursach medycyny rodzinnej!

Gdy się „załatwi” problem po Bożemu, często znikają choroby fizyczne. Czas nigdy nie zagoi właściwie problemu, może tylko zabliźnić ranę, jeśli do tego dojdzie, trzeba usunąć bliznę, która uwiera, a to boli. Uzdrowienie też nie jest przyjemnym procesem, ale jest koniecznym, by prawidłowo funkcjonować.

W następnej części artykułu Aleksandra Kowal opisuje techniki jakoby stosowane w procesie uzdrowienia wewnętrznego. Powołuje się przy tym na PsychoHeresy Awareness Ministries – stronę autorstwa Martina i Deidre Bobganów:

Osoba prowadząca modlitwę o uzdrowienie wnętrza poprzez różne techniki zachęca człowieka, aby przypomniał sobie wypadki z przeszłości i powiązał je z obecnymi problemami lub cierpieniem. Może użyć hipnozy albo tylko zasugerować, co mogło się wydarzyć. Podobne sugestie często działają tak samo jak hipnoza na ludzi, którzy są podatni na sugestię lub mają rozwiniętą wyobraźnię. „Uzdrowiciel” może poprowadzić daną osobę ponownie wstecz poprzez przeszłe wydarzenia – które mogły się wydarzyć albo i nie – stosując metodę wizualizacji.

„Uzdrowiciel” nie tylko pomaga tej osobie przeżyć na nowo rzeczywistą czy wyimaginowaną przeszłość, ale także odczuć ten sam ból i cierpienie. Ten wysoce emocjonalny moment uzdrowienia wewnętrznego jest podobny do wprowadzonego przez Freuda pojęcia odreagowania. Albo uprzednio, albo w tym momencie emocjonalnej intensywności zostaje wprowadzona na scenę postać Jezusa, aby przyniósł uzdrowienie

Muszę powiedzieć, że osobiście się nie spotkałam, ani nawet nie słyszałam i jest to trudne do wyobrażenia, żeby ktoś stosował przy uzdrowieniu hipnozę!!! Uzdrowicielem zaś jest Jezus i nikt z osób modlących się o uzdrowienie nie przywłaszcza sobie tego tytułu. Nie wiem, kim są autorzy tych słów, ale bardzo proszę autorkę o wskazanie, kto w Katolickiej Odnowie Charyzmatycznej stosuje hipnozę i nazywa siebie uzdrowicielem.

„Niemniej jednak, chociaż ruch uzdrowienia wewnętrznego uważa się za chrześcijański – w dużej mierze posługując się Pismem Świętym oraz stosując wizualizację czy tylko wyobrażanie sobie Jezusa – ruch ten pochodzi „ze świata” i „z ciała”. Polega na ideach psychologicznych i technikach zebranych i wchłoniętych ze świata. Cały proces przemawia do „ciała”, ponieważ to właśnie „ciało” może być „uzdrowione”, a nie potępione z powodu grzechu. Należy poddać pod rozwagę, czyim dziełem jest to zwiedzenie.”

Bardzo jestem ciekawa, co miała Aleksandra Kowal na myśli, pisząc: „chociaż ruch uzdrowienia wewnętrznego uważa się za chrześcijański”. Jako odpowiedź pozwolę sobie zacytować słowa z I Dokumentu z Malines rozdział pt. „Uzdrawianie” (str. 74)

„Apostolska posługa uzdrawiania była również znana w Kościele postapostolskim. Odnowa pragnie na nowo włączyć się ten aspekt świadectwa biblijnego oraz doświadczenia postapostolskiego w życie dzisiejszego Kościoła. Odnowa zachęca do refleksji nad związkiem między uzdrawianiem a życiem sakramentalnym, szczególnie Eucharystią, Pojednaniem i Namaszczeniem Chorych. Jednym z zadań Odnowy jest stworzenie modelów sprawowania posługi uzdrawiania zarówno w kontekście sakramentalnym, jak i poza nim. Uznaje się, że przedmiotem posług uzdrawiania są uzdrowienia zarówno natury fizycznej jak i duchowej(…) Błędnym jest także przekonanie, że posługa uzdrawiania wyklucza tajemnicę odkupieńczego cierpienia”

Następnie Autorka zadaje istotne pytanie, jakie są cele uzdrawiania wewnętrznego i pada bardzo dziwna odpowiedź – jest to pragnienie osiągnięcia szczęścia.

„Aby przyjrzeć się celom metody uzdrowienia wewnętrznego, znowu posłużę się fragmentem książki opracowanej przez Zbigniewa Lityńskiego:

„Nasze zranienia, w szczególności te nieuświadomione, sprawiają, że nie potrafimy być szczęśliwi […], postępujemy egoistycznie”

„A zatem pragniemy osiągnąć szczęście.”

Bardzo ciekawy wniosek, idąc za logiką Autorki, to mogę śmiało napisać, że pragnieniem życia Aleksandry Kowal posiadanie np. samolotu. A dlaczego? Dlatego, że go nie ma.

Nigdy nie uczymy i nie wydaje mi się, że w innych wspólnotach to się dzieje, że celem życia chrześcijanina jest osiągnięcie szczęścia tu na ziemi. Nie mogę zrozumieć, dlaczego akurat ten fragment posłużył Autorce do odpowiedzi na pytanie o cel uzdrawiania, skoro Zbigniew Lityński użył go w zupełnie innym kontekście.

Wystarczyło natomiast poczytać dokładniej cytowaną wcześniej przez Autorkę stronę http://uzdrowienie–wew.webpark.pl , gdzie jest wyjaśnione, że „celem uzdrowienia wewnętrznego są takie reakcje, które umacniają naszą miłość do Boga i bliźniego tak, aby negatywne reakcje nie wymykały się spod naszej kontroli. Miłość pomaga zintegrować naszą osobowość do pełnej dojrzałości chrześcijańskiej i służby, aby w ten sposób wyrazić swą wdzięczność i uwielbienie Bogu. Uzdrowienia również budują naszą wiarę i pomagają nam znosić trudy pielgrzymowania do ojczyzny, która jest w niebie (por. Flp 3, 20). Uzdrowienie wewnętrzne to proces podczas którego zdążamy do pełnego uzdrowienia – zjednoczenia z Bogiem w wieczności.” Wygodniej jest jednak dopasowywać fragmenty różnych opracowań, nie zawsze najszczęśliwiej dobranych, do swojej koncepcji uzdrowienia wewnętrznego.

Z następnym fragmentem artykułu UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE – ZNAKI ZAPYTANIA całkowicie się zgadzam.

„Tymczasem żeby być szczęśliwym, paradoksalnie trzeba przestać o to zabiegać, trzeba zapomnieć o sobie i o swoich uczuciach, przestać nieustannie wpatrywać się w swoje wnętrze, ale skierować się ku innym ludziom, ku innym sprawom, przeżywać coś całą swoją osobą. Analizowanie własnych uczuć odbiera wszelki autentyzm przeżyciom i powoduje, że w istocie kontemplujemy tylko własne niezaspokojone wnętrze.”

Nieustanne analizowanie uczuć jest niszczące dla człowieka, do niczego dobrego go nie prowadzi. Gdy ludzie nie umieją poradzić sobie ze swoimi uczuciami, właśnie wtedy ich wnętrze jest niezaspokojone i właśnie wtedy nieustannie analizują swe uczucia. Proces uzdrowienia polega na oddaniu tych nieuporządkowanych uczuć Bogu, dopiero wtedy można prawdziwie o nich zapomnieć. Dopiero wtedy można swój wzrok skierować na Boga a nie na swoje uczucia. Jeśli będziemy swoimi siłami usiłowali sobie poradzić z tymi niszczącymi nas uczuciami, efekt będzie mizerny.

Następnie Autorka pisze „A zupełnie już kuriozalny wydaje się tytuł jednego z rozdziałów w książce Linnów: „Zapobieganie nowotworom i ich leczenie poprzez uzdrawianie gniewu i poczucia winy”

Zgadzam się z tym w zupełności, z tym zastrzeżeniem, że książki autorstwa Linnów nikomu bym nie odważyła się polecić. Według mnie jest to typowy podręcznik psychoterapii z użyciem Jezusa. Wiele jest takich pozycji, rzucają one fałszywe światło na proces uzdrowienia.

Następnie Autorka dokonując oceny metody uzdrawiania, pisze:

„Tak właśnie się głosi: Bóg nie ma przystępu do ciebie ze swoją miłością, dopóki nie zostaną uleczone twoje zranienia (samowystarczalność metody).”Jest to nieprawda.My głosimy coś zupełnie przeciwnego – Bóg kocha nas za darmo, kocha nas bezwarunkowo, mimo naszych grzechów, mimo naszych zranień. To Boża miłość leczy nasze rany.

W dalszej części Autorka dokonuje oceny jej uniwersalności :

„Ponadto ta metoda w praktyce jest stosowana do wszystkich bez wyjątku (uniwersalność), głosi się: „Na potrzebę uzdrowienia wewnętrznego mogą wskazywać między innymi: kompleks niższości, nienawiść do samego siebie, poczucie bycia niekochanym przez Boga i ludzi, nienawiść do innych, nieprzebaczenie sobie lub innym, skoncentrowanie się na sobie, złe nastroje, reakcje agresywne, brak opanowania, nadmierny krytycyzm, skrępowanie z powodu trudności fizycznych, emocjonalnych i umysłowych, samotność, odrzucenie, uporczywy smutek, problemy lękowe, chore poczucie winy, doświadczenie bezradności, inercji, trudności w kontaktach z ludźmi, nieśmiałość, zahamowanie, poczucie odrzucenia”.

Wymienionych wskazań jest tak wiele, i prawie wszystkie bez wyjątku subiektywne, że każdy może znaleźć coś dla siebie i usprawiedliwić konieczność poddania się uzdrowieniu. Z tym że przyczyna nazwana powyżej „skoncentrowaniem się na sobie” wydaje się stanowić następstwo uzdrawiania wewnętrznego, które do takiej postawy zachęca i wychowuje, powodując w rezultacie niekończące się seanse uzdrowieńcze, skutkiem których owo „skoncentrowanie się na sobie” sukcesywnie się pogłębia.”

Jeśli chodzi o owe skoncentrowanie się na sobie, powtarzam raz jeszcze i świadczą o tym także wypowiedzi uczestników rekolekcji uzdrowienia, że w wyniku procesu uzdrowienia zaczyna być możliwa postawa oderwania się od siebie, a koncentracji na Bogu. To prawda. że zawsze znajdą się ludzie, którzy będą szukać ciągle różnych uzdrowicieli, jeździć z jednych rekolekcji na drugie, ale to problem tych ludzi, a nie uzdrowienia. Reakcje tych ludzi są takie a nie inne, dlatego, że mają oni wypaczoną osobowość. Są przecież ludzie, którzy np. przystępują bez potrzeby i umiaru do Sakramentu Pokuty (znam osobę, która potrafiła dwa razy na dzień), a nikt przecież na tej podstawie nie zaneguje tego Sakramentu. Może nie jest to zbyt właściwe porównanie, ale Autorka właśnie użyła tu takiej właśnie logiki w odniesieniu do uzdrowienia.

A jeśli chodzi o uniwersalność, to na pewno są ludzie (zdecydowana większość), którzy nie muszą korzystać z rekolekcji, czy modlitw o uzdrowienie. Pan Bóg uzdrawia na różne sposoby, a przede wszystkim poprzez Sakramenty, niemniej jednak uważam, że każdy musi poddać się uzdrowieniu. Nie powinno się mówić, że się nie potrzebuje uzdrowienia, po co byłyby nam dane Sakramenty Uzdrowienia? Jezus właśnie przecież przyszedł do chorych, zdrowi nie potrzebują lekarza, nie potrzebują Jezusa, są samowystarczalni. Wiele osób w Ewangelii Jezus uzdrowił, ale są również inni. Tych jest znacznie więcej. Są ci, którzy nie zdołali nigdy doświadczyć od Jezusa uzdrowienia, ale też byli zawsze przy Jezusie, byli obecni fizycznie, ale nie oddali mu swego serca.
Jedni, tak jak ludzie w Nazarecie, swoją niewiarą związali Jezusowi ręce. Drudzy, jak sprawiedliwi faryzeusze, czy bogaty młodzieniec byli tak porządni w swoich oczach, że nic nie potrzebowali pod Boga.
Był tez tłum, który zawsze otaczał Jezusa. Zagradzał on innym potrzebującym drogę do Jezusa.

Wszyscy potrzebują uzdrowienia, tylko nie wszyscy o tym wiedzą. Trochę sztuczne jest, moim zdaniem, dzielenie uzdrowienia na fizyczne, wewnętrzne i duchowe, Jezus chce uzdrawiać całego człowieka. Jeśli oddaję Jezusowi swoje życie, to pragnę je oddać w całości, dlaczego więc mam zatrzymywać dla siebie moje emocje, uczucia, kompleksy, zwłaszcza jeśli są one chore?

Natomiast jeśli chodzi o zagrożenia, to uważam, że właśnie w tym kierunku powinno się poprowadzić dyskusję. Zagrożeń bowiem jest wiele i trzeba, żeby uświadomić wszystkim ich istnienie i nazwać je po imieniu. To prawda, że często dochodzi do psychologizowania uzdrowienia. Dobrym tego przykładem jest cytowana tu książka Linnów. To prawda, że biorą się za uzdrawianie osoby do tego nie przygotowane i może powstać z tego więcej szkody niż pożytku. To prawda, że często w różnych książkach opisywane są różne dziwne techniki uzdrawiania. Jest na pewno jeszcze dużo innych nadużyć.

Chcę tu wyjaśnić także, że na naszych rekolekcjach staramy się tego wszystkiego unikać, nie ma miejsca także sytuacja, w której „osoby przychodzące na modlitwę o uzdrowienie, ujawniają intymne szczegóły ze swojego życia, grzechy swoje i cudze”. Jest to niedopuszczalne.

Kończąc swój artykuł Autorka zastanawia się nad przyczynami uciekania się do metod psychologicznych. Pisze:

„Co sprawia, że nie wierzymy, że formacja prowadzona przez Kościół jest całościową i pełną formacją osoby, że szukamy ratunku w naukach humanistycznych, między innymi w psychologii? Diagnoza kard. Suenensa jest prosta:
Dzieje się to, gdy „słabnie wiara i rozwija się duchowa letniość.”

Ten sam rozdział zaczyna się od jednak słów:

„Nikt nie zaprzecza użyteczności poznania siebie samego, dla dowartościowania swoich potencjalnych możliwości, tego czym jest ubogacony. Tak więc uznajemy pożyteczność metod badania swego wnętrza. Cały problem polega na tym, aby wskazać w jakiej mierze określony sposób badania jest uzależniony od ukrytej filozofii naturalistycznej”.

W rozdziale XI kard. Suenens stwierdza, że:

„Potrzebna jest dobra psychologia, aby chrześcijanin mógł prawidłowo badać zawartość swego ja, jednak aby owo psychologiczne przedsięwzięcie było dobrym, niezbędne i życiowe jest minimum teologii lub po prostu wiary”

Jeszcze jeden cytat z V Dokumentu z Malines, który tłumaczy, dlaczego ludzie tak powszechnie uciekają do metod, które z chrześcijaństwem nie mają wiele wspólnego: „sukces psychologii humanistycznej i jej „pochodnych”, nawet w środowisku chrześcijańskim, wziął się w dużej mierze z naszego, chrześcijan, grzechu zaniedbania. (…) nie wypracowaliśmy jednak do tej pory w wystarczający sposób pedagogiki, która potrafiłaby harmonizować naturę i łaskę w rozwoju człowieka. Nie zwróciliśmy należytej uwagi na to, co może pomóc człowiekowi w poznaniu siebie samego, otwarciu na innych, wychodzeniu z siebie i dzieleniu swymi bogactwami.”

Działanie zaś Słowa Bożego, Sakramentów w naszym życiu zależy również od naszej wiary. Często tak jest, że ludzie nie doświadczają mocy Jezusa poprzez Sakramenty, bo nie wierzą, a nie wierzą, bo nie mają świadomości, nie rozumieją tego, co dzieje się na Eucharystii, a bierz e się to „w dużej mierze znaszego, chrześcijan, grzechu zaniedbania.”

Nie przeczę, że w dziedzinie uzdrawiania zostało popełnionych wiele błędów, myślę jednak, że nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi. Zdaję sobie też sprawę, że różnie może wyglądać praktyka uzdrawiania w różnych wspólnotach i dlatego konieczne jest jak najszybsze uporządkowanie spraw z tym związanych.

Mam świadomość, że to, co piszę w obronie praktyki uzdrowienia oparte jest tylko i wyłącznie na moim doświadczeniu i na pewno jest skażone subiektywizmem, ale mam nadzieję, że w jakiś sposób przyczyni się do wyprostowania, tego co robi się w procesie uzdrowienia.

ELŻBIETA KUPCZAK


PS
Pisząc odpowiedź na artykuł Aleksandry Kowal codziennie zaglądałam na stronę Apologetyki. Początkowo miałam wrażenie, że artykuł ten jest oficjalnym stanowiskiem twórców Apologetyki. Dzisiaj widzę, że wygląda to trochę inaczej.

Na koniec chciałabym się odnieść jeszcze do Zasad, które opracowali Prowadzący i Uczestnicy III Sesji.

Po ostatnich rekolekcjach my również widzimy, że uczestnikami powinny być osoby pełnoletnie, ponadto chcemy postawić warunek, by w takich rekolekcjach można było brać udział tylko raz.

Bardzo dobrze by to było, gdyby rekolekcje prowadzone były przez wykwalifikowaną kadrę, skąd jednakże ją zdobyć? W mojej pracy widzę ogromną potrzebę korzystania z pomocy chrześcijańskiego psychologa, niestety u nas jest to niemożliwe.

Moim zdaniem niemożliwe jest również, by takie rekolekcje odbywały się raz na rok tylko w Magdalence. Na nasze rekolekcje zgłosiło się w tym roku 190 osób, mogliśmy przyjąć tylko 160. To są dane tylko Diecezji Legnickiej, a reszta? Zapotrzebowanie, przynajmniej u nas, jest ogromne. To nieprawda, mówię to także jako lekarz, że tylko nieliczni potrzebują uzdrowienia. jeśli zaś „TYLKO uczestnicy Odnowy Charyzmatycznej dostrzegają potrzebę uzdrowienia wewnętrznego”, to wydaje mi się, że to dobrze świadczy o Odnowie.

UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE: ZA, A NAWET PRZECIW

Zrobiło się gorąco. Temperatury osiągnęły niebywałe poziomy jak na połowę września, nie tylko na dworze, ale i na łamach apologetyki. Tym gorącym tematem stało się uzdrowienie wewnętrzne. Tekst Aleksandry Kowal na temat uzdrowienia wewnętrznego wywołał tak wielkie zainteresowanie naszych czytelników, że warto dołączyć się do dyskusji na ten temat. Sięgnąłem, na chybił trafił, do dwóch starych numerów „Zeszytów Odnowy w Duchu Świętym” oraz do moich ulubionych charyzmatycznych książek na temat uzdrowienia wewnętrznego, aby zobaczyć, o czym właściwie mówimy, kiedy dyskutujemy o „uzdrowieniu wewnętrznym”.

Okazało się, że w Odnowie Charyzmatycznej jedni, mówiąc o uzdrowieniu wewnętrznym, mają na myśli skutki odpuszczenia grzechów, zwłaszcza w sakramencie pojednania, inni – modlitwy poświęcone obolałej psychice człowieka uwikłanego w sieć zranień, wspomnień, niepowodzeń, niezdolnego do normalnego chrześcijańskiego życia, jeszcze inni zaś nazwą uzdrowienie wewnętrzne określają specjalne techniki, czyli metody rekolekcyjne stosowane w celu uwolnienia od owych zranień, zwłaszcza w czasie specjalnych rekolekcji o uzdrowieniu wewnętrznym.

Uzdrowienie – dlaczego akurat „wewnętrzne”?

Określenie „uzdrowienie wewnętrzne” nie występuje w Piśmie Świętym i zostało wprowadzone do użytku modlitewnego zdecydowanie niedawno. Najpopularniejsze jest w kręgach Odnowy Charyzmatycznej. Dobrze więc byłoby wyjaśnić na wstępie, o co tu właściwie chodzi. Dlaczego w ogóle mówimy o uzdrowieniu „wewnętrznym”?

Pewnie dlatego, że kiedy mówi się o „uzdrowieniu”, to zwykle kojarzy się to z uwolnieniem od choroby ciała. Ponieważ wiele takich chorób łatwo zauważyć przy pierwszym zetknięciu z chorymi osobami (np. chromi, głusi, ślepi, trędowaci), stąd uzdrowienie ma charakter – w tym właśnie sensie – „zewnętrzny”: od razu widać, że coś niezwykłego przytrafiło się choremu. Mnóstwo miejsc w Ewangelii i w Dziejach Apostolskich o tym opowiada.

Nazwę „uzdrowienie wewnętrzne” stosuje się więc dla podkreślenia, że chodzi o coś innego. Że uzdrowienie, owszem, następuje, ale w dziedzinie nie poddającej się tak łatwo obserwacji jak ślepota, głuchota, niemożność chodzenia czy trąd. Coś dzieje się w niewidocznym „środku” człowieka, właśnie „wewnątrz” niego. Co też może się tam dziać i co właściwie jest „w środku” człowieka?

Jest tam to, co nazywamy „duchem”, i to, co nazywamy „psychiką”[1]. Uzdrowienie „wewnętrzne” odnosi się więc zapewne do przywrócenia zdrowia ludzkiemu duchowi i ludzkiej psychice.

1. Biblijna metoda uzdrowienia wewnętrznego: odpuszczenie grzechów

W sensie właściwym chorobą ludzkiego ducha nazywamy w chrześcijaństwie grzech. Grzech to sprzeciwianie się człowieka Bożemu Prawu wskutek odwrócenia się od miłości Bożej. Uzdrowienie z grzechu polega na jego odpuszczeniu. W biblijnym nauczaniu najważniejszą okazją do doznania tego uzdrowienia jest chrzest: „Niech każdy z was ochrzci się na odpuszczenie grzechów waszych” (Dz 2,38). Uzdrawianie z duchowej choroby grzechu polega też na spotkaniu z Jezusem w sakramencie pojednania: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone” (J 20,23).

Jak z tego wynika, rekolekcje o uzdrowieniu wewnętrznym powinny polegać w pierwszym rzędzie na uświadomieniu ludziom ogromu miłosierdzia Bożego, następnie na doprowadzeniu ich do świadomości grzechów oddzielających ich od Boga, by później przypomnieć im, jak Bóg udziela odpuszczenia grzechów. Nieochrzczeni niech więc przygotują się w wierze do przyjęcia chrztu (w polskich warunkach raczej rzadki przypadek), a ochrzczeni niech przygotują się do sakramentu pojednania, czyli do spowiedzi.

Jeśli jasno nazwiemy, co nazywa się w chrześcijaństwie chorobą ducha (grzech) i jakie są biblijne środki uzdrowienia (chrzest, pokuta), to – być może z pewnym zdziwieniem – zauważymy, że typowe rekolekcje wielkopostne dla ludu w większości naszych parafii to świetne rekolekcje o uzdrowieniu wewnętrznym: wiele mówi się tam o grzechu, o Bożym przebaczeniu, dba się o to, by nie zabrakło okazji do spowiedzi. Chorzy na grzech doznają uzdrowienia (rozgrzeszenia) i proponuje się im drogę dla zdrowych: życie w łasce Bożej.

Jeśli pamiętamy o tym nauczaniu biblijnym, to jasne też stanie się, że popularne w Odnowie Charyzmatycznej siedmiotygodniowe Seminaria Odnowy Życia w Duchu Świętym to nic innego jak rekolekcje Bożego uzdrowienia wewnętrznego (z wewnętrznej choroby grzechu) prowadzące do tego, by przyjąć rozgrzeszenie (czyli uzdrowienie wewnętrzne z grzechu) i dar nowej obecności Ducha Świętego (wewnętrzne zdrowie).

Nauka Kościoła katolickiego jasno potwierdza taką wizję uzdrowienia wewnętrznego w Katechizmie, obficie mówiąc o „chorobie”, „lekarzu” i „uzdrowieniu”:

„Nasz Pan Jezus Chrystus, lekarz naszych dusz i ciał, chciał, by Kościół mocą Ducha Świętego kontynuował Jego dzieło uzdrawiania i zbawiania. Jest to celem dwóch sakramentów uzdrowienia: sakramentu pokuty i namaszczenia chorych” (por. KKK 1421).

Dalej: „Sakrament pokuty leczy powracającego do komunii kościelnej” (KKK 1469). Co to znaczy? Leczy z grzechu najpierw przez pojednanie z Bogiem. Są też jednak dalsze skutki pojednania z Bogiem. Nieco podobnie jak skutkiem włączenia światła będzie jego rozchodzenie się coraz dalej i dalej, po wszystkich sferach oświetlanej przestrzeni, tak i łaska w sercu człowieka przyniesie kolejne fale uzdrowienia:

„Pojednanie z Bogiem rodzi dalsze pojednania: penitent jedna się z samym sobą w głębi własnego ja, odzyskując wewnętrzną prawdę, jedna się z braćmi, w jakiś sposób przez niego skrzywdzonymi i znieważonymi, jedna się z Kościołem, jedna się z całym stworzeniem” (por. KKK 1469).

Jak dotąd sprawa wydaje się jasna. Biblijne źródło i wypływający z niego strumień życia kościelnego rzeczywiście mówią o wewnętrznej chorobie grzechu, rzeczywiście podają jej przyczyny i rzeczywiście podają metodę jej uzdrowienia: wewnętrznego uzdrowienia. Częścią tej metody jest powracanie w myślach do przeszłości: ma przybrać postać pytania, w czym ja skrzywdziłem innych (co ciekawe: nie przybiera postaci pytania: w czym inni skrzywdzili mnie; zanurzanie się w to drugie pytanie bywało nawet nazywane w tradycyjnych rachunkach sumienia grzechem rozpamiętywania: czy nie rozpamiętywałem swoich krzywd?)

Jeśli członkowie naszych grup charyzmatycznych są właściwie uformowani, obyci ze słownictwem biblijnym i z terminologią kościelnego nauczania, to kiedy w kręgach Odnowy charyzmatycznej zapowie się „rekolekcje o uzdrowieniu wewnętrznym”, uczestnicy powinni zrozumieć to na pierwszym miejscu jako cykl spotkań na temat grzechu, sakramentalnego obmycia z grzechu i o wynikającej z tego nieuchronnie łasce uzdrawiania ludzkich wnętrz.

Tak być powinno. I często tak bywa. Kiedy o. E. Tardiff wypowiadał się na ten temat dla polskiej Odnowy, wyraził się tak: „sakrament pojednania jest swego rodzaju uprzywilejowanym miejscem uzdrowienia wewnętrznego”[2]. Podobnie mówiła s. Briege McKenna: „w sakramencie pojednania Jezus przychodzi, by oczyścić nasze dusze z trądu i uzdrowić nasze życie ze skutków grzechu”[3]. Zamieszczone zaraz po jej artykule „Dwanaście kroków wiodących ku uzdrowieniu wewnętrznemu” trudno odróżnić (i całe szczęście!) od omówienia dobrze znanej z katechezy listy warunków dobrej spowiedzi lub od (nieco mniej znanego) przepisu na nawrócenie Anonimowych Alkoholików.

2. Uzdrowienie skołatanej psychiki

Hasło „uzdrowienie wewnętrzne” bywa więc kojarzone, jak widzimy, z sakramentalnym uzdrawianiem z choroby grzechu. Ale niekoniecznie: oto na pytanie: „czy każdy potrzebuje uzdrowienia wewnętrznego?” – pada odpowiedź wcale nie zaczynająca się od słów: „tak, bo każdy jest grzeszny”, tylko: „każdy bez wyjątku doświadczył zranień, które wywarły wpływ na nasze zachowanie. Te rany przejawiają się jako […] smutek, strach, lęki nocne, obsesje”[4].

Drugie skojarzenie z określeniem „uzdrowienie wewnętrzne” to także troska o obolałą psychikę człowieka. Każdy doznał w ciągu swojego życia wielu zranień, wskutek tego jest uwikłany w sieć wspomnień o niepowodzeniach i odrzuceniach. Niektórzy – jak widać – sugerują, że skutkiem tej niemiłej sytuacji jest to, że człowiek jest niezdolny do normalnego chrześcijańskiego życia, zanim nie podda się specjalnym zabiegom modlitewnym zwanym w tym właśnie drugim znaczeniu „uzdrowieniem wewnętrznym”. Schorowana psychika woła o uzdrowienie, bez którego nie można ani doświadczyć miłosierdzia Bożego, ani normalnych relacji z ludźmi. Aby to uzdrowienie nastąpiło, konieczne jest poddanie się uzdrowieniu wewnętrznemu jako element normalnej formacji ku dojrzałości chrześcijańskiej. W wielu grupach Odnowy Charyzmatycznej taki element faktycznie proponuje się każdemu uczestnikowi albo w ramach Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym (Rekolekcje Ewangelizacyjne Odnowy), albo w postaci osobnych rekolekcji uzdrowienia wewnętrznego, znów zalecanych wszystkim bez wyjątku).

3. Metody uzdrowienia wewnętrznego: powrót do przeszłości

W jeszcze innych przypadkach nazwą „uzdrowienie wewnętrzne” określa się konkretne metody, za pomocą których pragnie się uwolnić człowieka od jego bolesnych obrażeń duchowych i psychicznych. Kiedy pewien znany propagator uzdrowienia wnętrza mówi: „podczas mojej pracy w posłudze uzdrowienia zaangażowałem się w proces uzdrowienia wewnętrznego” – to nie ma na myśli, że często spowiada ani też że w jakiś ogólny sposób modli się o umocnienie wątpiących i pokrzepienie zagubionych serc. Chce wyrazić coś innego: chodzi o „kontakt z duszą dziecka we wnętrzu dorosłego” oraz o „przyprowadzenie tego zranionego dziecka do Pana Jezusa Chrystusa”[5]. Wtedy uzdrowienie wewnętrzne oznacza dobrze sprecyzowany zestaw technik duchowych i psychologicznych stosowanych w wielu środowiskach Odnowy Charyzmatycznej dla osiągnięcia upragnionego celu: wewnętrznego zdrowia.

Często możemy zaobserwować, że te metody mają tendencję do swoistej gradacji.

Zaczynają się od pragnienia uzdrowienia wspomnień. Zachęca się więc człowieka, by przypominał sobie rozmaite bolesne momenty z życia, szczególnie momenty zawinione przez innych. Następnie stosuje się technikę wyobrażania sobie, że te trudne momenty przeżywam raz jeszcze, tym razem z Jezusem. Wyobrażam też sobie, że Pan Jezus wypowiada rozmaite pocieszające słowa i wskutek tego przykre doznanie jest łatwiejsze do zniesienia. Niekiedy nawet twierdzi się, że to moje wyobrażenie faktycznie zmienia przeszłość. Jest ona inna niż była wcześniej, przed moimi wyobrażeniami, a to dlatego, że przecież Jezus jest Panem czasu i jest mu wszystko jedno, czy zmienia sytuację dziś, czy sytuację sprzed 20 lat. Przy uzdrawianiu wspomnień przez modlitwę: „Panie, uzdrów moje serce, uzdrów moje wspomnienia” – rozumie się „moje wspomnienia krzywd, jakich doznałem od innych”.

Drugim stopniem jest sugerowanie, że wiele krzywd mogło zostać przeze mnie zapomnianych, a więc leżą już tylko w nieświadomości i stamtąd prowadzą swoją niszczycielską działalność. Wskutek tego w ich wydobyciu na jaw często muszą służyć pomocą objawienia prorocze i słowa poznania animatorów charyzmatycznych, którzy podpowiedzą, o jakich doznanych przeze mnie krzywdach już nie pamiętam. „Panie, uzdrów to małe dziecko, którym byłem, i uzdrów moje zranienia”.

Trzecim stopniem jest sięganie po krzywdy doznane w życiu płodowym. Z natury rzeczy człowiek nie pamięta żadnych scen z tego okresu życia, ale jednak bywa zachęcany, aby i ten okres objąć modlitwą o uzdrowienie wewnętrzne. „Panie, wejdź ze mną aż do chwili, w której zostałem poczęty w łonie mojej matki. Jeśli byłem dzieckiem niechcianym, proszę, uzdrów mnie, Jezu!”

Wreszcie czwartym spotykanym w praktyce stadium jest kontynuowanie tego swoistego powrotu do przeszłości aż poza moment poczęcia. Jak jest to możliwe? Jest, mianowicie przez uzdrowienie międzypokoleniowe. Wydawnictwo jednego z ośrodków Odnowy w Duchu Świętym taki właśnie sposób uzdrowienia zaleca: „negatywne czyny i postępowanie przodków mogą dostać się do naszej «krwi» i pobrać opłatę od przyszłych pokoleń”, a to dlatego, że są „zakodowane genetycznie w systemie i ujawnią się w przyszłych pokoleniach[ ]: „jeśli ja się złoszczę, to może i mój ojciec ciągle się złościł, i dziadek również”. (Nawiasem mówiąc, na dziadku się nie kończy, bo przecież „dziękujemy ci, Panie, za uzdrowienie rygorystycznego życia w trzynastym pokoleniu matki”).

Oprócz powrotu do przeszłości bywa też oferowana wędrówka z Panem Jezusem w przyszłość: możemy mianowicie wyobrazić sobie złe doświadczenia, które jeszcze się nie wydarzyły i prosić niejako z góry o uzdrowienie negatywnych reakcji na nie[6].

Kilka ważnych pytań

Myślę, że dopiero po ustaleniu tych trzech znaczeń, w jakich występuje w popularnym nauczaniu charyzmatycznym nazwa „uzdrowienie wewnętrzne”, warto kontynuować dyskusję. Po pierwsze, zadajmy pytanie, jakie znaczenie uzdrowienia wewnętrznego tak krytycznie oceniła Aleksandra Kowal.

Na pewno nie w pierwszym znaczeniu, czyli uzdrowienia wnętrza człowieka chorego na grzech za pomocą odpuszczenia grzechu przez Boga. W definicjach, które podała, nie pojawia się w ogóle ani pojęcie grzechu, ani pojęcie odpuszczenia grzechów.

Część tekstu odnosi się za to na pewno do uzdrowienia wewnętrznego w drugim znaczeniu: zainteresowanie polepszeniem stanu psychicznego, relacji międzyludzkich, uśmierzenia niepokoju, bólu czy poczucia krzywdy. Tu leży pewna niedoskonałość tego tekstu: ktoś mógłby odnieść wrażenie, że chrześcijaninowi powinno być wszystko jedno, czy ktoś jest targany wewnętrznymi sprzecznościami czy też żyje w pokoju. Tymczasem z całą pewnością tak nie jest. Tak jak lepiej być zdrowym na ciele niż chorym, tak samo lepiej jest mieć serce pełne pokoju i cieszyć się miłymi relacjami ze wszystkimi naokoło niż być obolałą ofiarą swojej przeszłości.

Jednak zasadnicze zainteresowanie A. Kowal odnosi się do dwóch rzeczy:

(1) nadmiernego zainteresowania swoim dobrym samopoczuciem, tak jakby niemal wchodziło to w zakres obowiązków Pana Boga wobec człowieka;

(2) traktowania pewnych metod uzdrowienia wewnętrznego, na przykład wędrowania w wyobraźni w czasie, jako wniosku z czytania Pisma Świętego.

W związku z tymi dwoma obszarami zainteresowania nasunęły mi się pewne pytania do dyskusji, kontynuujące pytania A. Kowal (tu uwaga: nie bójmy się dyskutować! – niech przykładem będzie nam o. DeGrandis, który miał odwagę napisać: „nie jestem ekspertem w tej dziedzinie – mam tylko nadzieję, że uda mi się wzbudzić zainteresowanie i zachęcić do badań, które przyczynią się do powstania dalszych wytycznych postępowania”).

Pytanie pierwsze, dotyczące zacierania prawdy o grzechu

Zdarza się, że częścią metod uzdrawiania wewnętrznego bywa nadmierne podkreślanie Bożej akceptacji dla swojego stworzenia. Owszem, jest prawdą, że Bóg kocha każdego z nas takiego, jakim jest, ale czy wynika z tego Jego obojętność wobec grzechu?

Oto przypowieść o celniku i faryzeuszu. W nowej, charyzmatycznej interpretacji poszukiwacz uzdrowienia wewnętrznego dowiaduje się, że celnik się z całą pewności nie nawrócił, a pomimo to Bóg mu i tak przebaczył: „Nie nawrócił się, bo gdyby się nawrócił, straciłby pracę. Nie jest nawrócony”[7]. Nic nie szkodzi, bo „Bogu podoba się modlitwa złego człowieka, a nie tego dobrego”, jakim był faryzeusz.

Podobnie nowe wyjaśnienie zadziwiającej wypowiedzi Jezusa: „celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa” (Mt 21,31). W nowej interpretacji przestaje to być wezwaniem do nawrócenia: „Dlaczego celnicy i nierządnice wejdą do nieba prędzej? Ponieważ wiedzą, że są grzesznikami, wiedzą, kim są, żyją w prawdzie, nie kłamią”. Czy rzeczywiście złodziej, który śmiało mówi zgodnie z prawdą „jestem złodziejem i dalej nim będę”, to typ osoby, która żyje w prawdzie? A co z ewangelicznym „idź i nie grzesz więcej”?

Pytanie drugie, dotyczące przebaczenia

Czy to prawda, że „Jezus wybacza mi właśnie teraz i za każdym razem, gdy żałuję za swój grzech”[8]? Owszem, jeśli słowo „żal” rozumiem biblijnie, jako postawę życiową. Ale jeśli rozumiem je w nowoczesnym wydaniu w sensie „ile razy poczuję żal” to nie jest to prawdą.

Biblia nie całkiem tak uczy o przebaczeniu: „Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim sędzią” (1 Kor 4,4). „Jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień” (Mt 6,15). „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam” (1 J 1,9). Jeśli „wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw twój dar przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim” (Mt 5,23-24). Zdaje się, że dość dobrze odzwierciedla tę biblijną naukę to, czego nauczyliśmy się na katechezie o pięciu warunkach dobrej spowiedzi. W każdym razie do odpuszczenia grzechów trzeba więcej niż uczucie żalu.

Nadmierne skoncentrowanie na wartości wewnętrznych odczuć i poruszeń serca może rzeczywiście skłaniać do pomniejszania wartości obiektywnych sposobów odpuszczenia grzechów. Oto dowiadujemy się z jednej z charyzmatycznych konferencji na temat uzdrowienia wewnętrznego: „Powinienem się wyspowiadać ze wszystkich grzechów ciężkich. Tak naucza Kościół katolicki. Ale Jezus nie czeka na to, aby mi wybaczyć. On wybacza mi, zanim przystąpię do spowiedzi. Dlaczego więc powinienem się spowiadać? Aby pogodzić się z Kościołem”[9].

Nie wydaje się to być w zgodzie z tym, czego naucza Kościół katolicki, który nie zna takiego rozdzielania na pojednanie z Bogiem (wyłącznie przez wewnętrzne akty grzesznika) i pojednanie z Kościołem (przez zewnętrzny gest sakramentalny). Kościół uczy: „Celem i skutkiem sakramentu [pojednania] jest pojednanie z Bogiem” (KKK 1468), oraz dalej, że jednocześnie ten sam sakrament, „jedna nas z Kościołem” (KKK 1469). Tak, skutkiem sakramentu jest pojednanie z Bogiem oraz z Kościołem.

Może dlatego zapowiedź rekolekcji o uzdrowienie wewnętrzne w Odnowie Charyzmatycznej mniej kojarzy się z przygotowaniem do dobrej spowiedzi, a bardziej z pytaniami: „czy twoi rodzice kłócili się, kiedy twoja matka była w trzecim miesiącu ciąży z tobą”, albo z proroctwami w stylu: „twoja matka cierpiała na depresję, kiedy miałeś roczek i właśnie wtedy wypadłeś z łóżeczka”.

Pozostaje też inne ciekawe pytanie: dlaczego w Odnowie Charyzmatycznej rekolekcje o uzdrowieniu wewnętrznym są często czymś dodatkowym, po seminarium życia w Duchu Świętym, dlaczego w wielu ośrodkach takie rekolekcje uważa się za konieczny etap formacji członka ruchu charyzmatycznego po seminarium (REO), dlaczego wreszcie w wielu wersjach takich seminariów dołączono dodatkowe spotkania pod nazwą modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne?

Czyżby nie wszyscy podzielali optymizm autorów Katechizmu w sprawie uzdrawiającej mocy Ewangelii? Czy nie kryje się za tym przypuszczenie, że zwykle po prostu wcale tak nie będzie, że człowiek doprowadzony do pokuty i wyznania grzechów po przyjęciu uświęcającej łaski Bożej, mocy Ducha i po zachęcie do aktywnego życia we wspólnocie Kościoła – że taki człowiek „pojedna się z samym sobą w głębi własnego ja, odzyskując wewnętrzną prawdę, pojedna się z braćmi, w jakiś sposób przez niego skrzywdzonymi i znieważonymi, pojedna się z Kościołem, pojedna się z całym stworzeniem” (por. KKK 1469). Czy nie kryje się za tym myśl, że zwykle wcale tak się nie będzie działo i dlatego trzeba znaleźć inną metodę: po prostu taką, która jest bardziej skuteczna?

Pytanie trzecie, co do technik stosowanych w uzdrowieniu wewnętrznym, a zwłaszcza wizualizacji

Do kolejnych, potęgujących się prób powracania w wyobraźni do przeszłości dołączają się metody usunięcia zranienia w chwili jego powstania, czyli – ni mniej, ni więcej – w przeszłości. Polega to na wyobrażaniu sobie, że Jezus staje koło nas, wyobrażaniu sobie, że odbywa z nami wędrówkę w czasie, cofa się – ciągle razem z nami – do czasu naszego dzieciństwa, życia płodowego (a nawet, w wypadku uzdrowienia międzypokoleniowego, o kilkaset lat wstecz!) – i tam wypowiada słowa uzdrowienia: „W wyobraźni doprowadziliśmy przodka przed miłujące oblicze Jezusa Chrystusa”[10]. Często dochodzi do tego też wyobrażanie sobie, że kogoś przepraszam: „Widzę tę osobę w moich myślach. Zarzucam jej ręce na szyję i mówię do tej osoby: przebaczam ci”[11].

Ta praktyka rodzi poważne pytanie: czy moja wyobraźnia to stosowne narzędzie, by skłonić Boga do zaplanowanego przeze mnie postępowania? Czy można zarzucić ręce na szyję osobie nieobecnej (lub dawno temu zmarłej) za pomocą sił wyobraźni? Czy nie pozostaje to wszystko – no właśnie, po prostu wyobraźnią? I czy chrześcijaństwo to religia wyobraźni?

Cele metody

Aleksandra Kowal pisze: „Niejawnym celem całego procesu staje się po prostu wyleczenie człowieka z konkretnej choroby lub zapobieganie następnym”. Wiąże się to z ważnym problemem systematycznego rozbudowywania nierealistycznych oczekiwań dotyczących uzdrowienia w Odnowie Charyzmatycznej. Zresztą tu problem jest szerszy, bo dotyczy już nie tylko uzdrowienia wewnętrznego, ale i całkiem zwyczajnie „zewnętrznego”.

W ruchu Odnowy można spotkać się regularnie z takim stawianiem problemu uzdrowienia: „Dlaczego nie wszyscy zostają uzdrowieni?”. Gdyby ktoś nigdy nie był na spotkaniach z modlitwą o uzdrowienie, to myślałby, że pytanie to zrodziło systematyczne powtarzanie się takiej oto sytuacji: zwykle na modlitwę o uzdrowienie przyjeżdża 20 osób na wózkach inwalidzkich. Zwykle po modlitwie 18 z nich zostawia swoje wózki, a dwie osoby – nie wiadomo dlaczego nieuzdrowione – odjeżdżają na wózkach. I trudno to wyjaśnić. Albo: przyszło 30 osób z legitymacją związku niewidomych. Dwadzieścia sześć zostawiło po modlitwie swoje legitymacje, bo nie będą im już więcej potrzebne. Powstaje trudne pytanie: dlaczego cztery osoby zostały nieuzdrowione? Czy to nie dziwne?

Postawienie problemu: „Dlaczego nie wszyscy zostają uzdrowieni?” – sprawia wrażenie, jakby realia modlitwy o uzdrowienie wyglądały tak, że znakomita większość chorych zostaje w czasie konkretnej sesji modlitewnej uzdrowionych, a nie wiadomo dlaczego nieliczni pozostają nieuzdrowieni. Jednak takie pytanie mogłoby powstać tylko u kogoś, kto nigdy na takich modlitwach nie był, a nie u kogoś, kto ich oglądał dziesiątki, zarówno u katolików, u protestantów, jak i w rozmaitych wspólnotach wolnokościelnych[12]. Wielokrotnie rozmawiałem z ludźmi, którzy zapewniali mnie, że Jezus dość szybko uzdrawia większość chorych niezależnie od ich choroby, że jest to tylko kwestia wiary. Zwykle pytałem wtedy: „A gdzie wasza wspólnota ma magazyn wózków inwalidzkich, które jako niepotrzebne zostały po modlitwach? Znam ludzi, którym taki sprzęt mógłby się przydać”.

Ponieważ realia są takie: z ciężkich chorób, które widać gołym okiem (wózek inwalidzki, ślepota, niedorozwój umysłowy), uzdrowienia są niezwykle rzadkie, nie częstsze niż w Lourdes, czyli jedno na wiele tysięcy modlitw. Wiele grup modlących się o uzdrowienie (grup katolickich, protestanckich i wolnokościelnych) po latach modlitw nie ma na stanie ani jednego niepotrzebnego wózka inwalidzkiego pozostawionego przez uzdrowioną osobę.

Problemem nie jest: „Dlaczego nieliczni nie są uzdrowieni”, tylko stanięcie w prawdzie: bardzo rzadko następuje uzdrowienie z ciężkich chorób. Realia wyglądają tak: chociaż sala jest pełna inwalidów to świadectwa uzdrowienia dotyczą przeważnie ustania bólu głowy i łatwiejszego poruszania sztywną nogą. Statystycznie mało jest świadectw uzdrowienia z ciężkich chorób. Chorzy na wózkach w znakomitej większości zostają na wózkach, a niewidomi od urodzenia – w większości pozostają niewidomi.

W związku z modlitwą o uzdrowienie wewnętrzne warto zadać sobie pytanie, czy nie towarzyszą jej podobnie nierealistyczne oczekiwania co do jej skuteczności.

P R Z Y P I S Y :
[1] Np. kiedy o. Józef Augustyn wypowiadał się o uzdrowieniu wewnętrznym na użytek Odnowy Charyzmatycznej, to od razu skierował rozmowę na te właśnie tory: J. Augustyn, Uzdrowienie wewnętrzne, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” nr 4 (1995), s. 20.
[2] E. Tardif, Przebaczenie i uzdrowienie wewnętrzne, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” nr 4 (1995), s. 43.
[3] B. McKenna, Prawdziwe uzdrowienie, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” nr 4 (1995), s. 13.
[4]Co niesie życie, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” nr 4 (1995), s. 13.
[5] Por. R. DeGrandis, Uzdrowienie międzypokoleniowe, Łódź 2003, s. 13.
[6] D. Linn, M. Linn, Uzdrowienie ludzkich zranień, Kraków 1993.
[7] Por. R. Faricy, Konferencja I, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” nr 1 (1999). s. 13.
[8] Por. tamże, s. 6.
[9] Por. tamże.
[10] Por. R. DeGrandis, Uzdrowienie międzypokoleniowe, dz. cyt., s. 7, 14, 21, 95.
[11] Por. R. Faricy, Konferencja II, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” nr 1 (1999). s. 20.
[12] Osobom, które nie mają czasu, aby w dziesiątkach takich sesji uczestniczyć, pozostaje lektura, np. S.J. Pullum, „Foul Demons, come Out”: The Rhetoric of Twentieth-Century American Faith Healing, Westport (Conn.)/London 1999.

APOLOGIA «BEZPRZYMIOTNIKOWEJ» MODLITWY O UZDROWIENIE

Do artykułu ustosunkuję się najpierw podkreślając jego niewątpliwe zasługi w wytknięciu poważnych nadużyć w praktyce modlitwy o uzdrowienie. Niemniej potem zastanowię się nad wyraźnymi nieścisłościami, jakie on zawiera i które mogą byc przez drugą stronę (częściowo słusznie) posądzone o złą wolę, o bezpardonową walkę z praktyką uzdrawiania w Odnowie itp. Wreszcie postaram się wskazać coś, czego w tym artykule w ogóle nie ma, mianowicie na propozycję normy regulującej prowadzenie modlitwy o uzdrowienie.

I. Zasługi

Zasługą tego wysoce polemicznego artykułu jest przede wszystkim to, że zwraca uwagę na grube nadużycia, które zdarzaja się gdzieniegdzie w takich czy innych wspólnotach i grupach modlitewnych Odnowy.

1/ Samo określenie «uzdrowienie wewnętrzne» jest w zasadzie niebiblijne. W hebrajskiej antropologii człowiek jest jednością ciała (basar), duszy (nefesz) i ducha (ruach) – por. 1Tes 5,23.

Rozróżnianie uzdrowień cielesnych i psychicznych nie ma w tej pespektywie większego sensu. Dla Żydów każda część ciała reprezentuje jakąś władzę psychiczną (prawica, nerki, żółć/wątroba, serce, kości…) i gdy uzdrawiana jest jakaś częśc ciała – jest też równocześnie uzdrawiana część psychiki reprezentowana przez tę część.

Otóż krwotok jest dla Hebrajczyka tożsamy z upływem życia, osoba dotknięta tą dolegliwością jest uważana za nieczystą. Gdy Pan Jezus uzdrawia kobietę cierpiącą na krwotok, uzdrawia też jej poczucie wstydu i niegodności, który kazał jej desperacko szukać pomocy u licznych lekarzy przez kilkanaście lat (por. Mk 5,25-34).

Z tego powodu w Piśmie św. dominuje zdecydowanie opis uzdrowień « fizycznych», ponieważ są one bardziej zgodne z « konkretną» mentalnościa semicką i zakładają niemal zawsze także uzdowienie «wewnętrzne».

A zatem koncentrowanie się na uzdrawianiu pamięci, zranień wywołanych przeszłymi wydarzeniami itp. może byc słusznie podejrzewanie o wszelkiego rodzaju freudyzm i modernizm, którego w Ewangelii po prostu nie ma: tam uzdrowienie jest «bezprzymiotnikowe».

2/ Inną słuszną obserwacją jest zauważenie niebezpiecznego nachodzenia na siebie psychologii i spraw ściśle duchowych. Jeśli uzdrowienie pamięci utożsamia się z odpuszczeniem grzechu – to jest to herezja. Jeśli do uzdrawiania pamięci wprzęga się ignacjańską medytację i każe się w niej Panu Jezusowi wypowiadać słowa, których nigdy nie wypowiadał – to jest już tylko krok do okultyzmu i magii potępionych bez ogródek przez Pisma obu Testamentów. Jeśli modlitwa o uzdrowienie staje się stopniowo techniką psychoanalityczną – to tym samym rzeczywiście sprowadza się wiarę chrześcijańską do higieny psychicznej.

3/ Wreszcie Autorka słusznie broni tezy, że warunkiem wstępnym życia chrześcijańskiego nie jest uzdrowienie, ale uznanie własnej grzeszności i nawrócenie. Bez tego uzdrowienie może być dla człowieka bardziej zgubne od choroby, bo może doprowadzić do przekonania, że uzdrawianie (w szczególności sfery psychicznej) jest zbawianiem człowieka.

II. Nieścisłości i wątpliwe tezy

Tu będę bezpośrednio cytował fragmenty z artykułu i komentował je.

1/ «Polska Odnowa w Duchu św. poświęca [uzdrowieniu wewnętrnemu] specjalną stronę internetową»

Otóż wymienioma strona (uzdrowienie-wew.webpark.pl) to po prostu streszczenie pracy licencjackiej Wojciecha Godlewskiego + komentarz innego autora co do praktyki egzorcyzmów (wydaje się być poprawny teologicznie). Nie ma tam żadnego «Imprimatur» biskupa Dembowskiego, odpowiedzialnego za Odnowę w Polsce. Nie ma też żadnego odwołania się do Centrum Koordynacyjnego «Magdalenka» itp. instytucji. Jest to po prostu strona prywatna.

2/ «…pojęcie uzdrowienia wewnętrznego oraz pomysł takiej praktyki zrodził się dopiero 50 lat temu…. nie może mieć… swoich źródeł w Piśmie św. Tradycji i nauce Kościoła»

No cóż, kiedy śledzimy historię różnych praktyk w Kościele Zachodnim, widzimy tu wyraźną ewolucję. Spowiedź indywidualna w starożytności i wczesnym średniowieczu nie istniała, była tylko praktykowana publiczna pokuta chrześcijan, którzy dopuścili się grzechu ciężkiego. Wprowadzenie obowiązkowej corocznej spowiedzi w XIII wieku było istną rewolucją. [Fakt, że rewolucję tę zapoczątkował Rzym, a nie pani Sanford…] Praktyka adoracji Najśw. Sakramentu też zjawiła się dopiero w połowie średniowiecza. Problem polega tylko na zaakceptowaniu nowych praktyk przez Magisterium, a nie na tym, że dotąd czegoś podobnego nie było ! Zmiany cywilizacyjne prowadzą przecież do zmian warunków egzystencji Kościoła, i to musi być brane pod uwagę w formach modlitwy, sprawowania sakramentów, dzieł charytatywnych itp. Jeślibyśmy tego postulatu nie uznawali, to znaczy że stoimy na gruncie prawosławia, które uważa, że wszystko w zasadzie zostało juz raz na zawsze ustalone w tzw. Pierwszych wiekach i żadne zmiany nie są pożądane. Tam nie ma adoracji konsekrowanej Hostii, bo niczego takiego w Tradycji pierwszego tysiąclecia doszukać się nie sposób (proszę o tym porozmawiać z prawosławnymi !).

3/ «zacieranie prawdy o grzechu»

Owszem, jeśli autentyczną modlitwę o uzdrowienie zastępuje technika psychologiczna, to jest to prawda. Niemniej Autorka przyjmuje, że w zasadzie wszyscy «zwolennicy uzdrowienia wewnętrznego» – jak to dość nonszalancko określa – mają charakterystyczne poglądy, które w katolickiej ortodoksji się nie mieszczą. Uważam tego typu określenia za wysoce niesprawiedliwe, a przynajmniej w stosunku do wielu braci i sióstr, z którymi się modliłem wstawienniczo i którzy na pewno pod tę kategorię nie podpadają.

Powiedziałbym tu coś wręcz przeciwnego: rzeczywistość uzdrowień pozwala dopiero zobaczyć dramat grzechu we właściwym świetle i może przyczynić się do pogłębienia doktryny katolickiej na ten temat.

Otóz Katechizm w punkcie 1472 stwierdza, że każdy grzech ma podwójny skutek: pozbawienie komunii z Bogiem i nieuporządkowane przywiązanie do stworzeń. Ponadto grzech rani też całą wspólnotę Kościoła i uderza w ludzką solidarność (punkty 1443 i 1849). Rozgrzeszenie sakramentalne przywraca nam komunię z Bogiem, ale nie usuwa automatycznie innych skutków grzechu: aby wyeliminować wszystkie złe następstwa potrzebne jest jeszcze zadośćuczynienie i odpusty.

Na stonie http://www.eleos.religia.net/seminarium/grzech.html bardzo słusznie napisano:

Ojciec przed śmiercią jedna się z Bogiem. Umiera. Jak sądzisz, czy dostanie się do Nieba? Bóg mu mówi: „Chodź!”. On jednak nie chce pójść! „Jak ja mógłbym być szczęśliwy, mając świadomość zła i spustoszenia, jakie po sobie zostawiłem na ziemi? Mój syn w więzieniu, moja żona schorowana, tyle dobra mógłbym uczynić a nie zrobiłem tego…” On pójdzie do Nieba dopiero wtedy, gdy ktoś naprawi błędy, które popełnił.

Jest to jak najbardziej zgodne z chrystusowym: «Zaprawdę, powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz.» (Mt 5:26)

No i właśnie: czy grupa osób modlących się nad osobą zranioną kiedyś przez cudzy grzech nie pomaga właśnie jakiejś duszy czyśćcowej uzyskać odpustu zupełnego ? To jest zupełnie nowy aspekt tej modlitwy, nad która warto się poważnie zastanowić !

Pomóc osobie zranionej często do żywego przez cudzy grzech może tylko miłość ; zadośćuczynienie może także polegać na poświęceniu osób, które swą bezinteresowną miłością wyrażoną w modlitwie o uzdrowienie eliminują skutki grzechu (por. Jk 2,13). A nie jest to problem zupełnie teoretyczny. Osoba oczerniona, wyzyskiwana, poszkodowana ma prawo do chrześcijańskiej solidarności, do modlitwy wstawienniczej braci i sióstr, którzy mogliby z wiarą uprosić dla niej siłę, aby mogła przebaczyć i wznieść się ponad swoje trudne doświadczenia w mocy Zmartwychwstania Pańskiego.

Dotyczy to także ofiar klęsk żywiołowych, nieuleczalnych chorób itp. przypadłości, gdzie trudno byłoby wprost doszukać się czyjegoś grzechu. Są osoby, których podobne ciosy paraliżują na długie lata, nie potrafią o własnych siłach oprzeć się żądzy odwetu i zaczynają wątpić w miłość Bożą. Jak pokazuje przykład sprawiedliwego Hioba, obciążona grzechem pierworodnym ludzka natura może w pewnych przypadkach nie wytrzymywać ogromu cierpień, które się na nią zwalają. Co wtedy powiemy takiemu komuś ? Czy zachowamy się jak owi trzej przyjaciele, którzy dobijali go bardzo poprawnymi teologicznie wywodami o grzechu, pokucie i nawróceniu ? Czy też raczej okażemy mu współczucie i solidarność zgodnie ze słowami św. Pawła:

«Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki; podobnie gdy jednemu członkowi okazywane jest poszanowanie, współweselą się wszystkie członki.» (1 Kor 12:26) ?

Oczywiście nie po to, aby zacierać prawdę o grzechu, ale po to, aby przez braterską miłość nasz cierpiący brat był w stanie otworzyć swe serce na uzdrawiającą miłość Boga:

«A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach. Wyjdziecie [swobodnie] i będziecie podskakiwać jak tuczone cielęta.» (Ml 3:20)

Nie jest bowiem prawdą, że to «czas leczy nasze zranienia» – leczy je tylko miłość.

4/ «Czy Jezus rzeczywiście nakazał nam miłować samego siebie ? NIE »

Cóz, istotnie, takiego przykazania nie ma. Jest natomiast surowy nakaz Łk 14,26 cytowany przez Autorkę. Ośmielam się jednak doszukiwać w takim postawieniu sprawy poważnej, choć chyba nie do końca uświadomionej, manipulacji. Dlaczego ?

Po pierwszew oryginale nie mówi się o nienawiści samego siebie, ale o nienawiści swojej duszy, a to z punktu widzenia hebrajskiej antropologii jest ogromną różnicą. Dusza (gr. psyche, hebr. nefesh) jest dla Żydów synonimem tożsamości (ale nie «zasadą życia» tak jak duch!), określeniem tego za kogo się mamy. To raczej serce, a nie dusza są określeniem «samego siebie» ! Ojcowie pustyni bardzo dobrze rozumieli tę różnicę, gdy wskazywali, że jednym z celów życia chrześcijańskiego jest porzucenie fałszywej tożsamości (czyli właśnie «duszy»), a przyjęcie na to miejsce prawdziwej tożsamości, ukrytej na dnie serca, tam gdzie przebywa Chrystus wszczepiony w nas na chrzcie. Św. Paweł określa te dwie rzeczywistości słowami «anthropos psychikos» – człowiek zmysłowy, skoncentrowany na duszy – i «anthropos pneumatikos» – człowiek duchowy, skoncentrowany w sercu, miejscu przebywania ducha (por. 1Kor 2,14-15). Kogo więc mamy nienawidzieć ? Człowieka zmysłowego w nas, owego «starego człowieka», którym kierują w życiu rozmaite żądze i który stworzenia przedkłada ponad Stwórcę. Ale mamy też kochać «nowego człowieka» danego nam w postaci embrionalnej na chrzcie i który jest podobny do Syna Bożego. Św. Jan oddaje to samo wymaganie nieco inaczej:

Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. (Jn 12:25).

Czy zatem mamy teraz popełnić zbiorowe samobójstwo, by wypełnić ten ewangeliczny nakaz ? Tak jak członkowie sekty «Świątynia Słońca» ?

Po drugiePan Jezus widzi ogromną wartość człowieka, co przebija z następujących wypowiedzi:

Lecz On im odpowiedział: Kto z was jeśli ma jedną owcę, i jeżeli mu ta w dół wpadnie w szabat, nie chwyci i nie wyciągnie jej? O ileż ważniejszy jest człowiek niż owca. (Mt 12:11-12a)

Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? (Mt 6:26)

Dalej, w przypowieści o drachmie (Łk 15,8-10) porównuje grzesznika do drachmy. Owszem, choć odnaleziona moneta może być uszkodzona, brudna, «zapaździała» i w ogóle obrzydliwa w wyglądzie i w dotyku – to jest jednak dalej monetą, za którą można kupic chleb, olej i wino ! Póki widnieje na niej nie do końca zatarte podobieństwo do Boga, ma w dalszym ciągu taką samą wartość jak śliczna, nowiutka moneta ! Nienawidzieć to, w czym sam Bóg widzi wartość jest dla mnie czymś niezrozumiałym i niemożliwym do przyjęcia.

Dodajmy do tego jeszcze dwa fragmenty ze Starego Testamentu:

Albowiem Ja jestem Pan, twój Bóg, Święty Izraela, twój Zbawca. Daję Egipt jako twój okup, Kusz i Sabę w zamian za ciebie.Ponieważ drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja cię miłuję, przeto daję ludzi za ciebie i narody za życie twoje. (Iz 43:3-4)

Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili. Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił. Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał? Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał? Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia! (Mdr 11:23-26)

Po trzecie – teologia nienawiści samego siebie nie jest niczym nowym: w czasach nowożytnych pojawiła się we Francji w połowie XVII wieku pod nazwą jansenizmu i została bardzo szybko potępiona przez Rzym. Podstawą teoretyczną traktatu «Augustinus» biskupa Janseniusa z Ypres we Flandrii (dzisiaj jest to w Belgii) była skrajna interpretacja niektórych pism św. Augustyna – a zatem bardzo podobny przypadek jak u Lutra. Punktem wyjścia dla obu teologów była teza o zupełnym zepsuciu ludzkiej natury przez grzech pierworodny – wbrew opinii św. Tomasza z Akwinu i wbrew dekretom Soborowi Trydenckiemu. Konsekwencją takiego stanowiska jest nieuchronnie postawa nienawiści do samego siebie – to chyba logiczne. Luter znalazł wyjście z sytuacji w postaci aktu wiary. Natomiast nasz katolicki biskup propagował samoumartwianie się, cierpiętnictwo, poniżanie się, w końcu zrezygnowanie z przyjmowania komunii św. poza niezbędną «komunią wielkanocną» wymaganą przez Kościół. Mało kto zdaje sobie sprawę, że objawienia Najświętszego Serca w Paray-le-Monial i wywodząca się stąd praktyka «dziewięciu pierwszych piątków miesiąca» były reakcją Nieba na tą tragiczną w skutkach wewnątrzkatolicką herezję. Niestety, chociaż oficjalnie janseniści zostali w teorii wyeliminowani, Kościół katolicki we Francji (i w ogóle na zachodzie Europy) był całkowicie opanowany przez podobną orientację w swej praktyce duszpasterskiej. Drukowano wtedy tomy wątpliwej jakości pobożnych książek zachęcających gorliwych katolików do bezsensownych niekiedy umartwień itp. praktyk – a to zrażało do wiary katolickiej coraz więcej w miarę «normalnych» ludzi. Dopiero św. Teresa z Lisieux położyła temu nieszczęściu definitywny kres.

Wątki «jansenizujące» pojawiają się niestety w artykule dość wyraźnie i to aż w kilku miejscach.

5/ «przebaczenie nie jest warunkiem wstępnym życia chrześcijańskiego, nie jest darem, jest nakazem»

Niestety to sformułowanie jest całkowicie niezgodne z Katechizmem, a już zwłaszcza z punktem 2841, gdzie mówi się, że przebaczenie jest dla człowieka czymś właściwie niemożliwym, i że można przebaczyć tylko z pomocą Bożą. Poprzedni zaś punkt mówi, że bez przebaczenia bliźniemu «strumień miłosierdzia Bożego nie może przeniknąć do naszego serca».

Autorka stwierdza ponadto bez ogródek, że «przebaczenie w sercu » należy interpretować jako konieczność zdobycia się na akt woli, który jest czymś normalnym, a nie nadzwyczajnym. W ten sposób jej stanowisko zbliża się niebezpiecznie do stanowiska niejakiego Pelagiusza, który na początku V wieku twierdził, że spełnienie przykazań Bożych zależy tylko i wyłącznie od naszej woli i żadna specjalna łaska nadprzyrodzona nie jest tu potrzebna. No cóż: poglądy te zostały wielokrotnie potępione przez Rzym (ostatni raz na Soborze Trydenckim). No comments.

«Przebaczenie w sercu» to proces, który Katechizm opisuje w następujący sposób:

Rzeczywiście, właśnie tu; "w głębi serca" rozstrzyga się wszystko. Nieodczuwanie obrazy i zapomnienie o niej nie leży w naszej mocy; serce, które ofiaruje się Duchowi Świętemu, przemienia jednak ranę we współczucie i oczyszcza pamięć, zastępując obrazę wstawiennictwem. (KKK 2843)

Przecież o to właśnie chodzi w modlitwie o uzdrowienie: pomóc naszemu bratu w otwarciu serca na takie właśnie łaski. A że tego oczywiście nie osiągnie się za pomocą psychoanalizy przebranej w formę modlitwy, to już zupełnie inna bajka !…

Należy tylko uzupełnić, że serce jest w hebrajskiej antropologii biblijnej uważane za centrum osoby (zarówno Bożej jak i ludzkiej !): tam rodzą się myśli, zapadają najważniejsze, najgłębsze decyzje (zwłaszcza co do celów, jakie sobie osoba stawia) i tam duch ludzki («zasada życia») spotyka się z Duchem Bożym. Serce nie jest więc tożsame z wolą: niemniej to decyzje zapadające w sercu determinują w jaki sposób osoba posługuje się swoją wolą w życiu codziennym. Jeśli serce jest poddane Chrystusowi, to jest tak jak napisał św. Paweł:

Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą. Flp 2:13

Lecz jeśli serce jest poddane pożądliwości, to wtedy ludzka wola nie jest w pełni wolna, jak to objawił nam Pan Jezus w rozmowie z faryzeuszami:

Wtedy powiedział Jezus do Żydów, którzy Mu uwierzyli: Jeżeli będziesz trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli.

Odpowiedzieli Mu: Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy poddani w niczyją niewolę. Jakżeż Ty możesz mówić: Wolni będziecie?

Odpowiedział im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie przebywa w domu na zawsze, lecz Syn przebywa na zawsze. Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni. (Jn 8:31-36)

W pełni wolne jest zatem tylko ludzkie serce, dlatego biblijni Mędrcy pouczają nas:

«Z całą pilnością strzeż swego serca, bo życie ma tam swoje źródło.» (Prz 4:23)

«Korzeniem zamierzeń jest serce, skąd wyrastają cztery gałęzie:dobro i zło, życie i śmierć, a nad tym wszystkim język ma pełną władzę.» (Syr 38:17-18)

NB «język» i «prawica» są właśnie organami reprezentującymi wolę.

Jest to w ogóle ogromnie subtelny temat wart być może i doktoratu… Toteż nie będę go dalej rozwijał, bo jest to materiał na nowy, ogromny artykuł.

Świadectwo osobiste

Było to w 1986 roku, w Paray-leMonial (miejsce objawień Najśw. Serca w 1675) na sesji wspólnoty «Emmanuel» podczas adoracji Najśw. Sakramentu. W pewnym momencie jakaś dziewczyna podeszła do mikrofonu i powiedziała: Pan wzywa teraz osoby, które zostały zranione podczs swojej edukacji religijnej, aby przebaczyły swoim katechetom. Ledwo to powiedziała, natychmiast stanął mi przed oczyma ksiądz i zakonnica przygotowujacy mnie do pierwszej komunii. Natychmiast też odżyły w mej pamięci sceny wyrzucenia mnie z katechezy z jakiegoś błahego powodu. Uprzytomniłem sobie, że odtąd duchowni stali się dla mnie tymi, którzy przeszkadzają mi przyjąć Pana Jezusa, a nie tymi, którzy mi pomagaja się do niego zbliżyć. Wtedy otrzymałem też jakby Boże spojrzenie na tamte wydarzenia: ujrzałem zestresowanych katechetów, którzy tak starannie chcą przygotować ceremonię, że nie dostrzegają, iż dzieci nie są w stanie sprostać ich wymaganiom. Wtedy odczułem nagle w swym sercu współczucie dla nich i przebaczyłem im ten incydent dość spontanicznie. I jakby kamień spadł mi z serca: poczułem, że w tej samej chwili nabrałem więcej życia, a ja stałem się jakiś bardziej ludzki i bardziej solidarny z całym Kościołem.

6/ «nie wydaje się, aby Pismo św. zalecało podróż w czasie »

Cóż, podróż w czasie Pismo odbywa często, ale w kontekście dziejów narodu wybranego: najczęsciej chodzi o wspominanie wielkich dzieł Bożych, albo też grzechów ludu (por. Neh 9:). W aspekcie indywidualnym zdarza się to najczęściej w kontekście świadectwa (por. Dz 22:), natomiast nie mamy w Pismach właściwie żadnej wzmianki o praktykowanym we współczesnym katolicyzmie «rachunku sumienia». Owszem, prawosławni dalej uważają, że taka praktyka przed spowiedzią nie jest potrzebna: należy powiedzieć popowi spontanicznie to, co akurat właśnie wyrzuca nam sumienie i nie dbać o całą resztę.

Czy piszę teraz nie na temat? Oceńcie sami ! Krytyka «podróży w czasie» podczas modlitwy o uzdrowienie może być bardzo łatwo obrócona przeciw katolickiemu sposobowi sprawowania sakramentu pokuty – pamiętajmy o tym ! A już zwłaszcza przeciw praktyce « spowiedzi generalnej» z całego życia !

7/ «żeby byc szczęśliwym trzeba przestać o to zabiegać»

Oto kolejny «jansenizujący» wątek: szczęście na «tym świecie» jest nieosiągalne, a może nawet i niewskazane. Cóż, na pewno pełni szczęścia już teraz nie osiągniemy, ale na pewno nie jesteśmy skazani na cierpiętnictwo, jak o tym swiadczą następujące fragmenty Pisma:

Synu mój, nie zapomnij mych nauk, twoje serce niech strzeże nakazów,bo wiele dni i lat życia i pełnię ci szczęścia przyniosą: Dla tego, co strzeże <mądrości>, drzewem jest życia, a kto się jej trzyma – szczęśliwy. (Prz 3:1-2,18)

Owszem, szczęście człowieka bogobojnego nie jest błogostanem i często zmieszane jest z cierpieniem:tego nas właśnie uczą ewangeliczne Błogosławieństwa. Autorka uważa najwyrażniej, że szczęście, które one głoszą polega na cierpiętnictwie. Jest to typowa interpretacja jansenistyczna, ale na pewno nie katolicka ! Manipulacja polega na tym, że Błogosławieństwa głoszą szczęście autentyczne, choć natury nadprzyrodzonej: oglądanie Boga, doznanie miłosierdzia, zostanie synami Bożymi, nasycenie się sprawiedliwością Bożą (NB. w Biblii jest to synonim świętości – żydowscy święci nazywają się «tsadiqim» – sprawiedliwi). To szczęście jest dane nam już teraz – choć w całej pełni otrzymamy je dopiero po śmierci. Warto wiedzieć, że Błogosławieństwa mają przepiękną strukturę, tak że można je ułożyć parami. Z tej struktury wynika właśnie, że – dla przykładu – miłosierdzia dostępujemy, gdy płaczemy nad swoim grzechem, smucimy się z powodu stanu tego świata i jesteśmy miłosierni dla bliźnich. [nie rozwijam tego tematu – to jest znów materiał na ogromny artykuł]. Nasza nadprzyrodzona radość jest w życiu chrześcijanina nieustannie zmieszana z przyrodzonym smutkiem – jak to słusznie powtarzała sługa Boża Marta Robin. Tak – to nie jest błogostan, ale też nie jest to los nędzarza, płaksy, człowieka miałkiego i stale dostającego od innych po głowie !

Istotą szczęścia jest pokój, jakiego świat dac nie może (hebr. shalom):

Jeszcze chwila, a nie będzie przestępcy: spojrzysz na jego miejsce, a już go nie będzie. Natomiast pokorni posiądą ziemię i będą się rozkoszować wielkim pokojem. (Ps 37:10-11)

Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka. (Jn 14:27)

A przyszedłszy [Jezus] zwiastował pokój wam, którzyście daleko, i pokój tym, którzy blisko. (Ef 2:17).

A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. (Flp 4:7)

Cóż jednak znajdujemy w artykule ? Okazuje się, że to właśnie bezbożni, a nie pobożni cieszą się na tym świecie pokojem dixit Jer 12,1! Niestety, tu znów mamy do czynienia z nieprawdopodobnym wprost nieporozumieniem (o manipulacji nie śmiem pisać, bo autora tak dobrego artykułu o pokoju-shalom – patrz http://www.apologetyka.katolik.pl/odnowa/nasze_korzenie/szalom/index.php i który wszystkim gorąco polecam – nie podejrzewam o tak dalece idącą hipokryzję !).

Pomińmy już nawet fakt, że Jeremiasz wypowiada te słowa rozgoryczony, pełen bólu, podobnie jak Hiob, który wykrzykuje swoje cierpienie w jeszcze gwałtowniejszych słowach:

Spokojne namioty złoczyńców, kto gniewa Boga, jest dufny; za rękę go Bóg prowadzi. (Job 12:6)

Chodzi o to, że użyte i przez Jeremiasza i przez Hioba słowa nie mają nic wspólnego z pokojem-shalom: chodzi tu raczej o «święty spokój», o ogólne powodzenie w życiu, brak cierpień i problemów [hebrajski rdzeń "shalah"], a nie o pokój Boży, o którym mówi Psalm 37 [rdzeń "shalam"]. Bezbożny zażywa fałszywego spokoju, który polega na udanych próbach egoistycznego zaspokajania swoich żądz, ale tak naprawdę nigdy nie jest szczęśliwy. Natomiast szczęście pobożnego polega na służeniu innym i doświadczaniu pełni istnienia – pomimo cierpień, prób i doświadczeń. I takiego właśnie szczęścia każe nam szukać Słowo Boże:

Pójdźcie, synowie, słuchajcie mnie; nauczę was bojaźni Pańskiej.
Jakim ma być człowiek, co miłuje życie i pragnie dni, by zażywać szczęścia?
Powściągnij swój język od złego, a twoje wargi od słów podstępnych!
Odstąp od złego, czyń dobro; szukaj pokoju, idź za nim!
(Ps 34:12-15)

A więc zabiegaj o szczęście i bądź szczęśliwy- ale wybierz to, co jest nim naprawdę, a nie tylko jego pozorem.

8/ «słowo Boże nie zawsze przynosi pocieszenie» « życie chrześcijanina jest nieustanną walką ze swoim grzechem»

Życiem chrześcijanina jest Chrystus, a jego celem – upodobnienie się do Niego. Walka z grzechem jest tylko konsekwencją tego fundamentalnego wyboru, a nie celem samym w sobie. Etymologia słowa « grzeszyć» (hebr. chata‚ , gr. hamartano) to tyle co «chybić, nie trafić w cel, rozminąć się się z czymś». Gdyby Dobra Nowina polegała na tym, że całe życie będziemy walczyć z grzechem, a potem «ewentualnie» dostaniemy się do nieba (po dłuższym lub krótszym pobycie w czyśćcu) – nie bylibyśmy chyba rozentuzjazmowani podobną perspektywą. Tymczasem Ewangelia przedstawia nam zupełnie inną perspektywę: perspektywę przemienienia naszej natury, uświęcenia i przebóstwienia. Proces ten zaczyna się juz teraz, od momentu chrztu, a Słowo Boże, sakramenty i wstawiennictwo braci są nam dane po to, aby w pełni ukształtował się w nas Chrystus (por. Gal 3,19). Słowo bywa bolesne, jeśli kruszy nasze serca, wypomina nam zejście na bezdroża grzechu, uśmierca starego człowieka w nas – ale NIGDY nie odmawia nam pocieszenia, bo jest słowem Kogos, kto kocha nas bardziej, niż my sami bylibyśmy w stanie kochać samych siebie.

Trzeba tylko odkryć jego słodycz w swoim czasie (por. Ap 10,9-10) . Chyba, że chcemy uparcie tkwić w jansenistycznym duchowym masochizmie i wykrzykiwac co rusz: «jak ja cierpię, ach jak ja cierpię, jak ja wspaniale cierpię dla Pana !».

9/ «czy samo Słowo Boże i Eucharystia nie wystarczają do uzdrowienia?»

Artykuł stawia nas przed bardzo dziwną alternatywą: gdy poszukujesz uzdrowienia to masz do wyboru albo Słowo i sakramenty, albo pseudochrześcijańską praktykę «uzdrowienia wewnętrznego».

Tymczasem autentyczna modlitwa o uzdrowienie praktykowana w Odnowie nie jest ani jednym, ani drugim: jest natomiast modlitwą wstawienniczą za brata lub siostrę w potrzebie z użyciem charyzmatów. Charyzmaty są zawsze podporządkowane Słowu i sakramentom: proszący o uzdrowienie otrzymuje obficie słowa z Pisma i jest niemal z reguły gorąco zachęcany do korzystania z sakramentu pojednania i/lub chorych i/lub Eucharystii (było tak przynajmniej zawsze wtedy gdy ja uczestniczyłem w takiej modlitwie).

Autorka zdaje się sugerować, że wszystko, co Słowem lub sakramentem nie jest, jest rodzajem «zwiedzenia psychologicznego». A zatem charyzmaty też ? A jesli tak nie twierdzi, to po co one są? Tylko po to, aby sobie «pośpiewać językami» na zgromadzeniu modlitewnym i przeczytać biblijna perykopę z góry « rozeznaną» przez lidera parę dni wczęśniej (dla większego bezpieczeństwa) ?

10/ «wiele osób poważnie ucierpiało wskutek przeprowadzonych modlitw o uzdrowienie» i «uzdrowienie wewnętrne jest ślepym zaułkiem»

Ile jest zatem tych ofiar modlitwy o uzdrowienie ? Czy na pewno więcej niż ofiar trumatycznych spowiedzi? Stawiam to pytanie bardzo prowokacyjnie, bo zdarzały się w mojej rodzinie przypadki spowiedzi, po których zraniona osoba rzucała Kościół na kilkadziesiąt nawet lat. I czy z tego powodu odrzucimy sakrament pojednania w formie indywidualnego wyznania grzechów kapłanowi ? Czy tych kilkaset «wpadek» może przesłonić oceany dobra, uzdrowienia i miłosierdzia, które wylały się na miliony penitentów klęczących za kratkami konfesjonału?

Kazda spowiedź jest ryzykiem i dla spowiednika i dla penitenta, ale w imię miłości Bożej warto je podjąć. Modlitwa o uzdrowienie też wiąże sie z podjęciem ryzyka, ale Bóg błogosławi ryzykantom wypływającym na głębię – byle tylko dobrze się przedtem do takiej misji przygotowali. Owszem, zdarzają się pomyłki, zdarza się, że osoba, za która się modlimy, nie rozumie dobrze naszych słow, gestów i wyjaśnień. Ale jeśli tylko odczuje w swym sercu, że modlimy się z nią i za nią ponieważ ją kochamy, a nie dlatego, aby popisywac się przed nią darami duchowymi – wtedy nigdy nie znajdziemy się w «ślepym zaułku».

III. Propozycja normy pozytywnej

Artykuł koncentruje się na wszystkich możliwych «błędach i wypaczeniach» modlitwy o uzdrowienie praktykowanej w Odnowie. A ponieważ nie powołuje się przy tym na żaden przykład pozytywny, sprawia wrażenie, jakby jego celem było totalne wyeliminowanie podobnej modlitwy z duchowości pentekostalnej.

Gdyby tak się istotnie stało, Kościół utraciłby ogromną część na nowo odkrytego dzięki przebudzeniu Charyzmatycznemu skarbu : możliwości doświadczania autentycznej duchowej solidarności chrześcijan, którzy otrzymują od Ducha Bożego charyzmaty (w tym charyzmaty uzdrawiania) nie dla siebie, ale dla innych. Przekonujemy się wtedy na własne oczy, że Bóg autentycznie czyni pośród nas wielkie rzeczy nie dzięki naszym hipotetycznym «zasługom» (np. modlitwom, postom i umartwieniom podjętym w czyjejś intencji), ale dzięki pokorze tego to brata, czy tej siostry, która zaryzykowała ośmieszenie się, niezrozumienie, a nawet błąd, aby przekazać innemu bratu i siostrze w potrzebie słowa, gesty i obrazy dotykające najczulszych strun jego wnętrza i niosące mu miłość Bożą. Niektóre z tych gestów, obrazów i słow, które otrzymałem od innych lub sam otrzymałem dla innych do dziś tkwią w mej pamięci niczym kamienie milowe mej osobistej «historii świętej». Gdy czytam takie oto słowo w Biblii, trudno mi nie pamiętać wtedy o tym bracie, o tej siostrze, która mi go kiedyś dała i wspomnieć ją przed Panem z wdzięcznością. Albo pomodlic się raz jeszcze za osobę, której takie słowo kiedyś dałem…

Na końcu chcę zatem przedstawić pokrótce jak przebiega modlitwa wstawiennicza w pewnej francuskiej wspólnocie, z która byłem stowarzyszony przez ponad 4 lata i której zawdzięczam zdrowe fundamenty Odnowy nie skażonej żadnym pozakatolickim « fundamentalizmem».

1/ Osoba, która chce skorzystać z modlitwy wstawienniczej umawia się najpierw u jednej z osób odpowiedzialnych za diakonię (po francusku: service de pričre). Wtedy jest pytana przede wszystkim o motywację i ewentualnie umawiana na określoną godzinę. Jest też informowana wstępnie o przebiegu podobnej modlitwy i czasie (ok. 45 minut).

2/ Podczas modlitwy trzy osoby modlą się bezpośrednio z umówioną osobą («les priants»), a 3-5 innych osób modli się w tym samym czasie tuż obok przed Najśw. Sakramentem.(«les adorants»). Grupa adorująca przekazuje grupie modlącej się słowa, obrazy i inne proroctwa otrzymane podczas adoracji. Polega to na wsuwaniu pod drzwi kartki z zapisanymi przekazami. Grupa adorująca nie wie, kim jest osoba, za którą się modlą poza informacją, czy jest to kobieta, czy też mężczyzna. W przypadku dziecka modlitwa przebiega zupełnie inaczej – przede wszystkim jest znacznie krótsza.

3/ Modlitwa zaczyna się od krótkiego przedstawienia problemu: jest to po prostu pytanie Pana Jezusa «Co chcesz, abym dla Ciebie zrobił?». Pozostałe pytania mogą dotyczyć wyłącznie uczuć, a nie faktów: to nie jest przecież ani spowiedź, ani towarzyszenie duchowe. Chodzi o to, aby lepiej współodczuwać z cierpiącym bratem czy siostrą.

4/ Następnie osoba potrzebująca modlitwy jest zachęcona, aby zwróciła się w jakiś sposób do Pana Jezusa w modlitwie. Gdy to już uczyni, inni uczestnicy dopowiadają do niej swoje «Amen», swoją własną modlitwę, która jakby przedłuża ową pierwszą prośbę. Dopiero potem następuje modlitwa z użyciem charyzmatów.

5/ Każda grupa (zarówno adorująca jak i modląca się) ma jedną osobę odpowiedzialną za przebieg modlitwy. Inne osoby są jej poddane, niemniej zawsze aktywnie uczestniczą w modlitwie. Osoba, za którą się modlimy zawsze jest proszona o wypowiedzenie tego co odczuwa, gdy otrzymuje jakieś słowo, proroctwo czy też obraz. Jeśli nic jej to nie mówi – natychmiast jest to uznawane za fałszywy trop. Tylko wyraźne poruszenie serca jest znakiem autentyczności przekazanej treści, które może zapoczątkować dalszy dialog z modlącymi się. Wypłynać mogą także sprawy wymagające przebaczenia z dość odległej przeszłości, ale nie jest to bynajmniej regułą. Każda modlitwa przebiega inaczej i jest zawsze jakąś Bożą niespodzianką. Nigdy nie zmusza się nikogo do poszukiwania swoich zranień w zamierzchłej przeszłości.

6/ Nigdy modlitwa wstawiennicza nie przeradza się w modlitwę o uwolnienie. W razie odkrycia takiej konieczności modlitwa jest natychmiast przerywana, a osoba jest zapisywana do moderatora wspólnoty, który jest diecezjalnym egzorcystą (jednym z trzech w tej diecezji). Moderator zawsze czuwa w pobliżu w osobnym pokoju.

7/ Po modlitwie ma zawsze miejsce podsumowanie («relecture de la pričre») z udziałem obu grup. Wtedy przeżywamy w pełni raz jeszcze wszystkie piękne (niekiedy jednak trudne) chwile jakie miały miejsce w czasie modlitwy za 2-3 osoby z danego dnia i uczymy się nawzajem od siebie jak lepiej otrzymywać charyzmaty, jak unikać błędów, jak wspierać się nawzajem w naszej służbie. Są to bardzo szczególne chwile, kiedy czujemy się naprawdę Kościołem i jest nam z tym dobrze..

8/ Osoby posługujące modlitwą wstawienniczą muszą przejść najpierw dośc intensywną formację we wspólnocie. Potem muszą zaliczyć staż w grupie adorujących. Nie wszyscy chcą wtedy przejść do grupy modlących się bezpośrednio za osoby: na ogół tylko niektóre osoby się na to decydują (muszą być jednak najpierw o to proszone przez odpowiedzialnego za diakonię modlitwy). Grupa adorujących jest bowiem czymś niesamowitym – to ona często prowadzi modlitwę, bo to co przekazuje jest na ogół o wiele cenniejsze i trafniejsze od charyzmatów otrzymywanych przez grupę modlącą się bezpośrednio.

Sapienti sat (czyli «mądremu wystarczy»). Innych szczegółow nie przekazuję, bo nie mam do tego prawa. Jeśli szanownych kolegów Apologetów nie przekonałem – trudno. Posłuchajcie przynajmniej, wy wszyscy, którzy z tak niekłamanym zapałem walczycie z modlitwą o uzdrowienie, co powiedział u progu dziejów Kościoła mądry rabbi Gamaliel:

Mężowie izraelscy – przemówił do nich – zastanówcie się dobrze, co macie uczynić z tymi ludźmi. Bo niedawno temu wystąpił Teodas, podając się za kogoś niezwykłego. Przyłączyło się do niego około czterystu ludzi, został on zabity, a wszyscy jego zwolennicy zostali rozproszeni i ślad po nich zaginął. Potem podczas spisu ludności wystąpił Judasz Galilejczyk i pociągnął lud za sobą. Zginął sam i wszyscy jego zwolennicy zostali rozproszeni. Więc i teraz wam mówię: Odstąpcie od tych ludzi i puśćcie ich. Jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, a jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć i może się czasem okazać, że walczycie z Bogiem. Usłuchali go. (Dz 5:35-39)

Czy i wy usłuchacie ?

UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE – MÓJ GŁOS W DYSKUSJI

Z przyjemnością zauważyłam w mojej skrzynce pocztowej zawiadomienie o aktualizacji serwisu internetowego Apologetyka, z którego dowiedziałam się o artykule Aleksandry Kowal poświęconemu uzdrowieniu wewnętrznemu. Późniejsza aktualizacja zawierała informację, że toczy się gorąca dyskusja dotycząca tego zagadnienia. Postanowiłam zapoznać się z wymienionym artykułem, zamieszczoną polemiką Marka Piotrowskiego i wnioskami, do których doszli uczestnicy III sesji Apologetycznej. Cieszę się, że takie artykuły zostały napisane – są bardzo ciekawe.

Pragnę w związku z lekturą tych tekstów podzielić się moją refleksją na temat tego, co potocznie rozumiane jest w kręgu Odnowy w Duchu Świętym pod pojęciem uzdrowienia wewnętrznego.

ODZYSKAĆ MOC DUSZY, ABY ROZPOCZĄĆ BIEG OLBRZYMA.

Czy o istnieniu uzdrowienia wewnętrznego możemy mówić w kontekście wzrostu życia duchowego i czy w Kościele istnieją na to przykłady?

Aleksandra Kowal nie pozostawia nam wątpliwości pisząc: „Uzdrawianie wewnętrzne jest metodą skierowaną bardziej na wzrost życia wewnętrznego, czyli skupia się na psychice, na uczuciach, na subiektywnych doznaniach, dotyczy więc sfery natury, sfery przyrodzonej. Natomiast nie dotyczy wzrostu życia duchowego, jest ślepym zaułkiem, wynikającym z osłabienia wiary w moc sakramentów i samego Jezusa Chrystusa”.

Z lektury całego artykułu skupiającego się głównie nie na uzdrowieniu wewnętrznym, ale bardziej na „metodach” wyprowadzony jest ogólny wniosek, że takie uzdrowienie nie istnieje i nie ma na to przykładów ani w tradycji Kościoła ani w Piśmie świętym.

Czy jest tak naprawdę ?

Myślę, że jest inaczej. Nie zagłębiając się w tym miejscu w Słowo Boże, uważam, że możemy mówić o doświadczaniu przez ludzi Kościoła uzdrowienia wewnętrznego jako doświadczenia uzdrawiającej łaski Jezusa Chrystusa odnoszącej się do uwolnienia od skutków przeżycia traumatycznych wydarzeń. Uzdrowienie to może się dokonać i ma ono wpływ na rozwój nie tylko życia wewnętrznego, ale przede wszystkim duchowego (działanie Boga służy przecież nie tylko naszemu zdrowiu – w tym psychicznemu, ale przede wszystkim naszemu zbawieniu – drodze świętości).

Moim zdaniem bardzo dobrze udokumentowanym przykładem doświadczenia uzdrowienia wewnętrznego jest święta Teresa z od Dzieciątka Jezus, potocznie nazywana Małą Świętą Treską.

Jej drogę wzrostu duchowego możemy śledzić od bardzo wczesnych lat dzieciństwa – niejako „od poczęcia do naturalnej śmierci”, dzięki szczegółowej autobiografii zawartej w pamiętniku pt. „Dzieje Duszy”.

Św. Teresa, wychowana w bardzo religijnej rodzinie, mogłaby uchodzić za osobę która nie potrzebowała nawrócenia, gdyż – jak sama wyznała – nigdy w życiu nie popełniła grzechu ciężkiego. A jednak mówi o sobie, że w wieku lat czternastu nawrócenia doświadczyła.

Opisując to zdarzenie, odwołuje się do innego, które miało miejsce w jej życiu, kiedy skończyła cztery i pół roku – wtedy umarła mądra, czuła i kochająca Matka Teresy.

Śmierć Matki rozpoczyna nowy okres w życiu 4,5-letniego dziecka, zakończony po dziesięciu latach. Moment śmierci Matki i to co nastąpiło później św. Teresa opisuje słowami: „Okres ten obejmuje lata od czterech i pół do czternastego roku życia, kiedy to odzyskałam w pełni moje dziecięce usposobienie, nabierając równocześnie powagi życia. Muszę Ci wyznać, moja Matko, że po śmierci Mamusi moje usposobienie zmieniło się całkowicie; dotąd żywa nad miarę, skłonna do wynurzeń, stałam się nieśmiała i łagodna, zbyt przewrażliwiona. Wystarczyło jedno spojrzenie, a zalewałam się łzami; by mnie zadowolić, trzeba było zupełnie mną się nie zajmować; nie mogłam znieść towarzystwa ludzi obcych, wesołość odzyskiwałam tylko w gronie rodzinnym…” (Dzieje Duszy, 1988, s. 52)

Działo się tak pomimo wielkich miłości, jaką otoczyli ją najbliżsi. Dopiero łaska Boga wpłynęła na przemianę Teresy.

Święta daje o tym świadectwo: „A przecież otaczano mnie nieustanną serdecznością najbardziej delikatną. Serce Tatusia, już przedtem tak czułe i, wzbogaciło swą miłość w uczucia prawdziwie macierzyńskie… (…) Ach, gdyby dobry Bóg nie udzielił dobroczynnych promieni swojemu kwiatuszkowi nie zdołałby on nigdy zaaklimatyzować się na ziemi, był jeszcze zbyt słaby, by mógł znieść deszcze i burze, potrzebował ciepła, słodkiej rosy i wiosennego wietrzyka” (tamże, s. 52).

Święta Teresa pisząc o swoim nawróceniu, mówi o małym cudzie, jakiego Bóg musiał dokonać w jej życiu.

„Moja nadmierna uczuciowość czyniła mnie nieznośną; jeśli komuś z mych ukochanych sprawiłam mimo woli choćby najmniejszą przykrość, wówczas zamiast przejść nad tym do porządku dziennego, płaczem powiększałam swoją winę zamiast ją zmniejszyć. (..) Nie pomogły żadne perswazje; nie byłam w stanie zdobyć się na poprawę z tej brzydkiej wad . (..) Dobry Bóg musiał sprawić mały cud, bym w jednej chwili dojrzała; uczynił to w niezapomnianym dniu Bożego Narodzenia” (tamże, s. 108–109).

Pisze później o miłości Boga ku niej i o przemianie nocy duszy w strumienie światła: „Tej nocy, w której z miłości ku mnie sam stał się słabym i cierpiącym, mnie uczynił silną i odważną, (…) od tej błogosławionej nocy nie uległam już żadnej walce, ale przeciwnie, szłam ze zwycięstwa w zwycięstwo, rozpoczynając – rzec można – „bieg olbrzyma”… Źródło moich łez wyschło i odtąd rzadko i z trudem się otwierało” (tamże, s. 109).

Wyznaje, że właśnie w tym dniu otrzymała łaskę dojrzałości, czyli całkowitego nawrócenia, odzyskała coś co utraciła przeżywając śmierci Matki w dzieciństwie: „Terenia odzyskała na zawsze moc duszy, którą utraciła w wieku lat czterech i pół”. Było to dla Teresy wydarzenie cudowne: „Od tej nocy pełnej światła rozpoczął się trzeci okres mego życia, najpiękniejszy z pośród wszystkich, obfitujący w łaski Nieba! Jezus (…) w jednej chwili dokonał dzieła, jakiemu nie mogłam sprostać przez dziesięć lat (tamże, s. 110).

Jezus sprawił, że Teresa zapomniała o sobie, doświadczyła miłości i poczuła się szczęśliwa. Święta pisze: „Jednym słowem, w serce moje wstąpiła miłość połączona z pragnieniem zapomnienia o sobie, by innym sprawić przyjemność, i od tej chwili poczułam się szczęśliwa”. (tamże, s. 110).

Wszystkim, którzy kiedykolwiek czytali świadectwo osoby za którą modlono się o uzdrowienie wewnętrzne słowa św. Teresy z Liseux zabrzmią dziwnie znajomo.

Na pewno warto praktykę nazywaną przez Ruch Odnowy w Duchu Świętym uzdrowieniem wewnętrznym uporządkować, zwłaszcza dokonać oceny prowadzonych rekolekcji czy wręcz modlitw – bo może nie są to modlitwy, tylko terapie. Ale w nurcie modlitw o uzdrowienie wewnętrzne, z którym się zapoznałam w Ruchu Światło-Życie, nigdy nie chodziło o coś innego, jak o prośbę skierowaną do Boga, aby jeżeli jest taka Jego wola, pozwolił osobie, za którą się modlimy, odzyskać utraconą przez bolesne doświadczenia „moc duszy”, aby rozpoczął się w życiu pokrzywdzonego człowieka wzrost duchowy – „bieg olbrzyma”.

Święta Teresa odzyskała tę moc przez pozornie niemające znaczenia wydarzenie – być może to właśnie modlitwy sióstr wyprosiły łaskę przemiany Teresie. Modlitwa za cierpiącego (niezależnie jaki jest powód cierpienia) jest czynem miłości wobec pokrzywdzonego.

Bo trzeba postawić tu następne pytanie:

CZY NALEŻY SIĘ MODLIĆ O ZDROWIE?
CZY NIE JEST TO WYRAZEM ODRZUCANIA WOLI BOŻEJ?

Czy można osobie, która cierpi czy jest chora (fizycznie lub psychicznie) przypisać za to winę w postaci np. braku dojrzałości duchowej, nawrócenia czy wręcz braku wiary? Albo osobie, która szuka zdrowia i w przypadku choroby modli się o nie, a jednocześnie chodzi do lekarza, przypisać brak posłuszeństwa Bogu, brak wiary? A może powinniśmy modlić się o zdrowie tylko w przypadku raka, a w przypadku grypy już nie?

Pytania te są czysto retoryczne, bo odpowiedzi są oczywiste. To wszystko odnosi się także do braku zdrowia w dziedzinie psychiki.

Św. Paweł wyznaje w liście do Koryntian, że doświadcza słabości pomimo modlitwy do Boga (2 Kor 12, 7-9): Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował – żebym się nie unosił pychą. Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz [Pan] mi powiedział: Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali. Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa”.

Jeżeli nikt nie neguje modlitwy o zdrowie czy uzdrowienie, gdy mamy do czynienia z chorobą ciała, to tak samo nie możemy negować prośby o zdrowie czy uzdrowienie w dziedzinie ludzkiej psychiki. Modlitwa o zdrowie i chodzenie do lekarza nie są czynnościami, które się wzajemnie wykluczają (albo – albo). To samo dotyczy modlitwy i terapii psychologicznej. I tak, jak nie leczymy się z byle powodu antybiotykami, tak też nie trzeba z każdym problemem udawać się do terapeuty.

Aleksandra Kowal bardzo pięknie zauważyła, że czas oraz serdeczna troska najbliższych są w takich wypadkach traumatycznych wydarzeń, jak np. śmierć bliskiej osoby, najlepszym lekarzem. Ale prawdą jest też, że tak jak wyznaje św. Teresa nawet wielka miłość rodziny nie pomagała jej.

Bolesną prawdą jest też, że nie każdy ma w swojej rodzinie oparcie. Nie każdy ma przyjaciela czy nawet kierownika duchowego, który w takich momentach nam towarzyszy nie tylko obecnością, ale przede wszystkim modlitwą. W Piśmie świętym czytamy, że taka osoba jest rzadkim skarbem danym nam przez Boga. Syr 7:15 „Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia; znajdą go bojący się Pana”.Osoby, które mają wierzących przyjaciół (lub jeszcze lepiej kierowników duchowych), być może nigdy nie odczują potrzeby korzystania z takiej modlitwy. Natomiast my chrześcijanie jesteśmy powołani do tego, aby kochać innych – czyli być przyjaciółmi dla innych. Jesteśmy powołani do tego, aby wysłuchać drugiego człowieka bez oceniania jego problemów, do modlitwy za daną osobę, a czasami do udzielenia dobrej rady. Kościół zna to doskonale – zawiera się to w uczynkach miłosierdzia co do duszy i uczynkach miłosierdzia co do ciała (wiedza ta powinna być opanowana na poziomie przystępowania do I Komunii Świętej).

Warto też sięgnąć do Katechizmu Kościoła Katolickiego. W rozdziale „Sakramenty uzdrowienia” – jest miejsce poświęcone wewnętrznej pokucie, która może wyrażać się w bardzo zróżnicowanych formach, w tym: „wysiłki podejmowane w celu pojednania się z bliźnimi, łzy pokuty, troskę o zbawienie bliźniego, wstawiennictwo świętych i praktykowanie miłości, która ‘zakrywa wiele grzechów’” (KKK 1434).

CZY ISTNIEJĄ ZRANIENIA?

Jedną z największych ran ostatniego czasu, spowodowanych przez grzech nie tylko w sercu grzesznika, ale i w sercu ofiary, a tak naprawdę w ciele całego Kościoła, jest głośna sprawa księży-pedofili. Słowa Papieża przytoczone za Agencją KAI brzmią wstrząsająco:

„Jan Paweł II przyznał, że jest zdruzgotany skandalem pedofilii w amerykańskim Kościele. W Watykanie trwa narada Papieża z kardynałami USA nt. kryzysu spowodowanego nadużyciami seksualnymi duchownych tego kraju.

– „Podobnie jak wy jestem głęboko zdruzgotany faktem, że księża i zakonnicy, których powołaniem jest pomoc ludziom w osiągnięciu świętości, wywołali cierpienia i zgorszenie” – powiedział Papież otwierając bezprecedensowe spotkanie.

Przyznał, że z powodu dotychczasowego podejścia do tego skandalu spadło zaufanie wiernych do hierarchii Kościoła. – Nadużycia, które do tego doprowadziły, słusznie zasługują na miano przestępstwa; są one także grzechem budzącym grozę w oczach Boga – dodał Jan Paweł II.

Wyraził on solidarność i współczucie ofiarom i ich rodzinom. Papież ma nadzieję, że zapoczątkowany proces oczyszczenia przyniesie spodziewane rezultaty. – Oczyszczenie to – podkreślił – jest pilnie potrzebne w całym Kościele, jeżeli ma on skutecznie głosić Ewangelię” (Wiadomość KAI z 23.04.2002 r.).

Te słowa nie wymagają komentarza.

Jezus mówi o krzywdzie wyrządzonej drugiemu człowiekowi tak wielkiej, że może doprowadzić drugiego niewinnego człowieka aż do grzechu – Łk 17, 1-2: „Rzekł znowu do swoich uczniów: Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem grzechu jednego z tych małych. Uważajcie na siebie”..

CZY MOŻEMY MÓWIĆ O PROBLEMIE NIEWŁAŚCIWEGO DOBORU CYTATÓW?

W artykule Aleksandry Kowal dobór cytatów jest nie tyle niewłaściwy, co nieprzypadkowy – jest po prostu bardzo charakterystyczny.

Wszyscy „starzy wyjadacze” pamiętają okres, kiedy lekturą obowiązkową, której uczyliśmy się na pamięć, była książeczka „Cztery prawa życia duchowego”. Nie trzeba było wypowiadać wersetów z Pisma świętego, wystarczyło rzucić hasło „Jan 3, 16” – na poparcie jakiejś tezy i każdy wiedział o co chodzi. Podobnie jest z cytatami wybranymi przez Aleksandrę Kowal. Są one bardzo charakterystyczne dla jednego z ruchów kościelnych.

Odnowa w Duchu Świętym – która prawdę o jednym ze źródeł „zła” w sercu człowieka opiera na cytacie Mt 6, 14-15: „Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień” – będzie organizować rekolekcje „uzdrawiania wspomnień”, mające na celu uzyskanie pewności, „że się przebaczyło” ; mogą tu występować nadużycia.

A ruch – który prawdę o złu w sercu opiera na cytacie 1 Tm 6,10: „Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy. Za nimi to uganiając się, niektórzy zabłąkali się z dala od wiary i siebie samych przeszyli wielu boleściami” – będzie organizował obowiązkowe na określonym etapie rekolekcje „dawania pieniędzy” w celu wykazania, czy dana osoba zerwała już z grzechem i ma wiarę ; tu też mogą występować nadużycia.

Pierwsza grupa przez tą drugą będzie postrzegana jako ci, którzy są w błędzie, bo szukają zbawienia w psychologii, a zbawienie jest w Chrystusie. A druga grupa przez tą pierwszą będzie postrzegana jako ta, która szuka zbawienia w cierpieniu (a może w nawet w cierpiętnictwie bo „im gorzej tym lepiej”) lub w uczynkach i jest w błędzie, bo przecież zbawienie jest w Chrystusie.

Czy jest to powód do sporu? Jedni i drudzy wskazują ten sam fundament – Jezusa Chrystusa, a przy tym zarówno w przebaczaniu jak i w dawaniu pieniędzy nie ma nic złego. Bóg jednak zawsze patrzy na serce (intencje człowieka); w każdym nawet zewnętrznie dobrym czynie mogą być intencje niewłaściwe, ale o tym do końca wie tylko Bóg.

Odpowiedzmy sobie sami na pytanie, co jest nam łatwiej uczynić: przebaczyć drugiemu człowiekowi i powiedzieć „przebaczam ci”, czy dać komuś dużą sumę pieniędzy.

Korzystając z wiedzy ekonomicznej (jestem z wykształcenia ekonomistką) i teologicznej (studiowałam teologię), mogę powiedzieć, że na świecie grzech pojawił się prędzej, niż pieniądze. To zdanie wypowiedziane jest oczywiście w formie żartu, aby podkreślić, że do patrzenia na prawdy wiary nie możemy używać jedynie cytatów (zwłaszcza tych obiegowo „używanych” w danej grupie religijnej), ale wsłuchać się w głos Kościoła. Po przeczytaniu artykułu widzę, że zarówno Aleksandrze Kowal, jak i braciom Linn chodzi, mimo różnicy argumentacji, o upadłą naturę ludzką.

To co wydaje się brzmieć dziwnie: „uzdrowienie wewnętrzne” – w innym ruchu będzie mieć swój odpowiednik pod nazwą „egzorcyzmowanie afektów”. Która z tych nazw jest bardziej dziwaczna i porażająca, to pewnie zależy od subiektywnej oceny.

W Odnowie w Duchu Świętym czy w Ruchu Światło-Życie jest stosowana praktyka duchowa nazywana „Oddanie Życia Jezusowi i przyjęcie Go jako Pana i Zbawiciela” – czy to oznacza, że to co jest charakterystyczne dla tych ruchów, nie jest poza nimi obecne w Kościele?

Wzorem dla naszej modlitwy powinna być liturgia Kościoła. W akcie pokuty po wyznaniu grzechów zwracamy się z prośbą o modlitwę za nas nie tylko do Maryi i świętych, ale też prosimy o modlitwę „braci i siostry”. Wyznajemy Bogu przed nimi, że zgrzeszyliśmy myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Prosimy Boga o odpuszczenie grzechów, ale też modlimy się o UWOLNIENIE SERCA OD NIEUPORZĄDKOWANYCH PRZYWIĄZAŃ.

UWOLNIENIE SERCA OD NIEUPORZĄDKOWANYCH PRZYWIĄZAŃ

– jest tym, o co w najgłębszej istocie chodzi w modlitwie o uzdrowienie wewnętrzne. Modlimy się tu również o porządkowanie naszych uczuć zarówno tych negatywnych, jak i tych tzw. „pozytywnych”, które mogą prowadzić do grzechu, a przede wszystkim o właściwe ukierunkowanie naszego życia.

W czasie pierwszego skrutynium nad katechumenami celebrans wyciągając ręce odmawia modlitwę egzorcyzmu: „Panie Jezu, Ty jesteś źródłem, którego wybrani pragną, i nauczycielem, którego poszukują. Tylko Ty jesteś święty, dlatego oni wobec Ciebie nie odważają się powiedzieć, że są niewinni. Ufnie otwierają swoje serca, wyznają grzechy i odsłaniają ukryte rany. Z miłości zatem uwolnij ich od słabości, przywróć zdrowie chorym, nasyć pragnących i udziel im pokoju. Mocą Twego imienia, które z wiarą wyznajemy, przybądź teraz i ulecz ich. Wydaj rozkaz duchowi, którego zmartwychwstając pokonałeś. Ukaż swoim wybranym drogę w Duchu Świętym, aby krocząc do Ojca, czcili Go w prawdzie”. ( OCHWD, 1988, s. 78)

A co z sytuacją, gdy ktoś pragnie osiągnąć to niewłaściwymi metodami? Jakiejkolwiek byśmy nie użyli metody prawda jest jedna: to Bóg uwalnia nasze serca. Zła jest na pewno ta „metoda”, która koncentruje wiarę w uzdrowienie (nie mylić z wyleczeniem przez terapię) na metodzie, na technice, osobie, a nie na Bogu. Może się też zdarzyć, ze jakiś ruch buduje w sobie przekonanie, że „ma metodę” – „patent na świętość”.

1 Kor 3, 7-11: „Otóż nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost – Bóg. Ten, który sieje, i ten, który podlewa, stanowią jedno; każdy według własnego trudu otrzyma należną mu zapłatę. My bowiem jesteśmy pomocnikami Boga, wy zaś jesteście uprawną rolą Bożą i Bożą budowlą. Według danej mi łaski Bożej, jako roztropny budowniczy, położyłem fundament, ktoś inny zaś wznosi budynek. Niech każdy jednak baczy na to, jak buduje. Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus”.

Bóg dał nam rozum i przemawia do naszego rozumu – to oczywiste.

Może to, co krytykujemy jako metody okultystyczne (czy konieczne jest widzenie diabła we wszystkim?), jest po prostu próbą przemówienia do naszego rozumu w celu przyjęcia orędzia Ewangelii? W ewangelizacji używane są różne metody: tradycyjne takie jak słowo i świadectwo, ale też i bardziej współczesne jak: pantomima, scenki dialogowane. Nie zawsze scenki możemy pokazać – bo nie jest to fizycznie możliwe. A przecież obraz silnie przemawia do człowieka i może mu pomóc w przyjęciu Słowa Bożego. Zawsze jednak możemy odwołać się do wyobraźni człowieka i poprosić, aby to on sam odegrał w wyobraźni „scenkę”, która przemówi do jego rozumu. Zły podsuwa nam obrazy złe, aby nas kusić. Czy my nie powinniśmy podsuwać innym dobrych obrazów, aby innym pomóc?

Nie czytałam książek braci Linn i to, co piszę, nie jest oceną metod tam proponowanych, a jedynie głosem o umiar i trzeźwość w ocenie tych metod, którą to ocenę zostawiam teologom i specjalistom.

Na koniec tych pisanych na gorąco luźnych myśli, nie tyle polemicznych, co będących raczej próbą innego podejścia do zagadnienia uzdrowienia wewnętrznego i uzasadnienia modlitwy o takie uzdrowienie, pragnę odnieść się do „nieroztrząsania przeszłości”.

MĄDROŚĆ SERCA

Psalmista woła do Boga (Ps 90, 12): „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca”. Myślę, że o takiej pięknej mądrości serca mówi Aleksandra Kowal (nie chodzi chyba o brak wdzięczności wobec Boga i brak pokory w uznaniu tego, co było w naszym życiu). Są ludzie, którzy nie dokonują refleksji nad tym, co było. Mówimy potocznie, że wszystko po nich „spływa”, idą do przodu jak „po trupach”. Ale też są inni, którzy osiągnęli szczególną mądrość serca, coś w rodzaju patrzenia na swoje życie z perspektywy wieczności.

Najczęściej są to ci, o których wiemy, że nawrócili się w obliczu swojej śmierci. Miałam wielkie szczęście przyjaźnić się z taką osobą. Starała się ona (już nie żyje) przekazać mi mądrość człowieka, który nie grzebie się w przeszłości (w sensie obciążania serca niepotrzebnymi troskami), bo wie, że jeszcze dziś może stanąć przed Bogiem.

Taka mądrość serca jest łaską daną przez Boga – w ten sposób Bóg dokonuje w nas uzdrowienia wewnętrznego (czyli uwolnienia serca).

Cokolwiek byśmy nie napisali, ważnym jest, abyśmy wszyscy (o co się modlę, mam wiarę i nadzieję) spotkali się w Niebieskim Jeruzalem, gdzie ludzie (Ap 7, 16-17): „Nie będą już łaknąć ani nie będą już pragnąć, i nie porazi ich słońce ani żaden upał, bo paść ich będzie Baranek, który jest pośrodku tronu, i poprowadzi ich do źródeł wód życia: i każdą łzę otrze Bóg z ich oczu”.

Małgorzata Borecka,
Ruch Światło-Życie

GŁOS W DYSKUSJI

Pokój i Dobro!

Na łamach strony Apologetyka trwa dyskusja na temat uzdrowienia wewnętrznego. Jak już zdążyłem się zorientować, zdania są podzielone. I dobrze. Ja osobiście jestem zwolennikiem tej modlitwy, bo widzę jej dobre owoce. Otwarty jestem na wszelkie głosy, bo zależy mi na dobru człowieka. Człowiek to nie jest rzecz, którą można manipulować, dlatego jestem bardzo wdzięczny za podjęcie dyskusji na temat tak bardzo delikatny. Jako kapłan prowadzę te modlitwy już od dziesięciu lat i powiem, że ciągle się uczę. Patrzę w tej chwili na kalendarz, w którym są odnotowane wizyty ludzi, którzy byli u mnie prosząc o modlitwę. Przez trzy lata mego pobytu w Legnicy było ich około osiemset osób. Nie liczę lat poprzednich. Wydaje mi się, że mam jako takie doświadczenie w tej służbie.

Szczerze wyznam, że troszeczkę przeraża mnie radykalny i negatywny ton w artykule pani Aleksandry Kowal – Uzdrowienie wewnętrzne – znaki zapytania, który ukazał się jako „reklama” na stronie Apologetyki. Jakoś w tonie tego artykułu nie dostrzegam zaproszenia do dyskusji, ale wydaje mi się, że jest to próba znokautowania. Może się mylę, bo jest to moje subiektywne odczucie, ale dostrzegam dużo emocji i osobistych niechęci do modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne. Dostrzegam próbę ośmieszenia osób, które takie modlitwy przeprowadzają. Powiem szczerze, że moja pierwsza reakcja była taka, że chciałem ubrać rękawice bokserskie i dołożyć pani Oli. Ale pomyślałem sobie, że przecież każdy ma prawo do wyrażania swego osobistego zdania i trzeba je uszanować. Pomyślałem bardzo praktycznie o pani Oli – może ten artykuł to znak, że potrzebuje pani Ola uzdrowienia wewnętrznego, które tak zajadle atakuje? Zapraszam pani Olu!!!??? Po takim krótkim zastanowieniu postanowiłem przeczytać ten artykuł w sposób pozytywny, szukając w nich dobrych rzeczy. Pani Olu postaram się nie znokautować pani. Nie widzę przyjemności w zadawaniu ciosów.

 Ogólnie dostrzegam w nim troskę o to, by oczyścić modlitwę o uzdrowienie z tego wszystkiego co złe (wynika to z wniosków, które są umieszczone na końcu artykułu. Są to wnioski uczestników III sesji apologetycznej, a więc także i pani Oli i Ks. Andrzeja Siemieniewskiego, którego bardzo szanuję);

 Takie odkrycie było dla mnie bardzo radosne i powiem szczerze, że nabrałem troszeczkę sympatii dla pani Oli, bo pomyślałem: jej zależy na dobru, nie chce całkowicie wykreślić modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne z Odnowy, ale chce ją zreformować. W tym momencie doznałem genialnego odkrycia – mi też na tym zależy i wtedy pojawiła się następna genialna myśl – ja Jej w tym pomogę. Powiem szczerze, że w tym momencie polubiłem panią Olę;

1. „Sanford była główną prekursorką uzdrawiania pamięci, co dla niej było tym samym, co odpuszczenie grzechów”– jako protestantka mogła tak uważać, ponieważ u nich nie ma sakramentalnej spowiedzi, ale ogólna, która polega na wyznaniu swoich grzechów bez pośrednictwa kapłana (bo kapłaństwa w naszym katolickim znaczeniu też u nich nie ma), bezpośrednio przed Bogiem albo przed wspólnotą, nieraz przed pastorem. Przyznam, że nieraz słyszałem jak ludzie mówili wychodzący z modlitwy, że rozmowa była podobna do spowiedzi, co mnie bardzo niepokoiło. Myślę, że trzeba nad tym pomyśleć, by nie dawać powodów aby ludzie tak myśleli.

Od razu podam praktyczne porady: nie wolno na ludziach wymuszać wyznania, niech mówią to co chcą, jeżeli nie chcą mówić – uszanować to. Przecież Jezus wie wszystko, my nie musimy wiedzieć, to nie my uzdrawiamy ale Jezus!!!

2. Jeżeli chodzi o definicję uzdrowienia wewnętrznego, które cytuje pani Ola, to trudno mi się do tego ustosunkować, ponieważ dawno czytałem te książki i nie mam ich teraz pod ręką, ale mogę podzielić się tym, co ja uważam za istotę uzdrowienia wewnętrznego – to odbudować swoje człowieczeństwo na obraz i podobieństwo Boga. Takich właśnie nas Pan Bóg stworzył (por. Rdz 1,26). Przez grzech pierworodny obraz i podobieństwo Boże zostały w nas zamazane, zdeformowane (natura deformata), dlatego wiele razy na kartach Pisma Świętego spotykamy wezwanie Boga: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty!” (Kpł 11,44; 11,45; 19,2; 20,7). Także i Jezus wzywał:  „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48).  „On (Jezus) jest obrazem Boga niewidzialnego – Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim wszystko zostało stworzone” (Kol 1,15). Chyba nie muszę udowadniać, że mamy się upodobnić do Jezusa. Ojciec Święty wzywa nas do „kontemplacji oblicza Chrystusa”. W kontemplacji Chrystusa dokonuje się nasze uzdrowienie. „Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie” (Iz 53,5). Jeżeli chodzi o definicje Jima McManusa to wydaje mi się, że raczej jest w niej mowa o owocach uzdrowienia wewnętrznego.

Pojawia mi się w tym miejscu takie trochę niedorzeczne pytanie, wybaczcie: Czy Bóg jest w pełni zdrowy? Tak. Wniosek nasuwa się sam – im bardziej staniemy się do Niego podobni, im bardziej będziemy z Nim zjednoczeni, im bardziej się Mu poddamy tym bardziej będziemy uzdrowieni wewnętrznie. Owoce naszego wewnętrznego stanu będą widoczne w każdej dziedzinie naszego życia. Przedstawiam to bardzo ogólnie. Pełne uzdrowienie nastąpi w niebie, bo tam będziemy naprawdę podobni do Boga.

3. Zacieranie prawdy grzechu.

”Prawda o miłości Bożej względem człowieka stanowi pierwszą, pozytywną część orędzia wiary. Jednak istnieje też jego część druga – negatywna. Takie ujęcie kerygmatu zaciera prawdę o grzeszności człowieka i konieczności wyznania grzechów”.

Nie wiem czy dobrze to zrozumiałem. Chodzi pani, droga pani Olu, o przesadne zwracanie uwagi jedynie na miłość Bożą? Chodzi o to, żeby była równowaga w głoszeniu miłości Bożej i grzeszności człowieka? Jeżeli o to chodzi to się z tym zgadzam. Był taki trend w Odnowie, zaczerpnięty zresztą od protestantów, który zacierał grzeszność – tylko alleluja. Teologia mówi o takich dwóch rzeczach: misterium tremendum (tajemnica bojaźni bożej) i misterium fascinosum (tajemnica fascynacją Boga). To trzeba połączyć. Bardzo ważną rzeczą w procesie uzdrawiania wewnętrznego jest to, by stanąć przed Bogiem w prawdzie: „Wtedy powiedział Jezus do Żydów, którzy Mu uwierzyli: Jeżeli będziesz trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami  i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,31–32). Wiem, że to Jezus jest Prawdą (por. J 14,6). Ważne też jest, by spojrzeć na naszą grzeszność przez pryzmat miłości Bożej. Też bardzo ważną rzeczą jest uznać swoją grzeszność.

3. Miłość do samego siebie

„Charakterystyczny dla osób zajmujących się uzdrawianiem wewnętrznym pogląd: „Brak miłości własnej jest korzeniem każdego grzechu”[4], który zaczerpnęłam z książki braci Dennisa i Matthew Linnów”.

W tym miejscu droga pani Olu tracę do pani troszeczkę sympatię. Dlaczego? Po pierwsze, bo „zajmuję się modlitwą o uzdrowienie wewnętrzne”, a wcale takiego poglądu nie mam. Po drugie, stosuje pani kwantyfikator ogólny rozciągając pogląd braci Linów na wszystkich. Wygląda to mniej więcej tak: pani Ola nie zna teologii to znaczy, że wszyscy z Apologetyki jej nie znają. Zgadza się pani z tym? Nie! I słusznie. Bo jest wśród Was na pewno chociaż jedna osoba, która zna się na teologii, to ks. Andrzej. Ja też się nie zgadzam z pani poglądem.

„Natomiast Pismo Święte ma inną diagnozę, np. taką: „korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” – a więc upadła natura ludzka (1 Tm 6,10).”

Pragnę panią obronić droga pani Olu, ale niestety się nie da. Nie rozumiem powiązania tego cytatu z wypowiedzią Linnów. Na jakiej podstawie wyciąga pani taki wniosek właśnie z tego cytatu: „a więc upadła natura ludzka”. TO JEST NACIĄGANIE SŁOWA BOŻEGO. BARDZIEJ DOBITNIE – MANIPULACJA SŁOWEM BOŻYM. STAJESZ SIĘ W TYM MOMENCIE BARDZO NIEWIARYGODNA, PONIEWAŻ NACIĄGASZ PISMO ŚWIĘTE DO WŁASNYCH POGLĄDÓW. Zresztą robi to pani wiele razy w tym artykule. Podpowiem pani, już bardziej by pasowało słowo z 1J 2,16 (pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego świata).

Zresztą wydaje mi się, że jest użyte niefortunnie przez Linnów sformułowanie „miłość własna” ponieważ w teologii duchowości jest to negatywne sformułowanie mówiące o egoizmie i skoncentrowaniu się na sobie. Może po prostu jest to źle przetłumaczone. Tego nie wiem. Parafrazując to brzmi to miej więcej w ten sposób: „Brak (miłości własnej) egoizmu jest korzeniem każdego grzechu”. Śmieszne prawda?

Rozumiem intencję, jaką mieli Linnowie. Na pewno chodzi im o zdrową miłość do samego siebie. Wtedy to zabrzmi tak: „Brak (miłości własnej) zdrowej miłości do samego siebie jest korzeniem każdego grzechu”. Dlaczego nad tym troszeczkę się rozwodzę, ponieważ uważam, że należy kochać samego siebie. Zadam proste pytanie, które nasuwa mi się gdy rozwodzi się pani nad problemem – czy kochać siebie czy nie. Czy Pan Jezus siebie nie kochał? Czy Bóg siebie nie kocha? I znowu niefortunny cytat o nienawiści z (Łk 14,26). Wydaje mi się, że jednym z owoców modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne jest zdrowo pojęta miłość do samego siebie i ona też promieniuje miłością do drugiego człowieka.

Proszę popatrzeć na Jezusa, tak zdrowo pojęta miłość do samego siebie ma wyglądać. Pytanie które jakoś samoistnie mi się nasuwa: czy sugeruje pani, że Jezus każe nam siebie samych nienawidzić? Szkoda, że nie zacytowała pani tego: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości.  To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna.  To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem” (J 15,9–12).

Jest taka prosta zasada: można dać tylko to, co się ma. Podobnie jest z miłością. Jeżeli jej nie masz, nie możesz jej dać. Zna pani, droga pani Olu chyba i ten cytat:  „Kto nie miłuje, nie zna Boga, BO BÓG JEST MIŁOŚCIĄ” (J 4,8). Przypomnę w tym miejscu to, co napisałem wcześniej odnośnie istoty uzdrowienia wewnętrznego: odbudować swoje człowieczeństwo na obraz i podobieństwo Boga. Skoro Bóg jest miłością, to czy uzdrowienie nie będzie polegać na tym, abyśmy i my stali się „Miłością”? ODBUDOWAĆ W SOBIE OBRAZ I PODOBIEŃSTWO BOGA TO NIC INNEGO JAK OBUDOWAĆ W SOBIE MIŁOŚĆ. Warto też w tym miejscu przytoczyć Hymn o Miłości św. Pawła 1 Kor 13: a zwłaszcza ostatnie zdanie „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: Z NICH ZAŚ NAJWIĘKSZA JEST MIŁOŚĆ” (w 13).

Do czego ma zmierzać uzdrowienie wewnętrzne? Do pełni łaski, czyli do pełni Boga. Skąd to wiem? Przekonują mnie o tym cytaty z Pisma Świętego. Pierwszy dotyczy naszego Pana z Prologu z Ewangelii św. Jana:  „A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, PEŁEN ŁASKI I PRAWDY” (J 1,14). Drugi cytat dotyczy Maryi: „Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, PEŁNA ŁASKI, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami” (Łk 1,28). Trzeci dotyczy św. Szczepana:  „Szczepan PEŁEN ŁASKI I MOCY działał cuda i znaki wielkie wśród ludu” (Dz 6,8); dalszy cytat odnoszący się do św. Szczepana „I rzekł: Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga” (Dz 7,56). Co ich łączy? Czyste serce. To, że nasz Pan nie miał grzechu nie muszę udowadniać. Maryja jest Niepokalanie Poczęta, jest to dogmat wiary Kościoła. Natomiast do Szczepana mogę odnieść słowa z Kazania na Górze: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (Mt 5,8). On widzi Boga, widzi niebo otwarte.

Zgadzam się, że istnieje „kult własnego ja” i trzeba być bardzo ostrożnym nie tylko przy modlitwie o uzdrowienie wewnętrzne. Kult własnego ja to raczej odnosi się do bałwochwalstwa. Ja staję w miejscu Boga. Kręcę się wokół siebie. Jestem zapatrzony na przysłowiowy czubek swojego nosa. Żeby zobaczyć czubek własnego nosa muszę zrobić zeza a to niestety zniekształca widzenie.

Najlepiej wyraża to zasada Nietschego „zabiliśmy Boga i sami stańmy się bogami”. Kult własnego ja to pozostałość po grzechu pierworodny. Ta pokusa ciągle nas dotyka „staniecie się jak bogowie, znający dobre i złe” (Biblia Gdańska Rdz 3,5). Wydaje mi się, że jest to dobra uwaga, aby w czasie modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne w centrum stawiać Boga, a nie siebie samego, swoje problemy.

„Ten proces jest tak subtelny (chodzi o kult własnego ja), że naprawdę wiele osób nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa ani z tego, że dało się uwieść „kultowi swojego Ja”, jak to precyzyjnie nazwał kard. Suenens. Jednym z przejawów „kultu własnego Ja” jest nieustanne wpatrywanie się z upodobaniem w swoje wnętrze”.

Jeżeli chodzi o wypowiedzi kard. Suenensa na temat miłości samego siebie, to mówi także i tak: „Jeden z moich przyjaciół, szkocki biskup, w czasie rekolekcji głoszonych dla młodzieży, przy pomocy następujących słów dokonał syntezy naszych obowiązków wobec siebie samych: poznaj siebie, miłuj siebie, zapomnij o sobie. Jest to w istocie potrójny nakaz, który ukazuje jednocześnie wszystkie aspekty, których trzeba przestrzegać. Musimy samych siebie poznać: radził to już swoim uczniom Sokrates; a dobrze rozumiane poznanie siebie samego jest uprawnioną formą miłości siebie. Sam nasz Pan dał swoim uczniom nakaz, aby miłowali innych jak siebie Samego. Istnieje więc uprawniona i konieczna nawet miłość siebie samego, której należy przestrzegać i ją rozwijać” (Dokumenty z Malines s. 499). Oczywiście ostrzega o niebezpieczeństwach.

4. Przebaczenie.

„Zwolennicy uzdrowienia wewnętrznego twierdzą, że jednym z warunków relacji z Bogiem jest przebaczenie innym ich win wobec nas”.

Droga pani Olu bardzo dziękuję za tę myśl, a wie pani dlaczego? Ponieważ, może wyciągam złe wnioski, przez to także Pana Jezusa czyni pani zwolennikiem modlitwy o uzdrowienie. Na pewno zna pani modlitwę, której nas nauczył. Jedno z wezwań tej modlitwy brzmi: „i przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili” (Mt 6,12). Otóż komentarz biblijny z Prymasowskiej Serii na str. 934 do tego właśnie cytatu daje taki komentarz: „W języku aramejskim eufemistycznym określeniem grzechu był dług. Jak i my przebaczamy – ta część zdania zakłada zależność od przebaczenia i potwierdzenia istnienia pewnego związku między postępowaniem wobec innych a tym jak Bóg będzie względem nas, nie mówi jednak o bezpośredniej zależności. Bóg jest bardziej miłosierny i hojny od nas, por. 18,21–35; 20,1–16. naszym obowiązkiem jest naśladowanie Boga przebaczenie zgodne z przykładem, jaki nam daje. Przebaczenie jest społecznym obowiązkiem, jeśli chce się ustrzec konfliktów z powodu nagromadzonych urazów”. Jest też takie błogosławieństwo w Mt 5,7 „błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”.

Ja dopowiem nawet więcej. Nieraz jest tak, że czujemy nieprzebaczenie do Boga, do innych i do siebie, a ponadto jesteśmy dręczeni wyrzutami, że skrzywdziliśmy innych i oni przez to czyją do nas żal. Dlaczego przebaczenie jest tak bardzo ważne dla nas? Ponieważ nieprzebaczenie wypływa ze zranienia, jakie ktoś nam zadał albo sami sobie zadaliśmy. Czujemy do tego kogoś żal. Jeżeli nie odrzucimy nieprzebaczenia z serca to może się ono w nas przemienić w nienawiść i zemstę do danej osoby. Jestem przekonany, czego doświadczyłem wiele razy w czasie modlitwy za innych, że modlitwa o uzdrowienie wewnętrzne pomaga nam w przebaczeniu innym i w przyjęciu przebaczenia.

Pani Olu z pani wywodów przeciw modlitwie o uzdrowienie wewnętrzne wynika, żeby człowieka traktować całościowo i nie dzielić na ducha, duszę i ciało. Skoro tak, to pozwólmy temu całemu człowiekowi przeżywać cierpienie spowodowane zranieniem całością swego człowieczeństwa także i emocjami i uczuciami. Nie chcę więcej wchodzić w ten problem, ale proponuję przeczytać Encyklikę Ojca Świętego Dives In Misericordia – O Bożym Miłosierdziu.

Przytoczę jeszcze krótkie świadectwo. Przychodziła do mnie na modlitwę młoda dziewczyna, która nie mogła spać. Taki stan trwał już około trzech lat. Chodziła z tym problemem do psychologa, nawet do psychiatry. Dawano jej lekarstwa, ale efekt był taki, że jeszcze gorzej się czuła. W rozmowie ujawniło się kilka problemów, między innymi nieprzebaczenie ojcu. Ojciec ich opuścił i czuła do niego żal. Przez to jej relacja z Bogiem też nie była najlepsza. Zadawała Bogu często pytanie – dlaczego dopuściłeś do tego Boże? Omijała ojca z daleka, złorzeczyła w sercu za to , co jej zrobił. Gdy zaproponowałem jej, aby przebaczyła ojcu, by go błogosławiła nie potrafiła tego zrobić. Wytłumaczyłem jej, że jej cierpienie jest bezsensowne, ponieważ ona nie zawiniła i cierpi z powodu cudzego grzechu. Powiedziałem jej, że to nieprzebaczenie ją niszczy, że nie pochodzi od Boga. Zrozumiała to. Oczywiście modliłem się do Boga u uzdrowienie tego zranienia w jej sercu. Efekt był piorunujący otworzyła się na łaskę Bożą i przebaczyła ojcu w Imię Jezusa i o dziwo w miarę jak przebaczała zaczynała też lepiej spać. Nawet spotkała się ze swoim ojcem i powiedziała mu, przebaczam tobie, tato. Przedtem wydawało jej się to niemożliwe. Dlaczego? Bo nie przebaczyła!

5. Technika stosowana w uzdrowieniu wewnętrznym.

„Tak na marginesie przyznam otwarcie, że jest mi trudno zrozumieć, w jaki sposób psychice człowieka może pomóc powracanie do jakichś zadawnionych przeżyć, zabliźnionych ran”.

Jeżeli chodzi o zagojone rany to nie warto do nich powracać. Z tym się zgadzam. Rana uzdrowiona nie zadaje bólu.

Zadam pani Oli takie proste pytanie: czy negatywne lub pozytywne przeżycia, których doświadczyliśmy w przeszłości mają wpływ na nasze życie obecne czy nie? Podzielę się moim osobistym doświadczeniem.

Kilka lat temu miałem wypadek samochodowy. Dzisiaj już wiem, że to negatywne doświadczenie w moim życiu zostało uzdrowione. Ale był taki czas, trwało to około pół roku, że stąd ni zowąd cała scena z wypadku przychodziła i dotykała mnie z taką intensywnością jakby wypadek stał się wczoraj. Nie dziwiłbym się temu, gdyby dotykało mnie to tydzień po wypadku, ale to dotknęło mnie i po pół roku. Wtedy czułem lęk, było to niezależne ode mnie. Przez jakiś czas nie mogłem dojść do siebie. Pojawiały się wyrzuty sumienia, ze naraziłem klasztor na wydatki, że jakoś zawiodłem, czułem do siebie niesmak. Proponuje pani, aby nie powracać do dawnych ran, ale co zrobić jak one same powracają, albo ujawniają się w dziwny sposób? Każde trudne doświadczenie jest dla każdego szokiem, który niestety pozostawia w nas ślady. Gdy zacząłem się nad tym zastanawiać, to zrozumiałem, że chciałem o wypadku zapomnieć w taki sposób, jak by go w ogóle nie było. Rzeczywistość jednak była inna – wypadek był, poniosłem straty finansowe. Bałem się skonfrontować z tym problemem. Zrozumiałem wtedy także, że nie zaprosiłem Jezusa do tej sytuacji. Zrozumiałem, że problem powraca, bo rana po nim nie została uzdrowiona, ale ciągle „krwawi”. Powróciłem myślami do wydarzenia i nie miało to nic wspólnego z wizualizacją, nie wmawiałem sobie pozytywnie myśląc, ale zaprosiłem tam Jezusa. Uświadomiłem sobie wtedy, że Jezus w tej trudnej sytuacji był ze mną. Pokazał mi Jezus też bardzo dużo rzeczy pozytywnych w tym negatywnym doświadczeniu. Mogłem zginąć, a jednak żyję, mogłem być kaleką, a jednak nie jestem, mogłem skrzywdzić innych, a jednak nie skrzywdziłem. Zacząłem wtedy Jezusowi dziękować, bo naprawdę miałem za co. O dziwo problem się skończył. Gdybym to zbagatelizował, wiem, że trwało by to do dzisiaj.

Tak może być z każdym problemem z naszego życia. Tak też jest z pozytywnymi zdarzeniami w naszym życiu. Po co w ogóle wspominać to, co wydarzyło się na Golgocie i mówić, to ja ukrzyżowałem Pana Jezusa. Przecież nie żyłem dwa tysiące lat temu. Jest to niestety fakt wiary, ja też przez swoje grzechy ukrzyżowałem Pana, zadałem mu cierpienie.

Pojawia mi się też pytanie: kto mi dał uczucia, emocje, wyobraźnię, zmysły? Kto? Bóg. One też mi o czymś mówią. Nie wyobrażam sobie siebie bez tych rzeczy.

Dlatego wydaje mi się, że w modlitwie o uzdrowienie wewnętrzne, a więc tych wszystkich doświadczeń z przeszłości, ważne jest uświadomienie sobie, że dla Boga czas nie istnieje. On może z każdego zła wyprowadzić dobro.

Uważam też, że krzywdzące jest przeszkadzać człowiekowi przecierpieć i wyżalić się nad swoim życiem. Jest takie coś w Piśmie świętym, co nazywa się lamentacje. Zdrowa lamentacja, uzasadniona jest jak najbardziej potrzebna. Wiele razy doświadczyłem tego, że wystarczyło, że ktoś po prostu się wygadał przede mną ze swoich kłopotów i mu ulżyło. Dlaczego jest taka tradycja, która ku nieszczęściu ludzi zanika, że po śmierci bliskiej osoby jest rok żałoby? Osoba nosi czarne szaty albo jakiś znak żałobny. Po co to jest? Bo nie da się tak łatwo pogodzić ze śmiercią kogoś bliskiego. To boli i trzeba czasu aby się z tym pogodzić. Potrzeba czasu na wyżalenie. Każdy trudny problem i zdarzenie potrzebuje wyżalenia i współczucia. Tacy jesteśmy. Jeżeli są w naszym życiu zdarzenia, które nie przelamentowaliśmy, to ból gdzieś w nas tkwi i nas niszczy. Jeżeli takich problemów nazbiera się w nas więcej to w pewnym momencie może to w nas wybuchnąć chorobą psychiczną, depresją, schizofrenią itp.

Kiedy przychodzi ktoś do mnie pierwszy raz, to zazwyczaj jest tak, że „grzebię” w jego życiu bardzo szczegółowo. Ale oczywiście nie wbrew woli tego kogoś. Po co? Żeby mieć obraz życia! Po co? Żeby człowiek wyrzucił to z siebie! Po co? Żeby mocą Jezusa wkroczył w jego życie tak bardzo upragniony pokój. I nie uważam, żeby taka rozmowa była czymś złym, wręcz przeciwnie. Nie uważam tego też jako metody na uzdrowienie, ale jest to bardzo pomocne w doprowadzeniu człowieka do Jezusa, który go uzdrawia.

Zawsze staram się odwodzić ludzi od niepotrzebnego grzebania w swojej przeszłości i sumieniu a staram się skierować ich uwagę ku Jezusowi. Wiem, że istnieje takie niebezpieczeństwo kręcenia się wokół swoich problemów. Problem jest w centrum. Wiem też, że im większy problem i ból tym trudniej go z tego centrum wyrzucić. Proszę sobie wyobrazić pani Olu, że klęczy pani przed Najświętszym Sakramentem z nożem w brzuchu. Proszę spróbować nie myśleć o bólu. Udawać, że bólu nie ma. Ja tak nie potrafię. Może mam małą wiarę, ale nie potrafię. W tym momencie potrzebny jest mi lekarz, ale to wcale nie oznacza, że nie ma w tym Jezusa. Problemy duchowe, psychiczne, emocjonalne itp. Działają podobnie. Nie jestem zwolennikiem przesadnego grzebania w sobie, ale jest taka zasada, że o problemach trzeba mówić.

Nieraz wręcz upominam bardzo stanowczo, aby przestać grzebać. Bo wydaje mi się, że takie bezsensowne grzebanie może doprowadzić do takiej sytuacji, ukażę ją bardzo obrazowo: można siedzieć na łące pełnej pięknych kwiatów, podziwiać ich barwę, zachwycać się nimi, ale nie czuć ich zapachu, bo siedzę nad śmierdzącym rynsztokiem własnych problemów i grzebie w nim.

Neguje też Pani wartość bogactwa psychologii w modlitwie o uzdrowienie wewnętrzne, to może też zanegujmy całe doświadczenie medycyny. Po co korzystać z porad lekarza, po co brać lekarstwa. Przez takie myślenie dojdziemy do jakiejś paranoi. Jeżeli negujemy udział psychologii w modlitwie o uzdrowienie wewnętrzne , to proponuję zanegować wszelką filozofię w dogmatyce. Po co Arystoteles, po co Platon. Wiemy, że filozofia jest służebnicą teologii. Ja tak samo traktuję psychologię w modlitwie o uzdrowienie wewnętrzne.

6. Leczenie chorych

„A zupełnie już kuriozalny wydaje się tytuł jednego z rozdziałów w książce Linnów: „Zapobieganie nowotworom i ich leczenie poprzez uzdrawianie gniewu i poczucia winy”[17].

Niejawnym celem całego procesu staje się po prostu wyleczenie człowieka z konkretnej choroby lub zapobieganie następnym. Czy to nazwiemy wzrostem duchowym? W takim razie chrześcijaństwo niewiele różniłoby się od nauki zwanej higieną”.

Mogę powiedzieć jasno, że celem modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne nie jest leczenie z chorób ale leczenie chorych. Bóg chce dotknąć łaską uzdrowienia całego człowieka. Jest to Jego rzecz jak tego dokona. Zadaję sobie pytanie: czy zranienia duchowe (grzechy), psychiczne emocjonalne mają wpływ na zdrowie fizyczne człowieka?

Zanim przejdę do odpowiedzi na to pytanie warto też napomknąć, że w mojej posłudze spotkałem się z wieloma zniewoleniami przez złego ducha. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że szatan też może wykorzystywać zranienia ludzkie dla własnych celów. Nie rzadko spotykałem się z tym, że to on ukrywał się w chorobach psychicznych, bądź nawet „symulował” choroby fizyczne. Bez poruszenia tego problemu cała dyskusja na temat modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne nie byłaby pełna, ponieważ nie możemy pominąć obecności złego ducha w naszym życiu.

Posłużę się przykładami.

Przychodziła do mnie kobieta, która miała chyba wszystkie choroby świata. W każdym bądź razie bardzo cierpiała. Miała między innymi mocną cukrzycę i z tego powodu otwarte rany, które w żaden sposób lekarze nie potrafili zagoić. Gdy poznałem jej życie, zadałem sobie pytanie: jak ta kobieta to wszystko wytrzymała? Zaczęliśmy się modlić i okazało się, ze jest zniewolona. W czasie modlitwy o uwolnienie zaczęły goić się rany, których lekarze nie potrafili uleczyć od dziewięciu lat.

Przychodziła do mnie kobieta, która cierpiała na krwotok z narządów rodnych. Trwało to kilka lat. Lekarze nie potrafili sobie z tym poradzić. Popełniła w swoim życiu wiele grzechów i między innymi aborcję. W czasie modlitwy wszystko wskazywało na zniewolenie. Po modlitwie krwotoki odeszły.

Przychodziła do mnie kobieta, która miała dwa mięśniaki na macicy wielkości pięści. Był to owoc aborcji. Miała już nawet skierowanie do szpitala na usunięcie narządów kobiecych. Gdy o tym opowiedziała zrobiło mi się jej bardzo żal. Porozmawialiśmy o jej życiu. Byłem przekonany, że te mięśniaki są spowodowane obecnością złego. W czasie modlitwy objawił swoją obecność zły duch. Modliłem się o uwolnienie. Poszła za kilka dni na badanie przed szpitalem i okazało się, że mięśniaki znikły. Lekarz, jak sama opowiedziała, był w szoku i wypowiedział słowa to cud.

Mógłbym przytaczać jeszcze wiele świadectw osób, które zostały uzdrowione podczas modlitwy o uwolnienie.

Jeżeli chodzi nazwę uzdrowienie wewnętrzne to faktycznie nazwa ta nie występuje w Piśmie świętym, ale proszę mi pokazać gdzie znajduje się nazwa odpust zupełny.

Jako moje dopowiedzenie, czego nie chciałem dublować, uważam artykuł pani Elżbiety Kupczak. Proszę go przeczytać.

o. Kosma Budziński ofm

Coś o sobie!

Jestem zakonnikiem, franciszkaninem. Kapłanem jestem od dziesięciu lat. Wyrosłem z Odnowy w Duchu Świętym. Właściwie to w niej (konkretnie we Wspólnocie w Leśnej) odkryłem swoje powołanie zakonne, za co jestem wdzięczny. Jeżeli chodzi o tematy uzdrowienie wewnętrzne, modlitwa wstawiennicza, modlitwa o uzdrowienie to zajmuje się tym blisko dwadzieścia lat. Prowadziłem wiele serii rekolekcji o uzdrowienie wewnętrzne i inne. Przyznaję że jestem zwolennikiem tego typu modlitw, chociaż nie bez krytycznego spojrzenia. Od około roku przeprowadzam modlitwy o uzdrowienie międzypokoleniowe, czego wyraz dałem w artykułach, które możecie przeczytać na stronie http://www.jeruzalem.alleluja.pl/[1]. W Diecezji Legnickiej służę od trzech lat. W tym czasie służyłem jako egzorcysta (pozwolenie ustne biskupa). W ciągu tych trzech lat odwiedziło mnie około osiemset osób. Mogę powiedzieć, że raczej jestem praktykiem jeżeli chodzi o modlitwy wstawiennicze, o uzdrowienie wewnętrzne i o uwolnienie…

[1] Artykuły o których mówi ojciec Kosma można również przeczytać na naszej stronie pod adresem http://www.apologetyka.katolik.pl/polemiki/gorace–polemiki/uzdrowienie_wewnetrzne

KILKA UWAG DO ARTYKUŁU PANI ALEKSANDRY KOWAL – «UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE – ZNAKI ZAPY

Ze zdumieniem przeczytałem tekst Aleksandry Kowal „Uzdrowienie wewnętrzne – znaki zapytania”. Przekazuję kilka uwag do tego tekstu.

1. Błędem jest twierdzenie, że osoby związane z katolicką Odnową w Duchu Świętym, a podejmujące posługę modlitwy o uzdrowienie, uznają jako„założycielkę posługi uzdrawiania” Agnes Mary Sanford, gdyż w Kościele katolickim wierzymy, iż tym który uzdrawia jest Jezus Chrystus mocą Ducha Świętego.

2. Niedopuszczalnym jest wmawianie przez Aleksandrę Kowal tym, którzy podejmują posługę modlitwy o uzdrowienie, a związani są z Odnową w Duchu Świętym w Kościele katolickim, że „uzdrawianie pamięci… [jest] tym samym, co odpuszczanie grzechów”. Utożsamianie w tym względzie poglądów Agnes Mary Sanford, z poglądami osób wskazanych wyżej jest niedopuszczalną manipulacją.

3. Na jakiej podstawie Aleksandra Kowal wyprowadza wniosek, że podejmujący posługę modlitwy o uzdrowienie w ramach Odnowy w Duchu Świętym w Kościele katolickim „zacierają prawdę o grzeszności człowieka i konieczności wyznania grzechów”? Tym bardziej, że sama Aleksandra Kowal przyznaje, iż „wiele przytoczonych na stronie Odnowy definicji istotnie to podkreśla”. Wyrywanie z kontekstu całości nauczania jakichś pojedynczych stwierdzeń poszczególnych autorów jest poważnym nadużyciem. Sprawia to wrażenie, że Aleksandra Kowal ma swoją tezę i na siłę szuka jej potwierdzenia w wyrwanych z kontekstu zdaniach.

4. Bardzo dziwną interpretację stosuje Aleksandra Kowal do tekstów biblijnych, jak choćby Łk 14,26. Nie jest to interpretacja Kościoła katolickiego, gdy pisze „w żadan sposób nie uda się słowa nienawiść zamienić na słowo miłość”, gdyż kluczem do zrozumienia tego fragmentu jest zdanie: „ kto nie wyrzeka się wszystkiego co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14,33). Ostatecznie chodzi tu o wyrzeczenie, a nie o nienawiść kogokolwiek. Chrystus Pan w swoich przypowieściach używał takich rodzajów literackich, które były pomocne dla słuchaczy, także i w tym przypadku. Takie literalne i fundamentalistyczne interpretowanie tekstu bliblijnego, jak przez Aleksandrę Kowal, nie jest zgodne z interpretacją w duchu Kościoła katolickiego.

5. Zupełnie nie rozumiem na jakiej podstawie Aleksandra Kowal identyfikuje „kult własnego ja” z posługą modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne, jest to daleko idąca nadinterpretacja z jej strony nie odpowiadająca stanowi faktycznemu w podejściu do tej posługi modlitwy. Podobnie jak czym innym jest na przykład właściwa troska o zdrowie fizyczne, a czym innym hipochondria, czyli nadwrażliwość na punkcie swojego zdrowia. Nie każda troska o zdrowie zaraz będzie hipochondrią.

6. Dziwna jest również interpretacja Aleksandry Kowal w kwestii przebaczenia, gdy nie potrafi rozróżnić decyzji woli i uczucia krzywdy, które nie zależy już od woli człowieka i jakie może być uzdrowione jedynie mocą Boga.

7. Poza tym autorka nie potrafi rozróżnić owocu przebaczenia i motywów dla jakich, ktoś przebacza, gdy pisze: „Przebaczam ci, bo – koniec końców – opłaciło mi się to”.

8. Przedziwnie też Aleksandra Kowal interpretuje „technikę stosowaną w uzdrowieniu wewnętrznym” odmawiając zasadności retrospekcji w dotychczasowe życie i podpierając się cytatami biblijnymi, z których tak naprawdę to nie wynika. Autorka choć zarzuca to osobom podejmującym modlitwę o uzdrowienie wewnętrzne, ale to ona sama nie rozróżnia działań psychologicznych i modlitwy jaka wspierać ma na drodze uzdrowienia wewnętrznego naszych uczuć.

9. Ale już szczytem fałszywej interpretacji dokonanej przez Aleksandrę Kowal jest wmawianie okultyzmu osobom podejmującym modlitwę o uzdrowienie wewnętrzne. W tym względzie okultystą jest też Papież Jan Paweł II, który w liście o różańcu (p.29) zachęca do zaangażowania wyobraźni podczas modlitwy.

10. „Analizowanie własnych uczuć odbiera wszelki autentyzm przeżyciom i powoduje, że w istocie kontemplujemy tylko własne niezaspokojone wnętrze” – pisze Aleksandra Kowal. Przedziwne wnioski, jakie wyprowadza autorka z wcześniejszego cytatu książki Z. Lityńskiego. W takim razie bezmyślne życie, w którym człowiek nie podejmuje refleksji nad światem swoich przeżyć, zapewnia autentyzm tym przeżyciom?

11. Na jakiej podstawie twierdzi Aleksandra Kowal, że osoby podejmujące posługę modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne głoszą, że „Bóg nie ma przystępu do ciebie ze swoją miłością, dopóki nie zostaną uleczone twoje zranienia”?

12. Aleksandra Kowal twierdzi ponadto, że „wiele osób poważnie ucierpiało wskutek przeprowadzonych modlitw o uzdrowienie. Nie ma nad tym prawie żadnej kontroli. Biorą się za to osoby zupełnie nieprzygotowane.”

Zgadzam się z tym, że może się zdarzyć iż dojdzie do jakiegoś nadużycia w tym względzie, ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Jeśli zdarzy się jakieś nadużycie w sprawowaniu sakramentu pokuty, to czy Kościół zrezygnuje z jego sprawowania? Lub jeśli trafimy na złego lekarza, to przestaniemy się leczyć?

Nie wiem jaka kontrola jest w innych rejonach, ale wiem jak to się dzieje z grupami modlitewnymi związanymi z Centrum Formacyjnym Odnowy w Duchu Świętym w Magdalence (jest to kilkanaście diecezji Polski północnej i wschodniej, czyli prawie 25% terenu Polski). Mogę zapewnić Aleksandrę Kowal, że na naszym terenie przykłada się wiele starania i troski, ażeby osoby które prowadzą rekolekcje „uzdrowienie wspomnień” i osoby podejmujące posługę modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne były należycie do tego przygotowane. Prowadzi się odpowiednie seminaria w ciągu roku i weryfikacja następuje poprzez osobisty kontakt odpowiedzialnych za te rekolekcje i posługę modlitwy wstawienniczej. Dlatego tezy Aleksandry Kowal są w tym wypadku „wyssane z palca”.

13. Kolejnym fałszywym wnioskiem napisanym przez Aleksandrę Kowal jest stwierdzenie przez nią w podsumowaniu: „Uzdrawianie wewnętrzne jest metodą skierowaną bardziej na wzrost życia wewnętrznego, czyli skupia się na psychice, na uczuciach, na subiektywnych doznaniach, dotyczy więc sfery natury, sfery przyrodzonej. Natomiast nie dotyczy wzrostu życia duchowego, jest ślepym zaułkiem, wynikającym z osłabienia wiary w moc sakramentów i samego Jezusa Chrystusa. Uzdrawianie wewnętrzne przypomina jedną wielką psychoterapię”. Wręcz przeciwnie kulminacją rekolekcji „uzdrowienie wspomnień” jest sprawowanie sakramentu pokuty i pojednania, gdzie rekolektanci otwierają swoje życie dla Bożego miłosierdzia. W rekolekcjach „uzdrowienie wspomnień” owszem bierze się pod uwagę sferę przyrodzoną, ale bynajmniej nie redukuje się do niej człowieka. Wnioski Aleksandry Kowal są bezzasadne i świadczą o jej ignorancji w tym względzie.

Dziwię się, że na stronie Apologetyka zamieszczono tak kompromitujący artykuł (kompromitujący autorkę i odpowiedzialnych za tę stronę). Dałem w swoim tekście tylko kilka uwag, praktycznie niemal każde zdanie napisane przez Aleksandrę Kowal jest fałszywym interpretowaniem lub wnioskowaniem.

ODPOWIEDŹ NA LIST KS. DR MIROSŁAWA CHOLEWY

„Prawo do roztrząsań filozoficznych
ma zarówno człowiek wolny, jak i niewolnik,
oraz wedle płci, jak się zdarzy, mężczyzna lub kobieta”

(Klemens Aleksandryjski)

Szanowny Księże,

Cieszę się bardzo, że nasza strona internetowa, choć jest prywatnym przedsięwzięciem grupy entuzjastów, znalazła zainteresowanie u wielu osób, w tym także u Księdza. Ponieważ w gronie wrocławskich apologetów znamy się dobrze, a na zewnątrz reprezentowani bywamy czasem jedynie przez teksty, stąd całkiem możliwe są nasze trudności w jasnym przekazaniu naszych myśli, szczególnie w krótkim tekście. Takim krótkim tekstem jest na pewno artykuł Aleksandry Kowal „Uzdrowienie wewnętrzne – znaki zapytania”. Jak wskazuje tytuł, jest on zaproszeniem do dyskusji, a w takim zaproszeniu łatwo o nie dość jasne wyrażenie tego, co chciało się powiedzieć. Może więc przyda się kilka moich uwag: z tytułu dobrej znajomości między członkami naszego zespołu mogłem być może lepiej uchwycić intencje autorki. Korzystając z ujęcia „Uwag” Księdza w tak jasne i klarowne punkty, pozwolę sobie na refleksje według porządku wyznaczonego właśnie według tego porządku.


1. „Błędem jest twierdzenie, że osoby związane z katolicką Odnową w Duchu Świętym, a podejmujące posługę modlitwy o uzdrowienie, uznają jako „założycielkę posługi uzdrawiania” Agnes Mary Sanford, gdyż w Kościele katolickim wierzymy, iż tym, który uzdrawia, jest Jezus Chrystus mocą Ducha Świętego”.

A. Kowal pisze tylko i wyłącznie na temat tego, co nazywa się współcześnie „uzdrawianiem wewnętrznym”, a nie na temat uzdrawiania jako takiego. Nazwa „uzdrawianie wewnętrzne” na określenie specjalnych modlitw i rekolekcji dla uzdrowienia emocjonalnych zranień międzyosobowych jest całkiem świeżej daty, a jeśli chodzi o zakorzenienie treści tego pojęcia w historii Kościoła, to A. Kowal prosiła o wypowiedzi zwolenników „uzdrawiania wewnętrznego”. Napisała:

„Pojęcie uzdrowienia wewnętrznego oraz pomysł takiej praktyki zrodził się dopiero 50 lat temu, to NIE MOŻE mieć, jak się wydaje, swoich źródeł w Piśmie Świętym, Tradycji i nauce Kościoła. Jednak ciężar obowiązku znalezienia takich źródeł pozostawiam zwolennikom i znawcom tego ruchu”.

Dlatego myślę, że można jednocześnie wierzyć zarówno w to, że tym, który uzdrawia, jest Jezus Chrystus mocą Ducha Świętego, oraz w to, że praktyka współczesnego uzdrawiania wewnętrznego ma konkretną postać założyciela. Te dwie rzeczy nie są ze sobą sprzeczne.

Pani Kowal prosi, jak się wydaje, o podanie przykładów, że Nowy Testament i Tradycja Kościoła w czasach poprzedzających p. Sanford poleca modlić się za ludzi w taki sposób, jak to się praktykuje w „uzdrawianiu wewnętrznym”.


2. Niedopuszczalnym jest wmawianie przez Aleksandrę Kowal tym, którzy podejmują posługę modlitwy o uzdrowienie, a związani są z Odnową w Duchu Świętym w Kościele katolickim, że „uzdrawianie pamięci… [jest] tym samym, co odpuszczanie grzechów”. Utożsamianie w tym względzie poglądów Agnes Mary Sanford, z poglądami osób wskazanych wyżej jest niedopuszczalną manipulacją.

Może warto przyjrzeć się bliżej tekstowi p. Kowal, aby sprawdzić, czy rzeczywiście utożsamia poglądy A.M. Sanford z poglądami osób związanymi z uzdrawianiem wewnętrznym w Kościele katolickim. Ja mam wrażenie, że raczej wskazując na błędne poglądy tej ważnej osoby z ruchu modlitwy uzdrawiania wewnętrznego (czyli p. Sanford), przestrzega, że podobne błędy mogą się odradzać wśród katolików, chociaż wcale nie zawsze tak jest. Na przykład A. Kowal napisała:

„Jedynym uzdrowieniem z grzechu jest wyznanie grzechów, pokuta i nawrócenie. Wiele przytoczonych na stronie Odnowy definicji istotnie to podkreśla, ale nieporozumienia pojawiają się, gdy ten aspekt pozostanie pominięty, jak np. w definicji McManusa”.

To chyba dość łagodne sformułowania i chyba można się na nie zgodzić?


3. Na jakiej podstawie Aleksandra Kowal wyprowadza wniosek, że podejmujący posługę modlitwy o uzdrowienie w ramach Odnowy w Duchu Świętym w Kościele katolickim „zacierają prawdę o grzeszności człowieka i konieczności wyznania grzechów”? Tym bardziej, że sama Aleksandra Kowal przyznaje, iż „wiele przytoczonych na stronie Odnowy definicji istotnie to podkreśla”. Wyrywanie z kontekstu całości nauczania jakichś pojedynczych stwierdzeń poszczególnych autorów jest poważnym nadużyciem. Sprawia to wrażenie, że Aleksandra Kowal ma swoją tezę i na siłę szuka jej potwierdzenia w wyrwanych z kontekstu zdaniach.

Czy rzeczywiści p. Kowal pisze, że podejmujący posługę modlitwy o uzdrowienie w ramach Odnowy w Duchu Świętym w Kościele katolickim „zacierają prawdę o grzeszności człowieka i konieczności wyznania grzechów” w tym sensie, że robią tak wszyscy (albo prawie wszyscy)? Napisała, że spotyka w literaturze przykłady zacierania prawdy o grzeszności człowieka i konieczności wyznawania grzechów oraz że spotyka inne przykłady, które takich wątpliwości nie budzą. Z tym też chyba możemy się zgodzić? Czy też może takich niepokojących przykładów nie ma?

Ja osobiście też spotykam przykłady dobre i przykłady, które mnie niepokoją w dziedzinie uzdrawiania wewnętrznego. Zdarza się uczenie rzeczy ewidentnie niezgodnych z Ewangelią; popularni bracia Linn piszą na przykład:

„Prawdziwy problem nie polega na tym, że nie lubimy Boga albo naszego bliźniego, ale na tym, że nie kochamy samych siebie” i dlatego „brak miłości siebie jest korzeniem wszelkiego grzechu” (s. 68-69 ang.).

Trudno nie zauważyć, że Jezus i Jego apostołowie mieli inną opinię niż bracia Linn na temat tego, co jest „prawdziwym problemem” i co jest korzeniem grzechu. A bracia Linn wywarli i wywierają (przez swoje pisma) silny wpływ na praktyki uzdrowienia wewnętrznego, także w Polsce.

Czy zdaniem Księdza powinno się polecać takie wypowiedzi ludziom, którzy nauczają o uzdrowieniu wewnętrznym? To oczywiście tylko przykład, i nie wynika z niego, jak wielu nauczycieli uzdrawiania wewnętrznego tak uczy.

Jak się wydaje p. Kowal też mówiła po prostu o różnych przykładach w literaturze odnowowej i w odnowowej praktyce: dobrych i złych.


4. Bardzo dziwną interpretację stosuje Aleksandra Kowal do tekstów biblijnych, jak choćby Łk 14,26. Nie jest to interpretacja Kościoła katolickiego, gdy pisze „w żaden sposób nie uda się słowa nienawiść zamienić na słowo miłość”, gdyż kluczem do zrozumienia tego fragmentu jest zdanie: „kto nie wyrzeka się wszystkiego co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14,33). Ostatecznie chodzi tu o wyrzeczenie, a nie o nienawiść kogokolwiek. Chrystus Pan w swoich przypowieściach używał takich rodzajów literackich, które były pomocne dla słuchaczy, także i w tym przypadku. Takie literalne i fundamentalistyczne interpretowanie tekstu bliblijnego, jak przez Aleksandrę Kowal, nie jest zgodne z interpretacją w duchu Kościoła katolickiego.>

Wydaje się, że w interpretacji tekstu Łk 14,26 („Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem”) pani A. Kowal i Ksiądz jesteście zupełnie zgodni. Napisała ona bowiem na temat tego fragmentu:

„Chodzi o pewne oderwanie się nie tylko od więzów krwi, ale również od swojego Ja. […] wysławianie wielkich dzieł Bożych to nie to samo, co zachwyt dla swojej własnej osoby. Gdyby nie wiem jak usiłować tłumaczyć i obłaskawiać przytoczoną wypowiedź Jezusa z Ewangelii według św. Łukasza, w żaden sposób nie uda się słowa NIENAWIŚĆ zamienić na słowo MIŁOŚĆ.

Jak widać, A. Kowal nie zachęca do tego, aby siebie nienawidzić, ale do tego, aby być gotowym do wyrzeczeń nie tylko w rzeczach zewnętrznych, ale i w tym, co się odnosi do mojego Ja. I dlatego właśnie wydaje się, że ma rację: wyrzeczenie się siebie to rzeczywiście nie to samo, co miłowanie siebie. Zresztą wielu innych znanych autorów też tak komentowało ten tekst. Pomijam komentarze ojców Kościoła (łatwe do znalezienia), ale nawet słynny apologeta angielski C.S. Lewis pisał: nie ma w Ewangelii polecenia miłowania siebie, bo jest to niepotrzebne; normalny człowiek miłuje samego siebie z natury rzeczy i nie potrzebuje do tego zachęt; zachęt potrzebuje natomiast do miłowania bliźniego, gdyż tego z natury wcale nie chce czynić.


5. Zupełnie nie rozumiem na jakiej podstawie Aleksandra Kowal identyfikuje „kult własnego ja” z posługą modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne, jest to daleko idąca nadinterpretacja z jej strony nie odpowiadająca stanowi faktycznemu w podejściu do tej posługi modlitwy. Podobnie jak czym innym jest na przykład właściwa troska o zdrowie fizyczne, a czym innym hipochondria, czyli nadwrażliwość na punkcie swojego zdrowia. Nie każda troska o zdrowie zaraz będzie hipochondrią.

Znowu warto odwołać się do tekstu A. Kowal: czy rzeczywiście stawia znak równości między uzdrawieniem wewnętrznym a kultem własnego Ja? Czy też może raczej pisze, że jeśli w takiej modlitwie za dużą rolę odgrywa egocentryczna psychologia, to wtedy modlitwa o uzdrowienie wewnętrzne zamieni się w kult własnego Ja? A. Kowal napisała nawet dokładnie, o jaką psychologię jej chodzi:

Psychologia taka uczy: Czy nasz Pan nie powiedział, że przede wszystkim trzeba miłować samego siebie? – powołując się na słowa Ewangelii według św. Marka: „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” (Mk 12,31) Wielu rozumie to w ten sposób, że przede wszystkim należy kochać swoją osobę.

Jest faktem, że często uczy się, że Pan Jezus powiedział, aby miłować samego siebie. I jest równocześnie faktem, że w rzeczywistości Jezus niczego takiego nie powiedział. Ta obserwacja wydaje mi się bardzo cenna, jeśli Odnowa ma być ruchem biblijnym.


6. Dziwna jest również interpretacja Aleksandry Kowal w kwestii przebaczenia, gdy nie potrafi rozróżnić decyzji woli i uczucia krzywdy, które nie zależy już od woli człowieka i jakie może być uzdrowione jedynie mocą Boga.

Trudno mi się ustosunkować do tej myśli, ponieważ nie udało mi się znaleźć odpowiedniego fragmentu u p. Kowal. Znalazłem natomiast taki fragment:

Przebaczenie jest decyzją człowieka, gdyż serce jest w mentalności żydowskiej siedliskiem woli i osobowości, a nie uczuć. Uczucia nie zależą od mojej woli, więc nie jestem za nie odpowiedzialny, odpowiedzialny jestem, co zrobię z tymi uczuciami.


7. Poza tym autorka nie potrafi rozróżnić owocu przebaczenia i motywów dla jakich, ktoś przebacza, gdy pisze: „Przebaczam ci, bo – koniec końców – opłaciło mi się to”.

Zgadzam się, że ktoś tu nie potrafi odróżniać owocu od motywu, ale czy rzeczywiście jest to autorka? Czy nie są to czasem bracia Linn?

Napisali oni:

„Przebaczam ci, że mnie zraniłeś, gdyż obdarzyło mnie to wzrostem i jestem wdzięczny, iż tak się stało” („We are healed when we can say not «That’s O.K.» but «I forgive you for hurting me because it brought so much growth that I’m grateful it happened»” [s. 2]).

To zadanie podaje skutek (przebaczenie) i motyw (mój osobisty wzrost), oraz związek przyczynowy (dlatego przebaczam). A bracia Linn to autorzy bardzo wpływowi w światowej posłudze uzdrawiania wewnętrznego


8.Przedziwnie też Aleksandra Kowal interpretuje „technikę stosowaną w uzdrowieniu wewnętrznym” odmawiając zasadności retrospekcji w dotychczasowe życie i podpierając się cytatami biblijnymi, z których tak naprawdę to nie wynika. Autorka choć zarzuca to osobom podejmującym modlitwę o uzdrowienie wewnętrzne, ale to ona sama nie rozróżnia działań psychologicznych i modlitwy jaka wspierać ma na drodze uzdrowienia wewnętrznego naszych uczuć.

Zgadzam się, że w tym aspekcie tekst A. Kowal warto uzupełnić. Podane teksty biblijne niespecjalnie ilustrują potrzebę (lub jej brak) wspominania, a cały fragment bardziej dotyczy gustów osobistych: jednemu wspominanie pomaga, a drugiemu − raczej nie.


9. Szczytem fałszywej interpretacji dokonanej przez Aleksandrę Kowal jest wmawianie okultyzmu osobom podejmującym modlitwę o uzdrowienie wewnętrzne. W tym względzie okultystą jest też Papież Jan Paweł II, który w liście o różańcu (p. 29) zachęca do zaangażowania wyobraźni podczas modlitwy.

To bardzo ciekawy temat. Gdyby A. Kowal zdecydowanie sprzeciwiała się jakiemukolwiek używaniu wyobraźni w modlitwie, to rzeczywiście byłby to problem. Ale czy istotnie się temu sprzeciwia?

Wydaje się, że nie: nie zgadza się jedynie z tym, aby uczyć, że Jezus zrobi to, do czego Go skłonimy naszą wyobraźnią.

Wygląda na to, że panią Kowal dziwi taki sposób modlitwy: planujemy sobie, co Jezus ma uczynić, potem wyobrażamy sobie, jak to czyni, a w końcu wierzymy, że faktycznie to uczynił, skoro sobie to wyobraziliśmy. Muszę powiedzieć, że ten sposób modlitwy mnie też dziwi (świeże opisy takich modlitw można znaleźć u o. DeGrandisa, Uzdrawianie międzypokoleniowe).

A teraz dla kontrastu warto spojrzeć na chwilę do Listu Jana Pawła II o różańcu, aby przekonać się, do czego zachęca, czy naprawdę do czegoś podobnego jak modlitwie uzdrowienia za pomocą wyobrażonego Jezusa:

Słowa kierują wyobraźnię i ducha ku temu określonemu wydarzeniu czy momentowi z życia Chrystusa. W duchowości, która rozwinęła się w Kościele, czy to kult ikon, czy liczne nabożeństwa bogate w elementy postrzegane zmysłami, jak również metoda zaproponowana przez św. Ignacego z Loyoli w Ćwiczeniach duchownych odwoływały się do elementu wzrokowego i obrazowego (compositio loci), uważając go za bardzo pomocny w koncentracji ducha na misterium (Jan Paweł II, Rosarium Virginis Mariae, 29).

Papież zachęca do wyobrażenia sobie tego, o czym na pewno wiemy, że jest prawdą: mianowicie konkretnej sceny ewangelicznej. Podobnie czynił Ignacy Loyola, na przykład w swoich Ćwiczeniach:

„Wyobrażając sobie Chrystusa Pana naszego obecnego i wiszącego na krzyżu rozmawiać z nim, pytając go, jak to on, będąc Stwórcą, do tego doszedł…” (Ex 53).

„Słuchać [w wyobraźni], co mówią Osoby Boskie, a mianowicie: dokonajmy odkupienia rodzaju ludzkiego” (Ex 107).

„Widzieć [w wyobraźni] Panią naszą i anioła, który ją pozdrawia” (Ex 106); „Oczami wyobraźni widzieć drogę z Nazaretu do Betlejem…” (Ex 112).

Jednak Ignacy nie zachęcał, abyśmy wyobrażali sobie, że Jezus realizuje upragnione przez nas cele modlitewne i wierzyli, że wskutek tego faktycznie je zrealizował. Z bardzo prostego zresztą powodu: otóż nie wiemy, czy Pan Jezus planuje właśnie w tej chwili wykonać właśnie takie uzdrowienie, jakie sobie u niego zamówiłem.

Dalej: Czy św. Ignacy do szukania w wyobraźni pomocy do skłonienia Jezusa, aby nam pomógł w emocjonalnych kłopotach? Chyba nie:

„Nie trzeba się starać o myśli radosne […], lecz pobudzać się do boleści, cierpienia i udręczenia, przypominając sobie często udręki, trudy i boleści Chrystusa” (Ex 206b).

Jeśli natomiast „prosimy o łaskę wesela i silnej radości” to „z powodu wielkiej chwały i radości Chrystusa” (Ex 221).

O pocieszeniach i radości wewnętrznej Ignacy pisze zgoła inaczej, nie w kategoriach zaplanowania sobie najpierw, co Jezus ma uczynić, potem wyobrażeniu sobie tego, a wreszcie − na wierzeniu, że faktycznie to uczynił, skoro sobie to wyobraziłem (por. Ex 316b)

A jak ma się sprawa z okultyzmem? Okultyzm polega na przekonaniu, że człowiek posiada siły psychiczne pozwalające nie tylko poznać wewnętrzne zasady świata, ale i wpływać na nie samą tylko siłą psychiki lub też przez poznane nadnaturalne sposoby działania. Jeżeli w Odnowie nauczymy ludzi, że Jezus uczyni to, do czego Go skłonimy siłą naszej psychiki (wyobraźni), to istnieje poważne niebezpieczeństwo pomieszania zdrowej wiary z okultyzmem. I przed tym niebezpieczeństwem całkiem słusznie przestrzega autorka.


10. „Analizowanie własnych uczuć odbiera wszelki autentyzm przeżyciom i powoduje, że w istocie kontemplujemy tylko własne niezaspokojone wnętrze” – pisze Aleksandra Kowal. Przedziwne wnioski, jakie wyprowadza autorka z wcześniejszego cytatu książki Z. Lityńskiego. W takim razie bezmyślne życie, w którym człowiek nie podejmuje refleksji nad światem swoich przeżyć, zapewnia autentyzm tym przeżyciom?

Ma Ksiądz rację. Rzeczywiście, w tekście zabrakło jednego słówka: „nadmierne”. Powinno być: „Nadmierne analizowanie…”. Ale czy faktycznie jest tam ono potrzebne? Czy podany dalej przykład nie wyjaśnia klarownie, o co chodzi?:

Np. całkowicie uszczęśliwiające może być przebywanie w towarzystwie ukochanej osoby, natomiast skupienie się w tym samym czasie na własnych odczuciach doświadczanych w tej sytuacji szczęścia żadną miarą przynieść nie może.


11. Na jakiej podstawie twierdzi Aleksandra Kowal, że osoby podejmujące posługę modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne głoszą, że „Bóg nie ma przystępu do ciebie ze swoją miłością, dopóki nie zostaną uleczone twoje zranienia”?

Myślę, że na podstawie doświadczeń wielu środowisk Odnowy i lektur. Na przykład moi ulubieńcy, bracia Linn (to moi faworyci, ustępują tylko o. DeGrandisowi), piszą: „Jeśli nie mogę zaakceptować mojego gniewu, strachu i depresji, będę stać przed sędzią, a nie Świetlistą Istotą […]. Jak mogę zaakceptować moje uczucia, abym mógł się modlić i zostać uzdrowionym?” (s. 79).


12. Aleksandra Kowal twierdzi ponadto, że „wiele osób poważnie ucierpiało wskutek przeprowadzonych modlitw o uzdrowienie. Nie ma nad tym prawie żadnej kontroli. Biorą się za to osoby zupełnie nieprzygotowane.”

Zgadzam się z tym, że może się zdarzyć, iż dojdzie do jakiegoś nadużycia w tym względzie, ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Jeśli zdarzy się jakieś nadużycie w sprawowaniu sakramentu pokuty, to czy Kościół zrezygnuje z jego sprawowania? Lub jeśli trafimy na złego lekarza, to przestaniemy się leczyć?

A. Kowal nie ma żadnej władzy, aby spowodować rezygnowanie lub nierezygnowanie z jakiejkolwiek praktyki modlitewnej. Ona tylko stawia znaki zapytania. Znaki stawia się po to, aby doczekać się na nie odpowiedzi.


Nie wiem jaka kontrola jest w innych rejonach, ale wiem jak to się dzieje z grupami modlitewnymi związanymi z Centrum Formacyjnym Odnowy w Duchu Świętym w Magdalence (jest to kilkanaście diecezji Polski północnej i wschodniej, czyli prawie 25% terenu Polski). Mogę zapewnić Aleksandrę Kowal, że na naszym terenie przykłada się wiele starania i troski, ażeby osoby które prowadzą rekolekcje „uzdrowienie wspomnień” i osoby podejmujące posługę modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne były należycie do tego przygotowane. Prowadzi się odpowiednie seminaria w ciągu roku i weryfikacja następuje poprzez osobisty kontakt odpowiedzialnych za te rekolekcje i posługę modlitwy wstawienniczej. Dlatego tezy Aleksandry Kowal są w tym wypadku „wyssane z palca”.

Hm… Myślę, że tezy A. Kowal byłyby wyssane z palca, gdyby napisała, że sprawa dotyczy grup związanych z Magdalenką. Ale tak nie napisała. Natomiast jeśli Ksiądz pisze: „Nie wiem, jaka kontrola jest w innych rejonach” (czyli ¾ terenu Polski), to może by tak… najpierw się dowiedzieć?


13. Kolejnym fałszywym wnioskiem napisanym przez Aleksandrę Kowal jest stwierdzenie przez nią w podsumowaniu: „Uzdrawianie wewnętrzne jest metodą skierowaną bardziej na wzrost życia wewnętrznego, czyli skupia się na psychice, na uczuciach, na subiektywnych doznaniach, dotyczy więc sfery natury, sfery przyrodzonej. […] Uzdrawianie wewnętrzne przypomina jedną wielką psychoterapię”.
Wręcz przeciwnie kulminacją rekolekcji „uzdrowienie wspomnień” jest sprawowanie sakramentu pokuty i pojednania, gdzie rekolektanci otwierają swoje życie dla Bożego miłosierdzia. W rekolekcjach „uzdrowienie wspomnień” owszem bierze się pod uwagę sferę przyrodzoną, ale bynajmniej nie redukuje się do niej człowieka. Wnioski Aleksandry Kowal są bezzasadne i świadczą o jej ignorancji w tym względzie.

Chętnie wierzymy, że w Magdalence 25% polskiej Odnowy ma dostęp do właściwej formy prowadzenia rekolekcji o uzdrowienie. Natomiast nie wszędzie tak jest. Wskazuje na to zarówno doświadczenie (trudno sprawdzalne), jak i spora ilość publikacji po polsku na temat uzdrowienia wewnętrznego (łatwo sprawdzalne) w stylu „Uzdrowienia międzypokoleniowego” o. DeGrandisa lub „Uzdrawianie życiowych zranień” braci Linn. Ktoś przecież kupuje te książki, i to zwykle nie w celu pisania prac magisterskich na ich podstawie, ale w celu wprowadzania w życie zawartych tam nauk. A że tego typu publikacje bywają firmowane przez najpoważniejsze ośrodki Odnowy Charyzmatycznej w Polsce, to trudno się dziwić wnioskom Aleksandry Kowal.


Dziwię się, że na stronie Apologetyka zamieszczono tak kompromitujący artykuł (kompromitujący autorkę i odpowiedzialnych za tę stronę). Dałem w swoim tekście tylko kilka uwag, praktycznie niemal każde zdanie napisane przez Aleksandrę Kowal jest fałszywym interpretowaniem lub wnioskowaniem. Ks. Dr Mirosław CHOLEWA, Asystent kościelny Odnowy W Duchu Świętym Archidiecezji Warszawskiej

Jeśli tekst p. Kowal przeczytamy zgodnie z zapowiedzianym w jego tytule charakterem („Znaki zapytania”), pamiętając, że znaki zapytania stawia się po to, aby ludzie lepiej poinformowani i kompetentni udzielili odpowiedzi, że kto pyta, nie błądzi, a kto nie pyta, może trwać w błędzie do końca życia, muszę się przyznać, że nie widzę nic specjalnie kompromitującego w zaproszeniu ludzi zainteresowanych Odnową w Polsce do dyskusji na temat modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne.

A tak nawiasem: wydaje się, że w starożytności łatwiej tolerowano stawianie pytań i proszenie o wyjaśnienie rozmaitych tematów w Kościele. Już Klemens Aleksandryjski pisał: „Prawo do roztrząsań ma zarówno człowiek wolny, jak i niewolnik, oraz wedle płci, jak się zdarzy, mężczyzna lub kobieta”.

Raz jeszcze, cieszę się bardzo, że nasza strona internetowa, choć jest prywatnym przedsięwzięciem grupy entuzjastów, znalazła zainteresowanie u wielu osób, w tym także u Księdza. Ponieważ często muszę „świecić oczami” w różnych trudnych rozmowach, np. z duszpasterzami i z rodzicami młodzieży, więc nareszcie mam solidny argument w ręku. Bardzo przydałoby mi się następujące oświadczenie Księdza:

„Zapewniam z całą odpowiedzialnością, że ludziom, którzy byli w tym roku na rekolekcjach Odnowy charyzmatycznej o uzdrowienie wewnętrzne w Polsce nie przydarzały się rzeczy opisane przez Aleksandrę Kowal w tekście UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE – ZNAKI ZAPYTANIA (zamieszczonym we wrześniu 2003 na stronie http://www.apologetyka.katolik.pl), że nie nauczano w duchu krytykowanym przez tę autorkę, nie wykorzystywano cytowanych przez nią książek i zapewniam też, że każdy na takie rekolekcje może dalej na terenie naszego kraju bezpiecznie jeździć”.

/……………………………../

Czy mógłby Ksiądz przesłać mi takie podpisane oświadczenie?

Z wdzięcznością,
ks. A. Siemieniewski,
wrocławski katechista na seminariach Odnowy.

REFLEKSJE PO LEKTURZE ARTYKUŁU PANI ALEKSANDRY KOWAL «UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE – ZNAKI ZAPYTANIA»

Jestem najpierw bardzo wdzięczny Gosi Boreckiej, że skierowała mnie na stronę Apologetyki, a dalej wdzięczny Aleksandrze Kowal za jej polemiczny artykuł. Albowiem wywiązała się ze swego zadania doskonale: tekstem ze „znakami zapytania” sprowokowała do polemiki tylu znakomitych autorów i pobudziła do napisania tylu wartościowych tekstów, że gdyby chcieć ten cel osiągnąć innymi metodami, np. honorariami, trzeba by wydać całe setki złotych. Przez kilka godzin czytałem z zainteresowaniem wszystkie komentarze i dowiedziałem się wiele na temat uzdrowienia wewnętrznego, a co najcenniejsze: wieloaspektowo, z różnych punktów widzenia. Daje to w miarę wszechstronny i pełny obraz.

Faktycznie, tekst p. Oli zawiera pewne przerysowania w kierunku „minusów” i pewną jednostronność – ale jako tekst o charakterze „kija w mrowisko” i „znaku zapytania” ma do tego prawo. Przecież chodziło o sprowokowanie dyskusji, a nie o kompendium obiektywnej wiedzy na ten temat. O to uzupełnienie zadbali inni uczestnicy dyskusji. Nie można mieć żalu, że p. Ola daje wyraz swemu niepokojowi i ukazuje różne potencjalne zagrożenia. Takie postawienie sprawy niejako wymusza – u polemistów, ale jeszcze bardziej u „praktyków uzdrowienia” – ostrożność i samokrytycyzm, a o to chodzi. Przegięcia bowiem bardzo łatwo znajdują do nas przystęp, jeśli zabraknie „cucącego”, trzeźwego głosu z drugiej strony.

Może też i trochę tak było z jej tekstem: gdy człowiek pobudzony ciekawymi rozmowami i gorącą dyskusją, siada późną nocą przed komputerem i zaczyna „na żywo” spisywać swoje wrażenia i bieżące refleksje, łatwo może się zagalopować. Myśl biegnie jednym tropem, zdania same się układają i wszystko – wydaje się – idealnie do siebie pasuje. Po kilku godzinach gorączkowej pracy tekst się wysyła i – traci się nad nim kontrolę. Niekiedy następnego dnia, gdy na spokojnie czyta się pisane nocą zdania, wiele chciałoby się zmienić, stonować, wykreślić. Ale jest już za późno – słowa poszły w świat. Może to jednak dobrze, bo takie „gorące” teksty dobrze się czyta i chętnie się je krytykuje (w pozytywnym znaczeniu tego słowa, czyli: polemizuje, a nie potępia). Chęć wyrażenia swoich racji, odmiennych od autora pierwotnego tekstu, to najlepsza mobilizacja do własnej pracy. I za tę mobilizację jestem p. Oli wdzięczny.

Nie wnikam w szczegóły i merytorykę, bo nie mam rzeczowego doświadczenia. Ale jako ksiądz w małej wiejskiej parafii mogę potwierdzić, że sama praktyka sakramentu pokuty – w realnym stosowaniu, a nie w idealnej teorii – jest niekiedy niewystarczająca. Owocność sakramentu jest jakby ograniczona, spętana. Warto zatem uzupełnić go, albo poprzedzić przygotowaniem, wykorzystującym wiedzę psychologiczną, pedagogiczną itp. To może ułatwić działanie łasce.

Z drugiej strony: znając życie i działania duszpasterskie, pewną powierzchowność i fascynację spektakularnymi, zewnętrznymi efektami, dążenie do natychmiastowych, doraźnych i wymiernych owoców, wyobrażam sobie, że dla ich osiągnięcia łatwo można zboczyć z właściwej ale dalekiej drogi i spróbować obiecujących szybki sukces skrótów. A to zwykle prowadzi do uproszczeń, przegięć i nadużyć. Skoro ulegają im w różnych dziedzinach liczni księża (po ścisłej formacji), to zagraża to również i świeckim. To jest na pewno źródło niepokoju p. Oli. I słusznie: trzeba się tego obawiać. I lepiej dmuchać na zimne. Dlatego winniśmy jej wdzięczność za to, że zwróciła naszą uwagę na niebezpieczeństwa. Na pewno nie są wyssane z palca.

A teraz pewne uzupełnienia: Zbawcze działanie łaski jest adresowane do całego człowieka, a więc także jego władz psychicznych, uczuć, także do cielesności, a nie tylko do jakiegoś wyabstrahowanego „centrum duchowego”. Jednak działanie to nie zawsze musi oznaczać uzdrowienie w tym sensie, że znikają wszelkie dolegliwości. Nieraz choroba i cierpienia psychiczne są po to, by nas hartować, uczyć cierpliwości i pobudzać do większej ufności w Bogu – jak u sw. Pawła. A nieraz po to, byśmy spróbowali głębiej wniknąć w ducha błogosławieństw. Może więc w uzdrowieniu wewnętrznym powinno chodzić także o zaakceptowanie choroby, stresów, urazów, niepokoju, lęków? Może wewnętrzny pokój nie musi oznaczać psychicznego komfortu, a tylko złożenie wszystkich swych nadziei w Bogu? Wtedy „terapia” powinna polegać na „wizualizacji” (wyobrażaniu sobie) i trwaniu z Chrystusem w Ogrójcu – jak wiemy, Apostołowie tego nie potrafili.

Obawiam się, że jeśli chodzi o parafialne „duszpasterstwo stosowane”, problematyka wewnętrznego uzdrowienia jest w zasadzie nieobecna, to zupełnie inny pułap i poziom zaawansowania. Zwykle koncentrujemy się tylko na samym „sprawowaniu” sakramentów, nie martwiąc się, czy jest to skuteczne, owocne i czy coś konkretnego ludziom daje. Ważne, że robimy (zaliczamy) to, co do nas księży należy. Szczególnie powinniśmy się „przyłożyć” do zrozumienia i wykorzystania możliwości, jakie niesie sakrament namaszczenia. Często traktujemy go po macoszemu. A to w dalszej konsekwencji powoduje, że tę próżnię, „niszę” wypełnia się powierzchowną czy zafalszowaną „duszoterapią”, nie mówiąc już o różnych praktykach okultystycznych.

Natomiast w tego typu polemikach niepokoi powierzchowność i naginanie interpretacji biblijnych, tak by pasowały do naszych doraźnych potrzeb i potwierdzały nasze mniemania. Szczególnie tego należy się wystrzegać. Do każdej swojej teorii i poglądu da się dopasować jakiś cytat biblijny, ale jest to „branie imienia Pana Boga nadaremno”, a nawet świętokradztwo. Raczej należy się uczciwie, odważnie i pokornie wczytywać w teksty natchnione, by na nich budować swoje przekonania i weryfikować praktykę duszpasterską. Niestety, często jest odwrotnie: nasze pomysły i widzimisię uznajemy bezkrytycznie za najsłuszniejsze i dla większej powagi i pewności siebie, podpieramy je arbitralnie dobranymi wyjątkami Pisma, wyrwanymi z kontekstu. Trudno jest nam czytać Biblię integralnie, całościowo, a łatwiej uwzględniać tylko wyselekcjonowane wątki. Niestety, wtedy nie da się dotrzeć do prawdy objawionej, a tylko do swoich wizji, czesto fałszywych, niepełnych lub jednostronnych.

ks. M. Pohl,
Skrzebowa, Diec. Kaliska.