BOHATEROWIE BIBLIJNI – ABRAHAM CZ. III

Spełnienie obietnicy

Skoro Bóg milczy, od czegóż ludzki rozum? Saraj, żona Abrama, wie już na pewno, że nie zdoła dać mu dziecka. Oprócz swojej bezpłodności, przekroczyła już wiek, kiedy kobieta może mieć dzieci. Jest jednak sposób, by obietnica potomstwa mogła się ziścić. Wystarczy podsunąć mężowi swoją niewolnicę, której dziecko, w myśl ówczesnego prawa, będzie należało do niej. Abram zbliża się do niewolnicy Hagar, a ta staje się brzemienna. Lecz choć na pozór wszystko idzie pomyślnie, w domostwie Abrama brak pokoju i radości. Brzemienna Hagar zaczyna lekceważyć swą bezpłodną panią. Życie domowe zamienia się w piekło, a wezwany na pomoc Abram czuje się bezradny. Trudno mężowi godzić ze sobą dwie rozwścieczone kobiety. Wycofuje się, pozostawiając Saraj wolną rękę – w końcu ona jest tu panią, niech więc zatroszczy się o to, by zmusić do posłuchu niesforną niewolnicę.

Plany Boże inne od ludzkich

Łatwo zatruć życie osobie zależnej od siebie i Saraj czyni to tak skutecznie, że upokorzona Hagar wkrótce ucieka od niej na pustynię. Tam jednak ma widzenie anioła Pańskiego, który nakazuje jej powrócić do swej pani. „Słyszał Pan, gdy byłaś upokorzona” (Rdz 16,11) – pociesza. Sprawiedliwy Bóg interesuje się konsekwencjami czynów swoich wybrańców. Hagar urodzi syna, Izmaela, którego imię znaczy „Bóg słyszy”, a jego potomstwo rozrośnie się w nieprzeliczone rzesze. Dziecko Jego przyjaciela nie będzie ginąć na pustyni. Hagar powraca więc pokornie pod władzę Saraj. Kiedy usłyszy się głos Boga i doświadczy, że nie jest się Mu obojętnym, łatwiej znosić każdy los.

Nie znamy reakcji osiemdziesięcio-sześcioletniego wówczas Abrama na wieść o narodzinach syna, Izmaela. Wiemy jednak, że jeśli nawet on sam uznał swego pierworodnego za syna obietnicy, to nie takie były myśli Boże. I oto po trzynastu latach od narodzin Izmaela Bóg ponownie przemawia do Abrama i jeszcze raz potwierdza wszystkie swoje obietnice: płodności, posiadania na własność ziemi Kanaan i swojej bliskości – tego wszystkiego, co Abraham słyszał tyle razy, że zna już na pamięć. Zawarł już przecież nawet przymierze z Bogiem i widział ogień przechodzący pomiędzy połówkami zwierząt.

Przymierze we krwi ludzkiej

Tym razem jednak Bóg żąda nowej formy przymierza, którego znakiem ma być już nie krew zwierząt, ale ludzka – wszyscy mężczyźni należący do jego domu mają zostać obrzezani na znak przynależności do Boga. Przymierze to ma objąć także całe potomstwo Abrama, który odtąd ma zwać się Abrahamem – Ojcem narodów. I ku swojemu zdziwieniu Abram, padając na twarz przed Panem, słyszy, że jego żona Saraj, której imię będzie odtąd brzmiało Sara – Księżniczka – urodzi mu syna i królami będą jej potomkowie.

I z twarzą ukrytą w prochu ziemi Abram zaczyna się śmiać – teraz? Teraz, Panie Boże, który pomimo obietnic, nie dałeś syna, kiedy oboje z żoną byliśmy w pełni sił? „Oby przynajmniej Izmael żył pod Twą opieką!” (Rdz 17,18) – woła jak każdy z nas, kto nie śmiejąc podnieść oczu na rzeczy wielkie, prosi przynajmniej o to, by Bóg raczył zachować od złego losu to wszystko, co udało nam się z takim trudem sobie zapewnić.

Czyżbyś tym razem zwątpił, Abramie, który jesteś przyjacielem Boga? Jeśli tak, On umocni twoją wiarę. „Żona twoja, Sara, urodzi ci syna, któremu dasz imię Izaak.” Wprawdzie Bóg nie zapomni i o Izmaelu, lecz jednak, jak powiada: „Moje… przymierze zawrę z Izaakiem, którego urodzi ci Sara za rok o tej porze” (Rdz 17,19.21).

I Abram bez zbędnych słów wstaje z ziemi jako Abraham i jeszcze tego samego dnia wypełnia Boży nakaz wobec wszystkich mężczyzn swego domu, poczynając od siebie i swego syna Izmaela. Tak, chcą należeć do Boga, a przynajmniej chce tego on, Abraham, który będzie pełnił wolę Boga we wszystkim, wierząc, że i Bóg wypełni to, co przyrzekł.

Spotkanie Przyjaciół

Od tego momentu Abrahama z Bogiem zdaje się łączyć jeszcze większa zażyłość. Czytamy, że Bóg, szanując kulturę i obyczaje swego przyjaciela, przybywa w odwiedziny do Abrahama pod postacią trzech wędrowców. A kiedy Abraham, przeczuwając, kim są jego Goście, z prostotą i gościnnością podaje im wodę do obmycia nóg i przynosi poczęstunek, oni na jego oczach spożywają posiłek: twaróg, mleko, podpło­myki i przyrządzone cielę. Wędrowcy pytają o Sarę i potwierdzają to, o czym Abraham już wie – za rok Sara będzie miała syna. Sara, przysłuchująca się ciekawie u wejścia do namiotu, słysząc tę nieoczekiwaną wieść uśmiecha się do siebie – też coś! Skoro Bóg zamierzał dać jej syna, to dlaczego nie kilkadziesiąt lat temu, kiedy będąc młoda, żyła nadzieją poczęcia. A teraz… wolne żarty!

Pan jednak widzi jej śmiech i upomina ją. Czy rzeczywiście Sara uważa, że jest coś, co byłoby niemożliwe dla Pana? Sarę ogarnia lęk. To nie przelewki. Bóg, który potrafi przenikać ludzkie myśli, jest rzeczywiście zdolny do wszystkiego! I Sara czuje, że oto stanęła oko w oko z czymś, co przerasta jej utarczki z niewolnicami i całą codzienną krzątaninę. „Wcale się nie śmiałam” (Rdz 18,15) – zaprzecza. Ale Pan widział dobrze. Tak, Saro, teraz rozumiesz, dlaczego małżonek twój, Abraham, wierzy temu Bogu i okazuje Mu szacunek.

Tymczasem Abraham jest już w takiej bliskości z Bogiem, że Ten dzieli się z nim, jak z przyjacielem, swoimi zamiarami. Oto „skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich mieszkańców są bardzo ciężkie” (Rdz 18,20). Dlatego Bóg przychodzi, by zbadać zasadność oskarżeń i położyć kres występkom.

Abraham staje przed Panem i jako nieodrodny syn swej kultury, rozpoczyna targ. Chyba Bóg nie zamierza wygubić całego miasta, zwłaszcza że przebywa w nim przecież Lot, jego bratanek. A gdyby znalazło się tam pięćdziesięciu sprawiedliwych? Czy ze względu na nich Bóg nie daruje miastu? I pada odpowiedź: „Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miastu przez wzgląd na nich” (Rdz 18,26). I Abraham, uradowany tym sukcesem delikatnie obniża poprzeczkę – a gdyby wśród tych pięćdziesięciu zabrakło pięciu? A gdyby znalazło się czterdziestu, trzydziestu, dwudziestu, wreszcie dziesięciu sprawiedliwych?

Dziesięciu sprawiedliwych to niewiele, ale i na to godzi się Bóg, coraz szerzej otwierając serce przed swym przyjacielem. Patrz, Abrahamie, jak ważni są dla Mnie sprawiedliwi. To oni niosą świat i ocalają go przed zagładą, choćby o tym nie wiedzieli i choćby ich wierność na pozór ginęła w morzu niegodziwości. I Abraham nie śmie już zejść niżej i zapytać o pięciu czy jednego sprawiedliwego. Tego już w sobie nie pomieści. Jeszcze nie czas. To tylko my, znając Nowy Testament, potrafimy przewidzieć odpowiedź Boga, który wciąż daje kolejną szansę odrzucającej Go ludzkości przez wzgląd na ofiarę Jedynego.

Bóg wypełnia obietnicę

Chociaż Abraham nie odważył się również na osobistą prośbę o ratunek dla bratanka, Bóg, nie bez oporu ze strony zainteresowanego, „przez wzgląd na Abrahama ocalił Lota od zagłady, jakiej uległy te miasta” (Rdz 19,29). I choć Lotowi, przesiąkniętemu klimatem środowiska, samemu niesporo jest opuścić miasto, którego występność ewidentnie niezbyt mu przeszkadza, a zupełnie już nie jest w stanie nakłonić do tego przyszłych zięciów, ocaleje wraz z dwiema córkami, wyprowadzony poza miasto przez Bożych wysłanników.

A po roku od tych wydarzeń ma miejsce rzecz przedziwna, choć tyle już razy zapowiadana przez Boga – Sara rodzi Abrahamowi syna. Wydarzenie niepojęte nawet dla niej samej. Teraz wiadomo już na pewno – Abraham miał rację, wierząc Bogu. I wiedzą to wszyscy mężczyźni jego domu, noszący na ciele znak przynależności do Boga. Wie też i sam Abraham, który biorąc w objęcia nowo narodzonego, nadaje mu objawione przez Boga imię – Izaak. Ten prawdziwie jest synem obietnicy.

Cóż będzie więc z Izmaelem, synem nieszczęsnej Hagar? Sara buntuje się – nie będzie syn niewolnicy współdziedzicem z synem małżonki. Jednak Abraham, od którego żąda się przepędzenia niewolnicy i jej dziecka, nie dopuszcza do siebie myśli o skrzywdzeniu swego syna. W sprawie interweniuje sam Bóg. Izmael, jako potomek Abrahama, będzie cieszył się Bożą opieką i stanie się wielkim narodem. Jednak Boża obietnica dotyczy wyłącznie Izaaka, syna obietnicy, który jest darem Boga, a nie Izmaela – owocu ludzkich manipulacji. Hagar odejdzie z dzieckiem na pustynię, gdzie zatroszczy się o nich Bóg. Abrahamowi pozostanie prawowity syn, Izaak, i świadomość, że Bóg wprawdzie naprawia błędy człowieka, lecz nie pozwala, by człowiek zmieniał Jego zamysły.

Abraham cieszy się tak widocznym błogosławieństwem Boga, że Abimelek, na którego ziemi gości, wydaje o nim świadectwo: „Bóg pomaga ci we wszystkim, co czynisz” (Rdz 21,22). Choć więc na pozór wciąż jest tylko przybyszem w obcej ziemi, cieszy się szacunkiem ludzi. Bóg, któremu zawierzył Abraham, obdarza go na starość dobrym, szczęśliwym życiem.

WSZYSTKO, CO GODNE, CO SPRAWIEDLIWE, CO CZYSTE…

Jezus pragnie uczestniczyć w naszym życiu. Pragnie udzielać nam Bożego pokoju. Pomagać w przezwyciężaniu lęków, wątpliwości i bolesnych wspomnień, które osłabiają nasze poczucie własnej wartości. Paweł pisał do Filipian o Bożym pokoju i umocnieniu, ponieważ osobiście doświadczył Bożej mocy i był przekonany, że to samo doświadczenie może stać się również udziałem innych.

Bardzo możliwe, że na jakimś etapie życia Paweł wiele czynił swoją własną mocą. Jednak z biegiem czasu, w miarę dojrzewania w wierze, nauczył się polegać na łasce i mocy Bożej. Pisząc List do Filipian, był już chrześcijaninem od ponad dwudziestu lat, a apostołem i misjonarzem od ponad dziesięciu. Z pewnością zdążył już nauczyć się żyć w obecności Boga i czerpać z Jego mocy w wypełnianiu codziennych zadań. W tym artykule pragniemy omówić dwie podstawowe praktyki, które dawały Pawłowi taką ufność i moc w Panu – i które przekonywały go, że każdy chrześcijanin może się cieszyć Bożym pokojem.

Życie modlitwy

Św. Paweł był przede wszystkim człowiekiem modlitwy. Zachęcał Filipian, aby zawsze radowali się w Panu, gdyż sam odkrył wartość takiej postawy. Uczył ich przedstawiać Bogu swoje potrzeby, ponieważ doświadczył tego, że Bóg nie przestaje odpowiadać na jego modlitwy.

Paweł widział, że kiedy oddaje cześć i chwałę Bogu na modlitwie, otwierają się dla niego upusty łaski. Na zasadzie przedziwnej Bożej wymiany Paweł oddawał Bogu cześć i chwałę, a Bóg napełniał go w zamian pokojem i mocą. To właśnie te dwie łaski pozwalały Pawłowi zachować stałość w wierze, nie poddawać się lękom ani nie załamywać się w trudnych sytuacjach.

Pokój, którego doświadczał Paweł, był czymś więcej niż tylko panowaniem nad sobą. Brał się z przekonania, że Bóg jest z nim w każdej chwili, widzi każdy jego problem i jest gotów udzielać mu nadprzyrodzonej mocy do wytrwania we wszelkich przeciwnościach.

Często kiedy uporządkujemy jedną dziedzinę życia, naprostowują się także inne. Szczególnie sprawdza się to w przypadku modlitwy. Ma ona głęboki wpływ na to, jak myślimy i w jaki sposób działamy. Dlatego właśnie św. Paweł tak gorliwie zachęcał Filipian do modlitwy. Był przekonany, że kiedy Filipianie zaczną radować się w Panu i przedstawiać Mu swoje potrzeby, zmieni się również ich myślenie.

To, co sprawdziło się w przypadku Pawła, jest prawdziwe i dla nas. Jeśli chcemy wszystko czynić w Chrystusie mocą Jego Ducha, musimy rozpocząć od modlitwy.

Strzeż swoich myśli

Nie tylko modlitwa wywiera głęboki wpływ na nasze myśli i czyny, ale również nasze myśli i czyny mają wielkie znaczenie dla naszej modlitwy. Istnieje wzajemny związek pomiędzy modlitwą a życiem. Zdaniem Pawła, im bardziej będziemy skupiać swój umysł na tym, co szlachetne i święte, tym więcej Bożej mocy i pokoju w sobie odnajdziemy. Duch Święty pouczył Pawła, że zatrzymywanie się na rzeczach szlachetnych, dobrych i czystych pozwala trwać w obecności Boga. A właśnie modlitwa umacnia nas we wszystkim, co szlachetne, dobre i czyste, oraz pomaga żyć tym na co dzień.

Połączenie modlitwy z czuwaniem nad własnymi myślami pozwalało Pawłowi radować się w każdej sytuacji (Flp 4,12). Ta właśnie postawa pozwalała mu wytrwać w radości i pokoju, kiedy nachodziły go pokusy rzucenia wszystkiego, kiedy czuł się przytłoczony problemami lub bezradny wobec czekających go zadań.

Paradoksalnie, sekret wewnętrznej pewności i pokoju Pawła tak naprawdę wcale nie jest sekretem. Jest to ta sama metoda, którą odkrywali Piotr, Jan, Andrzej i chrześcijanie pierwszych wieków, i która jest przekazywana kolejnym pokoleniom przez Pismo święte oraz świadectwo świętych. I my możemy dziś stosować ją z tą samą, co oni, nadzieją i wiarą w Boże obietnice.

Dla naszego życia wiary przestawanie z Jezusem na modlitwie jest tym samym, co powietrze i pokarm dla organizmu. Przede wszystkim więc troszczmy się o modlitwę. A kiedy już się pomodlimy, strzeżmy naszych myśli przed wszelkim negatywizmem, czy to dotyczącym naszego własnego życia, czy też życia innych. Odsuwajmy wszelkie pokusy cynizmu, zazdrości, zgorzknienia i niepokoju. Próbujmy mieć na myśli to, co dobre, szlachetne i święte. Myślmy o miłości Jezusa, o Jego obietnicy, że w Nim możemy uczynić wszystko. Kontemplujmy piękno świata, wznosząc serca do Boga.

Kiedy pojawiają się przeciwności, natychmiast staje nam przed oczyma perspektywa sukcesu lub porażki, radości lub upokorzenia. To właśnie w tych nerwowych sytuacjach najbardziej widać owoc naszej modlitwy oraz praktyki skupiania myśli na rzeczach Bożych. To właśnie wtedy zaczynamy doświadczać mocy Chrystusa, uzdalniającej nas do podołania zadaniom, które wcześniej wydawały się nam niewykonalne.

Historia Tomasza

Tomasz, z zawodu handlowiec, opowiedział nam o trudnościach, jakie przeżywał w pracy, z powodu stresów związanych z kontaktem z klientami. W przeddzień ważnego spotkania zwykle poświęcał wieczór na to, by dobrze się do niego przygotować. Choć starał się zachować spokój, na myśl o ewentualnej porażce dostawał bolesnego skurczu żołądka – tak że nie mógł już normalnie funkcjonować bez leków uspokajających.

Jednak pewnej niedzieli, po wysłuchaniu prostej homilii na temat udzielanej nam przez Boga mocy do przezwyciężania trudności, Tomasz zaczął modlić się wraz ze św. Pawłem: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Natychmiast doświadczył Bożej pociechy i od tej pory codziennie uczy się z ufnością polegać na Bogu. Choć nie jest jeszcze zupełnie wolny od nerwowego przeżywania trudnych sytuacji, czuje się w nich umacniany i pocieszany przez Boga. Jego lęki i niepokoje ustąpiły do tego stopnia, że przestał być zależny od środków uspokajających.

Kilka tygodni po wysłuchaniu wspomnianej homilii, podczas szczególnie trudnego spotkania, Tomasz poczuł, że znowu ogarnia go niepokój. W samym środku spotkania poprosił o chwilę przerwy. Wszyscy myśleli, że wyszedł do toalety, on jednak udał się do swojego biura, gdzie w samotności zaczął modlić się słowami św. Pawła. W tej właśnie chwili jeden z klientów, wracający z toalety, zobaczył go z Biblią w ręku i zaproponował, by pomodlili się wspólnie. Obaj pogrążyli się w modlitwie na mniej więcej pięć minut, po czym powrócili do pozostałych, lekko już zaniepokojonych ich przedłużającą się nieobecnością.

Tego dnia Tomaszowi nie udało się wprawdzie sfinalizować transakcji, przekonał się jednak, że pokój udzielany nam przez Jezusa pozwala opanować rozbiegane myśli i atakujące nas wątpliwości. Znalazł też nowego przyjaciela w osobie klienta, który zaproponował mu wspólną modlitwę.

Wszystko mogę w Chrystusie

Bracia i siostry, weźmy sobie do serca słowa św. Pawła. Wyznawajmy każdego dnia, że w Chrystusie mamy moc skupiać nasze myśli na tym, co miłe Bogu – na prawdach naszej wiary; na wszystkim, co sprawiedliwe, uczciwe i czyste; na obietnicy Bożej miłości i opieki – także w trudnych i stresujących sytuacjach. Prośmy Boga o pomoc, abyśmy mogli oddawać Mu cześć i chwałę naszym życiem. Przede wszystkim zaś prośmy Ducha Świętego, aby nauczył nas strzec naszych serc i umysłów, byśmy nie tracili pokoju wobec wyzwań i problemów, jakie niesie życie.

Zachęcając nas do radowania się w Panu i myślenia o tym, co dobre, prawdziwe, święte i czyste, Paweł wskazuje nam pewne sposoby zachowania. W jego słowach kryje się jednak coś jeszcze głębszego. Paweł mówi nam bowiem nie tylko, co mamy robić, ale również, jakimi ludźmi mamy być. Bóg pragnie, abyśmy byli ludźmi znajdującymi radość w relacji z Jezusem. Ludźmi, którzy słuchają Jego słowa i wprowadzają je w życie. Ludźmi, których czystość i świętość oświetla drogę innym.

W Chrystusie naprawdę możemy wszystko. Choć jeszcze daleko nam do doskonałości, to jednak mocą Jezusa możemy kroczyć przez nasze ziemskie życie napełnieni Jego radością i pokojem. I nikt ani nic nie jest w stanie nam tego odebrać.

KATOLICY Z HYDE PARKU

Frank Sheed i jego żona, Maisie Ward, poświęcili się służbie Kościoła na długo przedtem, nim Sobór Watykański II zdążył rozpowszechnić ideę „apostolstwa świeckich”. Małżeństwo to było przez ponad pięćdziesiąt lat żywym świadectwem tego, co znaczy zawsze być gotowym do „obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest” (1 P 3,15). Sposoby, na jakie to czynili, przez wielu uważane za niekonwencjonalne, dziś pewnie nazwalibyśmy pionierskimi. Jako ewangelizatorzy uliczni, komentatorzy tekstów teologicznych i popularni wydawcy, Frank i Maisie przecierali nowe szlaki i otwierali nowe możliwości przed zwykłymi ludźmi pragnącymi dawać świadectwo swojej wiary i głosić światu, że Bóg naprawdę się liczy.

Ekscentrycy dla Chrystusa

Współpraca Franka i Maisie rozpoczęła się w latach dwudziestych na mównicy w londyńskim Hyde Parku. W czasach kiedy nikomu nie śniło się jeszcze o debatach radiowych ani telewizyjnych reality shows, poszukiwacze niedzielnych rozrywek i gorących dyskusji udawali się na północno-wschodni kraniec Hyde Parku. W tym miejscu, gdzie każdy miał prawo wskoczyć na przysłowiową skrzynkę po mydle i wygłosić mowę na dowolny temat, Frank i Maisie usiłowali przekonać całkowicie obcych sobie przechodniów do wiary w Boga.

Nie będąc jeszcze małżeństwem, oboje należeli do Bractwa Prawdy Katolickiej. Bractwo to, założone w 1919 roku pod kierunkiem duchownych, skupiało głównie świeckich wolontariuszy. Stanowili oni bardzo różnorodną grupę, zrzeszającą nauczycieli i maszynistki, kierowców autobusów i pielęgniarki, naukowców, służące i profesorów. Ci świeccy katolicy śmiało stawali na rogach ulic w Anglii i poza jej granicami, „uzbrojeni” jedynie w krucyfiks, Biblię oraz pragnienie wyjaśniania swojej wiary wszystkim, którzy się pojawią.

Czyżby ludzie ci byli po prostu „stuknięci”, jak określił ich kiedyś lekarz Franka? „O, nie” – zaprzeczał Frank. Jedyną „ekscentrycznością” członków Bractwa było to, że „nie mogli spać spokojnie, w czasie gdy miliony ludzi przymierały głodem, nie wiedząc o pokarmie, który miał dla nich Chrystus”.

Zarówno Frank, jak i Maisie czuli się na mównicy jak w swoim żywiole. Oprócz solidnej znajomości Pisma świętego i doktryny katolickiej mieli również wielki dar nawiązywania dialogu ze słuchaczami. Pewnego razu, sprowokowany przez ateistę, który stwierdził: „Potrafiłbym stworzyć lepszy świat niż wasz Bóg!”, Frank odpalił: „Nie wymagam aż tak wiele, ale może przynajmniej stworzyłby pan królika, żebyśmy przekonali się, że można panu zaufać?”.

Przy innej okazji Maisie w rozmowie z jakimś dowcipnisiem straciła panowanie nad sobą. Na początku następnego spotkania przeprosiła go za to, że zachowała się wobec niego niegrzecznie. „Będziesz musiała przyznać się do tego swojemu księdzu!” – szydził dowcipniś. Odpowiedź nadeszła natychmiast: „Ależ już to zrobiłam!”.

To swoiste połączenie wiary i inteligencji sprawiło, że Frank i Maisie wydawali się jakby stworzeni do posługi ewangelizatorów ulicznych. Trudno jednak byłoby wyobrazić sobie dwie osoby pochodzące z bardziej różnych środowisk.

Dwa różne światy

Maisie Ward urodziła się w 1889 roku w zamożnej rodzinie angielskich katolików, w czasach kiedy katolicy byli jeszcze traktowani w Anglii z nieufnością. (Było to zaledwie sześćdziesiąt lat po tym, jak parlament brytyjski przyznał im prawa wyborcze). Dziadek Maisie nawrócił się na katolicyzm pod wpływem Ruchu Oksfordzkiego, na czele którego stał kardynał John Henry Newman. Doświadczenie to ukształtowało tożsamość rodziny w opozycji do wyznawanych przez większość społeczeństwa poglądów. Na poczucie to wpłynęła dodatkowo przyjaźń rodziców Maisie, uznanych autorów, z pisarzem katolickim, G. K. Chestertonem. W domu Maisie nie było końca wizytom wiodących myślicieli i mówców katolickich. Także i Maisie zajmowała się głównie pisaniem – przynajmniej do pewnego dnia 1919 roku, kiedy jej brat wrócił do domu z nowiną, że w Hyde Parku przemawiają mówcy katoliccy. To śmiałe przedsięwzięcie przypadło Maisie do gustu i wkrótce dołączyła do ich grona.

Frank Sheed pochodził z Sydney w Australii. Wychowali go, jak sam pisał, „dziadkowie prezbiterianie, ojciec marksista i matka katoliczka rodem z Irlandii”. W soboty spowiadał się u katolickiego księdza, a w niedziele uczęszczał do szkółki niedzielnej prowadzonej przed metodystycznych kaznodziejów. Najbardziej pokochał jednak wiarę matki, a przykład jej przebaczającej cierpliwości, z jaką znosiła krzywdy wyrządzane jej przez teściów i męża pijaka, nauczył Franka mężnego wyznawania swojej wiary.

W 1920 roku, odwiedzając Londyn podczas przerwy w studiach prawniczych, Frank zetknął się z ewangelizacją uliczną prowadzoną przez Bractwo. Słuchając mówców, uświadomił sobie, jak słabo zna doktrynę własnego Kościoła. Jednak po dołączeniu do Bractwa poczynił tak szybkie postępy, że wkrótce i on został mówcą, oddając na służbę Bogu swój donośny głos i dar zjednywania sobie ludzi.

Skuteczna apologetyka

Dzięki wspólnym studiom i formacji, a także prowadzeniu intensywnego życia duchowego, pomiędzy członkami Bractwa tworzyły się głębokie więzi. Ich misja zakorzeniona była w modlitwie i codziennej Mszy świętej. Podstawową regułą było to, że każdej godzinie spędzonej na „skrzynce po mydle” musi odpowiadać taki sam czas spędzony przed Najświętszym Sakramentem.

Podczas formacji mówców uczono nigdy nie atakować innych, ani nie dążyć do konfrontacji. „Nie wolno nam traktować niekatolików jak wrogów” – pisał Frank. Ich celem nie miało być głoszenie „mądrych idei w celu pokonania antagonistów”. Głównym celem Bractwa było „rozpowszechnianie znajomości prawdy”.

Członkostwo w Bractwie wypróbowało i umocniło wiarę Maisie i Franka, nauczyło ich wykorzystywać swoje talenty w służbie Kościołowi, dało możliwość pisania i przemawiania publicznie i, co również bardzo ważne, połączyło ich ze sobą. W naturalny sposób zaczęli grać pierwsze skrzypce w Bractwie. Ich wspólnym dziełem stały się Wytyczne głoszenia prawdy katolickiej, podręcznik mówców katolickich, który po dziś dzień nie wyszedł z użycia.

Nowe powołanie, nowe dzieło

Po pięciu latach wspólnej pracy Frank poprosił Maisie o rękę. Ta jednak, będąc już dobrze po trzydziestce, z początku opierała się przyjęciu oświadczyn młodszego o osiem lat kandydata. Jednak po odbytych w Lourdes rekolekcjach przyznała, że kocha tego uroczego zalotnika „z zamorskich kolonii”. Ich ślub odbył się w kwietniu 1926 roku.

Jeszcze w tym samym roku Frank, wraz z bratem Maisie, Leonem, założył w Londynie wydawnictwo pod nazwą Sheed & Ward. Wkrótce potem Leon wstąpił do seminarium duchownego, a jego miejsce – jako reprezentantka Wardów – zajęła Maisie. Powodowani pragnieniem głoszenia prawdy Ewangelii, małżonkowie upowszechniali dzieła uczonych katolickich, zwłaszcza utalentowanych młodych autorów.

W 1933 roku, u szczytu kryzysu gospodarczego, wydawnictwo Sheed & Ward zdecydowało się na ryzykowny krok otwarcia filii w Nowym Jorku. Okazało się to doskonałym posunięciem! Ich publikacje były rozchwytywane przez czytelników amerykańskich; pojawił się też nowy krąg autorów – w tym konwertyta i przyszły kardynał Avery Dulles oraz John Courtney Murray, jeden z wiodących teologów XX wieku.

Przez następne pięćdziesiąt lat wydawnictwo Sheed & Ward zaopatrywało półki bibliotek szkolnych i domowych biblioteczek w dzieła z zakresu historii Kościoła, teologii i doktryny katolickiej. Chociaż po pewnym czasie wydawnictwo zaczęło podupadać i w końcu zostało sprzedane, przez wiele lat stanowiło potężne źródło pokarmu dla dusz i umysłów.

Poszukiwacze Chrystusa

Także i w tym pracowitym okresie Maisie i Frank przemawiali w ramach Bractwa i rozwijali swoje talenty pisarskie. Maisie została powszechnie uznaną autorką biografii Chestertona i Newmana. Pisała też o wielu świętych, w tym o św. Franciszku z Asyżu, św. Katarzynie Sieneńskiej i męczennikach angielskich. Z ogromnym realizmem przedstawiała zmagania wewnętrzne świętych, a także ich nieporozumienia z pasterzami Kościoła czy nawet z innymi świętymi. Podkreślając ich „prawdziwe człowieczeństwo”, Maisie ukazywała, że Kościół, składający się z niedoskonałych istot ludzkich, jest „nie tylko systemem poglądów, ale żyjącym organizmem. Jest… Chrystusem w świecie. Uczy ludzi tak, jak On uczył, głosi przykazania, które On głosił, i tak jak On musi zostać wywyższony na krzyżu”.

Z kolei Frank stał się mistrzem apologetyki, autorem wielu popularnych i dobrze napisanych książek, które po dziś dzień zdobywają sobie czytelników. Choć głównym nurtem jego zainteresowań pozostawała doktryna katolicka, poświęcał również wiele uwagi uniwersalnemu ludzkiemu pragnieniu Boga. W książce Poznać Chrystusa Jezusa pisał: „Przykładam tak wielkie znaczenie do Ewangelii po to, by ujrzeć Oblicze, które już od stuleci spogląda na ludzkość. Chodzi mi nie o to, aby coś udowodnić, ale by spotkać Kogoś – by poznać Chrystusa Jezusa, poznać Go tak, jak jedna osoba może poznać drugą”.

Frank zachęcał szczerych poszukiwaczy prawdy do czytania Pisma świętego, co miało stanowić „pierwszy krok” ku „budowaniu naszej bliskości” z Bogiem. Równie ważne, jego zdaniem, było też karmienie intelektu przez poznawanie nauczania Kościoła:

„Powiadają, że można kochać Boga bez wielkiej znajomości doktryny. Sugerują nawet, zapalając się w dyskusji, że niektórzy z najświętszych ludzi, jakich znają, są niemal ignorantami… Dziwny to Bóg, którego kocha się tym bardziej, im mniej się o Nim wie… Miłość Boga jest nieskończenie ważniejsza niż znajomość Boga; jeśli jednak kocha się Boga niewiele o Nim wiedząc, to o ileż bardziej pokocha się Go, wiedząc o Nim więcej, każda bowiem nowa rzecz, której dowiadujemy się o Bogu, jest nowym powodem do miłowania Go”.

Nawzajem dla siebie członkami

Maisie i Frank publikowali i pisali książki katolickie przez całe dziesiątki lat. W tym czasie wychowali dwójkę dzieci, Rosemary i Wilfrida, które również zostały pisarzami. Ich nową ojczyzną stała się Ameryka, dużo jednak podróżowali, przemawiając wobec licznych audytoriów na całym świecie. Tematy ich wystąpień były bardzo różne – różaniec, Ewangelia, życie rodzinne, edukacja katolicka. Mówili prawdę bez ogródek, krytykując nieraz niski poziom niektórych szkół i seminariów katolickich. Nie bali się również kierować swego ostrego dowcipu przeciwko pewnym zachowaniom kleru, które stanowiły poważną przeszkodę w rozpowszechnianiu Ewangelii. Ich szczerość przysparzała im zarówno zwolenników, jak i wrogów.

W późniejszych latach Maisie nawiązała głębokie przyjaźnie z działaczami społecznymi w rodzaju Dorothy Day. Zorganizowała Katolickie Towarzystwo Pomocy Mieszkaniowej, które prowadziło działalność wśród rodzin robotniczych w Anglii. Zbierała także fundusze na pomoc żyjącym w nędzy mieszkańcom indyjskich wiosek.

Zdaniem Maisie żywotność i apostolat wspólnot chrześcijańskich mają podstawowe znaczenie dla Kościoła i całego społeczeństwa. „Jesteśmy «nawzajem dla siebie członkami» w Mistycznym Ciele Chrystusa, toteż cierpienie bliźniego… powinno dotykać nas równie mocno, jak obolała ręka czy złamana noga wpływa na całe ciało. Tam, gdzie to możliwe, musimy nieść pomoc materialną. Tam, gdzie to możliwe, musimy nieść pomoc duchową.”

Świeccy w akcji

Maisie umarła w styczniu 1975 roku, Frank sześć lat później w listopadzie 1981 roku. Zostali pochowani obok siebie nieopodal swego domu w Jersey City, oddzielonego rzeką Hudson od swojego dawnego biura.

Przykład ich radykalnego zaangażowania w służbę Bogu zachęca nas do naśladowania. Maisie i Frank nie chcieli być bierni. W czasach kiedy większość świeckich uważała ewangelizację za wyłączną domenę księży i zakonników, oni nie dali wtłoczyć się w obowiązujące ramy. Dzięki swej inteligencji, pokorze, odwadze i twórczemu myśleniu pozostawili po sobie spuściznę, która stała się inspiracją dla wielu innych „zwykłych chrześcijan”, by zmieniać świat, zanosząc Chrystusa wszędzie tam, gdzie gromadzą się ludzie.

WSZYSTKO, CO GODNE, CO SPRAWIEDLIWE, CO CZYSTE…

Jezus pragnie uczestniczyć w naszym życiu. Pragnie udzielać nam Bożego pokoju. Pomagać w przezwyciężaniu lęków, wątpliwości i bolesnych wspomnień, które osłabiają nasze poczucie własnej wartości. Paweł pisał do Filipian o Bożym pokoju i umocnieniu, ponieważ osobiście doświadczył Bożej mocy i był przekonany, że to samo doświadczenie może stać się również udziałem innych.

Bardzo możliwe, że na jakimś etapie życia Paweł wiele czynił swoją własną mocą. Jednak z biegiem czasu, w miarę dojrzewania w wierze, nauczył się polegać na łasce i mocy Bożej. Pisząc List do Filipian, był już chrześcijaninem od ponad dwudziestu lat, a apostołem i misjonarzem od ponad dziesięciu. Z pewnością zdążył już nauczyć się żyć w obecności Boga i czerpać z Jego mocy w wypełnianiu codziennych zadań. W tym artykule pragniemy omówić dwie podstawowe praktyki, które dawały Pawłowi taką ufność i moc w Panu – i które przekonywały go, że każdy chrześcijanin może się cieszyć Bożym pokojem.

Życie modlitwy

Św. Paweł był przede wszystkim człowiekiem modlitwy. Zachęcał Filipian, aby zawsze radowali się w Panu, gdyż sam odkrył wartość takiej postawy. Uczył ich przedstawiać Bogu swoje potrzeby, ponieważ doświadczył tego, że Bóg nie przestaje odpowiadać na jego modlitwy.

Paweł widział, że kiedy oddaje cześć i chwałę Bogu na modlitwie, otwierają się dla niego upusty łaski. Na zasadzie przedziwnej Bożej wymiany Paweł oddawał Bogu cześć i chwałę, a Bóg napełniał go w zamian pokojem i mocą. To właśnie te dwie łaski pozwalały Pawłowi zachować stałość w wierze, nie poddawać się lękom ani nie załamywać się w trudnych sytuacjach.

Pokój, którego doświadczał Paweł, był czymś więcej niż tylko panowaniem nad sobą. Brał się z przekonania, że Bóg jest z nim w każdej chwili, widzi każdy jego problem i jest gotów udzielać mu nadprzyrodzonej mocy do wytrwania we wszelkich przeciwnościach.

Często kiedy uporządkujemy jedną dziedzinę życia, naprostowują się także inne. Szczególnie sprawdza się to w przypadku modlitwy. Ma ona głęboki wpływ na to, jak myślimy i w jaki sposób działamy. Dlatego właśnie św. Paweł tak gorliwie zachęcał Filipian do modlitwy. Był przekonany, że kiedy Filipianie zaczną radować się w Panu i przedstawiać Mu swoje potrzeby, zmieni się również ich myślenie.

To, co sprawdziło się w przypadku Pawła, jest prawdziwe i dla nas. Jeśli chcemy wszystko czynić w Chrystusie mocą Jego Ducha, musimy rozpocząć od modlitwy.

Strzeż swoich myśli

Nie tylko modlitwa wywiera głęboki wpływ na nasze myśli i czyny, ale również nasze myśli i czyny mają wielkie znaczenie dla naszej modlitwy. Istnieje wzajemny związek pomiędzy modlitwą a życiem. Zdaniem Pawła, im bardziej będziemy skupiać swój umysł na tym, co szlachetne i święte, tym więcej Bożej mocy i pokoju w sobie odnajdziemy. Duch Święty pouczył Pawła, że zatrzymywanie się na rzeczach szlachetnych, dobrych i czystych pozwala trwać w obecności Boga. A właśnie modlitwa umacnia nas we wszystkim, co szlachetne, dobre i czyste, oraz pomaga żyć tym na co dzień.

Połączenie modlitwy z czuwaniem nad własnymi myślami pozwalało Pawłowi radować się w każdej sytuacji (Flp 4,12). Ta właśnie postawa pozwalała mu wytrwać w radości i pokoju, kiedy nachodziły go pokusy rzucenia wszystkiego, kiedy czuł się przytłoczony problemami lub bezradny wobec czekających go zadań.

Paradoksalnie, sekret wewnętrznej pewności i pokoju Pawła tak naprawdę wcale nie jest sekretem. Jest to ta sama metoda, którą odkrywali Piotr, Jan, Andrzej i chrześcijanie pierwszych wieków, i która jest przekazywana kolejnym pokoleniom przez Pismo święte oraz świadectwo świętych. I my możemy dziś stosować ją z tą samą, co oni, nadzieją i wiarą w Boże obietnice.

Dla naszego życia wiary przestawanie z Jezusem na modlitwie jest tym samym, co powietrze i pokarm dla organizmu. Przede wszystkim więc troszczmy się o modlitwę. A kiedy już się pomodlimy, strzeżmy naszych myśli przed wszelkim negatywizmem, czy to dotyczącym naszego własnego życia, czy też życia innych. Odsuwajmy wszelkie pokusy cynizmu, zazdrości, zgorzknienia i niepokoju. Próbujmy mieć na myśli to, co dobre, szlachetne i święte. Myślmy o miłości Jezusa, o Jego obietnicy, że w Nim możemy uczynić wszystko. Kontemplujmy piękno świata, wznosząc serca do Boga.

Kiedy pojawiają się przeciwności, natychmiast staje nam przed oczyma perspektywa sukcesu lub porażki, radości lub upokorzenia. To właśnie w tych nerwowych sytuacjach najbardziej widać owoc naszej modlitwy oraz praktyki skupiania myśli na rzeczach Bożych. To właśnie wtedy zaczynamy doświadczać mocy Chrystusa, uzdalniającej nas do podołania zadaniom, które wcześniej wydawały się nam niewykonalne.

Historia Tomasza

Tomasz, z zawodu handlowiec, opowiedział nam o trudnościach, jakie przeżywał w pracy, z powodu stresów związanych z kontaktem z klientami. W przeddzień ważnego spotkania zwykle poświęcał wieczór na to, by dobrze się do niego przygotować. Choć starał się zachować spokój, na myśl o ewentualnej porażce dostawał bolesnego skurczu żołądka – tak że nie mógł już normalnie funkcjonować bez leków uspokajających.

Jednak pewnej niedzieli, po wysłuchaniu prostej homilii na temat udzielanej nam przez Boga mocy do przezwyciężania trudności, Tomasz zaczął modlić się wraz ze św. Pawłem: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Natychmiast doświadczył Bożej pociechy i od tej pory codziennie uczy się z ufnością polegać na Bogu. Choć nie jest jeszcze zupełnie wolny od nerwowego przeżywania trudnych sytuacji, czuje się w nich umacniany i pocieszany przez Boga. Jego lęki i niepokoje ustąpiły do tego stopnia, że przestał być zależny od środków uspokajających.

Kilka tygodni po wysłuchaniu wspomnianej homilii, podczas szczególnie trudnego spotkania, Tomasz poczuł, że znowu ogarnia go niepokój. W samym środku spotkania poprosił o chwilę przerwy. Wszyscy myśleli, że wyszedł do toalety, on jednak udał się do swojego biura, gdzie w samotności zaczął modlić się słowami św. Pawła. W tej właśnie chwili jeden z klientów, wracający z toalety, zobaczył go z Biblią w ręku i zaproponował, by pomodlili się wspólnie. Obaj pogrążyli się w modlitwie na mniej więcej pięć minut, po czym powrócili do pozostałych, lekko już zaniepokojonych ich przedłużającą się nieobecnością.

Tego dnia Tomaszowi nie udało się wprawdzie sfinalizować transakcji, przekonał się jednak, że pokój udzielany nam przez Jezusa pozwala opanować rozbiegane myśli i atakujące nas wątpliwości. Znalazł też nowego przyjaciela w osobie klienta, który zaproponował mu wspólną modlitwę.

Wszystko mogę w Chrystusie

Bracia i siostry, weźmy sobie do serca słowa św. Pawła. Wyznawajmy każdego dnia, że w Chrystusie mamy moc skupiać nasze myśli na tym, co miłe Bogu – na prawdach naszej wiary; na wszystkim, co sprawiedliwe, uczciwe i czyste; na obietnicy Bożej miłości i opieki – także w trudnych i stresujących sytuacjach. Prośmy Boga o pomoc, abyśmy mogli oddawać Mu cześć i chwałę naszym życiem. Przede wszystkim zaś prośmy Ducha Świętego, aby nauczył nas strzec naszych serc i umysłów, byśmy nie tracili pokoju wobec wyzwań i problemów, jakie niesie życie.

Zachęcając nas do radowania się w Panu i myślenia o tym, co dobre, prawdziwe, święte i czyste, Paweł wskazuje nam pewne sposoby zachowania. W jego słowach kryje się jednak coś jeszcze głębszego. Paweł mówi nam bowiem nie tylko, co mamy robić, ale również, jakimi ludźmi mamy być. Bóg pragnie, abyśmy byli ludźmi znajdującymi radość w relacji z Jezusem. Ludźmi, którzy słuchają Jego słowa i wprowadzają je w życie. Ludźmi, których czystość i świętość oświetla drogę innym.

W Chrystusie naprawdę możemy wszystko. Choć jeszcze daleko nam do doskonałości, to jednak mocą Jezusa możemy kroczyć przez nasze ziemskie życie napełnieni Jego radością i pokojem. I nikt ani nic nie jest w stanie nam tego odebrać.

CZUWAJĄC Z JEZUSEM

W ósmym dniu 2004 roku zapisałam w swoim dzienniku: „Nadszedł nowy rok, ale w moim życiu nie dzieje się nic nowego”. Na krótko przed swoimi czterdziestymi urodzinami byłam bezrobotna, niezamężna, bezdzietna i zakompleksiona.

Pisząc te słowa, nie miałam pojęcia, że tego właśnie dnia Bóg zainterweniuje w moje życie, dając mi nowe widzenie rzeczywistości.

Światła w ciemności

Kilka miesięcy temu perspektywa czterdziestych urodzin doprowadzała mnie niemal do obłędu. Widziałam jedynie to, czego nie udało mi się dokonać. Nie miałam zabezpieczenia finansowego, nie zrobiłam kariery zawodowej, nie spełniłam się jako żona i matka. Co najgorsze, brakowało mi jakiegokolwiek celu w życiu. Zaczęła nachodzić mnie myśl, aby ze sobą skończyć.

W przetrwaniu tych czarnych dni pomagało mi codzienne uczestnictwo we Mszy świętej w mojej parafii oraz zaangażowanie w jej różnorodną działalność. Brałam udział w spotkaniach formacyjnych dla dorosłych oraz przygotowywałam się do prowadzenia rozmów indywidualnych z parafianami potrzebującymi pomocy emocjonalnej i duchowej. Zamiast użalać się nad sobą, próbowałam wykorzystać wolny czas jako okazję zbliżenia się do Boga.

Pomocna okazała się również moja ciocia Lola. Zaproponowała, abym w celu umocnienia swojej wiary spędzała raz w tygodniu godzinę przed Najświętszym Sakramentem. Ona sama nabrała tego zwyczaju po pielgrzymce do Medjugorie, gdzie poczuła się do tego zaproszona przez Matkę Bożą. Ponieważ ciocia była dla mnie ogromnym autorytetem w sprawach wiary postanowiłam spróbować. Jednocześnie byłam jednak nieco sceptyczna. „Czy można skupić się na Najświętszym Sakramencie przez całą godzinę?” – pytałam.

Na początku było to rzeczywiście trudne i wciąż spoglądałam na zegarek. Minął miesiąc i wcale nie było mi łatwiej! Wreszcie, nie widząc żadnych skutków tej modlitwy, ani nawet nie doświadczając w niej obecności Pana, zdecydowałam się zakończyć eksperyment.

Kiedy podjęłam tę decyzję i miałam właśnie wyjść z kaplicy, podeszła do mnie kobieta odpowiedzialna za zapisywanie chętnych na adorację. „Wiem, że jest pani wierząca – powiedziała. – Czy nie zechciałaby pani zadeklarować się raz w tygodniu na stałą godzinę adoracji?” Przyjęłam to jako znak od Boga, aby się nie zniechęcać i zapisałam się na czwartki na dziewiątą wieczorem. Z jakiegoś powodu rozmowa z tą kobietą zmieniła moje nastawienie i ożywiła pragnienie adoracji.

Pomimo to początek nowego roku zastał mnie dokładnie w tym samym stanie – dalej miałam wrażenie, że nie potrafię się modlić.

„Przyjdź do Mnie”

To, że owego ósmego stycznia przypadło akurat w czwartek, nie było zbiegiem okoliczności. Był to dla mnie szczególnie trudny dzień.

Mieszkam jedną przecznicę od plaży i zwykle przechadzka brzegiem morza pomaga mi przezwyciężyć smutek. Tego dnia jednak, zbliżając się do mola, z którego często spoglądałam na wodę, poczułam się tak, jakby morze wzywało mnie do skoku w jego spokojne, kojące fale. Choć myśl o tym, by wreszcie skończyć ze wszystkim, była niezwykle kusząca, udało mi się zebrać wszystkie siły i nie wejść na molo. Zawróciłam w stronę domu.

Dzień upływał powoli, w smutku i wśród czarnych myśli. Czułam się tak bardzo zmęczona, samotna i bezwartościowa. Cóż z tego, że starałam się czynić dobro innym, skoro nie dawałam sobie rady z własnym życiem. Zastanawiałam się, ile jeszcze potrafię dać z siebie innym, sama będąc w takim stanie. Kiedy na zegarze ukazała się godzina 20.41, poczułam, że muszę iść na adorację – nie dlatego, że jestem zapisana, ale ponieważ moja dusza rozpaczliwie tego potrzebuje. W jakiś sposób odbierałam wołanie Pana: „Przyjdź, przyjdź do Mnie”.

Do tego czasu opracowałam już pewien system przetrwania tej godziny. Odmawiałam różaniec i koronkę do miłosierdzia Bożego, czytałam modlitwy z książeczki do nabożeństwa i wstawiałam się za ludźmi, którzy znajdowali się w szczególnej potrzebie. Na koniec odczytywałam werset biblijny i refleksję z chrześcijańskiego kalendarza znajdującego się w kaplicy.

Ponieważ modlitwa ta zaczęła już sprawiać mi radość, odczytywanie przypadającego na dany dzień wersetu biblijnego było dla mnie jak obwiązanie kokardką pięknie zapakowanego prezentu. Jednak tego dnia czułam się zupełnie inaczej. Za tydzień przypadał termin płatności za mieszkanie i ubezpieczenie samochodu, a ja wciąż nie wiedziałam, skąd mam wziąć pieniądze. Pogrążona w troskach, nie doświadczałam zwykłego pokoju po spędzeniu godziny przed Panem. Bóg wydawał mi się bardzo daleki, nieczuły na moje modlitwy i moją cichą lecz przejmującą rozpacz.

W poczuciu opuszczenia, uginając się pod ciężarem smutku, sięgnęłam po kalendarz. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu tego dnia znajdował się tam werset z Ewangelii według św. Mateusza 6,34: „Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy”. Słowa komentarza wyjaśniały, jak czerpać od Boga moc na każdy dzień; podkreślały też wagę dziękczynienia – w każdej sytuacji – za Jego pomoc, której nam udziela.

Kiedy przeczytałam te słowa, moje serce wezbrało dziękczynieniem. Bóg usłyszał moją rozpaczliwą modlitwę! Płynące z oczu łzy potoczyły się po policzkach. Upadłam na kolana, dziękując Bogu za pokój i ufność, że cokolwiek się stanie, On będzie ze mną i pomoże mi przetrwać.

Nie trzeba się troszczyć

Nękające mnie problemy finansowe wkrótce się rozwiązały, jednak pod wieloma innymi względami moje życie pozostaje takie samo. Sytuacja w pracy wciąż nie jest stabilna. W dalszym ciągu nie mam męża ani dzieci i nie wiem do końca, co począć ze swoim życiem. Różnica polega jednak na tym, że nie czuję się już samotna i bezwartościowa. Choć czasem jeszcze zmagam się z niepokojem, wiem, że Jezus jest ze mną, i ufam, że będzie mnie prowadził, zaspokajając wszystkie moje potrzeby.

Kiedy więc czuję się znużona lub przychodzi na mnie pokusa, by uznać jakieś zajęcie za ważniejsze niż moja godzina adoracji, przypominam sobie ten czarny dzień ósmego stycznia. Przypominam sobie też rozmowę Jezusa z Apostołami, kiedy pyta: „Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?” (Mt 26,40). Po tych wszystkich łaskach, jakie otrzymałam, czy mogę Mu odmówić?

„Jak wiele może się zdarzyć w ciągu jednego dnia!” – mawiałam kiedyś. Teraz mówię: „Jak wiele może się wydarzyć w ciągu godziny z Panem”! Ta godzina ocaliła moje życie, uzdrowiła duszę i przyniosła mi Boży pokój w bardzo trudnym dla mnie czasie.

POKONAĆ NAJWIĘKSZY LĘK

W czerwcu 1924 roku zginął w wieku trzydziestu czterech lat George Mallory – jeden z największych alpinistów brytyjskich. Zaginął bez wieści podczas trzeciej z kolei nieudanej próby zdobycia Mont Everestu. Dopiero w 1999 roku członkowie innej ekspedycji odnaleźli jego zamarznięte ciało – zaledwie nieco ponad 600 metrów od szczytu.

Wkrótce po zaginięciu Mallory’ego wydano na jego cześć uroczysty bankiet. Uczestniczyli w nim także niektórzy z alpinistów, którym udało się przeżyć niefortunną wyprawę. Pod koniec bankietu jeden z ich grona wstał i spojrzał na zdjęcia Mallory’ego i towarzyszy, wiszące na ścianach. Następnie ze łzami w oczach zwrócił się w stronę wielkiego zdjęcia Mont Everestu. „Mont Evereście – powiedział – pokonałeś nas za pierwszym razem, pokonałeś za drugim, pokonałeś za trzecim. Jednak przyjdzie dzień, kiedy sam zostaniesz pokonany, ponieważ ty już nie urośniesz, podczas gdy my – tak”!

Dla wielu z nas Mont Everestem naszego życia jest nasz własny lęk. Góruje nad nami, jak wielki, nieprzezwyciężony szczyt, paraliżując nasze działania, prowadząc do przekonania, że żaden zysk nie jest wart podjęcia ryzyka.

Naturalnie każdy z nas od czasu do czasu doświadcza lęku. Istnieje jednak poważna różnica między zwyczajnym lękiem, będącym nieodłączną częścią życia w tym świecie, a paraliżującym lękiem, który potrafi trzymać nas w niewoli przez całe lata. Jeśli i ty cierpisz z powodu tego rodzaju lęku – w postaci na przykład irracjonalnego lęku przed ciemnością, przed poznawaniem nowych ludzi, przed porażką, lub też jakiegokolwiek innego przytłaczającego lęku – zachęcamy cię do modlitwy słowami św. Pawła: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13).

„Dar” lęku

Paradoksalnie lęk jest bardzo pożytecznym darem Bożym. To właśnie lęk skłania nas do ostrożności, do uwzględniania ryzyka, do troszczenia się o własne bezpieczeństwo. Ostrzega nas przed niebezpieczeństwem, wzywa do rozsądku i roztropności.

Problem zaczyna się wtedy, gdy pozwalamy, aby lęk popychał nas do szkodliwych i nieuzasadnionych zachowań. Kiedy tak się dzieje, staje się dominującym czynnikiem w naszym życiu, przejmuje nad nim kontrolę, staje się filtrem, przez który przechodzą wszystkie nasze myśli i uczucia.

Co sprawia, że dar lęku wymyka nam się z rąk i zaczyna dominować nad naszym życiem? Istnieje wiele odpowiedzi na to pytanie, jednak najistotniejszym czynnikiem są nasze wspomnienia. Pomyśl o wszystkich bolesnych czy nawet tragicznych wydarzeniach przechowywanych w twojej pamięci i wyobraź sobie, co by to było, gdyby choć jedno z nich – wraz z towarzyszącym mu lękiem – było nieustannie obecne w twojej świadomości, nękając cię i prześladując przez cały czas. Lęk przed wciąż powracającym bólem nie pozwalałby nam cieszyć się życiem. Trudno byłoby nam też podejmować nowe wyzwania w obawie, że zakończy się to podobną porażką jak ta, która tak bardzo zraniła nas w przeszłości.

Nic więc dziwnego, że opisując diabła, św. Paweł stwierdza, że trzyma on ludzkość w niewoli przez lęk, a konkretnie przez lęk przed śmiercią – przez „bojaźń śmierci” (Hbr 2,15). Jedną z najczęstszych i najbardziej perfidnych strategii szatana jest żerowanie na naszych bolesnych wspomnieniach. Z upodobaniem oskarża nas, wydobywając z naszej pamięci wszystkie negatywne strony naszego życia, po to, by sparaliżować nas duchowo, doprowadzić do depresji i odebrać chęć do działania. Ze wszystkich broni z szatańskiego arsenału najczęściej i najskuteczniej wykorzystywaną jest uczucie lęku.

Historia Jakuba i Marii

Pomiędzy Jakubem – z zawodu lekarzem – i jego żoną, Marią, narastało poczucie oddalenia i wzajemnej wrogości. Borykali się z tym przez pewien czas, aż wreszcie Maria miała już wszystkiego dosyć. Pewnego dnia pozosta­wiła Jakuba i trójkę dzieci, aby już nigdy do nich nie powrócić. Jakub czuł się zdruzgotany, zwłaszcza że – jak wkrótce odkrył – nie miał do kogo zwrócić się o pomoc. Większość znajomych unikała go, a nawet zabraniała swoim dzieciom bawić się z jego córkami. Dawni przyjaciele obmawiali go za plecami. Nawet rodzina trzymała się na dystans. Nie było dosłownie nikogo, kto zechciałby go wesprzeć. Wszyscy albo otwarcie uznawali go za nieudacznika, albo zachowywali całkowitą obojętność.

Tak więc on, lekarz, na którego pomoc medyczną i wsparcie w chorobie liczyły setki pacjentów, nie potrafił uchronić przed rozpadem własnego małżeństwa. Czuł się coraz bardziej bezradny i przerażony. „Jak poradzę sobie z wychowaniem trzech dziewczynek?” – pytał sam siebie. Co wieczór kładł się spać w poczuciu lęku, winy i wstydu, tęskniąc za śmiercią, a nawet modląc się o nią.

Jednak nie na tym kończy się ta historia. Po trzech miesiącach udręki Jakub stwierdził, że nie jest w stanie dłużej żyć w ten sposób. Doszedł do wniosku, że jeżeli nie spróbuje czegoś zmienić, zniszczy swoją praktykę medyczną, wyobcuje ze środowiska własne dzieci i zmarnuje swoje życie.

Widząc Jakuba w coraz gorszym stanie, kolega ze szpitala poradził mu, aby czytał w kółko czwarty rozdział Listu do Filipian. Dochodząc do Pawłowego wyznania: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, Jakub po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł cień nadziei. Było tak, jakby ujrzał światełko na końcu tunelu. Odtąd uczynił te słowa swoją codzienną modlitwą. Kiedy tak czytał wciąż na nowo cały rozdział, także i inne słowa nabrały dla niego sensu i zobaczył ich związek ze swoim życiem. Postanowił więc wziąć na serio słowa Pawła i zastosować się do nich najściślej, jak potrafił. Oto wyjątek z jego dziennika, który Jakub pisał w formie słów Jezusa, skierowanych do niego: „Jakubie, możesz radować się we Mnie. Nie musisz niepokoić się o wychowanie dzieci. Nie lękaj się. Ja jestem z tobą. Proś Mnie o pomoc. Zaufaj, że mój pokój będzie strzegł twego życia i życia twoich dzieci. Po prostu czyń to, co szlachetne i co zasługuje na uznanie. Pozwól Mi działać w tobie tak, jak tego pragnę”.

Czwarty rozdział Listu do Filipian stał się dla Jakuba programem życia. Stopniowo zaczął odzyskiwać poczucie własnej wartości. Uwierzył, że jest w stanie poradzić sobie w życiu i wychować córki na szczęśliwe, wartościowe kobiety. Lęk i poczucie winy zmniejszyły się i w domu Jakuba znowu zapanowała atmosfera bezpieczeństwa i pokoju. Jedna z córek wyhaftowała mu na urodziny serwetkę ze słowami św. Pawła. Jakub zaczął też modlić się, aby Bóg pomógł mu przebaczyć Marii oraz wyzbyć się gniewu i urazy w stosunku do niej. Od odejścia Marii upłynęło już dziesięć lat, córki Jakuba są dorosłymi kobietami, jego praktyka medyczna rozwija się pomyślnie. A co najważniejsze, Jakub żyje w pokoju serca.

„Ty jesteś ze mną”

Bóg może uczynić dla każdego z nas to samo, co uczynił dla Jakuba. Może uczynić wszystko – łącznie z pokonaniem dławiącego nas lęku – mocą Ducha Świętego, który jest nam dany, aby nas umacniać i pomagać w tym wszystkim, z czym nie poradzilibyśmy sobie sami. Naturalnie jeszcze nie raz zdarzy nam się upaść. Przyjdą sytuacje, kiedy lęk powróci i diabłu uda się na chwilę nas pokonać. Jednak za każdym razem możemy powstawać i zaczynać od nowa – jeśli trzeba to nawet siedemdziesiąt siedem razy – ponieważ Duch Święty jest zawsze z nami, umacniając naszą wiarę w Jezusa.

Bracia i siostry, Bóg chce, abyśmy uczyli się powtarzać: „Zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza” (Ps 23,4). Chce wkładać nam w usta słowa: „Pan światłem i zbawieniem moim: kogóż mam się lękać? Pan obroną mojego życia: przed kim mam się trwożyć?” (Ps 27,1). A parafrazując słowa Psalmu 3 możemy jeszcze dodać: „Wcale się nie lękam tysięcy ludu, choć przeciw mnie dokoła się ustawiają” (por. Ps 3,7). Pragnienia szatana są natomiast dokładnie odwrotne. Chce on zawładnąć naszym życiem i to w tym celu trapi nas niepokojem i lękiem.

Jeśli w jakiejś dziedzinie twego życia czujesz się zniewolony lękiem, to może właśnie teraz jest czas, by stawić mu czoło. Może to właśnie dzisiejszy dzień stanie się dla ciebie dniem zbawienia (por. 2 Kor 6,2). Z nadzieją i ufnością proś Ducha Świętego, aby obalał warownie lęku w twoim życiu i otwierał twoje serce na uzdrawiającą moc Boga. Z tą samą pewnością, jaka wypełniała św. Pawła, wyrusz, by zdobyć Mont Everest twego lęku. Jezus ma wszelki sprzęt, który będzie ci potrzebny do wspinaczki, a co więcej, On sam chce być twoim towarzyszem drogi – aż po szczyt.

WSZYSTKO MOGĘ W CHRYSTUSIE

Istnieje stare powiedzenie, które głosi: „Jeśli potrafisz coś robić, rób to, jeśli nie potrafisz, ucz innych”. Na pierwszy rzut oka maksyma ta wydaje się być jedynie niesprawiedliwą krytyką wszystkich, którzy zajmują się nauczaniem. Gdybyśmy jednak zmienili nieco to powiedzenie, nadając mu ogólniejsze zastosowanie, ukaże nam ono pewien typ zachowania wspólnego nam wszystkim – jedni z nas sądzą, że potrafią niemal wszystko, podczas gdy inni są zdania, że nie potrafią prawie nic.

W bieżącym numerze Słowa wśród nas pragniemy omówić jeden z najbardziej krzepiących – a jednocześnie intrygujących – fragmentów Nowego Testamentu: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13), odnosząc go do życia zarówno tych, co uważają, że potrafią wiele, jak i tych, co sądzą wręcz przeciwnie. Werset ten zachęca tych, którzy mają dobre mniemanie o sobie, do zastanowienia się nad źródłem tego przekonania. Tych zaś, którzy uważają się za nieudaczników – do nabrania wiary w siebie i pójścia naprzód mocą Chrystusa.

„Potrafię wszystko”

Św. Paweł był człowiekiem czynu. Głosił słowo Boże, zakładał Kościoły w Azji Mniejszej i Europie, pisał długie, głębokie listy, polemizował z przeciwnikami wiary. Jego zapału nie zdołały ugasić ani groźby, ani noce spędzone w więzieniu, ani kamienowanie, ani bicie. Trudno byłoby znaleźć bardziej pewnego siebie człowieka. Jednak czyniąc to wszystko, Paweł dzielił się również przekonaniem, że cała jego pewność i wszystkie jego dokonania są warte tyle, co „śmieci” (por. Flp 3,8). Posunął się nawet do wyznania: „Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro” (Rz 7,18).

Czy nie ma tu jakiejś sprzeczności? Czyż Paweł pisząc swoje tak cenne dla nas listy nie wykorzystywał swojej wiedzy? Czy wykształcenie rabina nie było mu pomocne w tworzeniu teologii? Czy potrafiłby tak śmiało głosić Ewangelię, gdyby nie jego pewność siebie?

Otóż nie ma tu żadnej sprzeczności. Paweł uważał się za szafarza Bożej łaski i Bożych darów (1 Kor 4,1). Rozumiał, że równie dobrze mógłby przyjść na świat nie w Tarsie, ale zupełnie gdzie indziej. Mógłby urodzić się w rodzinie bez koneksji w Jerozolimie i nie mieć żadnych możliwości zdobycia wyższego niż przecietne wykształcenia. Wiedział, że wszystko, co posiada – bystry umysł, zdrowie, zaradność – pochodzi od Boga. Dlatego właśnie mógł tak wiele dokonać, a jednocześnie nie przypisywac sobie za to zasługi, nie chodzić w glorii wielkiego bohatera.

Jeśli za dobrze wykonaną pracę oczekujesz dla siebie nagrody w postaci uznania czy premii, zastanów się, czy działałeś mocą Chrystusa, czy tylko swoją własną. Nie znaczy to, że Jezus ma coś przeciwko uznaniu czy zyskom materialnym. Kiedy jednak stają się one podstawową motywacją naszego działania, pojawia się poważne pytanie: Komu oddajemy chwałę naszą pracą? Uznanie i zysk materialny są godziwym celem, o ile nie przesłaniają nam Boga. Ponieważ są one przemijające, mogą być jedynie dalszym celem naszego działania.

Jeśli skupimy się na tej części wersetu z Listu do Filipian (4,13), która mówi, że możemy wszystko, zapominając jednak o tym, że potrzebujemy do tego mocy Chrystusa, skończy się to tak, że całą zasługę z naszych osiągnięć przypiszemy samym sobie. To z kolei będzie tylko podsycać w nas miłość własną, która oddziela nas od innych ludzi i zamyka na tę miłość, którą pragnie wlać w nasze serca Bóg.

„Nie potrafię nic”

Przeszkody są częścią życia. Nie ma dnia, żeby nie pojawiały się na naszej drodze. Niektórzy z nas przywykli do tego. Radzenie sobie z trudnymi sytuacjami to ich specjalność. Jednak na ogół reagujemy zupełnie inaczej. W obliczu trudnej sytuacji natychmiast tracimy rezon. Czujemy się pokonani jeszcze przed przystąpieniem do walki. Coś w środku mówi nam: „Nie potrafię. Po prostu nie potrafię. Chciałbym, ale nie potrafię”.

W pewnej opowiastce dla dzieci mała błękitna lokomotywa z transportem zabawek pokonuje groźną przeszkodę w postaci wielkiej, na pozór nieprzejezdnej góry, powtarzając sobie: „Potrafię. Na pewno potrafię”. Byłoby bardzo miło, gdyby wszystkie przeszkody na naszej drodze dały się pokonać w podobny sposób. Wiemy jednak, że tak nie jest. Doświadczenie mówi nam, że nie zawsze potrafimy sobie poradzić i ponieśliśmy już niejedną porażkę. Czasem stwierdzamy, że zadanie, przed którym stoimy, po prostu przerasta nasze możliwości. Są też i tacy, którzy z obawy przed niepowodzeniem starają się unikać wszelkiego ryzyka. Wolą nie podejmować żadnych nowych wyzwań.

Pismo święte opowiada nam historię człowieka, który powierzył jednemu ze sług sumę pieniędzy odpowiadającą mniej więcej trzymiesięcznemu wynagrodzeniu. Zamiast zainwestować otrzymane pieniądze, sługa przestraszył się ryzyka i ukrył całą sumę w bezpiecznym miejscu. Jego pan na wieść o tym, co się stało, wpadł w gniew. Odebrał słudze pieniądze i dał temu, który w tym samym czasie zdołał podwoić otrzymany depozyt (por. Łk 19,11-26).

Chociaż przypowieść ta nie jest, ściśle rzecz biorąc, komentarzem do zdania o czynieniu wszystkiego przez Chrystusa, który nas umacnia, to jednak może nam bardzo pomóc w zrozumieniu tego wersetu. Jeśli uznasz, że nic nie potrafisz, w związku z czym nie musisz nic robić, prędzej czy później stracisz nawet te zdolności, które masz. Jeśli natomiast przezwyciężając to nastawienie, spróbujesz jednak uczynić coś dla Boga, to nawet gdybyś poniósł porażkę, On będzie bardziej zadowolony, niż gdybyś w ogóle nie spróbował.

Kiedy więc masz do zrobienia coś, co wydaje ci się niemożliwe, mów sobie: „Mocą Chrystusa potrafię”. Taka odpowiedź jest wyznaniem wiary w obietnice zawarte w Ewangelii. Jest wyrazem ufności, że wyznaczając nam jakieś zadanie, Jezus jednocześnie daje nam moc do jego wykonania.

Podstawa naszej pewności

Zachęcamy wszystkich, aby w ciągu następnych kilku dni znaleźli trochę czasu na modlitewne przemyślenie swoich motywacji. Jeśli masz skłonność do zbytniej pewności siebie, zadaj sobie pytania: „Czy to ja sam, czy też Bóg jest w centrum mojego życia?”. Proś Jezusa o dar pokory, abyś mógł, jak czynił to św. Paweł, niestrudzenie pracować i dokonywać wielkich rzeczy dla Pana, pamiętając jednak, że wszystkie twoje predyspozycje, zdolności i talenty są darami od Boga, mającymi służyć pomnażaniu Jego chwały. Dlatego rozpoczynaj każdy dzień od modlitwy, wyznając Jezusowi, że pragniesz wszystko czynić dla Niego, który tak hojnie cię obdarzył.

Jeśli natomiast masz skłonności do lęku i zwątpienia, zapytaj siebie: „Jak często rezygnuję z odpowiedzi na Boże wezwanie, ponieważ wydaje mi się ono zbyt trudne?”, „Jak często powtarzam: «Do niczego się nie nadaję», rozgrzeszając się w ten sposób z braku wysiłku przezwyciężenia swojego lęku, urazy, chorego poczucia winy”? Nie ma sensu tracić czasu na użalanie się nad sobą. Rozpoczynaj każdy dzień od modlitwy i mów Jezusowi: „Nie jestem beznadziejny ani bezradny, gdyż wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”.

Wszystko – w Chrystusie

Wielu chrześcijan różnych epok i narodów doświadczyło tego, co znaczy czynić wszystko „w Chrystusie”. Uczyli się zadowalać tym, co mieli, i zachowywać pokój w każdej sytuacji. Nabywali umiejętności radzenia sobie z wszelkimi zawirowaniami życia. Przekonywali się, że sztuka pokonywania przeciwności polega nie tyle na tym, co potrafią oni sami, ile na tym, co może Jezus.

W kolejnych dwóch artykułach przyjrzyjmy się historiom kilku osób, które doświadczyły mocy omawianego przez nas wersetu z Listu do Filipian. Pierwsza z nich opowiada o człowieku, którego opuściła żona, pozostawiając go z trójką dzieci. Druga dotyczy przedsiębiorcy, który nabawił się wrzodów żołądka z powodu stresu związanego z pracą. W obu przypadkach ludzie ci doświadczali ogromnych przeciwności i uczyli się je przezwyciężać, czerpiąc siły od Chrystusa.

Jezus ma wspaniały plan dla twojego życia. On wie, że przyjdzie ci znosić także ból, niesprawiedliwość i odrzucenie. Wie, że w tym świecie każdy z nas zetknie się z pokusami i grzechem. Kiedy będzie ci trudno, przypomnij sobie, że także sam Jezus cierpiał – i dlatego doskonale potrafi nas zrozumieć. On zawsze jest przy nas i cierpi wraz z nami, ofiarowując nam moc i pociechę.

Oto wielka obietnica życia chrześcijańskiego. Każdy, kto wraz ze św. Pawłem wyzna: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”, pożegluje w pokoju i bezpieczeństwie przez najbardziej burzliwe wody, ponieważ będzie przy nim Jezus, pomagając mu czynić to, czego nigdy nie dokonałby o własnych siłach.

BOHATEROWIE BIBLIJNI – ABRAHAM CZ. III

Spełnienie obietnicy

Skoro Bóg milczy, od czegóż ludzki rozum? Saraj, żona Abrama, wie już na pewno, że nie zdoła dać mu dziecka. Oprócz swojej bezpłodności, przekroczyła już wiek, kiedy kobieta może mieć dzieci. Jest jednak sposób, by obietnica potomstwa mogła się ziścić. Wystarczy podsunąć mężowi swoją niewolnicę, której dziecko, w myśl ówczesnego prawa, będzie należało do niej. Abram zbliża się do niewolnicy Hagar, a ta staje się brzemienna. Lecz choć na pozór wszystko idzie pomyślnie, w domostwie Abrama brak pokoju i radości. Brzemienna Hagar zaczyna lekceważyć swą bezpłodną panią. Życie domowe zamienia się w piekło, a wezwany na pomoc Abram czuje się bezradny. Trudno mężowi godzić ze sobą dwie rozwścieczone kobiety. Wycofuje się, pozostawiając Saraj wolną rękę – w końcu ona jest tu panią, niech więc zatroszczy się o to, by zmusić do posłuchu niesforną niewolnicę.

Plany Boże inne od ludzkich

Łatwo zatruć życie osobie zależnej od siebie i Saraj czyni to tak skutecznie, że upokorzona Hagar wkrótce ucieka od niej na pustynię. Tam jednak ma widzenie anioła Pańskiego, który nakazuje jej powrócić do swej pani. „Słyszał Pan, gdy byłaś upokorzona” (Rdz 16,11) – pociesza. Sprawiedliwy Bóg interesuje się konsekwencjami czynów swoich wybrańców. Hagar urodzi syna, Izmaela, którego imię znaczy „Bóg słyszy”, a jego potomstwo rozrośnie się w nieprzeliczone rzesze. Dziecko Jego przyjaciela nie będzie ginąć na pustyni. Hagar powraca więc pokornie pod władzę Saraj. Kiedy usłyszy się głos Boga i doświadczy, że nie jest się Mu obojętnym, łatwiej znosić każdy los.

Nie znamy reakcji osiemdziesięcio-sześcioletniego wówczas Abrama na wieść o narodzinach syna, Izmaela. Wiemy jednak, że jeśli nawet on sam uznał swego pierworodnego za syna obietnicy, to nie takie były myśli Boże. I oto po trzynastu latach od narodzin Izmaela Bóg ponownie przemawia do Abrama i jeszcze raz potwierdza wszystkie swoje obietnice: płodności, posiadania na własność ziemi Kanaan i swojej bliskości – tego wszystkiego, co Abraham słyszał tyle razy, że zna już na pamięć. Zawarł już przecież nawet przymierze z Bogiem i widział ogień przechodzący pomiędzy połówkami zwierząt.

Przymierze we krwi ludzkiej

Tym razem jednak Bóg żąda nowej formy przymierza, którego znakiem ma być już nie krew zwierząt, ale ludzka – wszyscy mężczyźni należący do jego domu mają zostać obrzezani na znak przynależności do Boga. Przymierze to ma objąć także całe potomstwo Abrama, który odtąd ma zwać się Abrahamem – Ojcem narodów. I ku swojemu zdziwieniu Abram, padając na twarz przed Panem, słyszy, że jego żona Saraj, której imię będzie odtąd brzmiało Sara – Księżniczka – urodzi mu syna i królami będą jej potomkowie.

I z twarzą ukrytą w prochu ziemi Abram zaczyna się śmiać – teraz? Teraz, Panie Boże, który pomimo obietnic, nie dałeś syna, kiedy oboje z żoną byliśmy w pełni sił? „Oby przynajmniej Izmael żył pod Twą opieką!” (Rdz 17,18) – woła jak każdy z nas, kto nie śmiejąc podnieść oczu na rzeczy wielkie, prosi przynajmniej o to, by Bóg raczył zachować od złego losu to wszystko, co udało nam się z takim trudem sobie zapewnić.

Czyżbyś tym razem zwątpił, Abramie, który jesteś przyjacielem Boga? Jeśli tak, On umocni twoją wiarę. „Żona twoja, Sara, urodzi ci syna, któremu dasz imię Izaak.” Wprawdzie Bóg nie zapomni i o Izmaelu, lecz jednak, jak powiada: „Moje… przymierze zawrę z Izaakiem, którego urodzi ci Sara za rok o tej porze” (Rdz 17,19.21).

I Abram bez zbędnych słów wstaje z ziemi jako Abraham i jeszcze tego samego dnia wypełnia Boży nakaz wobec wszystkich mężczyzn swego domu, poczynając od siebie i swego syna Izmaela. Tak, chcą należeć do Boga, a przynajmniej chce tego on, Abraham, który będzie pełnił wolę Boga we wszystkim, wierząc, że i Bóg wypełni to, co przyrzekł.

Spotkanie Przyjaciół

Od tego momentu Abrahama z Bogiem zdaje się łączyć jeszcze większa zażyłość. Czytamy, że Bóg, szanując kulturę i obyczaje swego przyjaciela, przybywa w odwiedziny do Abrahama pod postacią trzech wędrowców. A kiedy Abraham, przeczuwając, kim są jego Goście, z prostotą i gościnnością podaje im wodę do obmycia nóg i przynosi poczęstunek, oni na jego oczach spożywają posiłek: twaróg, mleko, podpło­myki i przyrządzone cielę. Wędrowcy pytają o Sarę i potwierdzają to, o czym Abraham już wie – za rok Sara będzie miała syna. Sara, przysłuchująca się ciekawie u wejścia do namiotu, słysząc tę nieoczekiwaną wieść uśmiecha się do siebie – też coś! Skoro Bóg zamierzał dać jej syna, to dlaczego nie kilkadziesiąt lat temu, kiedy będąc młoda, żyła nadzieją poczęcia. A teraz… wolne żarty!

Pan jednak widzi jej śmiech i upomina ją. Czy rzeczywiście Sara uważa, że jest coś, co byłoby niemożliwe dla Pana? Sarę ogarnia lęk. To nie przelewki. Bóg, który potrafi przenikać ludzkie myśli, jest rzeczywiście zdolny do wszystkiego! I Sara czuje, że oto stanęła oko w oko z czymś, co przerasta jej utarczki z niewolnicami i całą codzienną krzątaninę. „Wcale się nie śmiałam” (Rdz 18,15) – zaprzecza. Ale Pan widział dobrze. Tak, Saro, teraz rozumiesz, dlaczego małżonek twój, Abraham, wierzy temu Bogu i okazuje Mu szacunek.

Tymczasem Abraham jest już w takiej bliskości z Bogiem, że Ten dzieli się z nim, jak z przyjacielem, swoimi zamiarami. Oto „skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich mieszkańców są bardzo ciężkie” (Rdz 18,20). Dlatego Bóg przychodzi, by zbadać zasadność oskarżeń i położyć kres występkom.

Abraham staje przed Panem i jako nieodrodny syn swej kultury, rozpoczyna targ. Chyba Bóg nie zamierza wygubić całego miasta, zwłaszcza że przebywa w nim przecież Lot, jego bratanek. A gdyby znalazło się tam pięćdziesięciu sprawiedliwych? Czy ze względu na nich Bóg nie daruje miastu? I pada odpowiedź: „Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miastu przez wzgląd na nich” (Rdz 18,26). I Abraham, uradowany tym sukcesem delikatnie obniża poprzeczkę – a gdyby wśród tych pięćdziesięciu zabrakło pięciu? A gdyby znalazło się czterdziestu, trzydziestu, dwudziestu, wreszcie dziesięciu sprawiedliwych?

Dziesięciu sprawiedliwych to niewiele, ale i na to godzi się Bóg, coraz szerzej otwierając serce przed swym przyjacielem. Patrz, Abrahamie, jak ważni są dla Mnie sprawiedliwi. To oni niosą świat i ocalają go przed zagładą, choćby o tym nie wiedzieli i choćby ich wierność na pozór ginęła w morzu niegodziwości. I Abraham nie śmie już zejść niżej i zapytać o pięciu czy jednego sprawiedliwego. Tego już w sobie nie pomieści. Jeszcze nie czas. To tylko my, znając Nowy Testament, potrafimy przewidzieć odpowiedź Boga, który wciąż daje kolejną szansę odrzucającej Go ludzkości przez wzgląd na ofiarę Jedynego.

Bóg wypełnia obietnicę

Chociaż Abraham nie odważył się również na osobistą prośbę o ratunek dla bratanka, Bóg, nie bez oporu ze strony zainteresowanego, „przez wzgląd na Abrahama ocalił Lota od zagłady, jakiej uległy te miasta” (Rdz 19,29). I choć Lotowi, przesiąkniętemu klimatem środowiska, samemu niesporo jest opuścić miasto, którego występność ewidentnie niezbyt mu przeszkadza, a zupełnie już nie jest w stanie nakłonić do tego przyszłych zięciów, ocaleje wraz z dwiema córkami, wyprowadzony poza miasto przez Bożych wysłanników.

A po roku od tych wydarzeń ma miejsce rzecz przedziwna, choć tyle już razy zapowiadana przez Boga – Sara rodzi Abrahamowi syna. Wydarzenie niepojęte nawet dla niej samej. Teraz wiadomo już na pewno – Abraham miał rację, wierząc Bogu. I wiedzą to wszyscy mężczyźni jego domu, noszący na ciele znak przynależności do Boga. Wie też i sam Abraham, który biorąc w objęcia nowo narodzonego, nadaje mu objawione przez Boga imię – Izaak. Ten prawdziwie jest synem obietnicy.

Cóż będzie więc z Izmaelem, synem nieszczęsnej Hagar? Sara buntuje się – nie będzie syn niewolnicy współdziedzicem z synem małżonki. Jednak Abraham, od którego żąda się przepędzenia niewolnicy i jej dziecka, nie dopuszcza do siebie myśli o skrzywdzeniu swego syna. W sprawie interweniuje sam Bóg. Izmael, jako potomek Abrahama, będzie cieszył się Bożą opieką i stanie się wielkim narodem. Jednak Boża obietnica dotyczy wyłącznie Izaaka, syna obietnicy, który jest darem Boga, a nie Izmaela – owocu ludzkich manipulacji. Hagar odejdzie z dzieckiem na pustynię, gdzie zatroszczy się o nich Bóg. Abrahamowi pozostanie prawowity syn, Izaak, i świadomość, że Bóg wprawdzie naprawia błędy człowieka, lecz nie pozwala, by człowiek zmieniał Jego zamysły.

Abraham cieszy się tak widocznym błogosławieństwem Boga, że Abimelek, na którego ziemi gości, wydaje o nim świadectwo: „Bóg pomaga ci we wszystkim, co czynisz” (Rdz 21,22). Choć więc na pozór wciąż jest tylko przybyszem w obcej ziemi, cieszy się szacunkiem ludzi. Bóg, któremu zawierzył Abraham, obdarza go na starość dobrym, szczęśliwym życiem.

CZUWAJĄC Z JEZUSEM

W ósmym dniu 2004 roku zapisałam w swoim dzienniku: „Nadszedł nowy rok, ale w moim życiu nie dzieje się nic nowego”. Na krótko przed swoimi czterdziestymi urodzinami byłam bezrobotna, niezamężna, bezdzietna i zakompleksiona.

Pisząc te słowa, nie miałam pojęcia, że tego właśnie dnia Bóg zainterweniuje w moje życie, dając mi nowe widzenie rzeczywistości.

Światła w ciemności

Kilka miesięcy temu perspektywa czterdziestych urodzin doprowadzała mnie niemal do obłędu. Widziałam jedynie to, czego nie udało mi się dokonać. Nie miałam zabezpieczenia finansowego, nie zrobiłam kariery zawodowej, nie spełniłam się jako żona i matka. Co najgorsze, brakowało mi jakiegokolwiek celu w życiu. Zaczęła nachodzić mnie myśl, aby ze sobą skończyć.

W przetrwaniu tych czarnych dni pomagało mi codzienne uczestnictwo we Mszy świętej w mojej parafii oraz zaangażowanie w jej różnorodną działalność. Brałam udział w spotkaniach formacyjnych dla dorosłych oraz przygotowywałam się do prowadzenia rozmów indywidualnych z parafianami potrzebującymi pomocy emocjonalnej i duchowej. Zamiast użalać się nad sobą, próbowałam wykorzystać wolny czas jako okazję zbliżenia się do Boga.

Pomocna okazała się również moja ciocia Lola. Zaproponowała, abym w celu umocnienia swojej wiary spędzała raz w tygodniu godzinę przed Najświętszym Sakramentem. Ona sama nabrała tego zwyczaju po pielgrzymce do Medjugorie, gdzie poczuła się do tego zaproszona przez Matkę Bożą. Ponieważ ciocia była dla mnie ogromnym autorytetem w sprawach wiary postanowiłam spróbować. Jednocześnie byłam jednak nieco sceptyczna. „Czy można skupić się na Najświętszym Sakramencie przez całą godzinę?” – pytałam.

Na początku było to rzeczywiście trudne i wciąż spoglądałam na zegarek. Minął miesiąc i wcale nie było mi łatwiej! Wreszcie, nie widząc żadnych skutków tej modlitwy, ani nawet nie doświadczając w niej obecności Pana, zdecydowałam się zakończyć eksperyment.

Kiedy podjęłam tę decyzję i miałam właśnie wyjść z kaplicy, podeszła do mnie kobieta odpowiedzialna za zapisywanie chętnych na adorację. „Wiem, że jest pani wierząca – powiedziała. – Czy nie zechciałaby pani zadeklarować się raz w tygodniu na stałą godzinę adoracji?” Przyjęłam to jako znak od Boga, aby się nie zniechęcać i zapisałam się na czwartki na dziewiątą wieczorem. Z jakiegoś powodu rozmowa z tą kobietą zmieniła moje nastawienie i ożywiła pragnienie adoracji.

Pomimo to początek nowego roku zastał mnie dokładnie w tym samym stanie – dalej miałam wrażenie, że nie potrafię się modlić.

„Przyjdź do Mnie”

To, że owego ósmego stycznia przypadło akurat w czwartek, nie było zbiegiem okoliczności. Był to dla mnie szczególnie trudny dzień.

Mieszkam jedną przecznicę od plaży i zwykle przechadzka brzegiem morza pomaga mi przezwyciężyć smutek. Tego dnia jednak, zbliżając się do mola, z którego często spoglądałam na wodę, poczułam się tak, jakby morze wzywało mnie do skoku w jego spokojne, kojące fale. Choć myśl o tym, by wreszcie skończyć ze wszystkim, była niezwykle kusząca, udało mi się zebrać wszystkie siły i nie wejść na molo. Zawróciłam w stronę domu.

Dzień upływał powoli, w smutku i wśród czarnych myśli. Czułam się tak bardzo zmęczona, samotna i bezwartościowa. Cóż z tego, że starałam się czynić dobro innym, skoro nie dawałam sobie rady z własnym życiem. Zastanawiałam się, ile jeszcze potrafię dać z siebie innym, sama będąc w takim stanie. Kiedy na zegarze ukazała się godzina 20.41, poczułam, że muszę iść na adorację – nie dlatego, że jestem zapisana, ale ponieważ moja dusza rozpaczliwie tego potrzebuje. W jakiś sposób odbierałam wołanie Pana: „Przyjdź, przyjdź do Mnie”.

Do tego czasu opracowałam już pewien system przetrwania tej godziny. Odmawiałam różaniec i koronkę do miłosierdzia Bożego, czytałam modlitwy z książeczki do nabożeństwa i wstawiałam się za ludźmi, którzy znajdowali się w szczególnej potrzebie. Na koniec odczytywałam werset biblijny i refleksję z chrześcijańskiego kalendarza znajdującego się w kaplicy.

Ponieważ modlitwa ta zaczęła już sprawiać mi radość, odczytywanie przypadającego na dany dzień wersetu biblijnego było dla mnie jak obwiązanie kokardką pięknie zapakowanego prezentu. Jednak tego dnia czułam się zupełnie inaczej. Za tydzień przypadał termin płatności za mieszkanie i ubezpieczenie samochodu, a ja wciąż nie wiedziałam, skąd mam wziąć pieniądze. Pogrążona w troskach, nie doświadczałam zwykłego pokoju po spędzeniu godziny przed Panem. Bóg wydawał mi się bardzo daleki, nieczuły na moje modlitwy i moją cichą lecz przejmującą rozpacz.

W poczuciu opuszczenia, uginając się pod ciężarem smutku, sięgnęłam po kalendarz. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu tego dnia znajdował się tam werset z Ewangelii według św. Mateusza 6,34: „Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy”. Słowa komentarza wyjaśniały, jak czerpać od Boga moc na każdy dzień; podkreślały też wagę dziękczynienia – w każdej sytuacji – za Jego pomoc, której nam udziela.

Kiedy przeczytałam te słowa, moje serce wezbrało dziękczynieniem. Bóg usłyszał moją rozpaczliwą modlitwę! Płynące z oczu łzy potoczyły się po policzkach. Upadłam na kolana, dziękując Bogu za pokój i ufność, że cokolwiek się stanie, On będzie ze mną i pomoże mi przetrwać.

Nie trzeba się troszczyć

Nękające mnie problemy finansowe wkrótce się rozwiązały, jednak pod wieloma innymi względami moje życie pozostaje takie samo. Sytuacja w pracy wciąż nie jest stabilna. W dalszym ciągu nie mam męża ani dzieci i nie wiem do końca, co począć ze swoim życiem. Różnica polega jednak na tym, że nie czuję się już samotna i bezwartościowa. Choć czasem jeszcze zmagam się z niepokojem, wiem, że Jezus jest ze mną, i ufam, że będzie mnie prowadził, zaspokajając wszystkie moje potrzeby.

Kiedy więc czuję się znużona lub przychodzi na mnie pokusa, by uznać jakieś zajęcie za ważniejsze niż moja godzina adoracji, przypominam sobie ten czarny dzień ósmego stycznia. Przypominam sobie też rozmowę Jezusa z Apostołami, kiedy pyta: „Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?” (Mt 26,40). Po tych wszystkich łaskach, jakie otrzymałam, czy mogę Mu odmówić?

„Jak wiele może się zdarzyć w ciągu jednego dnia!” – mawiałam kiedyś. Teraz mówię: „Jak wiele może się wydarzyć w ciągu godziny z Panem”! Ta godzina ocaliła moje życie, uzdrowiła duszę i przyniosła mi Boży pokój w bardzo trudnym dla mnie czasie.

KATOLICY Z HYDE PARKU

Frank Sheed i jego żona, Maisie Ward, poświęcili się służbie Kościoła na długo przedtem, nim Sobór Watykański II zdążył rozpowszechnić ideę „apostolstwa świeckich”. Małżeństwo to było przez ponad pięćdziesiąt lat żywym świadectwem tego, co znaczy zawsze być gotowym do „obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest” (1 P 3,15). Sposoby, na jakie to czynili, przez wielu uważane za niekonwencjonalne, dziś pewnie nazwalibyśmy pionierskimi. Jako ewangelizatorzy uliczni, komentatorzy tekstów teologicznych i popularni wydawcy, Frank i Maisie przecierali nowe szlaki i otwierali nowe możliwości przed zwykłymi ludźmi pragnącymi dawać świadectwo swojej wiary i głosić światu, że Bóg naprawdę się liczy.

Ekscentrycy dla Chrystusa

Współpraca Franka i Maisie rozpoczęła się w latach dwudziestych na mównicy w londyńskim Hyde Parku. W czasach kiedy nikomu nie śniło się jeszcze o debatach radiowych ani telewizyjnych reality shows, poszukiwacze niedzielnych rozrywek i gorących dyskusji udawali się na północno-wschodni kraniec Hyde Parku. W tym miejscu, gdzie każdy miał prawo wskoczyć na przysłowiową skrzynkę po mydle i wygłosić mowę na dowolny temat, Frank i Maisie usiłowali przekonać całkowicie obcych sobie przechodniów do wiary w Boga.

Nie będąc jeszcze małżeństwem, oboje należeli do Bractwa Prawdy Katolickiej. Bractwo to, założone w 1919 roku pod kierunkiem duchownych, skupiało głównie świeckich wolontariuszy. Stanowili oni bardzo różnorodną grupę, zrzeszającą nauczycieli i maszynistki, kierowców autobusów i pielęgniarki, naukowców, służące i profesorów. Ci świeccy katolicy śmiało stawali na rogach ulic w Anglii i poza jej granicami, „uzbrojeni” jedynie w krucyfiks, Biblię oraz pragnienie wyjaśniania swojej wiary wszystkim, którzy się pojawią.

Czyżby ludzie ci byli po prostu „stuknięci”, jak określił ich kiedyś lekarz Franka? „O, nie” – zaprzeczał Frank. Jedyną „ekscentrycznością” członków Bractwa było to, że „nie mogli spać spokojnie, w czasie gdy miliony ludzi przymierały głodem, nie wiedząc o pokarmie, który miał dla nich Chrystus”.

Zarówno Frank, jak i Maisie czuli się na mównicy jak w swoim żywiole. Oprócz solidnej znajomości Pisma świętego i doktryny katolickiej mieli również wielki dar nawiązywania dialogu ze słuchaczami. Pewnego razu, sprowokowany przez ateistę, który stwierdził: „Potrafiłbym stworzyć lepszy świat niż wasz Bóg!”, Frank odpalił: „Nie wymagam aż tak wiele, ale może przynajmniej stworzyłby pan królika, żebyśmy przekonali się, że można panu zaufać?”.

Przy innej okazji Maisie w rozmowie z jakimś dowcipnisiem straciła panowanie nad sobą. Na początku następnego spotkania przeprosiła go za to, że zachowała się wobec niego niegrzecznie. „Będziesz musiała przyznać się do tego swojemu księdzu!” – szydził dowcipniś. Odpowiedź nadeszła natychmiast: „Ależ już to zrobiłam!”.

To swoiste połączenie wiary i inteligencji sprawiło, że Frank i Maisie wydawali się jakby stworzeni do posługi ewangelizatorów ulicznych. Trudno jednak byłoby wyobrazić sobie dwie osoby pochodzące z bardziej różnych środowisk.

Dwa różne światy

Maisie Ward urodziła się w 1889 roku w zamożnej rodzinie angielskich katolików, w czasach kiedy katolicy byli jeszcze traktowani w Anglii z nieufnością. (Było to zaledwie sześćdziesiąt lat po tym, jak parlament brytyjski przyznał im prawa wyborcze). Dziadek Maisie nawrócił się na katolicyzm pod wpływem Ruchu Oksfordzkiego, na czele którego stał kardynał John Henry Newman. Doświadczenie to ukształtowało tożsamość rodziny w opozycji do wyznawanych przez większość społeczeństwa poglądów. Na poczucie to wpłynęła dodatkowo przyjaźń rodziców Maisie, uznanych autorów, z pisarzem katolickim, G. K. Chestertonem. W domu Maisie nie było końca wizytom wiodących myślicieli i mówców katolickich. Także i Maisie zajmowała się głównie pisaniem – przynajmniej do pewnego dnia 1919 roku, kiedy jej brat wrócił do domu z nowiną, że w Hyde Parku przemawiają mówcy katoliccy. To śmiałe przedsięwzięcie przypadło Maisie do gustu i wkrótce dołączyła do ich grona.

Frank Sheed pochodził z Sydney w Australii. Wychowali go, jak sam pisał, „dziadkowie prezbiterianie, ojciec marksista i matka katoliczka rodem z Irlandii”. W soboty spowiadał się u katolickiego księdza, a w niedziele uczęszczał do szkółki niedzielnej prowadzonej przed metodystycznych kaznodziejów. Najbardziej pokochał jednak wiarę matki, a przykład jej przebaczającej cierpliwości, z jaką znosiła krzywdy wyrządzane jej przez teściów i męża pijaka, nauczył Franka mężnego wyznawania swojej wiary.

W 1920 roku, odwiedzając Londyn podczas przerwy w studiach prawniczych, Frank zetknął się z ewangelizacją uliczną prowadzoną przez Bractwo. Słuchając mówców, uświadomił sobie, jak słabo zna doktrynę własnego Kościoła. Jednak po dołączeniu do Bractwa poczynił tak szybkie postępy, że wkrótce i on został mówcą, oddając na służbę Bogu swój donośny głos i dar zjednywania sobie ludzi.

Skuteczna apologetyka

Dzięki wspólnym studiom i formacji, a także prowadzeniu intensywnego życia duchowego, pomiędzy członkami Bractwa tworzyły się głębokie więzi. Ich misja zakorzeniona była w modlitwie i codziennej Mszy świętej. Podstawową regułą było to, że każdej godzinie spędzonej na „skrzynce po mydle” musi odpowiadać taki sam czas spędzony przed Najświętszym Sakramentem.

Podczas formacji mówców uczono nigdy nie atakować innych, ani nie dążyć do konfrontacji. „Nie wolno nam traktować niekatolików jak wrogów” – pisał Frank. Ich celem nie miało być głoszenie „mądrych idei w celu pokonania antagonistów”. Głównym celem Bractwa było „rozpowszechnianie znajomości prawdy”.

Członkostwo w Bractwie wypróbowało i umocniło wiarę Maisie i Franka, nauczyło ich wykorzystywać swoje talenty w służbie Kościołowi, dało możliwość pisania i przemawiania publicznie i, co również bardzo ważne, połączyło ich ze sobą. W naturalny sposób zaczęli grać pierwsze skrzypce w Bractwie. Ich wspólnym dziełem stały się Wytyczne głoszenia prawdy katolickiej, podręcznik mówców katolickich, który po dziś dzień nie wyszedł z użycia.

Nowe powołanie, nowe dzieło

Po pięciu latach wspólnej pracy Frank poprosił Maisie o rękę. Ta jednak, będąc już dobrze po trzydziestce, z początku opierała się przyjęciu oświadczyn młodszego o osiem lat kandydata. Jednak po odbytych w Lourdes rekolekcjach przyznała, że kocha tego uroczego zalotnika „z zamorskich kolonii”. Ich ślub odbył się w kwietniu 1926 roku.

Jeszcze w tym samym roku Frank, wraz z bratem Maisie, Leonem, założył w Londynie wydawnictwo pod nazwą Sheed & Ward. Wkrótce potem Leon wstąpił do seminarium duchownego, a jego miejsce – jako reprezentantka Wardów – zajęła Maisie. Powodowani pragnieniem głoszenia prawdy Ewangelii, małżonkowie upowszechniali dzieła uczonych katolickich, zwłaszcza utalentowanych młodych autorów.

W 1933 roku, u szczytu kryzysu gospodarczego, wydawnictwo Sheed & Ward zdecydowało się na ryzykowny krok otwarcia filii w Nowym Jorku. Okazało się to doskonałym posunięciem! Ich publikacje były rozchwytywane przez czytelników amerykańskich; pojawił się też nowy krąg autorów – w tym konwertyta i przyszły kardynał Avery Dulles oraz John Courtney Murray, jeden z wiodących teologów XX wieku.

Przez następne pięćdziesiąt lat wydawnictwo Sheed & Ward zaopatrywało półki bibliotek szkolnych i domowych biblioteczek w dzieła z zakresu historii Kościoła, teologii i doktryny katolickiej. Chociaż po pewnym czasie wydawnictwo zaczęło podupadać i w końcu zostało sprzedane, przez wiele lat stanowiło potężne źródło pokarmu dla dusz i umysłów.

Poszukiwacze Chrystusa

Także i w tym pracowitym okresie Maisie i Frank przemawiali w ramach Bractwa i rozwijali swoje talenty pisarskie. Maisie została powszechnie uznaną autorką biografii Chestertona i Newmana. Pisała też o wielu świętych, w tym o św. Franciszku z Asyżu, św. Katarzynie Sieneńskiej i męczennikach angielskich. Z ogromnym realizmem przedstawiała zmagania wewnętrzne świętych, a także ich nieporozumienia z pasterzami Kościoła czy nawet z innymi świętymi. Podkreślając ich „prawdziwe człowieczeństwo”, Maisie ukazywała, że Kościół, składający się z niedoskonałych istot ludzkich, jest „nie tylko systemem poglądów, ale żyjącym organizmem. Jest… Chrystusem w świecie. Uczy ludzi tak, jak On uczył, głosi przykazania, które On głosił, i tak jak On musi zostać wywyższony na krzyżu”.

Z kolei Frank stał się mistrzem apologetyki, autorem wielu popularnych i dobrze napisanych książek, które po dziś dzień zdobywają sobie czytelników. Choć głównym nurtem jego zainteresowań pozostawała doktryna katolicka, poświęcał również wiele uwagi uniwersalnemu ludzkiemu pragnieniu Boga. W książce Poznać Chrystusa Jezusa pisał: „Przykładam tak wielkie znaczenie do Ewangelii po to, by ujrzeć Oblicze, które już od stuleci spogląda na ludzkość. Chodzi mi nie o to, aby coś udowodnić, ale by spotkać Kogoś – by poznać Chrystusa Jezusa, poznać Go tak, jak jedna osoba może poznać drugą”.

Frank zachęcał szczerych poszukiwaczy prawdy do czytania Pisma świętego, co miało stanowić „pierwszy krok” ku „budowaniu naszej bliskości” z Bogiem. Równie ważne, jego zdaniem, było też karmienie intelektu przez poznawanie nauczania Kościoła:

„Powiadają, że można kochać Boga bez wielkiej znajomości doktryny. Sugerują nawet, zapalając się w dyskusji, że niektórzy z najświętszych ludzi, jakich znają, są niemal ignorantami… Dziwny to Bóg, którego kocha się tym bardziej, im mniej się o Nim wie… Miłość Boga jest nieskończenie ważniejsza niż znajomość Boga; jeśli jednak kocha się Boga niewiele o Nim wiedząc, to o ileż bardziej pokocha się Go, wiedząc o Nim więcej, każda bowiem nowa rzecz, której dowiadujemy się o Bogu, jest nowym powodem do miłowania Go”.

Nawzajem dla siebie członkami

Maisie i Frank publikowali i pisali książki katolickie przez całe dziesiątki lat. W tym czasie wychowali dwójkę dzieci, Rosemary i Wilfrida, które również zostały pisarzami. Ich nową ojczyzną stała się Ameryka, dużo jednak podróżowali, przemawiając wobec licznych audytoriów na całym świecie. Tematy ich wystąpień były bardzo różne – różaniec, Ewangelia, życie rodzinne, edukacja katolicka. Mówili prawdę bez ogródek, krytykując nieraz niski poziom niektórych szkół i seminariów katolickich. Nie bali się również kierować swego ostrego dowcipu przeciwko pewnym zachowaniom kleru, które stanowiły poważną przeszkodę w rozpowszechnianiu Ewangelii. Ich szczerość przysparzała im zarówno zwolenników, jak i wrogów.

W późniejszych latach Maisie nawiązała głębokie przyjaźnie z działaczami społecznymi w rodzaju Dorothy Day. Zorganizowała Katolickie Towarzystwo Pomocy Mieszkaniowej, które prowadziło działalność wśród rodzin robotniczych w Anglii. Zbierała także fundusze na pomoc żyjącym w nędzy mieszkańcom indyjskich wiosek.

Zdaniem Maisie żywotność i apostolat wspólnot chrześcijańskich mają podstawowe znaczenie dla Kościoła i całego społeczeństwa. „Jesteśmy «nawzajem dla siebie członkami» w Mistycznym Ciele Chrystusa, toteż cierpienie bliźniego… powinno dotykać nas równie mocno, jak obolała ręka czy złamana noga wpływa na całe ciało. Tam, gdzie to możliwe, musimy nieść pomoc materialną. Tam, gdzie to możliwe, musimy nieść pomoc duchową.”

Świeccy w akcji

Maisie umarła w styczniu 1975 roku, Frank sześć lat później w listopadzie 1981 roku. Zostali pochowani obok siebie nieopodal swego domu w Jersey City, oddzielonego rzeką Hudson od swojego dawnego biura.

Przykład ich radykalnego zaangażowania w służbę Bogu zachęca nas do naśladowania. Maisie i Frank nie chcieli być bierni. W czasach kiedy większość świeckich uważała ewangelizację za wyłączną domenę księży i zakonników, oni nie dali wtłoczyć się w obowiązujące ramy. Dzięki swej inteligencji, pokorze, odwadze i twórczemu myśleniu pozostawili po sobie spuściznę, która stała się inspiracją dla wielu innych „zwykłych chrześcijan”, by zmieniać świat, zanosząc Chrystusa wszędzie tam, gdzie gromadzą się ludzie.