XXVII. PIĘĆDZIESIĄTNICA

Nie uwierzyłby w to nawet największy optymista. Oto zebraliśmy się – dwadzieścia tysięcy ludzi, połowa z nich to charyzmatycy – w Bazylice Św. Piotra w Rzymie. Była niedziela Zielonych Świąt.

Refreny wzbijały się coraz wyżej, aż pod kopuły katedry. Dziesięć tysięcy ludzi napełnionych Duchem śpiewało. Najpierw „Alleluja”, potem „Panem jest”, potem „Alleluja”. Fala za falą radosnego, uwielbiającego śpiewu przetaczała się przez to historyczne sanktuarium.

Śpiewaliśmy w różnych językach, także nieznanych. Trudno było rozróżnić języki, wszystko odbywało się tak spontanicznie.

Potem wielki zegar wybił godzinę dziesiątą i wniesiono papieża na lektyce. Miał pozdrowić uczestników Kongresu Odnowy Charyzmatycznej w Kościele Katolickim w 1975 r. Wspaniałe kolory, twarze ludzi jaśniały. Nikt, z kim rozmawiałem, nie przypominał sobie, by kiedykolwiek papież pozdrawiał takie zgromadzenie. Ludzie stali z wzniesionymi rękami, śpiewali i wykrzykiwali wyraz wspólny wszystkim językom: „Alleluja”. Trwało to nieprzerwanie. Ludzie śpiewali i śpiewali z radością, a jednocześnie z wielkim szacunkiem. Atmosfera pełna była oczekiwanie.

Papież Paweł wstąpił na tron. Na jego twarzy jaśniał uśmiech. On tak jak i my wszyscy widział żywy, widoczny dowód tego, co Bóg czynił w Kościele swojego Syna, Jezusa. Ci z nas, którzy przybyli jako obserwatorzy i zaproszeni goście, uświadamiali sobie, że oto są świadkami następnej odnowy, którą Pan zsyłał na swoje ciało.

Papież zaczął przemawiać. Język łaciński tłumaczony był na kilka innych, by wszyscy mogli rozumieć. Nawet najwięksi optymiści nie byli przygotowani na takie zielonoświątkowe przesłanie, jakie wygłosił papież. Gdy do ludzi docierało tłumaczenie, słychać było ciche „Amen” w całej sali.

– Gdy mówimy o Pięćdziesiątnicy – powiedział – rodzą się w nas dwa rodzaje odczuć. Pierwsze to drżenie – odczucie, które Biblia przypisuje prorokowi Jeremiaszowi. Wyraził on swoje wątpliwości mówiąc: „Ach, Panie Boże … Nie umiem mówić”. Drugie odczucie to wielki entuzjazm, podobny do Piotrowego w dzień Zielonych Świąt.

Zwycięża to drugie odczucie, dając Kościołowi objawienie prawdy o Bogu: jednym w istocie, a w trzech osobach. Chrystus przepowiedział: „Ja prosić będę Ojca i da wam innego pocieszyciela, ten będzie z wami zawsze: Ducha prawdy”.

Temat i nauka o Pięćdziesiątnicy jest tajemnicą transcendentnego życia Boga. Bóg sam nam to oferuje i nigdy nie możemy o tym zapomnieć. Nasze spojrzenie powinno być oświecone przez Boga, który jest naszym słońcem.

Wyjąwszy ciche „Amen”, cisza zaległa nad tysiącami osób. Chłonęli każde słowo. Było to coś więcej niż celebracja, którą znali. Był to jeden z kamieni milowych na drodze Kościoła.

Pod koniec swojego kazania papież Paweł powiedział:

– To jest nasze ogłoszenie Pięćdziesiątnicy. Jest to ogłoszenie dające nowe życie wewnętrzne, ożywione przez obecność Bożej mocy – życie, które zaczyna się w miłości.

Czułem powiew miłości, który ogarniał Bazylikę Św. Piotra. Widziałem, że niewielu pozostało obojętnych na dotyk Ducha Świętego, takich którzy nie zostali obudzeni do pełniejszego życia.

Podczas Eucharystii cicho i łagodnie brzmiał śpiew w Duchu. Odbyło się prawdziwie zielonoświątkowe nabożeństwo, z zielonoświątkowymi manifestacjami i błogosławieństwem. Wszyscy modliliśmy się o cud Pięćdziesiątnicy, ale nikt nie spodziewał się aż tego – nowej Pięćdziesiątnicy.

Msza skończyła się około południa. Wtedy spontanicznie tysiące ludzi wyszły na plac przed katedrą. Ci, którzy uczestniczyli w mszy, mieszali się z tymi, którzy zgromadzili się już wcześniej na placu. Tysiące ludzi wykrzykiwały we wszystkich językach. I znów refren za refrenem: „Alleluja” jak fale na morzu. Radość wypełniała nasze serca.

W poniedziałek znowu znaleźliśmy się w Bazylice Św. Piotra. Została przekazana do dyspozycji uczestników Kongresu Charyzmatycznego. Około dwunastu tysięcy ludzi z sześćdziesięciu krajów zebrało się razem z ponad siedmiuset księżmi i dwunastoma biskupami oraz kardynałem Suenensem z Belgii przy ołtarzu papieskim, by obchodzić ostatnią Eucharystię. Nawet w porównaniu do dnia poprzedniego było to najbardziej niezwykłe nabożeństwo. Po raz pierwszy od wielu lat – a po raz pierwszy za życia obecnych – pozwolono kardynałowi odprawiać nabożeństwo komunijne przy papieskim ołtarzu.

Kardynał Suenens, przywódca katolickiej odnowy charyzmatycznej, przemawiał swobodnie pod wpływem natchnienia. Tłumy reagowały w wolności Ducha i śpiewały. Prawdziwie pięknym widokiem była pełna życia i ducha młodzieńczości posługa muzyczna członków wspólnoty Słowa Bożego z Ann Arbor z Michigan zajmujących miejsce słynnego chóru sykstyńskiego.

Ojciec John Patrick Bertolucci, wicekanlerz diecezji Albany w Nowym Jorku, ważna postać w odnowie amerykańskiej, tak opisał później ten moment:

– Stojąc z podniesionymi rękami w ustawicznym, pełnym Ducha uwielbieniu i adoracji, wszyscy odczuwaliśmy wagę tej historycznej chwili. Kościół Rzymski przyjął to, co do tej pory budziło kontrowersje – prąd Bożej łaski w małych społecznościach katolickich.

W trakcie nabożeństwa komunijnego dało się zauważyć, że kardynał Suenens był niewątpliwie szczególnie natchniony przez Pana. Każde słowo wypowiadał w mocy Ducha Świętego. Była to uroczystość pełna życia i swobody, równie zielonoświątkowa jak inne wspólnoty, w których znalazłem się podczas wielu lat mojej służby w licznych kościołach.

Prosto z ołtarza zaczęły płynąć przez głośniki proroctwa. Oczy tysięcy ludzi wypełniały się łzami, gdy Pan wypowiadał słowa zbudowania i zachęty przez swoje sługi.

– Obecność Pana była tak rzeczywista w tym zgromadzeniu. Jestem pewien, że tego dnia nastąpiło wiele uzdrowień – powiedział później ojciec Bertolucci wspominając to wydarzenie.

Gdy rozdzielano komunię, proroctwa nadal trwały, mieszając się ze śpiewem w Duchu. Jakaś kobieta śpiewała w Duchu piękne solo.

Pod koniec wspaniałego nabożeństwa eucharystycznego tłumy stały czekając na wejście papieża Pawła. Miała to być audiencja. Papież zaproponował, że sam przybędzie do Bazyliki i przemówi do zgromadzonych zamiast czekać na nich w sali audiencyjnej.

Gdy przybył, otrzymał głośniejsze powitalne „Alleluja” niż w niedzielę. Z uśmiechem zasiadł na tronie i przemówił pełen entuzjazmu w niewątpliwych słowach akceptacji ruchu charyzmatycznego. Uznał go za znak odnowieńczej pracy Ducha Świętego w odpowiedzi na modlitwy.

– Wasze silne pragnienie służenia Kościołowi świadczy o prawdziwym działaniu Ducha Świętego – powiedział łagodnie. – Bóg stał się człowiekiem w Jezusie Chrystusie, którego mistycznym ciałem jest Kościół. Jest to Kościół, któremu Duch Święty został powierzony w dzień Zielonych Świąt, gdy zstąpił na apostołów zebranych w górnej izbie na ustawicznej modlitwie razem z Marią matką Jezusa. Jak powiedzieliśmy w listopadzie w obecności niektórych z was, Kościół i świat potrzebuje bardziej niż dotąd tego, by „cud Pięćdziesiątnicy” trwał nadal.

Czułem, jak serce podchodziło mi do gardła

– Współczesny człowiek – ciągnął papież – odurzony swoimi zdobyczami uważa, według słów ostatniego Soboru, że może być „celem sam dla siebie, twórcą swojej historii”. Niestety, jakże wielu ludzi, którzy trwają w tradycji wyznawania wiary w istnienie Boga i oddawania Mu czci, nie zna Go w rzeczywistości. Bóg stał się dla nich kimś obcym.

Twarze wszystkich zwrócone były ku siedzącemu papieżowi.

– Nic nie jest bardziej potrzebne zsekularyzowanemu światu – ciągnął – niż świadectwo „duchowej odnowy”, którą widzimy jako rezultat działania Ducha Świętego w różnych regionach i w różnych wiekach. Objawy takiego przebudzenia są różne: głęboka wspólnota duchowa, intymny kontakt z Bogiem, wierność zobowiązaniom przyjętym w czasie chrztu, modlitwa, często w grupach, gdzie każdy wyraża to co czuje swobodnie, wspomaga i potwierdza modlitwy innych i, co jest podstawą, osobiste przekonanie, które ma swe źródło nie tylko w nauczaniu przyjmowanym wiarą, ale również w żywym doświadczeniu. Takie przeżycia świadczą o tym, że bez Boga człowiek nie jest w stanie nic uczynić; jednak z Jego pomocą wszystko staje się możliwe. Stąd potrzeba wielbienia Boga, dziękowania Mu, dziękowania za Jego cuda, których dokonuje z nami i w nas.

Byłoby bardzo cenne dla naszych czasów, dla naszych braci, gdyby wyrosło nowe pokolenie, wasze pokolenie, młodych ludzi, którzy mówiliby światu o chwale i wielkości Boga Pięćdziesiątnicy. Dzisiaj – powiedział głośniej – musimy żyć pełnią wiary w oddaniu, głębi, energii i radości – albo wiara wygaśnie.

„Tak – myślałem. – Ten człowiek rozumie Zielone Święta. Rozumie, co się dzieje”.

Prawdziwym momentem kulminacyjnym stała się chwila, gdy papież przerwał, popatrzył na nas i wykrzyknął:

– Jezus jest Panem. Alleluja!

Święte drżenie wypełniło serca, całą bazylikę. Łzy mieszały się z radością. Było to tak ekscytujące. Czuliśmy, że przeżyliśmy jedyne w swoim rodzaju Zielone Święta.

Tej nocy leżałem w łóżku, otwartymi oczami wpatrywałem się w ciemność i starałem się zrozumieć to, co odbywało się na moich oczach. Czy w końcu pentekostalizm przeniknął do Kościoła katolickiego? Znałem odpowiedź na to pytanie. To nie był pentekostalizm, lecz Pięćdziesiątnica. Nie przyjęli pentekostalizmu i nawet nie powinni. Zaakceptowali Zielone Święta, Ducha Świętego, chrzest w Duchu Świętym, dzieło Jezusa.

Co Pan Jezus zamierzał z tym zrobić? Zastanawiałem się. Widać było, że przygotowuje różne denominacje. Uśmiechnąłem się: były to nie tylko ekumeniczne Zielone Święta, ale i ekonomiczne. Kościoły już istniały, opłacone, z wykształconymi duchownymi; taka baza pozwalała na szybki wzrost, jaki oglądaliśmy. Obliczyłem, że jedynie w ciągu dwóch lat katolicy zanieśli wieść o Zielonych Świętach do 92 krajów. Tak, Pan chciał poruszyć narody potrząsając najpierw denominacjami.

Tej nocy zauważyłem też trzy prądy w ruchu zielonoświątkowym: klasyczni zielonoświątkowcy, neozielonoświątkowcy i zielonoświątkowi katolicy. Coraz bardziej te trzy grupy zbliżały się do siebie współpracując, budując wspólnotę we wzajemnym szacunku. Coraz mniej mówiło się o historii, tradycji kulturowej i zasięgu wpływów. Dominowała jedność w Duchu Świętym.

„Istnieją jednak niebezpieczeństwa – myślałem. – Ale tylko jedno jest znaczące. Niebezpieczeństwo, że jakaś grupa ludzi zechce z charyzmatycznej odnowy uczynić Ťruchť albo Ťdenominacjęť, którą zechcą kontrolować”. Pewien byłem, że nie powinno istnieć nic takiego jak jeden charyzmatyczny ruch czy denominacja. Odnowa to miał być wpływ skierowany na Kościoły. Duchowy wpływ. Jezus powiedział: „Ojcze, spraw, by byli jedno, jak my jesteśmy jedno”. Porównał jedność Kościoła do jedności Trójcy – Ojca, Syna i Ducha Świętego. Są jedno, ale jednocześnie pozostają indywidualni. Jest to jedność duchowa. Tego Jezus pragnie dla swojego Kościoła.

– Chwała! – powiedziałem głośno w ciemność zwracając się do siebie. – Dawidzie, jesteś prawdziwym ekumenistą!

– To prawda – odpowiedziałem sobie. – Nie zaakceptuję niczego prócz pełnej ekumenii – całej rodziny narodów.

Zamknąłem oczy i zacząłem zapadać w sen. W wyobraźni widziałem stojącego przede mną jak żywego wielkiego męża Bożego – Smitha Wiggleswortha. Miał surowy wyraz twarzy. Stopniowo surowość oblicza zmieniała się w pełen zadowolenia uśmiech.

XXVI. DIALOG

Czerwiec jest w Szwajcarii bardzo pięknym miesiącem. A niewiele znalazłoby się miejsc równie zachwycających jak lewy brzeg Jeziora Zurychskiego, nad którym wznosi się miasto Zurich. Właśnie tam na zachodnim brzegu w miejscowości Horgen w roku 1972 zebrało się osiemnastu przedstawicieli różnych odłamów chrześcijaństwa. Świat był jeszcze spokojny. Czekały nas pełne niepokoju lata siedemdziesiąte. Reelekcja prezydenta Nixona, największy skandal polityczny stulecia – afera Watergate, kryzys światowy, przemoc i zniszczenie w Irlandii Północnej i Afryce Południowej, rozprzestrzenianie się terroryzmu.

Ale w Zurich-Horgen w Szwajcarii 20 czerwca 1972 r. panował spokój. Głośne afery rozbrzmiewały na całym świecie, ale nie tutaj.

Zwołałem zebranie w dwadzieścia pięć lat po pierwszej Światowej Konferencji Zielonoświątkowej, która odbyła się zaledwie w odległości dziesięciu i pół mili od Zurichu. Byłem tam głównym mówcą. Teraz siedziałem pośrodku, a za stołem dalej zasiadali przedstawiciele ruchów zielonoświątkowych i neo-zielonoświątkowych oraz Kościoła katolickiego. Po mojej prawej stronie siedział współprzewodniczący ojciec Kilian McDonnel, dyrektor Instytutu Badań Ekumenicznych i Kulturowych w Minnesocie. Reprezentował katolików, ja zielonoświątkowców.

Na wstępnym spotkaniu poprzedniego roku grupa watykańska zaproponowała, by pierwsze spotkanie odbyło się na gruncie neutralnym i by zielonoświątkowcy odgrywali rolę gospodarzy. Dzięki temu niechętni zielonoświątkowcy nie będą się bali wejść na „terytorium wroga” czy być gośćmi „podejrzanych” katolików. Oznaczało to, że ja miałem rozpoczynać.

– Panowie – zacząłem. – Możemy chyba przystąpić do rzeczy. Wiecie wszyscy, po co się tu zebraliśmy, i im szybciej zaczniemy, tym lepiej.

Wszystkie twarze zwrócone były ku mnie, twarze wielu bliskich, starych przyjaciół, a także wiele twarzy, które widziałem po raz pierwszy. Patrzyłem na twarze rozpoznając przedstawicieli zielonoświątkowców i charyzmatyków. Byli tam: Rodman Williams, Amerykanin, wykładowca prezbiteriański, Arnold Bitlinger, luterański profesor z Niemiec, F.P. Moller, przywódca Misji Wiary Apostolskiej w Afryce Południowej, John McTernan z Rzymu, sekretarz grupy zielonoświątkowców, Russel Spitler z Kalifornii, John Meares z Waszyngtonu, Michael Harper, znany brytyjski anglikanin, Athanasius Emmert z Zach. Wirginii, duchowny prawosławny, Jean-Daniel Fischer z Francji, pastor Holscher z Afryki Południowej.

Delegacja katolicka, w której części osób nie znałem, składała się z kanonika J.Gibleta z Belgii, Donatiena Mollata z Watykanu, Heriberta Muhlena z Niemiec, ojca Garriguesa z Francji, Pierre’a Dupreya i Basila Meekinga z Watykańskiego Sekretariatu do spraw Jedności Chrześcijan.

Wertując dokumenty leżące przede mną, zacząłem:

– Większość z was czytała zapewne, że dzisiejsze spotkanie – dialog, jak to nazwaliśmy – zapoczątkowane zostało przez raport kardynała Willebrandsa, który jest przewodniczącym Sekretariatu do spraw Jedności Chrześcijan. W tym raporcie kardynał wyraził się następująco, przeczytam fragment:

„Problem nawiązania ekumenicznych kontaktów z chrześcijanami, którzy nie należą do żadnego z Kościołów czy wspólnot kościelnych stworzonych przez reformację w XVI w., pozostaje kwestią otwartą. Mam na myśli tych, których nazywa się czasem „konserwatywnymi ewangelikami”, na przykład zielonoświątkowców, adwentystów dnia siódmego i innych. Z powodu ich fanatyzmu i odmawiania przyłączenia się do jakiejkolwiek instytucji często uważa się ich za sekty. Reprezentują oni dużą i wzrastającą grupę chrześcijan. W Ameryce Łacińskiej stanowią od 80 do 90% nie-katolików”. I tak dalej w tym samym stylu.

– Odpowiedziałem na ten raport pisząc do kardynała, że problem ten można przezwyciężyć – można zapoczątkować dialog i przełamać bariery. Zaproponowałem uczestnictwo neozielonoświątkowców, charyzmatyków.

– Nie będę wdawał się w szczegółowe wyjaśnienia na temat spotkania, które potem nastąpiło. Wielu z was uczestniczyło w nim – katolicy, anglikanie, luteranie, prezbiterianie, metodyści i tak dalej. Pomysł został przyjęty. I oto jesteśmy tu razem.

– Jeżeli Pan pozwoli, będzie to pierwsza z serii pięciu rozmów pomiędzy reprezentantami Sekretariatu do spraw Jedności Chrześcijan a zielonoświątkowcami i charyzmatykami.

Ojciec McDonnell jako współprzewodniczący wygłosił wstępne przemówienie i przez pięć dni pracowaliśmy, debatowaliśmy i modliliśmy się w małej sali spotkań hotelu w Hogen. Rezerwa i napięcie spotkania inauguracyjnego wyraźnie malało w miarę jak poznawaliśmy się i zanim się obejrzeliśmy, już zaczęliśmy się spierać, czasem zaś zgadzać, w duchu miłości i zrozumienia.

Jedynym nieoficjalnym uczestnikiem spotkania był ksiądz rzymsko-katolicki Jean-Paul Regimbal z Quebec. Służył nam jako tłumacz; pracując w szklanej kabinie w rogu sali tłumaczył albo na angielski, albo na francuski, w zależności od potrzeb. Okazał się niezwykle przydatny ze swoją znajomością języków, zrozumieniem Biblii i znajomością zagadnień charyzmatycznych. Wiedzieliśmy, że jest Bożym człowiekiem wysłanym do tego zadania, sprowadził go bowiem do nas niezwykły łańcuch wydarzeń.

Jean-Paul wiedząc o trwającym dialogu modlił się pewnego dnia samotnie za nasze spotkanie. Poczuł, że Pan każe mu jechać do Zurich-Hogen. Nie miał jednak na to środków. Wkrótce do jego biura przyszła kobieta mówiąc, że Pan kazał jej dać mu pieniądze – sumę potrzebną akurat na zapłacenie podróży i pobytu w Zurichu.

Nie wiedząc dokładnie, dlaczego musi jechać, przybył na nasze spotkanie i przedstawił się. Nie mieliśmy mu nic do zaoferowania i nie mogliśmy pozwolić mu na uczestniczenie w spotkaniach. Nie został zaproszony.

Wtedy przybyła nasza tłumaczka ze Światowej Rady Kościołów. Kiedy rozpoczęła pracę, załamaliśmy się. Nie znała Biblii ani ruchu zielonoświątkowego. Nie umiała sobie poradzić. Wtedy zrozumieliśmy, że potrzebujemy Jean-Paula z jego płynną znajomością angielskiego i francuskiego.

Tematem tego pierwszego pięciodniowego spotkania były biblijne podstawy obu stron dotyczące zagadnienia pełni życia w Duchu Świętym. Usłyszeliśmy wypowiedź na ten temat kanonika Gibleta z Katolickiego Uniwersytetu w Louvain w Belgii, drą Williamsa z Prezbiteriańskiego Seminarium Teologicznego w Austin w Teksasie, który miał wkrótce zostać dyrektorem Melodyland School of Theology, profesora Bittlingera z Ekumenicznej Akademii w Schloss Craheim w Niemczech, ojca Mollata z Uniwersytetu Gregoriańskiego z Rzymu i drą Mollera, mojego przyjaciela z Afryki Południowej.

Zaczęliśmy zauważać, że istnieją dziedziny, w których można osiągnąć porozumienie. Jedną z nich była rola Ducha Świętego w życiu wierzącego, sposób przeżywania. Inną było manifestowanie się tego przeżycia poprzez charyzmaty, które mogą budować jedność społeczności chrześcijańskiej. Oznaczało to, że poświęciliśmy sporo czasu na dar mówienia innymi językami.

Podkreślaliśmy mocno jeden punkt. W Nowym Testamencie określenie „chrzcić w Duchu Świętym” używane jest w odniesieniu do chrztu, którego udziela Jezus, dając Ducha Świętego Bożym dzieciom, Kościołowi. Zgodziliśmy się, że wszyscy ludzie powołani są do tego, by przyłączać się do tej społeczności przez wiarę w Chrystusa, który ich nawraca, czyni uczniami przez chrzest i daje im udział w Duchu.

Alleluja! Podstawy do porozumienia były wspaniałe!

Gdy zbliżaliśmy się do zakończenia pierwszej fazy naszych dyskusji, ułożyliśmy wspólne oświadczenie, w którym określaliśmy wyciągnięte przez nas wnioski. Dokument świadczył o wielkim kroku naprzód:

„W ruchu zielonoświątkowym podkreśla się szczególnie pełne uczestnictwo w realności Ťchrztu w Duchu Świętymť. Rozumie się przez to decydujące wydarzenie, moment, w którym Duch Święty zawładnie osobą, wydarzenie, poprzez które osoba ta otrzymuje moc i jej życie zostaje przemienione, otrzymuje nowe spojrzenie na pełnię chrześcijańskiej tejemnicy.

Uczestnicy dialogu zgodzili się, że Duch Chrystusowy czyni człowieka chrześcijaninem i że życie człowieka można nazwać chrześcijańskim życiem tylko wtedy, gdy pozostaje pod wpływem i prowadzeniem Ducha Świętego.

Rozmowy w obecnej fazie nie zmierzały do rozpatrywania kwestii jedności Kościoła czy problemu struktur kościelnych. Chodziło bardziej o określenie jedności już istniejącej co do życia, ducha i doświadczeń różnych tradycji reprezentowanych przez delegatów.

Zakończyłem moje uczestnictwo w tej pierwszej historycznej dyskusji taką myślą:

– Uważam osobiście pierwszą fazę naszego dialogu za niezwykły sukces. Myślę, że pomoże nam to w oczyszczeniu atmosfery co do wspólnoty między katolikami a zielonoświątkowcami i ruchem charyzmatycznym we wszystkich Kościołach historycznych.

Na zakończenie odbył się bankiet, który nieoczekiwanie stał się punktem kulminacyjnym. Do osiemnastu uczestników przyłączył się Eugene Carson-Blake, sekretarz generalny Światowej Rady Kościołów, i inni czołowi przedstawiciele Kościoła rzymsko-katolickiego i szwajcarskiego ruchu zielonoświątkowego. Razem łamaliśmy chleb, modliliśmy się i śmieliśmy się razem. Taka mieszanka chrześcijan spotyka się rzadko, nawet w czasach szybkich przemian.

W czasie następnych pięciu lat zwołaliśmy grupy katolicko-zielonoświątkowe, by iść naprzód w poszukiwaniu zrozumienia i jedności w Duchu. Najpierw było spotkanie w Rzymie, potem w Schloss Craheim w Niemczech, potem Wenecja i w końcu znów Rzym. Powstały nowe podstawy porozumienia. Miłość i zrozumienie kwitły.

Typowym wyrazem naszych porozumień były oficjalne dokumenty przygotowane pod koniec każdej sesji.

Na przykład: „Dyskusja odbyła się w atmosferze ostatnich przemian w Kościele rzymsko-katolickim i zielonoświątkowym, jak również w ruchach charyzmatycznych, które zmierzają ku nowemu zrozumieniu i przezwyciężaniu dawnych trudności. Szczególnie widoczne jest to w dziedzinie uwielbienia. W ruchu zielonoświątkowym wzrasta nacisk na wspólne uwielbianie, z towarzyszącą temu dyscypliną, oraz z wzrastającym w Kościele rzymsko-katolickim uznaniem modlitwy spontanicznej”.

Inny przykład: „Podczas spotkanie powracała sprawa woli Chrystusa w związku z jednością Jego naśladowców i mocy Ducha Świętego, który sprawia tę jedność w ich życiu i w społeczności chrześcijańskiej. Poznanie bogactwa każdej grupy chrześcijańskiej potrzebne jest dla uzyskania jedności Ciała Chrystusowego”.

Kiedy skończył się pięcioletni cykl, wielu z nas zastanawiało się, co dalej. Wśród reprezentantów Watykanu rosło pragnienie zorganizowania następnego pięcioletniego cyklu spotkań. Ku mojemu zdziwieniu katoliccy bracia mówili o potrzebie rozmów z klasycznymi, bardziej doświadczonymi braćmi zielonoświątkowcami.

– Rozważaliśmy już aspekty teologiczne i psychologiczne – powiedzieli.

– Teraz musimy zająć się stroną praktyczną. A można o tym mówić jedynie z ludźmi bogatymi w doświadczenia.

Uważano, że połączenie zielonoświątkowców i charyzmatyków z Kościołów historycznych było bardzo przydatne w pierwszej fazie rozmów, ale też spowodowało powstanie pewnych niejasności.

– Gdyby więcej było zielonoświątkowców z dużych Kościołów – mówili katolicy – mogliby reprezentować bardziej jednolite stanowisko w czasie dyskusji.

Zależało im szczególnie na przedstawicielach Kościołów zielonoświątkowych z Trzeciego Świata.

Uznawali, że Kościoły zielonoświątkowe mają wiele do powiedzenia w kwestiach działania Kościoła, pracy misyjnej we wszystkich krajach, prześladowania i wytrwania przez 75 lat, a także na temat Kościoła.

Natychmiast po ostatniej sesji 29 maja 1976 r. pojawiło się pytanie o rozpoczęcie nowego cyklu. Czułem, że powinniśmy kontynuować nasze spotkania, ale nie miałem żadnej propozycji z Watykanu.

Jesienią otrzymałem list od kardynała Willebrandsa z wieścią, że chce zainicjować nowy pięcioletni cykl w październiku 1977 r. Natychmiast zacząłem organizowanie zespołu zielonoświątkowców.

W miarę upływu lat, gdy widać było owoce ekumenizmu, moje stosunki z braćmi zielonoświątkowcami poprawiły się. Pan dokonał w nas wielkiego dzieła. Jednym z najbardziej poruszających wydarzeń stało się wydanie Raportu Studiów Charyzmatycznych przez Superintendenta Zborów Bożych. Pisał w nim o „wietrze Ducha”, który „wieje poza oficjalnym Kościołem zielonoświątkowym”. „Zbory Boże pragną zidentyfikować się z tym, co czyni Bóg”

– głosił raport. Było to odważne stwierdzenie, które poruszyło serca milionów i, wiem to z pewnością, wywołało uśmiech na twarzy Jezusa.

„Mamy wspaniałe dowody tego, że Bóg potężnie działa na całym świecie przez Ducha Świętego. Wiatr Ducha wieje poza oficjalnym Kościołem zielonoświątkowym. Jest to czas wypełnienia się proroctwa Joela. Tysiące ludzi modliły się latami o jego wypełnienie, zstąpienie Ducha Świętego na tak wielu i w tak różnych Kościołach to Boży sposób przeciwstawienia się liberalizmowi, sekularyzacji, humanizmowi i okultyzmowi, które jak plaga nawiedzają współczesne społeczeństwo.

Znaki prawdziwego działania Ducha Świętego to miedzy innymi:
1. Podkreślenie uwielbienia Wszechmocnego Boga w duchu i w prawdzie.
2. Uznanie osoby Chrystusa – Jego boskości, Jego wcielenia i Jego zbawczego dzieła.
3. Uznanie autorytetu i głód Słowa Bożego.
4. Podkreślenie roli osoby i dzieła Ducha Świętego.
5. Podkreślenie powtórnego przyjścia Chrystusa.
6. Podkreślenie modlitwy za chorych.
7. Podkreślenie dzielenia się świadectwem o Chrystusie i ewangelizacji.

Zbory Boże pragną zidentyfikować się z tym, co Bóg czyni na świecie. Wiemy, że żadna organizacja nie reprezentuje całości ciała Chrystusa. Nie uważamy też, że wierzący chrześcijanie, czy to zielonoświątkowcy czy nie, zostaną zjednoczeni w Duchu poprzez przyłączenie się do jakiejś organizacji. Wierzymy w instytucję Kościoła. Ufamy Duchowi Świętemu, że przywiedzie prawdziwych członków ciała Chrystusowego do prawdziwej jedności Ducha. Jeżeli istnieje jeszcze jakaś prawda, którą Kościół musi poznać, to dotyczy ona zasadniczej jedności Kościoła, która wykracza poza istniejące więzy organizacyjne, choć ich nie niszczy.

Zbory Boże nie aprobują tego, co jest niebiblijne w doktrynie czy postępowaniu. Ale nie chcemy potępiać kategorycznie tego, co nie zgadza się z naszymi standardami. Żaden prawdziwie duchowy ruch w Kościele nie był całkowicie wolny od problemów, nie uszedł krytyce. Także Kościół zielonoświątkowy doświadczył tych problemów w odniesieniu do doktryn i zachowań. Dojrzałość duchowa prowadzi do zrównoważonego życia, w którym objawia się owoc Ducha i dary Ducha.

Ufamy Bogu, że wykona swój plan według swojej niezależnej woli. Ważne jest, abyśmy kroczyli ścieżką zdrowej doktryny opartej na Piśmie Świętym, unikali ekstremów w ekumenizmie, polegających na tym, że idzie się na kompromis rezygnując z zasad biblijnych, i ekskluzywizmu, który odrzuca prawdziwych chrześcijan”.

Kościół Jezusa Chrystusa przeszedł w trzecim ćwierćwieczu naszego stulecia ważny etap.

XXV. KLEKOT KOŚCI

Był wczesny ranek we wrześniu 1964 r. Przybyłem jako jeden z pierwszych, jeszcze przed otwarciem olbrzymiej bramy. Specjalna przepustka na sesję historycznego Soboru Watykańskiego – zwołanego przez papieża Jana XXIII i kontynuowanego przez jego następcę papieża Pawła VI – uprawniała mnie do zajęcia bardzo dobrego miejsca w olbrzymiej Bazylice Świętego Piotra, na lewo od tronu papieskiego. Poszedłem od razu na miejsce. O tej godzinie obserwatorów było jeszcze niewielu.

Podczas celebrowania specjalnej mszy siedziałem zupełnie sam. Dobrze, że byłem sam. Moje myśli i uczucia były mieszane. Czułem jednak świeży powiew Ducha Świętego w pełnej przepychu, smutnej i ciężkiej liturgii.

Siedząc tam odczuwałem, że działo się ze mną to, co przeżywałem każdego dnia pobytu w tym miejscu: czułem, że roztapiam się, jestem kruszony. Gdy msza się rozpoczęła, zacząłem płakać. Nie wiedziałem dokładnie, dlaczego płaczę. Ale byłem zasmucony. „Czy zasmuciłem Ducha Świętego przychodząc tutaj?” – zastanawiałem się.

Nagle zrozumiałem, że mój smutek nie jest nie na miejscu. Moje serce bolało nad tym hierarchicznym zgromadzeniem nie dlatego, że przekroczyłem Bożą wolę, lecz dlatego, że mój duch patrzył dalej ponad trzema tysiącami teologów, biskupów, arcybiskupów, kardynałów i innych. Mój duch widział sześćset milionów ludzi z całego świata, których reprezentował Sobór. Płakałem wewnątrz: „Panie, co się z nimi stanie? Mają zginąć dlatego, że władze tak często błądzą? To chyba zbyt wielka kara”.

Płakałem, ale nie był to gorzki płacz. Zdawałem sobie sprawę z tego, że moja zgorzkniałość i podejrzliwość zostały całkowicie usunięte. Wylewałem łzy współczucia i byłem za to wdzięczny Bogu. Gdy tak siedziałem, Duch Święty udzielił mi kolejnej cennej lekcji. W moich myślach formowały się słowa: „Gdy Jezus ujrzał świątynię, zapłakał. Dopiero potem wszedł do środka z biczem, by ją oczyścić. Nie próbuj nigdy bić kogoś – naprawiać go – zanim nad nim nie zapłaczesz”. Widziałem to bardzo wyraźnie. Miałem dobre towarzystwo w moim płaczu – samego Jezusa.

Jeden z jaśniejszych momentów ceremonii otwarcia nastąpił wtedy, gdy papież Paweł zwrócił się do zebranych. Szczupły, niepozorny mężczyzna przemawiał po łacinie – głównym języku większości zebrań, tłumaczonym dla tych, którzy się go nie uczyli. Od czasu do czasu na jego ustach pojawiał się cień uśmiechu, ale przez cały czas był poważny, chwilami, dla zaakcentowania jakiejś tezy, podnosił rękę.

Bardzo poruszyły mnie słowa, którymi zwrócił się do całego świata chrześcijańskiego:

– Prosimy o przebaczenie i udzielamy przebaczenia.

Gdy usłyszałem te słowa, ostrożnie tłumaczone przez tłumacza z obcym akcentem, poczułem ściskanie w dołku. Przypomniałem sobie słowa zmarłego papieża Jana: „Omówmy sprawy i zostańmy przyjaciółmi”.

Przyjaźń przeradzała się w przebaczenie, a potem w miłość. Od czasu mojego wprowadzenia do Watykanu trzy lata wcześniej zauważyłem zmianę klimatu. Widziałem oznaki duchowej wiosny.

Wiosna przyniosła następne niespodzianki. Słuchałem z zachwytem słów ludzi mówiących z wielkim uczuciem o pragnieniu duchowej odnowy, potrzebie nowego życia w Kościele i w ludziach. Choć moje uprzedzenia znikły już wcześniej, zaskoczyły mnie takie słowa w ustach katolików. „Nie wiedziałem, że mówią w ten sposób, tak duchowo” – myślałem.

Podsumowaniem przeżyć na Soborze Watykańskim stała się niespodziewanie krótka rozmowa z biskupem.

– Co czuje zielonoświątkowiec na takim zebraniu jak to, z biskupami i tak dalej? – jego dobroduszny sarkazm wymierzony był przeciwko hierarchii, nie przeciw mnie.

– Powiem księdzu prawdę, i to biblijną – odpowiedziałem. – Czuję się jak Ezechiel w dolinie wyschłych kości. Uśmiech zniknął.

– Dosyć drętwo, co? Prawdę mówiąc, ja też nie czuję się zbyt dobrze.

– Och, źle mnie ksiądz zrozumiał – przerwałem mu szybko. – Nie powiedziałem, że czuję się źle. Nie wydaje mi się, żeby Ezechiel źle się czuł. Musiał być pełen podniecenia, tak jak ja.

– Jest pan podekscytowany?

– Tak. Oczywiście. Kości się poruszają, klekoczą. Wahał się przez moment.

– Wiem, że tak mówi Biblia, ale jest pan pewien? Czy rzeczywiście się poruszają?

– Biskupie – powiedziałem z uśmiechem – czyż ty się nie poruszasz?

– Panie du Plessis, tak się cieszę, że mogłem z panem porozmawiać. Myślałem, że to Sobór ma mnie poruszyć. A teraz pan mi mówi, że to Duch mnie porusza. To wspaniałe! To dobra nowina!

Dla wielu ludzi takich jak biskup, zarówno katolików jak i protestantów, było to nowe odkrycie. Wielu z nich przypisywało swoje emocje i postęp w życiu radom, konferencjom i spotkaniom. Rzadko przychodziło im na myśl, że Bóg nadal siedzi na tronie i Jego Duch wykonuje rzeczy, których nie są w stanie dokonać rady i spotkania.

Lata pięćdziesiąte były bardzo wypełnione. Miałem wielkie możliwości posługiwania i podróżowania. Ale potęga tego, co Bóg objawił przez brata Wiggleswortha, przekraczała możliwości mojej wyobraźni.

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych na przykład podróżowałem rocznie średnio 100 tyś. mil. Trudno byłoby też sobie wyobrazić szerszy przekrój ludzi, którym usługiwałem. Wliczając lata pięćdziesiąte, które w porównaniu z następnymi wydają się ubogie, obliczam, że w czasie ostatnich 25 lat przebyłem ponad milion mil. Większość podróży odbywała się samolotami, tak jak przewidział to Wigglesworth. Odwiedziłem pięćdziesiąt krajów i pięćdziesiąt stanów Ameryki. W czasie gdy przebywałem w kraju, jeździłem z częstotliwością raz na miesiąc.

Jak to przewidział Wigglesworth, nigdy w podróży nie chorowałem. Jedyny przypadek, gdy poważnie zachorowałem, miał miejsce gdy przebywałem w domu. W chwili gdy udałem się w podróż, natychmiast wyzdrowiałem.

Jestem Panu głęboko wdzięczny za Jego łaskę, że pozwolił mi pozostawać we wspólnocie i usługiwać braciom zielonoświątkowcom, włączając w to braci ze Zborów Bożych. Pomimo że musiałem oficjalnie zostać wyłączony z organizacji i w związku z tym pojawił się pewien chłód w naszych stosunkach, byłem przyjmowany przez zbory zielonoświątkowe w kraju i za granicą.

Poza tym moje zajęcia to były kontakty z Kościołami historycznymi, różnego rodzaju spotkania duchownych, obozy letnie, społeczności Biznesmenów Pełnej Ewangelii, spotkania Komitetu Chrześcijańskiego Biznesu, rekolekcje, konferencje charyzmatyczne wszystkich większych denominacji, konferencje Kościołów niezależnych, Konferencje Światowe na temat Ducha Świętego, programy radiowe i telewizyjne na całym świecie.

Rok 1963 jest dobrym przykładem różnorodności pracy, do jakiej prowadził mnie Pan. Byłem z dala od domu w Oakland w Kalifornii przez 260 dni posługując wieczór po wieczorze, dzień po dniu. Dotarłem do sześćdziesięciu miast, dwudziestu stanów i sześciu krajów. Usługiwałem lub prowadziłem wykłady 333 razy. Nie wiem, ile godzin to razem wyniosło. Nie prowadziłem zapisów, ale wiem, że dzięki mojej posłudze setki kaznodziejów i członków Kościołów historycznych przyjęło chrzest w Duchu Świętym.

Wszystko to pomnożyło się dzięki środkom masowego przekazu – telewizji, radiu, kasetom magnetofonowym. Przesłanie docierało do milionów.

Mój kalendarz przedstawiał się następująco:

styczeń – Floryda, Teksas, Oklahoma, Arizona, Kalifornia;

luty – Kalifornia, Oregon, Teksas, Karolina Południowa, Georgia i stan Kolumbia;

marzec – Oregon, Waszyngton, Montana, Idaho, Nowy Jork, New Jersey, Pensylwania, Connecticut, Kalifornia;

kwiecień – Kolumbia, Ameryka Południowa, Kalifornia, Teksas;

maj – Kolumbia, Ameryka Południowa, Kalifornia, Oregon;

czerwiec – Waszyngton, Teksas, Kalifornia, Oregon;

lipiec – Nowy Jork, Teksas, Kalifornia, Vermont;

sierpień – Vermont, Massachusetts, Kalifornia;

wrzesień – Holandia, Szwajcaria, Włochy;

październik – Szwajcaria, Holandia, Wielka Brytania, Nowy Jork;

listopad – Teksas, Kanada, Oklahoma, Kalifornia;

grudzień – Kalifornia;

Przez te lata aż do 1976 r. Pan był też dla mnie łaskawy i w inny sposób. Pozwolił mi na dosyć częste odwiedziny w mojej ojczyźnie -Afryce Południowej. Mogła też ze mną pojechać Anna. Zacząłem coraz częściej podróżować z Anną. Dzieci już podrosły, obowiązków było mniej. Przedtem Anna uważała, że jej obowiązkiem jest opieka nad dziećmi. Nigdy nie pojawiło się między nami jakiekolwiek nieporozumienie w związku z moimi nieustannymi podróżami. Pan błogosławił moją posługę. Wiedziałem o tym ja, wiedziała też moja żona. Często ludzie rozmawiali z nią na ten temat. Na pewnym przyjęciu podeszła do niej kobieta i zapytała:

– Jak możesz pozwolić swojemu mężowi tak często podróżować? Anna zapytała niewinnie:

– Co masz na myśli?

– No, przecież tyle jest tam różnych kobiet, i tak dalej. No wiesz, pokusy. Anna z trudem powstrzymywała się, by nie roześmiać się tej kobiecie prosto w oczy.

– Jeżeli ja miałabym go pilnować, gdyby nie wystarczyła Boża opieka, mogłabym od razu zrezygnować. Mój mąż pracuje dla Boga i ufam Bogu, że będzie się o niego troszczył.

Gdy nasz najmłodszy syn Bazyli odleciał w latach sześćdziesiątych do Azji, tego dnia Anna zaczęła ze mną podróżować tak często, jak to było możliwe. Nie lubiła krótkich podróży, hoteli, pakowania i rozpakowywania, ale cieszyła się z dłuższych pobytów.

W 1964 r. napisała na przykład do swoich przyjaciół o naszej podróży do Afryki Południowej, a potem do Europy:

„Jaka to wielka przyjemność podróżować z Dawidem do Afryki Południowej, a potem do Europy … nie było to zwiedzanie. A jednak nie wydaje mi się, że można by więcej zobaczyć i usłyszeć na temat pracy Pańskiej w tak krótkim czasie. Jakim przeżyciem jest nabożeństwo!

Przez tak wiele lat byłam zadowolona, gdy zostawałam z naszą szóstką i cieszyłam się wiadomościami z listów Dawida; opisywał mi wszystko ze szczegółami. Przez te wszystkie lata czytałam listy od mojego męża moim przyjaciołom, by świadczyć o Bożej łasce, jaka objawiała się przez jego służbę. Ale teraz mogłam spotkać osobiście tak wielu przyjaciół, o których wcześniej czytałam. Zobaczyłam zbory i miejsca, o których czytałam przez lata.

Możecie sobie wyobrazić moje uczucia, gdy przyleciałam do mojego rodzinnego kraju i zobaczyłam na lotnisku moją mamę, braci, szwagierki i wszystkie dzieci, które urodziły się i wyrosły podczas naszej szesnastoletniej nieobecności. Na nabożeństwach w zborach, które odwiedziliśmy, spotkałam tak wielu starych przyjaciół. Dziękuję Bogu za to, że pozwolił mi jeszcze raz ich zobaczyć.

Potem nastąpiły bardzo ciekawe podróże i spotkania w Europie i w Anglii. Wiedziałam zawsze, że Dawid jest bardzo zajęty w czasie podróży, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że pracował tak ciężko. Zadziwiała mnie fizyczna i duchowa siła, jakiej udzielał mu Pan.

Z radością mogłam patrzeć na przywódców Kościołów i kaznodziejów słuchających bacznie i z zachwytem poselstwa Ducha Świętego. Uwierzcie mi, jest to wspaniała służba. Proszę, módlcie się za nas…

Za kilka dni Dawid znów wyjeżdża w trzymiesięczną podróż. Jak zawsze, będzie mi go bardzo brakować w domu, ale przez ostatnie trzydzieści siedem lat zawsze staraliśmy się wykonywać Bożą wolę bez narzekania. Pan zaspokajał nasze potrzeby. Niech Bóg was błogosławi i wynagrodzi waszą miłość i uprzejmość”.

Jednego z najwspanialszych przeżyć w tych latach wielkich przygód dostarczyła mi podróż na Daleki Wschód, szczególnie do Japonii. Zadziwiły mnie informacje, że po przeszło stu latach misji chrześcijańskiej w Japonii chrześcijanami można było nazwać zaledwie pół procent ludności tego kraju. Po drugiej wojnie światowej na prośbę generała Douglasa MacArthura grupa towarzystw misyjnych – luteran, metodystów, fundamentalistów, baptystów, zielonoświątkowców – wysłała kilkuset misjonarzy.

Ale znowu nastąpiło to, co jest wielką tragedią chrześcijaństwa. Zamiast współpracować, zaczęto współzawodniczyć. Zamiast studiować Biblię, zaczęto studiować doktryny i nauczanie. Japończycy, najpierw pod wrażeniem chrześcijan, wkrótce przestali rozumieć ich poczynania i w końcu nastąpiły podziały na wzór tych, które istniały wśród misjonarzy. Religie wschodnie triumfowały, a z nimi kwitł też ateizm.

Ale na pociechę dowiedziałem się o ruchu Pierwszej Ewangelii, o pracy, którą rozpoczął Pan przez profesora Ikuro Teshimę. Przez wiele lat człowiek ten poszukiwał prawdy i zaangażowany był w ruch bez kościoła, nie mógł jednak znaleźć spokoju. W rozpaczy rozpoczął ponownie studiowanie Ewangelii i Dziejów Apostolskich. Tam zwrócił uwagę na fakt, że pierwsi chrześcijanie spotykali się we wspólnotach w domach i wszyscy świadczyli. Pobudzony przez te odkrycia, zaczął zachęcać współchrześcijan, by otwierali swoje domy na spotkania i by świadczyli. Już wkrótce musieli wynajmować salę na weekendowe spotkania. Potem zaczęto organizować spotkania z wykładami Słowa Bożego.

Utworzyli domowe „świątynie”, gdzie modlili się, studiowali Słowo i w połowie lat sześćdziesiątych w całej Japonii powstały setki takich świątyń i tysiące świadków. Do połowy lat sześćdziesiątych dziesiątki tysięcy, a nawet setki tysięcy osób znalazły się pod wpływem Ewangelii.

W roku 1965 zostałem zaproszony, by im usługiwać.

Wysiadłem z pociągu z torbami w obu rękach. Był to nowoczesny budynek dworcowy w mieście Katsuura, bardzo czysty. Na peronie tłoczyły się setki ludzi. Kiedy kilka z tych osób podbiegło do mnie, zrozumiałem, że przybyli tam, by mnie przywitać. Nie mogłem w to uwierzyć. Serce biło mi gwałtownie, a gardło ściskał kurcz.

Za kilka minut znalazłem się w hotelu. Zostałem otoczony przez tysiące machających, rozentuzjazmowanych Japończyków, którzy zebrali się, by mnie przywitać.

Po południu zostałem przedstawiony 2500 ludzi zebranych w największej sali dużego, nowoczesnego hotelu. Byłem jedynym cudzoziemcem. Gdy pomachałem im na powitanie ręką, całe audytorium rozbrzmiewało pieśnią „O jest moc w świętej krwi”. Śpiewali ją ciągle od nowa. Nie rozumiałem słów, ale znałem ich serca. Jezus nie był dla nich podzielony na wyznania. Był zmartwychwstałym Chrystusem, nie tylko osobą występującą w teologii. Był w nich i wśród nich.

Rozpocząłem posługę od zwiastowania Jezusa Chrystusa, który jest ten sam wczoraj, dzisiaj i na wieki. Na następnych nabożeństwach mówiłem o Jezusie jako o Zbawicielu, Chrzcicielu, Uzdrowicielu i Powracającym Królu. Zadziwiony byłem poczuciem wolności i inspiracją, jakich doświadczyłem wśród moich braci i sióstr. W czasie nabożeństw ludzie byli zbawiani, uzdrawiani, zanurzani w Duchu Świętym. Ci, którzy przyszli na spotkanie nie znając Pana, stanęli przez niepodważalnymi dowodami żyjącego Chrystusa.

Na tej konferencji i na spotkaniach w Kioto i Tokio dowiedziałem się, że wielu bogatych ludzi z dawnej arystokracji i nowych klas średnich przyłączyło się do biedaków w poszukiwaniu Boga. Spotykałem też na naszych spotkaniach duchownych z tradycyjnych Kościołów, księży. Wielu odnalazło Chrystusa i stało się Jego prawdziwymi świadkami. Byłem pod wrażeniem pochodzenia nowych świadków Chrystusa. Większość z nich wyszła z głębokiego grzechu, herezji, bluźnierstwa. Niektórzy byli bogaci, inni biedni, niektórzy wykształceni, inni nie. Ale wszystkie różnice zanikały, stawali się prawdziwie jednością.

Gdy wracałem ze Wschodu lecąc nad Pacyfikiem, wiozłem ze sobą niezwykłe wspomnienia i wiele myśli na temat prawdziwego, uniwersalnego Kościoła.

Pan był dla nas łaskawy także w sprawach rodzinnych. Doprowadził nas na miejsce, w którym czujemy się doskonale – Oakland w Kalifornii. Po drodze zatrzymaliśmy się kilka razy. Ze Stanford w Connecticut, gdzie zaczęła się nasza służba, Pan przeprowadził nas do Dallas w Teksasie – tam Anna zaczęła cierpieć na kręgosłup z powodu zimna i śniegu.

Gordon Lindsay, znany wydawca „Głosu Uzdrowienia” i twórca Towarzystwa Ewangelistów Uzdrowienia, stał się Bożym instrumentem w przeprowadzeniu nas do cieplejszej strefy klimatycznej. Moje doświadczenia w pracy misyjnej okazały się przydatne Lindsayowi i mogliśmy razem podróżować po całej Ameryce Południowej.

Ale Pan miał inne plany. Po sześciu latach Anna zaczęła cierpieć na kłopoty skórne związane z upałami i drzwi do Oakland zostały otwarte. Zostałem zaproszony przez Paula Schocha, bym zatroszczył się o jego zbór przez trzy tygodnie, by mógł wyjechać w podróż ewangelizacyjną na Wschód.

– Przywieź swoją rodzinę – powiedział. – Zamieszkajcie w domu przy-zborowym. Kościół zapłaci ci i będziecie mieli trzy tygodnie odmiany.

Moja rodzina nigdy nie odwiedziła jeszcze Zachodniego Wybrzeża. Zaproszenie przyjęliśmy. W czasie pierwszego tygodnia pobytu dowiedziałem się, że pomocnik pastora zamierza się wyprowadzić i sprzedaje dom. Z ciekawości pojechałem popatrzeć. Wyglądało to nieźle. Czułem, że otwierają się nowe drzwi. Zapytałem na wszelki wypadek o koszta i warunki finansowe i poprosiłem specjalistę, żeby obejrzał dom.

– Za te pieniądze lepszego nie znajdziesz – powiedział. – Bierz, jeżeli masz pieniądze.

Po czterech dniach, spodziewając się zapłaty za sprzedany dom w Dallas i z pomocą starszych zboru, nabyłem dom w starej niemieckiej dzielnicy Oakland. Po trzech miesiącach zwróciłem dług Kościołowi i rodzina du Plessisów osiedliła się w słonecznym stanie Kalifornia. Pan błogosławił nam obficie w sprawach ciała, duszy i ducha.

XXIV. OCZYSZCZENIE

Stałem na środku ruchliwego dworca lotniczego. Było południe. Słońce grzało jak na pustyni. Gdy przyleciałem, trwał piękny rzymski dzień skąpany w słońcu.

Patrzyłem na setki ludzi spacerujących po hallu i setki innych stojących leniwie. Oglądałem kolorowe plastikowe krzesła. To dziwne. Czyżby nie otrzymali mojego listu? Napisałem ze spotkania Rady Kościołów w New Delhi do Zborów Bożych, że przyjadę tu na kilka dni.

Nie pozostawało nic innego jak wsiąść w autobus do miasta. Zgłosiłem się w hotelu i zadzwoniłem do biura Zborów Bożych. Przełamałem lody, pytając, czy nie ma do mnie jakiejś korespondencji.

– Chwała Bogu, bracie du Plessis! – zabrzmiała odpowiedź. – Martwiliśmy się o ciebie. Tak, jest list. Chyba od żony.

– Dlaczego się o mnie martwiliście? – zapytałem. Kilka sekund wahania.

– Szukają cię księża katoliccy. Masz jakieś kłopoty?

– Nie – zaśmiałem się. – Nie ja, oni.

– A co się stało?

– Chcą dowiedzieć się czegoś na temat chrztu w Duchu Świętym.

– Naprawdę?

– Tak. Poważnie. Zjawię się odebrać list, dobrze? A przy okazji, czy któryś z księży nie zostawił wiadomości dla mnie?

– Tak. Był tutaj dr Murray. Zostawił numer telefonu. Był to ksiądz Robert Murray, człowiek o żywym i miłym usposobieniu, które można było wyczuć nawet przez telefon.

– Cieszymy się, że przyjechałeś – powiedział. – Miło usłyszeć twój głos.

– Dziękuję bardzo. Słyszałem, że szukaliście mnie przez biuro Zborów Bożych.

– Tak – zaśmiał się. – Obawiam się, że byłem nieco nachalny, ale chcę się z tobą spotkać, im szybciej tym lepiej. Otrzymaliśmy list o tobie z Oksfordu. Ojciec Leeming pisze, że jesteś człowiekiem pełnym Ducha Świętego i miłości. Napisał, że im szybciej się spotkamy, tym lepiej.

– Szybciej to znaczy kiedy?

– Za dwadzieścia minut.

– Nie mam teraz nic do roboty – powiedziałem. – Proszę przyjechać, będę czekać.

Odłożyłem słuchawkę. „O Panie”. Zamarłem na miejscu, niezdolny do ruchu. „Drogi Panie Jezu, on spodziewa się człowieka pełnego Ducha Świętego i miłości”. Czułem na sobie olbrzymi ciężar. Byłem przygnieciony. „O Panie, nigdy nie kochałem katolików. Wiesz o tym. Pomóż mi. Nie nauczono mnie tego. Jedyny rodzaj miłości, jaką znałem – to pomóc im wyjść z ich Kościoła”.

Ciężar stawał się nie do zniesienia. „A on oczekuje miłości. Jak mogę go kochać? Spójrz na historię. Spójrz na to, co zrobili”.

Pan przemówił: „Nie uczyniłem cię sędzią historii. Powiedziałem, że masz ich miłować i przebaczać”.

Jak? „Panie Jezu, mam tylko dwadzieścia minut. Oczyść mnie. Obmyj mnie. Oczyść mnie ze wszystkich uprzedzeń i niechęci. Pomóż mi przezwyciężyć przeszłość. Uzdrowiłeś mnie z niechęci do protestantów. Pomóż mi teraz”.

Moje zdesperowanie przeradzało się w panikę. „Proszę, uczyń to szybko. Nie chcę ich rozczarować. Nie chcę ich zawieść”. Płakałem przed Panem.

Ktoś zapukał do drzwi trzy razy. Otworzyłem i cała trucizna – uprzedzenie, brak zaufania, strach – wszystko ustąpiło. Zniknął gniotący mnie ciężar. Wiedziałem, że jestem nowym człowiekiem. Szczęśliwy młody człowiek zza progu widział nowy owoc Ducha. Ksiądz Robert Murray potrząsnął energicz­nie moją ręką i wkroczył żywo do pokoju. Byłem uradowany.

– Jestem, panie du Plessis. Musi się pan za mnie modlić.

– Drogi bracie, potrzebuję twojej modlitwy tak samo jak ty potrzebujesz mojej.

Objąłem go. Oddał mi uścisk i obaj zapłakaliśmy. Kiedy modliliśmy się, spłynęło na nas Boże błogosławieństwo. Przez kilka dni spacerowaliśmy po mieście, zwiedzaliśmy zabytki, których dotąd nie widziałem. Rozmawialiśmy i spieraliśmy się na temat tego, co czyni Bóg, nad fragmentami z Pisma, nad życiem w Duchu.

– Dawidzie – powiedział po kilku dniach. – Nie wiem co to znaczy być prowadzonym przez Ducha Świętego. Nie rozumiem tego. Ale obserwowałem ciebie – zaśmiał się. – Wydaje mi się dziwne, że nigdy się nie denerwujesz. Idziesz spokojnie, bez wykręcania sobie palców i wyrywania włosów. I zawsze robisz właściwą rzecz.

Znów się zaśmiał.

– A kiedy pytam cię, skąd wiesz co robić, mówisz rzeczowo: „Idę za Panem”. To nie może być aż tak proste. Teraz ja się z kolei zaśmiałem.

– Ale to jest aż tak proste.

– Nie wydaje mi się – zaśmiał się głośno. – Przestraszyłeś mnie wczoraj śmiertelnie, gdy upierałeś się, byśmy odwiedzili tego biskupa. Nie zapytałeś mnie o nic. Jak pozdrowić biskupa. Czy trzeba całować go w rękę i tak dalej. I o czym z nim rozmawiać. Wszedłeś do pokoju. Stanąłeś, uśmiechnąłeś się i powiedziałeś: „Cieszę się, że mogę tu być. Przybyłem z przyjacielską wizytą”. I stary biskup tylko się uśmiechnął.

Nie mogłem się nacieszyć dobrym humorem mojego księdza.

– I podczas całej rozmowy – dodał – mówiłeś najpiękniejsze rzeczy. Absolutnie nic, co by go mogło zrazić. Mówiłeś nawet o rzeczach, które jego dotyczą, o jego specjalności.

Spędziłem w Rzymie wiele nocy rozważając trudności stojące przed protestantami i katolikami w sprawach zaufania i przebaczenia. Wiedziałem, że przyszłość przyniesie jeszcze wiele trudości. Ale jednocześnie pewien byłem, że jest to ścieżka, którą poprowadzi nas Pan. Objawił mi swoją moc. Może to uczynić nawet dla najbardziej zatwardziałych serc.

W czasie tych godzin sam na sam z Nim Bóg przypomniał mi, jak trudno musiało być pierwszym chrześcijanom zaufać Saulowi z Tarsu, nawet gdy zmienił imię na Paweł. Ale zwyciężył Jezus przez swojego Ducha. Przekonał ich, że dyszący chęcią zemsty prześladowca jest Jego mężem wybranym, i szybko mu przebaczono.

Zagłębiałem się w Słowo; musiałem wiedzieć, jak pomóc innym. Moje oczy spoczęły na pierwszym zadaniu, jakie Jezus dał pierwszemu człowiekowi, którego odnowił przez swojego Ducha w dniu zmartwychwstania: „Którym­kolwiek grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są zatrzymane” (Jan 20,23).

Natychmiast przypomniało mi się też ostrzeżenie tak często cytowane przez wielu: „Bo jeśli odpuścicie ludziom ich przewinienia, odpuści i wam Ojciec niebieski. A jeśli nie odpuścicie ludziom, i Ojciec wasz nie odpuści wam przewinień waszych” (Mt 6,14–15).

Pewien jestem, że Pan mówił o brzemionach nieprzebaczania i podejrzliwo­ści miedzy katolikami i protestantami, których nazbierało się tak wiele poprzez stulecia: „Chrześcijanie będą żyć, gdy nauczą się przebaczać”.

Zadzwonił telefon. Głos z tamtej strony powiedział z cudzoziemskim akcentem:

– Panie du Plessis, była do pana pilna wiadomość, kiedy pan wyszedł. Dr Strandsky mówił, że musi się z panem skontaktować.

Dr Strandsky – nazwisko mi nic nie mówiło. Wykręciłem numer.

– Poproszę doktora Strandskiego.

Odezwał się Tomasz Strandsky, sekretarz do spraw Jedności Chrześcijan, nowego biura pod zarządem kardynała Bea. Był Amerykaninem i pochodził z zakonu paulinów.

– Panie d u Plessis, muszę się z panem zobaczyć. Jeżeli nie może pan tu przyjechać, przyjadę do pana.

– Czy coś się stało?

– Nie, nie – powiedział – wręcz przeciwnie. Muszę się koniecznie z panem spotkać. Właśnie dowiedziałem się, że jest pan w Rzymie.

– Gdzie jest pana biuro?

– W Watykanie.

Prawie że jęknąłem. W Watykanie! Czy ośmielę się tam wejść?

– Miałem wyjechać jutro na audiencję u królowej Wilhelminy w Holandii, ale zadzwonię i spytam, czy mogę zostać jeszcze kilka dni.

Spotkanie w Holandii było ważne, ale czułem, że w Rzymie otwierają się następne drzwi.

Powiedziałem taksówkarzowi, żeby zawiózł mnie do Watykanu. Był piękny piątek. Mimo że obejrzałem z ojcem Murrayem wiele, nie byłem przygotowany na piękno placu, z którego wchodzi się do wspaniałych pałaców i budynków Watykanu. Fontanny, kolumnady, posągi, wszystko ze wspaniałego marmuru. To było więcej niż zmysły są w stanie przyjąć. Słońce potęgowało biel.

Stanąłem przed budynkiem biurowym. Słyszałem wewnętrzny głos. „A co, jeżeli nie postępuję zgodnie z Bożą wolą?” – pomyślałem. „Jeżeli tak jest, to Duch Święty może mnie opuścić. Gdy wejdę, poczuję się niedobrze”. Były to głupie myśli, ale emocje mogą czasami doprowadzić do takiego stanu. Jeszcze raz pomyślałem: „A co, jeśli Duch Święty nie wejdzie ze mną?” Ale w miarę jak wchodziłem, zacząłem dochodzić do siebie.

– To śmieszne – powiedziałem na głos.

W budynku spotykałem jednego księdza za drugim, wszystkich w sutan­nach. Prostota wnętrza kontrastowała z przepychem fasad. Całość wyglądała jak wszystkie budynki biurowe na świecie. Nie były nawet w połowie tak bogate, jak wiele biur Kościołów zielonoświątkowych, które widziałem na świecie.

Pojechałem windą na drugie piętro i wszedłem do biura Toma Strandskiego. Wyglądało na biuro zielonoświątkowego wydawcy. Wszędzie widziałem książki o ruchu zielonoświątkowym i wszystkich jego aspektach. Leżały na biurkach, stołach, krzesłach. Zauważyłem, że niektóre traktowały o zielonoświątkowcach pozytywnie, inne nie. Nigdy dotąd nie widziałem takiej kolekcji.

– Doktorze Strandsky, jestem Dawid du Plessis. Strandsky był żywym, serdecznym człowiekiem.

– Przepraszam za wtykanie nosa w nie swoje sprawy, ale co się tu dzieje? – zapytałem wskazując ręką książki. Zaśmiał się radośnie.

– Wygląda jak po katastrofie, prawda? To najnowsze zainteresowanie. Studiuję wszystko na temat Pięćdziesiątnicy.

– Dlaczego?

– Ojciec Święty powiedział, że aby nastąpiła odnowa Kościoła, musi przyjść nowa Piećdziesiątnica. Kazano nam studiować wszystkie dostępne materiały na temat Ducha Świętego i zielonoświątkowców.

Zaśmiałem się.

– To wspaniałe.

– I dlatego chciałem się z panem spotkać – przerwał mi. – Studiuję wszystko, co wiąże się ze współczesnym pentekostalizmem. Powiedziano mi, że jest pan jedynym, który gotowy jest rozmawiać z ludźmi spoza ruchu, a szczególnie z katolikami.

– Od kogo pan to słyszał?

– Udaliśmy się do Genewy, do Światowej Rady Kościołów pytając, gdzie można znaleźć zielonoświątkowców. „Jest tylko jeden człowiek, który będzie chciał z wami rozmawiać” – powiedziano nam, to znaczy pan! A kiedy zapytaliśmy o pana status, powiedziano nam: „Niema żadnego statusu. Kiedyś miał, ale stracił”. Pomyślałem: „To właściwy człowiek. Jeżeli zaproszę go do Watykanu, nikt nie będzie miał żadnych obiekcji”. Dlatego, Mister Pentecost, znalazł się pan tutaj!

Godzinami odpowiadałem na pytania Strandskiego i jego współpracow­ników. Podkreśliłem, jak zwykle, przesłanie o Jezusie, który chrzci, o potrzebie przebaczania i działaniu Ducha, o wadze języków i tak dalej. Chłonęli wszystko.

– Dobrze – powiedział w końcu Tom. – Musi się pan spotkać z kardynałem Bea. Chce się z panem spotkać. Jest odpowiedzialny za te sprawy. Może pan przyjść jutro?

Kardynał Bea, raczej szczupły mężczyzna, na którym znać było już postępujący wiek, przywitał mnie w spokojnej, czystej części mieszkalnej Watykanu. Wszystko leżało na swoim miejscu. Sam kardynał, z pochodzenia Niemiec, też był człowiekiem na miejscu. Wszystko było wyważone.

– Miło, że pan przyszedł, panie du Plessis – powiedział. – Wiele o panu słyszałem.

Ja też wiele o nim usłyszałem poprzedniego dnia. Jako jezuita nie powinien być podniesiony do rangi kardynała, ale papież Jan złamał tę tradycję, tak jak i wiele innych. Znany był jako człowiek modlitwy i Biblii. Mówiono o nim jako o niezwykle biblijnym człowieku.

Tak jak było to w przypadku innych przywódców kościelnych, szybko nawiązaliśmy przyjaźń. Siedzieliśmy w przestrzennym pokoju o pięknym zabytkowym wystroju, towarzyszył nam Jego Wielebność Schmitt, który od czasu do czasu notował coś na kawałku papieru.

– Mój drogi przyjacielu – powiedział kardynał – co zielonoświątkowcy chcą powiedzieć Rzymowi?

– Myślał o Soborze Watykańskim, który wtedy przygotowywano.

– Kardynale… – wahałem się. – Muszę powiedzieć, że zielonoświątkowcy nie mają zamiaru rozmawiać z Rzymem.

Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.

– Co więc pan chce powiedzieć Rzymowi?

Był więc całkowicie poważny. Patrzył mi prosto w oczy.

– Chcę powiedzieć: dajcie Biblię każdemu katolikowi na świecie – w jego języku. Kiedy katolicy zaczną czytać Biblię, Duch Święty ożywi dla nich tę księgę i odmieni ich życie. A zmienieni katolicy to odnowa Kościoła.

Patrzył wprost na mnie. I nagle z całej siły uderzył w poręcz krzesła i zerwał się na równe nogi.

– Oto co chce wiedzieć Ojciec Święty! – prawie wykrzyknął. Zwrócił się gwałtownie do Schmitta:

– Zapisz to. Tak! Zapisz to.

Dowiedziałem się potem, że kilku pastorów, wśród nich i zielonoświątkow­cy, zapytali przedstawicieli Watykanu:

– Dlaczego tak się interesujecie tym Dawidem? W ruchu zielonoświątkowym jest zerem.

Moi katoliccy przyjaciele zrelacjonowali mi później ten epizod. Nie mogłem się nawet zdenerwować. Roześmiałem się i powiedziałem:

– Zero? To dobra nowina. Jeżeli jestem zerem, a Jezus jest jedynką, to razem jest już dziesięć. Chciałbym być podwójnym zerem, byłoby to razem sto.

Oczywiście, było mi przykro, że bracia myślą w ten sposób, a co gorsza mówią o tym. Ale w głębi serca wiedziałem, że lepiej, gdy uważają mnie za zero. W ten sposób byłem wolny. Mogłem służyć Kościołowi.

Oczywiście, oznaczało to, że byłem finansowo zdany tylko na siebie. Nie otrzymałem ani centa od Kościoła katolickiego ani od żadnego innego w czasie moich wizyt u nich. Jeździłem na swój własny koszt i mogłem mówić dokładnie to, co Pan chciał.

XXIII. KATOLICY

I znów Światowa Rada Kościołów, przez tak wielu pogardzana, przyczyniła się do otwarcia dla mnie wielu możliwości. Stało się to w małym miasteczku St.Andrews w Szkocji. Znajduje się tam stary port nad Morzem Północnym. Miasto ma bogatą chrześcijańską przeszłość. Jego historia datuje się od początków XII w. Na wysokim klifie nad morzem wzniesiono pomnik ku czci męczenników z czasów reformacji.

Do tego interesującego miasteczka zawędrowałem na zaproszenie Komisji Wiary i Ustroju Światowej Rady Kościołów. Celem było rozważenie hasła „Jezus Chrystus Światłością Świata” jako tematu trzeciego zgromadzenia Rady Kościołów w New Delhi w 1961 r. Mnie, zielonoświątkowca, poproszono o wygłoszenie kazania.

I znów znalazłem się w społeczności mężczyzn i kobiet z Kościołów historycznych z całego świata. I jak zwykle dostrzec można było napływ liberalizmu, ale byli tam też Boży ludzie. I On znał ich lepiej niż ja.

Jako zielonoświątkowiec czułem się trochę nieswojo, gdy poproszono nas, abyśmy zmieścili się z przemówieniami w godzinie. W moich kręgach wystar­czyłoby to zaledwie na rozgrzewkę przed właściwym występem. Ale zgodziłem się spróbować. I po raz pierwszy spytałem Pana, czy mogę zrobić notatki. Znów kłóciło się to z zasadami zielonoświątkowców. Ale skoro musiałem się streszczać, chciałem mieć pewność, że powiem jak najwięcej. Zapisałem sobie pytania i odpowiedzi, które pojawiły się już w czasie wstępnych rozmów z delegatami, i połączyłem to z moją wieścią o Jezusie jako tym, który chrzci w Duchu Świętym, a przede wszystkim jako o dawcy zbawienia.

Stojąc przed międzynarodową ekumeniczną społecznością 150 osób tak zakończyłem moje przygotowane wystąpienie:

„Nie przybyłem tu, by konfrontować was z pentekostalizmem. Nie mam zamiaru do niczego was namawiać. Jestem tu, by skonfrontować was z Jezusem Chrystusem, światłością świata, tak, ale również z tym, który chrzci w Duchu Świętym. Chciałbym zapytać Kościoły, dlaczego nigdy nie mówią o Jezusie jako o tym, który chrzci w Duchu. O ile się orientuję, Jezus nigdy nie powierzył tej służby Kościołowi. Jest to służba, którą zachował dla siebie”.

Oklaski były serdeczne i szczere. Moje przesłanie dotarło do wielu. Ale potem pojawiły się pytania. Tradycyjne już: – A co z językami?

Arcybiskup Canterbury Michael Ramsey wstał, by zadać mi pytanie:

– Jak myślisz, czy języki są ważne? Pan dał mi dowcipną odpowiedź:

– A kto mówi, że nie są?

– No cóż – powiedział pięknym brytyjskim akcentem. – Czy teologowie nie zgadzają się, że jest to najmniejszy z darów?

– Tak, zgadzam się z tym. I dlatego myślę, że najlepiej powinniśmy zaczynać od najmniejszego.

Uśmiechnął się mile, troszkę poczerwieniał na twarzy i pomachał ręką. Nie powiedział nic, ale zdawało mi się, że usłyszałem „Touched” (wzruszony).

W krótkiej przerwie pomiędzy moim wystąpieniem a następnym mówcą arcybiskup we wspaniałej purpurowej szacie podszedł do mnie i uścisnął mi rękę.

– Zadałem panu, przyjacielu, kłopotliwe pytanie, prawda? I wybrnął pan z tego wspaniale.

Czułem, że przyjaźń została nawiązana. Był wspaniałym człowiekiem, prawdziwym mężem Bożym.

Skończył się wieczorny program. Ludzie tłoczyli się, rozmawiając z pod­nieceniem, witając się ze znajomymi. Słychać było żarty i przekomarzania. Wielu podchodziło do mnie, ściskało mi rękę, gratulowało przemówienia, niektórzy zadawali pytania próbne. Duch Święty pracował.

Podszedł do mnie mężczyzna w koloratce. „Wygląda na katolika” – pomyś­lałem. Zbliżył się do mnie i prawie mnie objął.

– Proszę przyjąć szczere podziękowanie i wdzięczność od katolickiego księdza za zwrócenie naszej uwagi na chrzest w Duchu Świętym. Zawsze wydawało mi się, że mam Ducha, ale dzisiaj przekonał mnie pan, że brakuje mi chrztu w Duchu.

– Dziękuję bardzo – powiedziałem. Trudno powiedzieć teraz, jak się wtedy czułem. Stał przede mną ksiądz katolicki. Nie wiedziałem, że byli tam katolicy. Byłem spięty i przestraszony.

Ksiądz był bardzo miły.

– Jestem Bernard Leeming z Anglii, z Oksfordu.

– Miło mi poznać.

– Co do chrztu – ciągnął dalej pomijając dalsze formalności – czy możesz mi go udzielić? Wiem, że sam to przeżyłeś.

– Tak, przeżyłem – odpowiedziałem – ale nie mogę ci tego przekazać.

– To znaczy, że nie możesz włożyć na mnie rąk i udzielić mi Ducha Świętego?

– Nie. To nie przychodzi przez apostolską sukcesję, choć przynosi apostol­skie sukcesy. Musisz otrzymać Go od Pana Jezusa. Jedynie On chrzci w Duchu Świętym.

Jego twarz wyrażała rozczarowanie i zdziwienie.

– Chciałbym jeszcze o tym porozmawiać. Czy moglibyśmy spotkać się rano?

– Oczywiście.

W drodze do pokoju myślałem: „Uważaj, Dawidzie. Nie wiesz, co ten stary lis może mieć w zanadrzu”. Wzbierały we mnie dawne uprzedzenia. Ale tak naprawdę to byłem przestraszony.

Desperackim zwrotem woli wróciłem do wspomnienia przeszłości: „Jeżeli macie coś przeciwko komu … coś przeciwko komu … i przebacz nam nasze winy jak i my … przebacz … przebacz … miłuj bliźniego swego jak siebie samego … miłuj … przebacz”.

Spotkaliśmy się następnego dnia przy śniadaniu. Usiedliśmy sami przy stole. Ksiądz wydawał się zachmurzony.

– No cóż, profesorze – dowiedziałem się, że jest profesorem w Oksfordzie, osobistym przedstawicielem papieża Jana. – Czy dobrze pan spał? Potrząsnął głową.

– Szczerze mówiąc – nie. Nie mogłem spać. Cały czas myślałem.

– Czy to przeze mnie?

– Tylko – popatrzył mi w oczy. Po chwili mówił dalej: – Nigdy przedtem nie słyszałem o Jezusie Chrzcicielu.

– Tak?

– Otworzyłem więc Pismo. Nie znalazłem co prawda terminu „chrzciciel”, ale znalazłem, że On „chrzci”. W kilku miejscach: Mt 3,11; Mk 1,8; Łk 3,16; J 1,33. We wszystkich czterech ewangeliach napisane jest, że Jan chrzci w wodzie, ale Jezus chrzcić będzie w Duchu Świętym. Za każdym razem.

Nie wypadało mi nic mówić. Uśmiechnął się.

– U Jana 1,33 – ciągnął – napisane jest: „Ten który mnie posłał, aby chrzcić wodą, rzekł do mnie: Ujrzysz tego, na którego zstępuje Duch i na nim spocznie. Ten chrzci Duchem Świętym”. Gdy to zobaczyłem, powiedziałem: Po co sprzeczać się z Dawidem. On ma Boga po swojej stronie. Ale nie dosyć na tym. W Dziejach Ap. 1,15 znalazłem, jak Pan Jezus sam mówi, że Jan chrzcił wodą, ale uczniowie wkrótce będą ochrzczeni w Duchu Świętym. A to oznacza, że powiedział to nie tylko Bóg Ojciec, ale i Chrystus. A potem jeszcze w Dziejach Apostolskich 11,16 zapisana jest opowieść Piotra o tym, co działo się w domu Korneliusza: „I przypomniał sobie słowo Pana, gdy powiedział: Jan chrzcił wodą, ale wy będziecie ochrzczeni Duchem Świętym”. A kto przypomniał o tym Piotrowi, jeśli nie Duch Święty? Przecież Pan Jezus powiedział, że Duch przypomni im wszystkie rzeczy, które On wypowiedział. Wszyscy trzej zgadzają się z tobą – Ojciec, Syn i Duch Święty. Wszyscy są po twojej stronie!

Był podekscytowany. Wszystko, co mi przyszło w tym momencie do głowy, to słowa:

– Dodał mi ksiądz otuchy.

– Okay – powiedział. – To dobrze. Ale Rzym musi to usłyszeć. Nie wiem, czy sam Ojciec Święty o tym wie. Pracowałem tam przez jedenaście lat, znam wszystkich osobiście i osobiście znam papieża Jana. Musisz przyjechać do Rzymu i opowiedzieć o tym Ojcu Świętemu!

Znowu nie mogłem wymyślić, co mam powiedzieć:

– Ja do Rzymu!? Niemożliwe. Ale ksiądz Leeming powiedział:

– Modliłem się wczoraj wieczorem za ciebie i za Ojca Świętego.

Uśmiechnął się. Miał wilgotne oczy. Nie powiedziałem, że ja też modliłem się, bo byłem przestraszony. Nigdy przedtem nie spotkałem katolika. Ciągle nie mogłem uwierzyć, że Pan mnie przez to prowadzi.

Szybko zaprzyjaźniliśmy się z księdzem i utrzymywał ze mną kontakt aż do ponownego spotkania w Oksfordzie na seminarium katolickim. W tym starym ośrodku uniwersyteckim profesor odciągnął mnie na stronę:

– Powiedziałem o tobie Rzymowi. Powiedziałem, że spotkałem człowieka pełnego Ducha Świętego i mocy. Powiedziałem im też o twojej miłości, bracie. Musisz tam pojechać. Kościół musi usłyszeć twoje poselstwo.

Coś jakby nóż przeniknęło moje serce. Uważał mnie za człowieka pełnego miłości. Czy zasługiwałem na to?

– Zatrzymam się w Rzymie w drodze powrotnej z New Delhi – jeżeli się to na coś przyda.

Drzwi do Rzymu stały otworem.

XXII. SAMOTNA DROGA

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych moje kontakty z zielonoświątkowcami rozluźliły się. Z perspektywy czasu widzę, że Bóg panował nad wszystkim przez cały czas, ale tamte dni i lata często przynosiły ból. W czasie cierpienia nie możemy zapominać o tym, że „każdą latorośl, która wydaje owoc, oczyszcza, aby wydawała obfitszy owoc” (Jan 15,2).

Nie otrzymałem zaproszenia na Światową Konferencję w Sztokholmie. Nie miałem też pieniędzy. Ale napisałem do przewodniczących, że mogą liczyć na mnie, jeżeli będą potrzebować jakiejkolwiek pomocy. Martwiła mnie tendencja do ignorowania niezależnych grup zielonoświątkowych na korzyść zorganizo­wanych ruchów, takich jak Zbory Boże, Kościół Boży i tym podobne. Obawiałem się, że konferencja światowa przerodzi się we wspólnotę organizacji, a nie wspólnotę wszystkich zborów.

Reakcją na moją propozycję pomocy był list od przywódcy konferencji w 1955 r. z prośbą, bym został sekretarzem konferencji w Toronto w 1958 r. Konferencja ta stała się jednym z najnieprzyjemniejszych momentów w moim życiu.

Moja służba ekumeniczna rozwijała się szybko. Rola, jaką odegrałem w tym ruchu, spowodowała powiew chłodu w Toronto, poczucie osamotnienia i wyobcowania. Dowiedziałem się, że odbyła się główna dyskusja, a ja jako sekretarz nie zostałem o niej powiadomiony. Powstał też nowy system wybierania członków rady i usługujących. Kiedy przedstawiono skład, okazało się, że mnie pominięto. Nie zostałem nawet członkiem komitetu. Nowy system pozwalał na usunięcie mnie nawet bez publicznego ogłoszenia.

Kiedy zaczęto zadawać pytania: „Dlaczego pominięto brata du Plessis?”

– odpowiadano: „Ach, potrzebujemy nowych ludzi, a poza tym mamy już wielu z Ameryki”.

Podszedłem do jednego z członków rady i zapytałem:

– Dlaczego mnie krzyżujecie?

– O, to za mocne słowa!

– Dobrze, dlaczego więc wyrzuciliście mnie i odwróciliście się ode mnie? Wiecie, że zrezygnowałem z przewodzenia, ale nigdy nie myślałem, że całkowicie mnie odsuniecie.

Trudno mu było, ale w końcu wyrzucił z siebie:

– Tak jesteś zainteresowany ruchem ekumenicznym i Kościołami liberal­nymi. Masz na ich punkcie obsesję. A poza tym za bardzo przejmujesz się Kościołami niezależnymi.

– Ach, tak, rozumiem.

Pan pokazał mi jasno, że sam jest zainteresowany Kościołami niezależnymi. Stanowili część Jego zgromadzenia. Na spotkanie w Toronto przybyło wielu pastorów niezależnych zborów, ale zupełnie ich ignorowano. Wyglądało na to, że przestano się troszczyć o pojedyncze zbory.

Moja samotność pogłębiała się. Przez dziesięć lat zabiegałem o jedność wśród zielonoświątkowców. A oto teraz państwo przygotowujące konferencję było za nią w pełni odpowiedzialne. Dominowały silniejsze organizacje i praktycznie przywództwo w międzynarodowym sensie przestało istnieć. Co stało się z naszą pierwotną wizją?

Byłem sam na pustej drodze.

Nie przypominam sobie czasu, kiedy bym się czuł tak zniechęcony i rozgoryczony. Wydawało się, że dziesięć lat pracy poszło na marne. Czułem, że to koniec. Ale koniec czego?

Wtedy posłyszałem w sercu cichy, łagodny głos. Przez kilka dni powtarzał: „Nie rozpaczaj, ufaj mi. Otworzą się inne drzwi. W roku 1959 zobaczysz nowe i niespodziewane rzeczy”.

W 1959!

Rok 1959 był rzeczywiście wyjątkowy. Zupełnie znienacka rozpoczęło się coś nowego. Wykładałem na temat Zielonych Świąt w seminarium w Princeton w czasie sesji misyjnych. Wykładałem w Teologicznej Szkole Zgromadzenia Ewangelicznego w Myerstown w Pensylwanii, w Yale Divinity School w New Haven, w Connecticut, w Union Theological Seminary w Nowym Jorku, w Instytucie Ekumenicznym Światowej Rady Kościołów w Chateau de Bossey w Szwajcarii, w Teologicznej Szkole Parkinsa na Uniwersytecie Metodystycznym w Dallas w Teksasie.

Do tego spędziłem trzy tygodnie w maju w Seminarium w Princeton jako gość mojego dobrego przyjaciela dr Mackaya. W następnym roku gościłem tam również, tym razem jako gość następcy dr Mackaya – dr Jamesa McCorda. Moje związki z Princeton trwają do dziś i są dla mnie bardzo cenne.

Następne radosne przeżycie miało miejsce na osiemnastej radzie Świato­wego Zgromadzenia Prezbiteriańskiego w Sao Paulo w Brazylii w 1959 r. Uczestniczyłem w nim jako delegat bratniego ugrupowania zielonoświątkowego wraz z innymi delegatami z 66 krajów reprezentującymi 46 min członków Kościoła kalwińskiego. Znowu dr Mackay przyczynił się do roz­szerzenia moich znajomości. Jako przewodniczący zgromadzenia przedstawił mnie w ten sposób:

– Cokolwiek jeszcze historia będzie miała do powiedzenia o naszym bracie, dzisiejszy dzień będzie w niej odnotowany. Jako pierwsza instytucja wy­znaniowa uznaliśmy ruch zielonoświątkowy jako zdrową część chrześcijaństwa. Historia odnotuje również, że Seminarium w Princeton przyczyniło się do tego zapraszając naszego przyjaciela jako misyjnego wykładowcę.

W sercu myślałem: „Jak wspaniale! Kościoły kalwińskie, wśród nich holenderski reformowany, jako pierwsze odrzuciły członków, którzy przeżyli chrzest w Duchu Świętym. Teraz, w pięćdziesiąt lat później, uznają chrzest za działanie Ducha Świętego”.

Nie było to odosobnione wydarzenie. To samo działo się na całym świecie. Atmosfera w Kościołach zmieniała się radykalnie.

Nastąpiła piękna kolorowa jesień. Na starej farmie w Columbus w Ohio zgromadziło się 40 duchownych z różnych stron Stanów Zjednoczonych. Był rok 1962. Wśród zebranych byli pastorzy Kościołów reformowanych, menonitów, luterańskich, episkopalnych, baptystycznych, metodystycznych, ang­likańskich, prezbiteriańskich i ja, zielonoświątkowiec. Było to pierwsze praw­dziwie ekumeniczne, charyzmatyczne spotkanie duchownych – pierwsze tego rodzaju.

Organizacja nie sprawiła kłopotu. Dziekan John Weaver z katedry episkopalnej św. Pawła w Detroit przygotował miejsce spotkań, był naszym gospodarzem. Ja zwołałem zgromadzenie. I to wszystko. Program też był prosty. Duch Święty wprowadził nas w atmosferę miłości poprzez świadectwa, nauczanie, komunię świętą i dzielenie wspólnego życia. Każdy z nas otrzymał nowe poselstwo dla swojego zboru i świata. Była to konferencja Dziejów Apostolskich.

Późno wieczorem ostatniego dnia zjazdu zadzwoniłem do Anny do Oakland w Kalifornii, gdzie osiedliliśmy się w końcu po dosyć długiej wędrówce po Stanach Zjednoczonych. Chciałem się z nią podzielić wspaniałym ekumenicz­nym przeżyciem.

Odebrała telefon, ale zanim cokolwiek powiedziałem, wybuchnęła płaczem.

– Dawid, co się dzieje?

– Czy coś się stało?

– Otrzymaliśmy właśnie list ze Springfield (centrali Zborów Bożych). Wyłączyli cię ze wspólnoty. Wycofali listy uwierzytelniające. Myślałam, że wszystko będzie dobrze, a teraz cię wyrzucili – łkała.

Dzięki rekomendacji Misji Wiary Apostolskiej w Afryce Południowej uzyskałem uwierzytelnienie mojej służby od Zborów Bożych na pracę w Stanach Zjednoczonych. Dawało mi to możliwość usługiwania, nawet jeżeli oddzielono mnie od starych kół zielonoświątkowych. W ciągu ostatnich miesięcy powstało wiele kontrowersji na temat mojej działalności. Proponowano, żebym się wycofał, ale tego się nie spodziewałem. W ostatnim moim liście zapewniłem braci, że nie zamierzam rezygnować ani wycofywać się. Poddałem się ich decyzji. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogliby odrzucić mnie z powodu służby, do której prowadził mnie Duch Święty. Zebrałem myśli.

– Anno, nie martw się. Przeczytaj, proszę, tę część dotyczącą zwolnienia.

– Piszą: „Decyzją Prezbitera Naczelnego zawieszamy twoją działalność jako ordynowanego kaznodziei Zborów Bożych”.

Więc taka była prawda. Starałem się pocieszyć Annę, ale moje serce krwawiło. Nawet wieści ze zjazdu nie rozweseliły jej. Odwiesiłem słuchawkę i stałem tak kilka minut. „Ten świat pełen jest samotności – myślałem – i samotnych dróg”.

Następnego ranka mieliśmy końcowe spotkanie poświęcone głównie na modlitwę. Pan ukoił moje zbolałe serce. Nie mówiłem nikomu o decyzji ZborówBożych. Pan posłużył się Frankiem Downingiem z Kościoła południowych baptystów.

– Mam widzenie… – powiedział powoli Frank. – Widzę dom, jednopiętrowy …rząd okien na górze i kilka na parterze …nad domem spoczywa piękna śnieżnobiała chmura, a w chmurze widzę napis: „Bóg jest miłością”, „Bóg jest miłością”. Widok jest bardzo piękny.

Przerwał jakby wizja się skończyła, ale po chwili mówił dalej.

– To dom brata Dawida … o, Pan mówi, że to jest jego dom i Jego błogosławieństwo spocznie na nim.

Rzadko kiedy można słyszeć prawdziwsze proroctwo. Zrozumiałem to i nawet nie byłem w stanie podzielić się z braćmi moim ostatnim roz­czarowaniem.

Gdy rozmawiałem później z Anną, powiedziałem:

– Kochanie, jestem tak pobłogosławiony. Nie przejmuję się tym, co robią. Nigdy nie mogą oddzielić mnie od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym (Rz 8,39). Nie martw się i nie myśl już więcej o tym.

– Nie możemy zapominać – dodałem – że przebaczenie jest podstawą mojej służby.

Trzy tygodnie później mogłem okazać to przebaczenie następującym listem skierowanym do sekretarza generalnego Zborów Bożych, Bartletta Petersona:

„Przesyłani serdeczne chrześcijańskie pozdrowienia.

Wasz list z 14 września informujący mnie, że „decyzją Prezbitera mój związek ze Zborami Bożymi jako ordynowanego kaznodziei został zawieszony”, był dla mnie zaskoczeniem. Nigdy nie spodziewałem się takiej decyzji braci w tej sytuacji. Z głębi serca modlę się: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.

Przez wiele dni od momentu, kiedy żona powiadomiła mnie telefonicznie o powyższej decyzji, modliłem się, by znaleźć na to wszystko odpowiedź. Myślę, że dzisiaj rano Pan ukazał mi całościowy obraz.

Na zakończenie Konferencji Światowej w Toronto Pan powiedział mi jasno, że mam zrezygnować z pozycji w tej społeczności i iść za Nim dokądkolwiek mnie poprowadzi. Uczyniłem tak. Ale nie uważałem mojego uwierzytelnienia przez Zbory Boże za pozycję. Dlatego nie wystąpiłem ze Zborów Bożych. Przyniosło to kłopoty i ból. W przypadku Abrahama i Lota była to niezgoda pomiędzy pasterzami. W tym przypadku niezgoda pomiędzy radami. Cała sprawa rozbija się o Narodową i Światową Radę Kościołów. Dowiedziałem się, że Zbory Boże mówiły: „Nie mamy nic przeciwko służbie naszego brata”. Chodzi zatem o pole mojej pracy.

W lipcu bracia kazali mi wybierać pomiędzy przerwaniem służby w kręgach ekumenicznych a wycofaniem się ze Zborów Bożych, bo było to moje jedyne powiązanie z ruchem zielonoświątkowym. Wierzę, że przebudzenie zielono­świątkowe poza kościołami jest takie samo jak w kościołach. Jednak ponad 90% Kościołów i kaznodziejów, którzy przyjmują chrzest w Duchu Świętym, to ludzie z NRK i ŚRK. Ewangelikalni połączą się z zielonoświątkowcami, ale nie przyjmą przeżycia zielonoświątkowego. Nawet po dwudziestu latach.

Oficjalny kontakt może zostać przerwany, ale człowiek nie może zerwać więzów miłości. Będę nadal pracował z braćmi ze Zborów Bożych i innych ruchów zielonoświątkowych, tak jak w przeszłości. Wolą Bożą jest jedność w Duchu, a to coś więcej niż Rada Główna, Rada Światowa czy jakakolwiek rada.

Pozostaję Waszym bratem, w Jego miłości i służbie.”

Dawid du Plessis”

XXI. PRAWDA W OGNIU

W 1956 r. zostałem zaproszony na rekolekcje w Connecticut, by przemawiać do ekumenicznych przywódców z całej Ameryki. Stało się to jednym z największych przeżyć w mojej służbie.

Wokół mnie zasiadło wygodnie dwudziestu czterech przywódców. Zaprosili mnie, bym przedstawił im prawdę o przeżyciu zielonoświątkowym i o ruchu zielonoświątkowym. Proszono, bym był szczery, nawet gdyby miało to być bolesne.

Pamiętam jeszcze czas, gdy pragnąłem dostać w swoje ręce takich ludzi, by zdemaskować fałszywość ich teologii i modlić się o sąd nad nimi za to, co uważam za herezje i fałszywe doktryny. I oto miałem taką możliwość i powiedzieli: „Możesz być szczery, nawet gdyby było to dla nas bolesne”. Modliłem się: „Panie, co mam czynić?”

Tego ranka coś się ze mną stało. Po kilku słowach wstępu poczułem nagle, jak przeniknęła mnie fala ciepła. Wiedziałem, że to Duch Święty przejmuje kierownictwo, ale co czynił ze mną? Z mojego serca znikł stary duch krytycyzmu i potępienia. Poczułem miłość i współczucie do tych przywódców kościelnych, gotów byłem raczej umrzeć za nich niż ich osądzić. Od razu wiedziałem, że Duch Święty przejął kontrolę i byłem poza sobą, jednocześnie świadomy wszystkiego i osądzający to, co się działo (1 Kor 5,13).

Dzięki Bogu od tego dnia rozumiałem, co to znaczy posługiwać w sposób , jeszcze doskonalszy (1 Kor 12,31). Taki jest sposób działania Ducha Świętego.

Przez siedemdziesiąt pięć minut wylewałem z siebie to, co dawał mi Duch Święty. Nigdy nie spotkałem bardziej uważnych słuchaczy. Zauważyłem, że Duch Święty pracował nie tylko nade mną, ale i nad nimi. Można to było zauważyć, gdy nadszedł czas pytań i odpowiedzi. Pragnęli wiedzieć wszystko o darach i działaniu Ducha Świętego. Obietnica Jezusa stała się dla mnie rzeczywistością: „A gdy was poprowadzą… nie troszczcie się naprzód o to, co macie mówić, ale mówcie to, co wam będzie dane w owej godzinie, albowiem nie wy jesteście tymi, którzy mówią, lecz Duch Święty” (Mar 13,11).

Potem pojawiło się pytanie, które dawało mi możliwość wykazania im błędów, ale we mnie nie było pragnienia umniejszania ich czy krytykowania, nie chciałem ranić. Pomodliłem się w ciszy. Pytanie brzmiało: „Powiedz nam, jaka jest różnica między wami a nami. Cytujemy tę samą Biblię, ale gdy wypowiadacie te same słowa, brzmią one odmiennie. Mówimy to samo co wy, a jednak wasze słowa wydają się głębsze. Nie powiedziałeś niczego, z czym nie moglibyśmy się zgodzić, a jednak wydaje się, że gdzieś tkwi wyraźna różnica”.

Co miałem powiedzieć? Jaka jest prawda? Duch przyszedł mi z pomocą i powiedziałem:

– Panowie, porównania są zawsze ryzykowne i nie chciałbym urazić niczyich uczuć czy zranić czyjejś dumy, ale widzę to tak: trzymacie prawdę w lodzie, a my na ogniu.

– To zbyt głębokie dla mnie. Wytłumacz.

– Panowie, mówiliśmy o „mięsie” Słowa – odpowiedziałem, – pozwólcie, że zilustruję moją tezę. Mieszkam w Dalekim Teksasie, gdzie bywa bardzo gorąco. Mamy w domu zamrażarkę do przechowywania żywności. Kiedy mięso jest stosunkowo tanie, kupujemy pół wołu. Wiem potem, że w zamrażarce leży stek z teksaskiego wołu. Gdyby któryś z was odwiedził mnie w domu, chciałbym poczęstować was takim stekiem. Powiedzmy, że wyjąłbym mięso z zamrażarki i położył przed wami na talerzu, czy moglibyście to jeść?

Oczywiście nie. Jest to tylko zamarznięta bryła mięsa. Ale moglibyśmy o nim rozmawiać. Moglibyśmy zanotować pewne fakty: waga ok. 40 dag, tyle i tyle kalorii, kilka witamin. Znamy rzeźnika, który to sprzedał. Możemy znać ranczo, na którym wyhodowano wołu. Możemy znać rodowód zwierzęcia, jego wiek i tak dalej. Potem moglibyśmy rozważyć to z innej strony i zadecydować, czy zaspokoiłby nasz głód. Ale po pół godziny takiej rozmowy o wołowinie bylibyśmy tak samo głodni, a kawałek mięsa leżałby na talerzu. Nasz umysł nakarmiłby się informacjami, ale nie zasmakowalibyśmy wołowiny.

Co zrobić? Coś trzeba zrobić z mięsem, by uczynić je jadalnym i sprawić, by to, o czym rozmawialiśmy, stało się rzeczywistością. Daję mięso mojej żonie. Bez zastanowienia się nad tym, o czym przed chwilą mówiliśmy, żona umieszcza mięso na ogniu. Za kilka minut atmosfera w domu zmienia się i każdy wie, że coś się smaży. Mój mały synek wbiega i krzyczy: „Mamo, co tak pachnie? Umieram z głodu!” Żona podaje nam gorący stek prosto z ognia i mówimy: „O to właśnie chodzi!” Czy mój syn zachoruje przez to, że nie zna wszystkich informacji na temat wołowiny?

„Wiecie panowie – ciągnąłem – to są elementy składowe dobrego nabożeństwa zielonoświątkowego. Atmosfera. Każdy wie, że coś się dzieje. Stary pijak, który siedzi w kącie, nie musi wysłuchać teologicznej wieści o łasce zbawiennej, nie podaje się mu teologii czy doktryny o odrodzeniu. Otrzymuje gorącą ewangelię przekazaną w faktach – Bóg cię kocha, Bóg cię zbawi. Proś, a będzie ci dane. Szukaj, a znajdziesz. Zrób to teraz. Jezus jest tu, by ci pomóc. Da ci wody życia i nigdy już nie będziesz pragnął – i grzesznik przyjmuje zaproszenie. Po kilku minutach wstaje z kolan i wie, że coś się z nim stało. Jest teraz zmienionym człowiekiem. Czasu będzie dosyć, by nauczyć go doktryn i teologii jego przeżycia. W końcu w życiu apostołów przeżycie chrztu w Duchu Świętym nastąpiło zanim rozwinęli i sprecyzowali swoje poglądy teologiczne i doktryny. Mieli przeżycie, a nie doktryny. Dzisiaj większość ludzi ma doktryny, a nie ma przeżycia”.

Zamilkłem na chwilę.

– Przyjaciele – powiedziałem. – Jeżeli wyjmiecie wielkie prawdy ewangelii z zamrażalników i poddacie je działaniu ognia Ducha Świętego, wasze Kościoły przewrócą się do góry nogami. Kościół nie potrzebuje jeszcze lepszych teologów, ale potrzebuje mężów pełnych wiary i Ducha Świętego (Dz.Ap. 6,5) – mężów, którzy powiedzą: „Zdolność nasza jest z Boga, który też uzdolnił nas, abyśmy byli sługami nowego przymierza, nie litery lecz Ducha, bo litera zabija, duch zaś ożywia”. (2 Kor 3,5-6).

Po tym jeden ze słuchających powiedział:

– Dlaczego nie spotkaliśmy kogoś takiego jak ty wiele lat wcześniej? Widziałem, że moja służba nie odnosi sukcesu, ale nie potrafiłem znaleźć przyczyn porażki. Teraz wiem, że moja duchowa temperatura była niewłaściwa. Brakowało mi mocy Ducha Świętego.

Wszedłem do prezbiteriańskiego Kościoła w pobliżu pensylwańskiego miasteczka Parkesburg. Przy drzwiach przywitał mnie wysoki szczupły mężczyzna o urzędowym wyglądzie. Był to James Brown, pastor Kościoła i profesor Seminarium Lincolna w pobliskim Oksfordzie w Pensylwanii. Słyszałem od Boba Rice’a, misjonarza koreańskiego, że Jim był najbardziej liberalnym ze wszystkich liberalnych duchownych, dopóki nie odrodził się niedawno w Chrystusie. Doświadczył dramatycznego nawrócenia i szukał w swoim życiu Bożego prowadzenia.

Zaprowadził mnie do ciepłego pokoju spotkań, w którym siedziało ok. dwunastu ludzi. Byli to przyjaciele Jima: kilku doktorów, profesorowie, kilku przywódców kościelnych i kościelny. Szybko odkryłem, że kościelny mówi takim samym językiem jak ja.

Jim otworzył dyskusję:

– Panie du Plessis, zostaliśmy przekonani, że istnieje chrzest w Duchu Świętym, i chcemy dowiedzieć się o nim wszystkiego, razem z potwierdzeniem daru języków. Chcemy wiedzieć, jak można otrzymać wszystkie dary Ducha,

– Tak – powiedziałem, – To jest od końca. Dlaczego chcecie się dowiedzieć o tym?

Jim był śmiertelnie poważny.

– Słyszeliśmy, że zielonoświątkowcy zatrzymali się na językach. Chcemy iść dalej.

– Dobrze – powiedziałem, stając za podłużnym stołem na środku pokoju. – Rozważmy rozdział 12 Pierwszego Listu do Koryntian, który mówi, że reszta należy do was. W wielu słowach powiada, że manifestacja dana jest każdemu, dla wspólnego dobra.

I dalej napisane jest: „wszystko to sprawia ten sam Duch ku wspólnemu pożytkowi, rozdzielając każdemu poszczególnie jak chce”.

Zrobiłem przerwę. Wszyscy mieli poważne twarze, pełne zainteresowania.

– To nie znaczy, że daje on jeden dar jednej osobie, a drugi innej. Oznacza to, że używa kogoś, by objawił się przez nią dar w pewnych okolicznościach. On dostarcza daru. Komu chce.

Ponad godzinę tłumaczyłem werset za wersetem ten fragment Pisma. Otwierałem ich oczy na pełnię życia w Duchu. Od czasu do czasu na ich twarzach pojawiał się uśmiech zrozumienia.

W pobliżu mnie siedział profesor Andrew Murray. Nosił to samo nazwisko, co wielki południowoafrykański mąż Boży, którego tak podziwiałem. W czasie przeznaczonym na pytania podniósł rękę:

– Nie mam pytania dotyczącego tego, co zostało powiedziane, ale jestem głęboko poruszony i zadziwiony tym, co uczyniłeś. Nie wiem, jak tego dokonałeś.

– Nie bardzo wiem, co masz na myśli.

– Na początku powiedziałeś nam: „Uważajcie. Wierzę, że Duch Święty użyje mnie do tego, bym udzielił wam darów Ducha. Taka jest moja służba”. A potem powiedziałeś: „Wiele z tych rzeczy, których doświadczycie, rozpoznacie jako działanie Ducha. Jeżeli wypowiadam słowo mądrości, nie jest to moja wrodzona inteligencja. Nie jest to czytanie w myślach ani autosugestia – powiedziałeś. – To wiedza Ducha Świętego. On daje nam słowa, które powinienem wypowiadać. Może się wydawać, że wiem, do kogo mówię”. Czy dokładnie zacytowałem? – Uśmiechnąłem się.

– Tak. Mniej więcej.

– Tak. W tym rzecz – powiedział z naciskiem. – Uczyniłeś coś, czego nie rozumiem. Gdy zacząłeś mówić, w moim umyśle zrodziło się pytanie. W tej chwili, kiedy je sformułowałem, odwróciłeś się, spojrzałeś na mnie i odpowiedziałeś. Jakbyś słyszał moje myśli. Omal nie spadłem z krzesła. Stało się tak trzy razy. Skąd wiedziałeś, na kogo popatrzeć?

– Mój przyjacielu – odpowiedziałem. – To było poznanie Ducha Świętego. On wiedział, o czym myślisz, i był gotowy dać ci odpowiedź.

Powiedziawszy to, sam byłem zdumiony dokładnością Ducha Świętego. On nigdy nie pudłuje. My czasami tak, ale On nie.

Podobna rzecz wydarzyła się później, gdy przemawiałem do grupy rzymskich katolików we Francji. Mówiłem o dniu Zielonych Świąt opisanym w Dziejach Apostolskich.

– Tego dnia – powiedziałem – była tam Maria, matka Pana Jezusa. To świadczy o tym, że była jedną z osób, które przyjęły chrzest w Duchu Świętym; ona, którą Bóg tak szczególnie pobłogosławił. Nawet ona przyjęła posługę swojego Syna. Lubię myśleć o Marii jako o pierwszej kobiecie, która mówiła językami.

Wśród słuchaczy było wiele kobiet, część z nich – zakonnice. Większość uśmiechała się szeroko.

– Wiem, siostry, że bardzo poważacie Marię. Czy wiecie teraz, że skoro ona potrzebowała chrztu, i wy go potrzebujecie? Możesz być matką przełożoną, ale nigdy nie jesteś większa niż Maria.

Po spotkaniu podeszła do mnie elegancko ubrana kobieta i zapytała łagodnie:

– Czy pan mnie zna?

– Obawiam się, że nie.

– A czy widział mnie pan na spotkaniu?

– Nie.

– Ale – powiedziała nieznacznie się czerwieniąc – wskazywał pan na mnie palcem i mówił do mnie.

– Naprawdę?

– Powiedział pan: „Matko przełożona, potrzebujesz chrztu”. Zacząłem się uśmiechać.

– Czy pani jest matką przełożoną?

– Tak – zamrugała oczami. Były pełne łez. – Po czym pan poznał?

– To Duch Święty – powiedziałem odczuwając wielką Bożą miłość nad nami. – Było to słowo mądrości od Niego. Przemówił bezpośrednio do pani.

Po spotkaniu rozmawiałem z Jimem Brownem. Wiedziałem, że Pan chce, bym usłużył mu radą, która może być niewłaściwie rozumiana i krytykowana przez wielu z moich braci.

– Bracie Brown – zacząłem. – Mam słowo dla ciebie. W czasie dzisiejszej dyskusji Pan kazał mi ostrzec cię przed opuszczaniem twojego Kościoła, twojej denominacji.

Był zaskoczony.

– Tak. To jest odpowiedź na pytanie, które zamierzałem ci zadać. Zastanawiałem się, do kogo mani się przyłączyć. Chciałem, żebyś mi poradził, który Kościół zielonoświątkowy jest najlepszy.

– To ostatnia rzecz, jaką powinieneś zrobić. Pan potrzebuje ciebie tutaj.

– W Kościele prezbiteriańskim już mnie nie będą chcieli – jęknął.

– Niedawno spotkałem się z przywódcami Kościołów. Jesteś ze Zjednoczonego Kościoła Prezbiteriańskiego?

– Tak.

– Mackay jest chyba przełożonym seminarium prezbiteriańskiego. Zadzwoń do niego. Powie ci, że przywódcy kościelni, członkowie Rady Narodowej, obiecali mi, że odtąd chrzest w Duchu Świętym, razem z konsekwencjami, to znaczy wspólnotą z zielonoświątkowcami, nie będzie potępiany ani wśród duchownych, ani wśród misjonarzy, ani u członków Kościoła.

Dowiedziałem się później, że Jim, który przeżył niedawno chrzest w Duchu Świętym, zadzwonił do dr Mackaya, a on potwierdził wszystko, co mówiłem.

Niedługo potem miałem okazję powiedzieć te same słowa duchownemu Kościoła episkopalnego Dennisowi Bennettowi. Nigdy go nie spotkałem, ale napisał mi o wielkich trudnościach, jakie pojawiły się w jego kalifornijskim zborze. Moja rada brzmiała: „Bez względu na to, co się dzieje, nie opuszczaj Kościoła. Poproś o jeszcze jedną rozmowę, ale nie porzucaj Kościoła episkopalnego”.

Dennis objął nową parafię w Seattle i służył wspaniale Panu jako episkopalny ksiądz.

Byli też i inni: Howard Erwin i Francis Whiting. Obaj byli baptystami. Ich posługa wywarła wpływ na tysiące ludzi.

Pan umieszczał ich w różnych Kościołach, historycznych i innych. A moje możliwości usługiwania im wzrastały z roku na rok.

XX. WIĘKSZY ZASIĘG

W Londynie skończyła się następna faza mojego życia. Z wielu względów było to przykre, ale miałem pewność, że Pan kieruje tymi zmianami.

Spotkałem się z przywódcami konferencji 52 r. i stanąłem przed nimi w miłości i pokorze.

– Myślę, że Pan nie chce, abym kontynuował tę pracę. Sądzę, że konferencja światowa została ustalona na dobre. Powinienem złożyć rezygnację.

Bracia patrzyli na mnie ze smutkiem. Mówiłem dalej, nie czekając na komentarze.

– Musiałem wszystko uzyskiwać dzięki wierze. Musiałem zebrać pieniądze dla rodziny, zapłacić za wydatki związane z konferencją. Nie mam wsparcia. Kiedy Lee College zaczął mi płacić, wszystkie zbory, które pomagały mi w czasie kryzysu, zaprzestały swojej pomocy. Powtarzam: myślę, że nadszedł czas, bym zrezygnował. Nie chcę być już sekretarzem. Z radością pomogę w każdy inny sposób, ale nie mogę już dłużej być przewodniczącym.

W końcu przemówił jeden z braci. Pan dał mu mądrość.

– Brat Dawid wie, że nadszedł czas na wycofanie się. Jeżeli zostałby dłużej na tym samym stanowisku, groziłoby nam, że stałby się naszym papieżem.

Miał rację. Konferencja była ustalona, potrzebne było szersze kierownictwo. Co więcej, wiedziałem, że Bóg powołuje mnie do działalności gdzie indziej. Musiałem Go słuchać.

Niepewnie wszedłem do budynku, w którym odbywały się spotkania Międzynarodowej Rady Misyjnej w Willingen w Niemczech. Czułem się jak owca wśród wilków. Kiedy recepcjonista spytał mnie, jak długo zamierzam pozostać, odpowiedziałem:

– Trzy dni.

Mogłem zostać trzy, ale na pewno nie jedenaście. Spotkanie rozpoczęło się <Jzień wcześniej. Wszedłem na salę. Panował tam ożywiony ruch. Trwała przerwa na kawę. Usłyszałem, że ktoś wymówił moje imię, i odwróciłem się. Mackay biegł ku mnie z otwartymi ramionami.

– To mój wielki zielonoświątkowy przyjaciel, Dawid du Plessis – wykrzyknął głośno kładąc nacisk na „zielonoświątkowy”. Schwycił mnie za rękę, a lewym ramieniem objął mnie.

– Jak się czujesz, mój przyjacielu? – zawołał podkreślając tym razem „mój przyjacielu”.

Zaciągnął mnie do kolejki ludzi czekających na kawę i przeprowadził mnie od jednego do drugiego. Zanim skończyliśmy, poproszono mnie o tyle rozmów, że zajęłoby to więcej niż trzy dni. Przeprosiłem ich i pośpieszyłem do recepcji.

– Czy mógłbym zmienić rezerwację z trzech na jedenaście dni? Zostanę tu dłużej niż myślałem.

W spotkaniu uczestniczyło 210 delegatów z całego świata, misjonarze z wszystkich możliwych towarzystw protestanckich. Była to prawdziwa ekumena. Na twarzy Wiggleswortha zajaśniałby uśmiech. Rozbawiła mnie myśl, że gdy zielonoświątkowcy zebrali się na konferencji światowej, mówili, że stoi za tym Bóg, ale kiedy zbierała się Rada Światowa, to musiał być diabeł.

Rozmawiałem ze 110 spośród 210 delegatów.

– Dobrze – rozpoczynali przeważnie. – Zacznij od początku i wytłumacz mi, czym jest pentekostalizm.

Zagłębiałem się w przesłanie zielonoświątkowe mówiąc o działaniu Ducha Świętego. W tym czasie przylgnął do mnie przydomek „Mister Pentecost” („Pan Pięćdziesiątnica”).

Spotkałem miedzy innymi sekretarza Rady Światowej drą Willema Visser’t Hoofta, miłego starszego Holendra, który znacznie się ożywił, gdy pochwaliłem się swoją znajomością holenderskiego. Po raz pierwszy spotkaliśmy się na krótko podczas mojej wizyty w Nowym Jorku. Pragnąłem spotkać człowieka, którego Carl Mclntyre chciał usunąć ze Stanów Zjednoczonych. W czasie naszego spotkania w Willingen Visser’t Hooft zwierzył mi się, że zielonoświątkowcy w swojej duchowości są siłą, która mogłaby pomóc Radzie Kościołów.

„Czy to ma być to, o czym słyszałem w Ameryce? – zastanawiałem się. – Rada jako bestia wyłaniająca się z morza ludzkości?”

Potem otworzyły się następne drzwi. Dr Visser’t Hooft wziął mnie na bok:

– Czy mógłbyś przyjechać do Evanston w stanie Illinois w 1954 r., na drugie zgromadzenie Światowej Rady Kościołów?

– Może mi się uda. Ale jak się tam dostanę? Uznajecie tylko kościelnych, a ja nim nie jestem. Poza tym żaden ruch zielonoświątkowy nie wchodzi w skład waszej Rady. Zresztą, nie jestem już sekretarzem Światowej Konferencji Zielonoświątkowej.

– Był zaskoczony.

– To z czego się utrzymujesz?

– Przygotowuję programy dla radia na Daleki Wschód.

Pracowałem tam starając się nawiązać bardziej ekumeniczne kontakty, ponieważ potrzebowali pomocy wszystkich Kościołów przy programach i finansowaniu.

– Acha – powiedział Visser’t Hoft. – Mam pomysł. – Spojrzał mi w oczy i wbił palec pod żebra. – Zgodzisz się pracować jako członek personelu Rady Kościołów na czas zgromadzenia?

Skinąłem głową. Co się dzieje?!

– Dobrze, damy ci noclegi i wyżywienie za darmo, ale nic więcej. Będziesz dla nas pracował. Będziesz w samym środku, tam, gdzie chcesz być.

– W porządku. Ale co mam robić?

– To samo co robiłeś tutaj. Masz rozmawiać z biskupami, arcybiskupami, kim bądź. Mów im o Pięćdziesiątnicy. Rozmawiałeś z ponad połową ludzi tutaj. Ci przekazali to pozostałym. Mieliśmy Pięćdziesiątnicę na śniadanie, na lunch, podwieczorek i kolację. Podsłuchałem, jak ktoś mówił: „Co się z nami stało? Pojawił się zielonoświątkowiec i wszyscy mówią o Zielonych Świętach”.

Przerwał i po chwili znów wbił mi palec w żebra.

– Dlatego chcę, byś jechał do Evanston. Przydzielono mnie do sekcji prasowej z zadaniem zdobywania nieanglojęzycznych delegatów na wywiady telewizyjne i radiowe. Zaśmiałem się, gdy wyjaśniali, na czym polega moje zadanie. Nawiązywałem kontakt z całym światem. Co więcej, z plakietką przedstawiciela prasy mogłem wejść wszędzie – na spotkania przywódców itp. Byłem zajęty dniem i nocą.

Główne przemówienie na zgromadzeniu rozgrzało moje serce starego zielonoświątkowca. Wygłosił je dr Edmund Schlink z Niemiec.

– Nigdy nie osiągniemy prawdziwej jedności i miłości, dopóki nie spotkamy się wszyscy u stóp Krzyża pod przykryciem Krwi Chrystusa. Jego słowa wywołały wrzenie wśród zagorzałych liberałów.

– Sądziliśmy, że pozostawiliśmy już te sentymentalne bzdury daleko za sobą, a tu znów głoszą je jako rewelacyjne odkrycia. Ale ja mówiłem do siebie:

– Jeżeli Edmund Schlink mówi tak o Krwi Jezusa, to jestem bezpieczny.

Takie wydarzenia bardzo mnie poruszyły i odczuwałem, że Pan zmienia moje podejście. Dotychczas byłem kuriozum, dziwem z innego świata, ale nie do tego powołał mnie Pan. Modliłem się w tej sprawie. I w końcu zaczął do mnie docierać zamysł Chrystusa. Otrzymałem od Boga reprymendę. Nie miałem być jedynie posłańcem zielonoświątkowców. „Robisz wrażenie, jakby Duch Święty był najważniejszy”. Wiedziałem, że Duch Święty nie mówi o sobie. Mówi o Jezusie. Dotarło to do mnie po pewnym czasie. Zacząłem zmieniać to, o czym mówiłem: zamiast opowiadać o przeżyciach zielonoświątkowych, zacząłem mówić o chrzcie w Duchu Świętym, którego dokonuje Jezus. Gdy przychodzili do mnie ciekawscy, a po Evanston było ich coraz więcej, mawiałem:

– Powiem tylko o tym, co czyni Jezus Chrystus. Nie byłoby Zielonych Świąt bez Jezusa, a ich przeżycia były zgodne z Pismem Świętym.

Ciągle jednak czułem, że nie docieram do wszystkich. Czegoś brakowało. Wiedziałem o tym przez cały czas, ale nie zwracałem na to uwagi. Wśród ludzi, którym mogłem usługiwać, było wiele uprzedzeń. Byli uprzedzeni jedni do drugich, do zielonoświątkowców, do rzymskich katolików. Musieli doświadczyć przebaczenia.

Zrozumiałem, że powinienem publicznie wyznawać przy każdej okazji moje dawne niewłaściwe nastawienie i głosić, jak z tego wyszedłem. Zacząłem składać świadectwo o Bożym prowadzeniu ku przebaczeniu i szczerej miłości.

To było właściwe poselstwo. Gdy opowiadałem swoją historię, ludzie zauważali własne uprzedzenia, niechęci i wrogość lepiej, niż gdybym głosił ogniste porady przeciw tym przywarom.

Do dzisiaj rzadko kiedy posługuję bez krótkiego przedstawienia historii swojego życia z podkreśleniem przeżycia przebaczenia. To jest wieść od Jezusa – przebaczenie z Krzyża, udzielenie Ducha i prowadzenie w służbie przebaczenia. Wtedy przychodzi chrzest w Duchu Świętym. Wtedy przychodzą cuda.

XIX. MOST

– Wyzdrowiejesz dopiero za dwa lata.

Mijały tygodnie, a słowa lekarza ciągle brzmiały w moich uszach. Przygotowywałem światową konferencję w 1949 r. Pracując w nocy chowałem mikrofon dyktafonu pod kołdrę, by nie przeszkadzać Paulowi, i przygotowywałem listy do przywódców kościelnych na całym świecie. Dyktowałem tak jak inspirował mnie Duch Święty. Konferencja powstawała w szpitalnym łóżku.

Spokoju jednak nie było. Znów organizatorzy i nie-organizatorzy walczyli ze sobą. Wielu przepowiadało, że konferencja w Paryżu nie dojdzie do skutku. Donald Gee, przywódca zielonoświątkowców w Anglii, napisał do mnie wyrażając swoje obawy: „Wiem, że jesteś osłabiony po wypadku. Obawiam się, że zbyt wielkie rozczarowanie byłoby dla ciebie szkodliwe i dlatego chciałbym ostrzec cię, że z pogłosek, jakie tu docierają, wynika, iż konferencja może zakończyć się fiaskiem”.

Odpisałem mu szybko: „Bracie Gee, Jezus wypędził legion demonów z jednego człowieka, myślę, że może też rozprawić się z legionem trudności. I pamiętaj: nie jestem sam. Pan jest ze mną. Nie martw się.” Musiałem szybko nabrać sił, wyjść ze szpitala i udać się w podróż. Nie było to łatwe.

Zacząłem przygotowania. Na początku grudnia powiedziałem beztrosko do lekarza:

– Chciałbym wyjść do domu, moja noga już jest zdrowa.

– Ależ nie było dosyć czasu, żeby się dobrze zrosła.

– Tak? To dlaczego mogę nią swobodnie poruszać, a nawet podnosić ten 25-kilogramowy ciężarek na końcu?

– No, nie. Chyba pan tego nie robi?

– Tak? – poruszyłem nogą w przód i w tył, po czym powoli podniosłem ciężarek o kilka cm w górę. Lekarz wpatrywał się w ciężarek, a potem szybko wyszedł z sali i wrócił z aparaturą do prześwietlania i z operatorem. Po godzinie wrócił.

– Zostało tylko 2,5 cm nie zrośniętego złamania. Praktycznie noga jest już zdrowa.

Rozmawiano o tym przez cały dzień. Każdy, kto wchodził, powiadał:

– To cud. W pana wieku. Wreszcie lekarz powiedział:

– Dobrze, jeżeli ambulans będzie mógł pana przewieźć, to może pan jechać.

– Alleluja!

Anna załatwiła ambulans z Somerset i pojechałem. Ambulans obsługiwało dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn. Jeden prowadził, a drugi siedział z tyłu ze mną. Ziemię pokrywała 10-centymetrowa warstwa śniegu, a śnieg wciąż padał. Podróż okazała się bardziej niebezpieczna niż można było przypuszczać.

W ciemności, jakby wspomnienie z przeszłości, rozległ się gwizd lokomotywy. Ciarki przeszły mi po plecach.

– Słyszę gwizd lokomotywy. Zbliżamy się do przejazdu?

– Proszę się nie martwić – powiedział mój towarzysz.

– Frank wie, co robi. Można mu ufać, nie zaśnie.

Nagle kierowca gwałtownie zahamował. Samochód szarpnął i zaczął się ślizgać. Prawie wyskoczyłem przez okno. Słyszałem łoskot przejeżdżającego tuż obok pociągu.

– Słuchaj – powiedziałem podenerwowany. – Nie potrzebuję tu żadnej pomocy. Usiądź z przodu obok Franka i jemu pomagaj.

Zrobił jak mówiłem. Nad ranem wnieśli mnie do tymczasowego domu w Somerset.

Kilka dni później wezwałem do siebie Dawida. Od kiedy przybyłem do domu, tak bardzo narzekałem na gips, który pokrywał mi nogę od palców aż do biodra, że lekarze w końcu ustąpili i założyli mi tylko gips uniemożliwiający chodzenie. Pokrywał lewą nogę od stopy nad kolano.

– Słuchaj, synu – powiedziałem do Dawida. – Idź i kup parę kuł. Zobaczymy, czy uda mi się o nich poruszać.

Za pomocą szelek od spodni i pudełka Dawid i ja zrobiliśmy coś w rodzaju temblaka dla mojej nogi. Wyglądało to dziwnie, ale mogłem już kuśtykać po domu. Z dnia na dzień szło mi coraz lepiej. Byłem silniejszy. Nadal planowałem konferencję w Paryżu, ale chciałem najpierw pojechać do Chicago na spotkanie Narodowego Związku Ewangelików. Była to dobra okazja, by spotkać się z braćmi i wypróbować moje zdolności w poruszaniu się.

Pojechałem pociągiem, a wróciłem samolotem, przekonany o tym, że uda mi się przebyć Atlantyk i dotrzeć do Paryża.

Kiedy zadziwiłem lekarza opowieścią o mojej wyprawie do Chicago i przekonałem go, jak zręcznie posługuję się kulami, poddał się i wyraził zgodę na mój lot na II Światową Konferencję Zielonoświątkową do Paryża.

W Paryżu odegrałem rolę bohatera o kulach, rannego żołnierza z pola walki. Wszyscy mi współczuli, ale niewiele mieli współczucia dla siebie nawzajem. Zaczęły się zgrzyty pomiędzy organizatorami a nie-organizatorami, miedzy Amerykanami a Szwedami i tak dalej.

Byłem nowym, dojrzałym człowiekiem, tak pełnym miłości i rozumiejącym, co znaczy przebaczenie, że nie chciałem brać udziału w kłótni. Sytuacja stawała się napięta. Obawiałem się o utratę znaczenia, podporządkowanie ludziom zamiast Panu. Niektóre frakcje nie chciały nawet ze sobą jeść. Trzeba było zbudować most ponad ich wrogością.

Spotkałem się prywatnie z kilkoma braćmi, którzy ufali sobie i mnie darzyli zaufaniem. Chciałem uczynić krok w kierunku pojednania.

– Czy mógłby któryś z was, cieszących się szacunkiem i wpływami, zaproponować, by przerwano na kilka godzin obrady? Można by wybrać na ten jeden wieczór komisję, która spróbowałaby znaleźć rozwiązanie. Potem przedstawiłoby się raport.

Zrozpaczeni zgodzili się na wszystko i przedstawiono tę propozycję poszczególnym frakcjom. Natychmiast powstały podejrzenia.

– Chcecie coś robić na boku?

– Nie. Komisja zbierze się w nocy. Jutro przedstawią raport. W końcu wyrazili zgodę. Donald Gee, przewodniczący konferencji, pochylił się ku mnie i powiedział:

– Rada ma wybrać komisję. Nie mam natchnienia co do tego, kto będzie właściwy. Napisz kilka nazwisk.

Po sesji niektórzy podeszli do mnie.

– Więc to ty wyznaczyłeś komisję? Widzieliśmy, jak pisałeś. Nic z tego nie wyjdzie. Wybrałeś dwóch głównych rywali. Będą się kłócić.

– Tak. Wiem. Tego właśnie pragnąłem. Jeżeli będą musieli się spierać przed małą grupą, będzie im trudniej niż przed dużym zgromadzeniem. Ale sceptycy mówili nadal:

– Dziś w nocy nie zmrużysz oka.

Byłem jednym z 12 członków komisji.

Ukryliśmy się w jednej z mniejszych sal konferencyjnych, nieco skrępowani i niepewni, czy osiągniemy cel. Jeden z bardziej przedsiębiorczych braci szybko przełamał pierwsze lody.

– No, co chcesz robić? – pytanie skierowane było do mnie.

– Ktoś musi objąć prowadzenie – powiedziałem. – Potrzebujemy przewodniczącego, kogoś, kto potem zda relację. Wszyscy patrzyli na mnie.

– To był twój pomysł – powiedział pierwszy mówca, a pozostali przytaknęli.

– Chcecie, żebym był przewodniczącym? Niech tak będzie. Natychmiast przystąpiłem do sedna sprawy. Zwróciłem się najpierw do przywódcy Szwedów, Józefa Mattson-Boze’a.

– Joe, jak widzisz dalszą współpracę w opracowywaniu planu spotkań, dyskutowaniu nad wspólnymi problemami i wzajemnej pomocy, bez nadawania temu nazwy organizacji? Na ile pozwala ci sumienie?

Zapadło milczenie. Mattson rozpoczął najpierw powoli, stopniowo rozgrzewając się swoją wizją wzajemnego wsparcia i jedności bez rezygnowania z autonomii.

Kiedy skończył, zwróciłem się do Anglika Freda Squire’a, przywódcy zwolenników organizacji. Powiedział otwarcie i szczerze:

– Jeżeli to, co mówi Joe, zadowoli Skandynawów, a myślę, że jego propozycja jest dobra, to zadowoli i mnie, a też Brytyjczyków i Amerykanów.

Sprawa została załatwiona. Tak szybko. Dwaj główni przeciwnicy pojednali się odkrywszy, że ich poglądy na sprawę nie różnią się aż tak bardzo, jak na to wyglądało na publicznych wystąpieniach. Napisaliśmy raport starannie dobierając słowa i położyliśmy się spać. Tej nocy nieźle zmrużyłem oczy.

Następnego ranka wszyscy uczestnicy konferencji, ok. 200 osób, zaaprobowali raport punkt po punkcie i prawie niezauważalnie zdecydowaliśmy o tym, że konferencje światowe odbywać się będą regularnie. Mieliśmy się spotykać co trzy lata, ja miałem być sekretarzem londyńskiej w 1952 r.

Po zakończeniu Donald Gee położył swoją ciężką dłoń na moim ramieniu i powiedział:

– Dawidzie, twoi bracia z Afryki Południowej uważają wprowadzenie poprawki do statutu za twój największy sukces, ale ja sądzę, że tutaj odniosłeś swoje największe zwycięstwo. Nie mamy statutu, ale zbudowaliśmy bazę do dalszej współpracy. Chwała Panu!

Moje spojrzenie na ten epizod było nieco odmienne. Traktowałem fakt, że Pan dał mi łaskę zaufania wśród braci, jako pierwszy krok w moim rozwoju w dziedzinie przebaczania. Wiedziałem, że jeśli chcę odnieść jakikolwiek sukces w tym, do czego prowadził mnie Pan, miałem przebaczać braciom zielonoświątkowcom i doprowadzić do porozumienia.

Widziałem teraz jasno, że przebaczanie jest podstawą mojej służby. Bez niego byłaby ona niczym.

Następnym krokiem było sprowadzenie na stałe do Ameryki mojej rodziny. Kościół Boży zaproponował mi stanowisko wykładowcy w szkole Lee College w Cleveland, Tennessee. Zajęło mi to 6 tygodni operacji prawnych, wraz z dłuższym pobytem w Kanadzie, by uzyskać wizę pobytową, co pozwoliło nam na wjazd do Stanów Zjednoczonych.

W college’u w Tennessee mogłem wykonywać obowiązki nauczyciela – w tym czasie rozpoczęło się wspaniałe przebudzenie, jakiego dotąd nie znała szkoła – i jednocześnie planować i koordynować przygotowania do konferencji światowej w 1952 r. Studenci bardzo mi pomagali w pracy papierkowej, planowaniu i załatwianiu spraw związanych z przygotowaniem spotkania 500 zielonoświątkowców. Był to bardzo pracowity czas i wspaniała okazja do rozpoczęcia powolnego i trudnego procesu zapuszczania korzeni w nowym kraju. Był to odtąd nasz kraj.

Pan ciągle mówił do mnie o Kościołach historycznych. Nie robiłem niczego w tym kierunku. Nie miałem żadnych powiązań ani znajomości i nie wiedziałem, jak je nawiązać. Potrzebowałem jakiegoś punktu zaczepienia.

Bracia z Kościoła Bożego, z którym współpracowałem jeszcze przed wypadkiem, nalegali, bym przyłączył się do nich oficjalnie. Przecież przyszli mi z pomocą po wypadku i pracowałem w ich college’u. Ale oni, jak wszyscy zielonoświątkowcy, patrzyli na inne denominacje jak na wrogów i nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego. Nie mogłem przyłączyć się do nich przystając na ich poglądy, a potem zaangażować się we współpracę ze Światową Radą Kościołów czy inną grupą „zatwardziałych grzeszników”. Poza tym nadal posługiwałem się dokumentami Misji Wiary Apostolskiej i wystarczyło mi to do podtrzymania mojego statusu na konferencji światowej.

Zrozumiałem, że źle zrobiłbym zamieszkując w pobliżu któregoś z zielonoświątkowych centrów: Springfleld – Zbory Boże, Cleveland – Kościół Boży, czy gdziekolwiek indziej. Powinienem raczej przybliżyć się do któregoś z centrów pracy starych Kościołów i ich organizacji bez obrażania żadnej z grup, z którymi byłem sprzymierzony. Coraz jaśniej widziałem, że oznacza to Nowy Jork.

Zmierzając w tym właśnie kierunku zrezygnowałem ze stanowiska w Lee College i za zgodą Anny przeniosłem się do Stanford, Connecticut. Pan był dla nas łaskawy, osiedliliśmy się w ładnym domu. Okolica była przyjemna, w niewielkiej odległości od olbrzymiej metropolii.

Pewnego dnia przeczytałem w gazecie, że dr John A. Mackay, prezydent Seminarium Teologicznego w Princeton, jeden z najbardziej szanowanych przywódców prezbiteriańskich w świecie, określił ruch zielonoświątkowy jako największe błogosławieństwo dla chrześcijaństwa w XX wieku. Było to mocne stwierdzenie. Ale ja byłem ostrożny. To przecież dr Mackay powiedział wcześniej, iż zielonoświątkowcy w Ameryce są „muchą w olejku protestantyzmu”. Zastanawiałem się nad jego prawdziwymi poglądami. Czyżby to były te otwarte drzwi?

Zadzwoniłem do niego w Princeton.

– Chciałem panu podziękować za miłe słowa pod adresem zielonoświątkowców. Kiedyś czytałem pana wypowiedź na ten temat i była ona nieco inna. Chyba pan zmienił zdanie.

Bez wahania szczerze odpowiedział:

– Tak, zmieniłem.

Powiedział, że wcześniej mylił się, przede wszystkim z powodu niewiedzy i niezrozumienia.

– No cóż – powiedziałem, gdy nasza krótka wymiana zdań zbliżała się do końca. – Jestem sekretarzem Światowej Konferencji Zielonoświątkowej i bardzo chciałbym się z panem spotkać i porozmawiać. Zaproszenie zabrzmiało serdecznie:

– Proszę przyjechać. Zjemy razem lunch i porozmawiamy.

Drzwi były otwarte.

Pojechałem do Princeton i szybko nawiązaliśmy przyjaźń, która trwa do dziś. Była to jedna z rzadkich i cennych relacji, w której obie strony całkowicie znają prawdę o sobie nawzajem – różnice i wszystkie inne – a jednak natychmiast jednoczą się w Duchu. Rady i prowadzenie dr Mackaya były nieocenione i bardzo pomocne, gdy ostrożnie zaczynałem iść ścieżką, którą wyznaczył mi Pan.

W kilka dni po spotkaniu z Mackayem Pan znów przemówił do mnie:

– „Jutro możesz iść do centrali Rady Kościołów”.

Oczekiwałem, że drzwi otworzą się szerzej. Miałem już wejście, ponieważ dr Mackay był dobrze znany w Światowej Radzie Kościołów. Miałem nadzieję na coś bardziej oficjalnego.

Przedstawiłem się dr Rosswellowi szukając w myślach jakiegoś usprawiedliwienia dla mojego najścia. Ale niepotrzebnie się martwiłem. Byłem zielonoświątkowcem – kuriozum. Cieszyli się, że widzą jednego z nich na własne oczy. Okazało się, że na pewno nie są olbrzymami. Nie mają ogonów i nie huśtają się na żyrandolach. Spędziłem z nimi cały dzień.

Niedługo po tym przyjechał do mnie sekretarz misji niewielkiej grupy Nowoangielskich Kościołów Zielonoświątkowych. Powiedział, że Pan przemówił do niego i jego braci. Ich misjonarze w Kenii i innych państwach wsch. Afryki mieli kłopoty. Nie chciano ich uznawać. Był to szczególnie trudny czas dla misjonarzy zielonoświątkowych w tej części Afryki. Ograniczano ich swobodę i żadna wpływowa organizacja nie mogła im pomóc. Pan kazał im zwrócić się o pomoc do mnie. Dodatkowych wyjaśnień nie było.

– Bili – powiedziałem ostrożnie -jedyne powiązanie, które może się przydać, to kontakt ze Światową Radą Kościołów. Pan musiał o tym wiedzieć. Czy masz coś przeciw temu?

– Nie wiedzieliśmy o tym – powiedział. – Wiem tylko tyle, że Pan kazał przyjść i skonsultować się z tobą. Jeżeli chodzi o mnie, to możesz robić co chcesz, byle tylko odniosło to skutek.

Udałem się więc do mojego przyjaciela dr Mackaya. Był przewodniczącym Międzynarodowej Rady Misyjnej, organizacji, z której wyrosła Rada Kościołów. Pierwsza organizacja miała charakter misyjny, Rada Kościołów stała się agencją pomocniczą. Mackay posłał mnie do Charlesa Ransona, sekretarza MRM.

– Wystarczy, by wasz ruch napisał oficjalny list o kłopotach we wschodniej Afryce i przekazał nam go wraz z rekomendacją.

Załatwiono to bardzo szybko. Ranson przesłał list i rekomendacje do biura Rady w Londynie, która z kolei przekazała to brytyjskiemu urzędowi kolonialnemu. Brytyjczycy przekazali sprawę do Kenii z rekomendacją, by oficjalnie uznać misjonarzy zielonoświątkowych i pozwolić im na prowadzenie pracy. Po dwóch miesiącach sprawa była załatwiona. Pogardzana Rada Kościołów pośpieszyła z pomocą braciom zielonoświątkowcom.

Kiedy podziękowałem dr Mackayowi za pomoc, zaproponował, bym skorzystał ze znajomości i odwiedził światową konferencję Międzynarodowej Rady Misyjnej w Niemczech. Spotkanie miało się odbyć tuż po Światowej Konferencji Zielonoświątkowej w Londynie. Nie byłoby kłopotu z pojechaniem do Niemiec. Zgodziłem się jednak ze strachem i obawą. Miało to być spotkanie głównych przedstawicieli Kościołów historycznych.

XVIII. REWOLUCJA

Leżąc w szpitalu, niezdolny do wykonania żadnego ruchu, bez pracy poza prowadzeniem korespondencji za pomocą dyktafonu z biura Paula Walkera, miałem mnóstwo czasu, by słuchać Pana. Paul i ja wiele rozmawialiśmy, ciągle na nowo zastanawiając się nad przyczynami wypadku. Dlaczego tak się stało?

Podczas mojego unieruchomienia miałem też wiele chwil wyciszenia. Była to chyba najdłuższa cicha modlitwa w całym moim życiu. Godzinami modliłem się za Annę i dzieci, za naszą przyszłość, o jedność wśród zielonoświątkowców, za zbliżającą się II Konferencję Światową w Paryżu, o zrozumienie proroctwa Wiggleswortha sprzed 12 lat. Jego słowa, które tak mną na początku wstrząsnęły, w miarę upływu lat bladły.

Tuż przed śmiercią Wiggleswortha miałem z nim ostatnią rozmowę. W czasie tych kilku minut, które spędziliśmy razem, powiedział do mnie:

– Mój bracie, nie miałem więcej słowa od Pana. Ale jestem całkowiecie pewien, że to, co objawił mi w Afryce, zbliża się i że ty odegrasz w tym główną rolę.

W szpitalu podczas jednej z modlitw o uspokojenie mojego ducha i umysłu Bóg zaczął ze mną rozmawiać. Modliłem się po cichu, by nie przeszkadzać Walkerowi. Zimowe niebo za oknem było szare. Skończyła się kolorowa jesień i ziemię przykrył śnieg.

– „Nadszedł czas spełnienia proroctwa Smitha Wigglewortha. Czas zacząć. Chcę, byś udał się do przywódców kościelnych”.

– „Panie, cóż ja mogę powiedzieć martwym Kościołom?”

– „Ja mogę wzbudzać z martwych”.

– „Ale, Panie, oni są wrogo usposobieni”.

– „Tak, lecz Ja nakazałem miłować wrogów”. Sprzeczałem się dalej:

– „Jak mogę miłować takich ludzi? Nie mogę pogodzić się ani z ich doktrynami, ani z ich praktykami”.

– „Będziesz musiał im przebaczyć” – powiedział Boży głos w moim wnętrzu.

– „Drogi Panie, jak mogę im przebaczyć, kiedy nie ma dla nich żadnego usprawiedliwienia?”

– „Nie kazałem ci ich usprawiedliwiać. Masz tylko przebaczyć. A jeśli przebaczysz, to będziesz miłował. Jeśli będziesz miłował, to zechcesz przeba­czyć. Wybieraj”.

Rozmowa się skończyła, ale walka dopiero się zaczęła. Zrozumiałem, jak niewiele wiem o przebaczeniu. W najbliższych dniach zmagałem się z Panem, uczyłem się, przeżywałem ból wewnętrznej rewolucji. W tej dziedzinie mojego życia musiał objąć władzę nowy król.

Leżąc tak w nocy przy zgaszonych światłach, gdy Paul spał, zrozumiałem, jak bardzo się myliłem. Oczekiwałem, że Jezus użyje mnie jako zielonoświąt­kowca, by wstrząsnąć Kościołami. Myślałem, że posiadając prawdę powiem im, w czym się mylą, potrząsnę nimi w sprawiedliwym gniewie. Ale Pan powiedział mi: „To nie tak. Przebudzenie nastąpi, jeżeli przebaczysz. Jeśli będziesz walczył, nic się nie stanie”.

W tym czasie Pan często odsyłał mnie do 13 rozdziału l Listu do Koryntian, do najpiękniejszych słów napisanych kiedykolwiek na temat miłości. Czytałem, modliłem się i myślałem: „Czy to może być prawda?” Miłość jest tak ważna, że nam, zwykłym istotom ludzkim, trudno to pojąć. Ważniejsza jest niż mówienie do Boga językami. Ważniejsza od rozmowy z Bogiem. Ważniejsza niż uzdrowienia, niż przenoszenie gór wiarą. „Czy to może być prawda?” Jest ważniejsza niż oddanie życia w imię sprawiedliwości społecznej. Ważniejsza jest niż życie pełne poświecenia, ważniejsza niż służba kaznodziejska. Bez miłości nic nie ma znaczenia. „Czy to może być prawda?”

W pokoju o zielonych ścianach, białym suficie, wśród odleżyn i basenów, podczas nie kończących się godzin, Pan powiedział: „Musisz kochać tych, którym posługujesz. Nie posługuj nikomu, jeśli go nie kochasz”.

Przypomniało mi się życie Teddy Hodgsona. Teddy był wspaniałym

człowiekiem, Anglikiem, który udał się do Afryki jako misjonarz. Poświęcił swoje życie, w ścisłym tego słowa znaczeniu. Razem z innym misjonarzem zielonoświątkowym zginął z rąk kanibali z Zairu. Wiem, że kochał ich aż do śmierci.

Pamiętam, że gdy przybył jako misjonarz, tubylcy od razu go pokochali. Wkrótce setki ludzi oczekiwały w słońcu, by wyszedł do nich i posługiwał im. Przychodzili do niego pokazując mu rany i choroby. Nie będąc lekarzem, Teddy zakładał prowizoryczne opatrunki i modlił się za nich. W spokoju i w ciszy działy się cuda. Ludzie byli uzdrawiani i oczywiście tłumy rosły. Nie mógł się nigdzie ruszyć. Od świtu do nocy posługiwał biednym ludziom. W końcu stan jego zdrowia tak się pogorszył, że musiał wrócić do kraju, by odpocząć. Żegnając się powiedział wszystkim zasmuconym, że przyjedzie prawdziwy lekarz, brat w Panu, który będzie mógł zrobić dla nich o wiele więcej. I odjechał.

Przybył nowy człowiek i podjął tę samą pracę. Oferował ludziom fachową pomoc medyczną. Pierwszego ranka Afrykańczycy przybyli tłumnie. Następ­nego dnia było ich mniej. Następnego jeszcze mniej, aż wreszcie po tygodniu znikli wszyscy. Lekarz był zadziwiony. Gdzie popełnił błąd?

Zapytał afrykańskiego ewangelistę, gdzie podziali się ludzie. Ten odpowiedział: – Nie wiem.

Jeśli Afrykańczyk mówi „Nie wiem”, „Zapomniałem”, można od razu zrezygnować z dalszego pytania. Gdy mówi „Zapomniałem”, wierzy, że Bóg wyjął to z jego umysłu, źle byłoby przypominać sobie. Jest to dobra wymówka w każdej sytuacji. Kiedy mówi „Nie wiem”, oznacza to naprawdę, że nie chce powiedzieć i nie zrobi tego. Ale lekarz nie znał niuansów mowy krajowców. Po kilku dniach zapytał znów:

– Powiedz mi.

– Jeśli ci powiem, obrazisz się.

– Nie – odparł lekarz.– Nie mogę się obrazić. Jestem dzieckiem Bożym. Ewangelista w końcu ustąpił.

– Pytałem, jak idzie twoja praca. Ludzie odpowiedzieli tak: „Pierwszy misjonarz służył nam w miłości. Lekarz nas nie kocha. Służy nam z poczucia obowiązku, bez miłości”.

– Ale jak mogą to stwierdzić?

Ewangelista wahał się przez chwilę i powiedział cicho, ze smutkiem:

– Patrzyli w okna twojej duszy i zobaczyli obowiązek, a nie miłość. U tamtego widzieli tylko miłość. On ich kochał.

Bardzo proste i praktyczne zrozumienie tego, co Bóg uczynił w moim życiu przez wypadek, nastąpiło kilka miesięcy później, w czasie przygotowań do procesu pomiędzy firmą ubezpieczeniową, firmą kolejową a Paulem i mną. W rezultacie procesu przyznano mi 10 tyś. dol. odszkodowania, z czego jedna trzecia poszła na opłacenie reprezentującego mnie prawnika. Powiedziano mi, że powinienem otrzymać o wiele więcej, ale nie chciałem ciągnąć procesu i tracić pieniędzy na koszta rozprawy. Co więcej, powiedziano mi, iż wyzdrowiałem tak szybko – w cudowny sposób – że w chwili procesu nikt nie miał dla mnie współczucia. Istotną częścią rozprawy były przygotowania. Każda ze stron powołała chirurga, ortopedę i psychiatrę, by mnie zbadali. Naciskałem na mojego prawnika, by psychiatra był chrześcijaninem, inaczej nigdy mnie nie zrozumie. Znalazł dobrego chrześcijanina, który zgodził się zająć tą sprawą.

W dniu badania, po kilku godzinach rozmowy, powiedziałem do niego:

– Zapytał mnie pan o wszystko oprócz daty mojej śmierci. Musiał pan wyciągnąć jakieś wnioski. Jaki wpływ wywarł na mnie wypadek? Uśmiechnął się i zastanawiał przez chwilę.

– Dojrzał pan duchowo i zwolnił tempo.

– A jakie będą tego skutki?

– Nie będzie pan tak wymagający, przede wszystkim wobec siebie, a także wobec innych ludzi. Nie będzie już pan takim perfekcjonistą.

– Tak – powiedziałem po chwili. – O to prosiłem Pana, aby mnie przygotował do służby, do której mnie powołał. Byłem na tyle głupi, by powiedzieć: „Panie, uczyń to, nawet gdybyś miał mnie złamać”. I Bóg mnie złamał.

Uśmiech na twarzy lekarza rozszerzył się. Pokiwał głową.

– Ale – dodałem pośpiesznie – nie zranił mnie.

I była to prawda. Kiedy lekarze badali mnie i pytali, jak znoszę ból, odpowiadałem szczerze:

– Nie czułem bólu.

– Co? – zapytał ten, który nastawiał mi nogę. – No, panie kaznodziejo, nie wie pan, dokąd idą kłamcy?

– Wiem, ale ja tam nie pójdę. Nie odczuwam bólu.

Psychiatra dostrzegł skutki wypadku. Mój charakter, moja natura została zmieniona. Wszedłem na drogę miłości i przebaczenia – dwa słowa tak popularne w żargonie chrześcijańskim.

Są to słowa, od których zależy pełnia życia. Miałem poznać prawdę słów Pana z Ew. Marka 11,24-25: „Dlatego powiadam wam: Wszystko, o cokolwiek byście się modlili i prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie, a spełni się wam. A gdy stoicie i zanosicie modlitwy, odpuszczajcie, jeśli macie coś przeciwko komu, aby i Ojciec wasz, który jest w niebie, odpuścił wam wasze przewinienia”.

Trochę później nastąpiła przełomowa rozmowa z Panem.

– Panie, moje modlitwy zmierzają donikąd. Nie otrzymuję odpowiedzi. Nie mam dosyć wiary. Proszę, daj mi dar wiary.

– „To nie jest kwestia wiary. Dostrzegam wiarę nawet gdy jest mała jak ziarno gorczycy. Nie, to coś innego. A gdy stoicie i zanosicie modlitwy, odpuszczajcie, jeśli macie coś przeciwko komu. Dlatego nie otrzymujesz odpowiedzi na modlitwy. Masz wiele przeciwko wielu”.

I podobna lekcja z Mt. 18,18: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Cokolwiek byście związali na ziemi, będzie związane i w niebie”.

Po tylu latach miałem się wreszcie dowiedzieć, co to znaczy. Przez mój osąd osoby mogłem związać ją w stanie, w którym pragnąłem odmiany. Przez brak przebaczenia stałem na przeszkodzie Duchowi Świętemu. Nie mógł przekonać tej osoby i pomóc jej.

Ustępując z pozycji osądzania wcale nie stwierdzam: ,,On ma rację, ja się mylę”. Przebaczenie oznacza: „On może się jak najbardziej mylić, ale nie jestem sędzią”. Oznacza to, że już nie związuję żadnej osoby na ziemi. Oznacza to, że wstrzymuję się od sądu.

Było to trudne, ale potem nastał pokój. Pan ukazał mi, że jestem skłonny do osądzania. To blokowało moją efektywną służbę wśród tych, o których myślałem, że są w błędzie.

– „Nie przebaczasz – stwierdził jasno. – Jesteś oskarżycielem. Ja chcę, abyś był obrońcą”.