O CZYM WARTO ROZMAWIAĆ?

Artykuł jest odpowiedzią na polemikę:
KRZYSZTOF JANKOWIAK – ZAGUBIONY KATOLICYZM?


Pan Krzysztof Jankowiak, rzecznik prasowy Ruchu Świtało-Życie, zabrał głos w sprawie artykułu Przyjąłem Jezusa i narodziłem się na nowo! Fakt ten cieszy redakcję Serwisu Apologetycznego, gdyż wywołanie dyskusji było celem, jaki przyświecał przy jego zamieszczeniu. Jako przedstawiciel redakcji oraz tym bardziej jako autor tego artykułu cieszę się również. Moja radość byłaby jeszcze pełniejsza, gdyby dyskusja potoczyła się w kierunku postawionych przeze mnie pytań. Tak się jednak nie stało. Rzecznik skłania się raczej w kierunku dyskusji na tematy… przeze mnie nie poruszone.

Zobaczmy, jak wygląda mój artykuł widziany oczami p. Jankowiaka.

Najpierw tekst oryginalny (A. Siemieniewski):

„Pytania nasze będą dotyczyć nawet tylko kilku pierwszych dni rekolekcji oazowych, gdyż wtedy to «przyjęcie Jezusa» najbardziej wyraźnie pojawia się w programie […]. Nauczanie o skutkach nowego narodzenia nie odwołuje się na tym etapie do uświadomienia sobie skutków chrztu: odwołuje się do uświadomienia sobie skutków «osobistego przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela». Mogłoby powstać wrażenie, że chrzest jest raczej drugorzędnym tematem przy omawianiu nowego narodzenia”.


A teraz tekst widziany oczami p. Jankowiaka:

Chrzest jest drugorzędnym tematem – stwierdza ks. Siemieniewski. […] ani słowem nie wspomina, że na oazie I stopnia ma miejsce odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych! Odbywa się ono wieczorem X dnia rekolekcji podczas nabożeństwa nawiązującego do Wigilii Paschalnej. Odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych jest jednym ze szczytów dni oazy I stopnia […] Również nie przeczytamy nic na temat nabożeństwa światła i wody. Odbywa się ono w czwartym dniu (dniu przyjęcia Jezusa jako Pana i Zbawiciela!), kończy się procesją z zapalonymi świecami do figury Matki Bożej i źródła. Nie mówi się tam wprawdzie wprost o chrzcie, ale nawiązanie do symboliki chrzcielnej jest oczywiste.

Czy te uwagi są słuszne? Przypomnijmy sobie, że w tekście wyjściowym stawiam sobie za zadanie omówienie kilku pierwszych dni rekolekcji I stopnia. Zatem nic dziwnego, że nie opisuję, co dzieje się w X dniu rekolekcji (ani na rekolekcjach II i III stopnia). Podjąłem temat nauczania o nowym narodzeniu na rekolekcjach oazowych. A to nauczanie jest omawiane głównie w kilku pierwszych dniach rekolekcji I stopnia. Piszę o nauczaniu o nowym narodzeniu, gdyż to właśnie jest temat, który moim zdaniem wart jest poruszenia.

Zadanie rzecznika to ustosunkowanie się do tekstu, a nie unikanie zajęcia stanowiska. Pytam więc:

– Czy to prawda, że czytając materiały do pierwszych kilku dni rekolekcji oazowych I stopnia, przy omawianiu nowego narodzenia odnosi się wrażenie że chrzest jest pierwszorzędnym czy raczej drugorzędnym tematem? (Może jest tak, może inaczej – to właśnie jest problem).

– Czy omawiając nowe narodzenie w czasie tych kilku pierwszych dni, wskazuje się w pierwszym rzędzie na sakrament chrztu jako czas nowego narodzenia, czy też raczej czasem nowego narodzenia jest modlitewne przyjęcie Jezusa jako Pana i Zbawiciela? (Może jest tak, może jest inaczej – to właśnie jest pytanie).

Jak pisze p. Jankowiak: podczas Eucharystii odprawionej wieczorem [IV dnia] następuje szczególne wyakcentowanie Komunii św. Problemem jednak nie jest piękno nabożeństw oazowych (w tym się zgadzamy – inaczej po co bym jeździł na oazy?), ale oazowa nauka o nowym narodzeniu: czy z materiałów dowiemy się, że owa Komunia jest momentem nowego narodzenia, czy też, że momentem nowego narodzenia jest uprzednie modlitewne przyjęcie Jezusa jako Pana?

P. Jankowiak pisze: Wypada jeszcze dodać, że temat chrztu wraca w toku dalszej formacji – na II stopniu jest nabożeństwo Paschy wprost oparte na Wigilii Paschalnej, również z odnowieniem przyrzeczeń chrzcielnych. Szczytem formacji jest Triduum Paschalne przeżyte w formie rekolekcyjnej. O chrzcie mówi również pierwszy dzień oazy III stopnia. Tak wygląda ów „drugorzędny” czy „pominięty» sakrament.


Wartości nauki o chrzcie II I II stopnia są nie do podważenia. Byłem nieraz na II i III stopniu oazy. Problem polemiki jest jednak dzisiaj inny: jaka jest nauka materiałów I stopnia o nowym narodzeniu? Kto nie jest, a kto jest nowo narodzonym chrześcijaninem? Czy ochrzczony katolik może nie być narodzony na nowo? Czy uczy się, że nowe narodzenie następuje podczas modlitewnego przyjęcia Jezusa jako Pana? Jeśli tak, na jakiej podstawie się tak uczy? (to są problemy podniesione w tekście).

P. Jankowiak pisze:

W przechodzeniu do tzw. wolnych kościołów uczestniczy nadspodziewanie dużo osób, które przeszły formację oazową – pisze ks. Siemieniewski. Czy teza ta jest poparta jakimiś badaniami? Czy też jest wyłącznie świadectwem wrażeń i odczuć autora? Teza ta powinna więc być dobrze udokumentowana – jeśliby okazała się błędna, całe dalsze rozumowanie jest zbędne.

Moje dalsze rozumowanie nie wynika z tezy o odchodzeniu z Kościoła nadspodziewanej liczby osób. Ta teza, jakkolwiek niezmiernie ważna i podnoszona gdzie indziej, w tym artykule jest tylko elementem wstępu dla zaciekawienia czytelnika. Dalsze rozumowanie wynika z analizy tekstów biblijnych i materiałów oazowych. Może ta analiza jest poprawna, może nie. Ale jedno jest pewne: mogłaby się znakomicie obyć bez tezy o odejściach. Wspomniane „dalsze rozumowanie» to stanięcie przed problemami:

– Czy praktyka osobistego przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela wynika wprost z Biblii? Jest to problem niezależny od tego, ile osób z oazy odeszło do wolnych kościołów.

– Dlaczego utożsamia się ową praktykę z biblijnymi „nowymi narodzinami»? Czy teksty Biblii to usprawiedliwiają? To również jest problem niezależny od późniejszych losów oazowiczów.

Nie da się uciec od problemu, wskazując w tekście na brak udokumentowania sprawy dla tego tekstu nieistotnej. Problemem jest pojęcie nowego narodzenia: czy Biblia uczy, że nowe narodzenie następuje przy modlitewnym przyjęciu Jezusa jako Pana i Zbawiciela?

P. Jankowiak pisze:

W przechodzeniu do tzw. wolnych kościołów uczestniczy nadspodziewanie dużo osób, które przeszły formację oazową – pisze ks. Siemieniewski. Brak źródła tego twierdzenia jest poważnym brakiem, właściwie dyskwalifikującym cały tekst.

Nie ma potrzeby, by odwoływać się do źródeł w sprawie dla tekstu marginalnej. Do źródeł odwołałem się w istotnej sprawie omawianej w tekście. Tą sprawą istotną jest nowe narodzenie, a źródłami są materiały oazowe i Pismo Święte. Może odwołałem się do tych źródeł poprawnie, może nie. Ale nie mówimy o tekście na temat liczebności odejść z oazy od katolicyzmu. Temat tekstu jest inny: nauka o nowym narodzeniu w materiałach do pierwszych kilku dni rekolekcji oazowych I stopnia.

Do spisanych refleksji na temat odejść z Kościoła katolickiego zawsze warto sięgnąć. Szczególnie mając dostęp do źródła najważniejszego w całej Polsce i najlepiej poinformowanego na temat dużej lub małej liczebności odejść oazowiczów z Kościoła: mamy przecież do czynienia z samym Rzecznikiem Ruchu. Jeśli kiedyś będziemy dyskutować na temat liczebności odejść z oazy do nowych kościołów ewangelikalnych, to chętnie do tego wrócę. Ale to później.

Na razie problem jest inny, i to jasno sformułowany: czy materiały oazowe nauczają w kilku pierwszych dniach I rekolekcyjnego stopnia, że według Biblii nowe narodzenie następuje przy modlitewnym przyjęciu Jezusa jako Pana i Zbawiciela? Jeśli tak, to czy nie wymaga to korekty? Może tak, może nie. Właśnie o tym warto rozmawiać.

ODPOWIEDŹ NA ZARZUTY KRZYSZTOFA JANKOWIAKA

Przeczytawszy wypowiedź Rzecznika Ruchu Światło-Życie zarzucającą mi różnorodne przeinaczenia, w pierwszym odruchu spłodziłem sążnistą, 11 stronicową polemikę pracowicie przytaczając dowody i fakty na poparcie swojego tekstu.

Jednak ochłonąwszy uświadomiłem sobie (nie bez pomocy przyjaciół z Apologetyki), iż takie podejście dowiodłoby przedkładania dyskusji nad jej przedmiot. Można oczywiście wejść w schemat ‚dawania odporu na dawanie odporu’, donikąd to jednak nas nie zaprowadzi.

Co więcej, zdałem sobie sprawę, że nie powinniśmy z Panem Rzecznikiem występować po różnych stronach sporu, gdyż mimo pewnej różnicy zdań jesteśmy sojusznikami co do celów. Nie to bowiem jest ważne który z nas dowiedzie swojej wersji którejś z marginalnych przesłanek, ale sam problem -czyli czystość i skutki głoszonej nauki kerygmatycznej. Inaczej mówiąc tematem dialogu jest kerygmat w kursach ewangelizacyjnych (w tym wypadku : kerygmat w Ruchu Światło Życie).

Istotne zatem wydaje się aby nasza rozmowa skupiłaby się wokół odpowiedzi na następujące pytania (wierzę, iż są one także przedmiotem troski Pana Rzecznika) :

  1. Kerygmat w formie ‚Czterech praw’ – skąd pochodzi i (co dużo ważniejsze) czy jest zgodny z Prawdą, czy oddaje dobrze naukę Kościoła Katolickiego ? Czy reprezentuje podstawowe i najważniejsze Prawdy nauki o zbawieniu ?

  2. Czy w pierwszych, najważniejszych, ‚ewangelizacyjnych’ dniach Oazy zachowane jest prawdziwe (katolickie) spojrzenie na to czym jest i kiedy się rozpoczyna Nowe Życie ?

  3. Czy w programie ewangelizacji oazowej ‚oddanie życia Jezusowi’ zastąpiło w hierarchii ważności i w zakresie funkcji w życiu duchowym sakrament Chrztu Świętego ?


Zapraszam do wymiany myśli na ten temat.

pozdrawiam

Marek Piotrowski

ZAGUBIONY KATOLICYZM?

Polemika z artykułami o Ruchu Światło–Życie:
KS. ANDRZEJ SIEMIENIEWSKI – PRZYJĄŁEM JEZUSA I NARODZIŁEM SIĘ NA NOWO!
MAREK PIOTROWSKI – KERYGMAT W KURSACH EWANGELIZACYJNYCH
KS. ANDRZEJ SIEMIENIEWSKI – EWANGELIZACJA EKUMENICZNA? GARŚĆ CYTATÓW
TOMASZ DYĆ – ROZPRAWA KRYTYCZNA O ‚CZTERECH PRAWACH DUCHOWEGO ŻYCIA’


O serwisie „Apologetyka” gdzieś kiedyś słyszałem. Nigdy jednak do niego nie zaglądałem – w internecie jest wiele interesujących miejsc i po prostu nie da rady odwiedzić ich wszystkich. Nowe miejsca odkrywa się najczęściej w efekcie w ten sposób, że ktoś znajomy zwróci uwagę na jakiś serwis, na miejsce do którego warto czy trzeba zajrzeć.

Trochę podobnie było i tym razem – zwrócono mi uwagę na artykuły zamieszczone w „Apologetyce”, choć bynajmniej nie zachęcano do ich czytania a raczej wskazywano na konieczność ustosunkowania się do nich.

Przeczytałem wszystkie teksty zamieszczone w dziale „Gorące polemiki – Przyjąłem Jezusa i narodziłem się nowo”, zajrzałem też do analogicznego działu na forum. Natychmiast zwróciły moją uwagę liczne informacje o Ruchu Światło–Życie. Dyskusja nad formacją ruchu, do którego należę, z oczywistych powodów mogła mnie zainteresować. W Ruchu toczą się od dawna debaty nad formacją, ulega ona korektom, a na niektórych odcinkach bardzo istotnym zmianom. Spojrzenie osób stojących z zewnątrz może być ciekawe, inspirujące, nawet jeśli nie ze wszystkim mógłbym się zgodzić.

Artykuły na „Apologetyce” do takiej twórczej refleksji jednak nie pobudzają. Nie sposób podejmować jakiejkolwiek refleksji, gdy podczas lektury tekstu co chwilę natyka się na informacje o Ruchu, jego historii czy formacji, które są zwyczajnie nieprawdziwe. Dlatego moją wypowiedź muszę niestety zacząć od prostowania zawartych w artykułach informacji. Będą to po kolei informacje z tekstu Marka Piotrowskiego, wypowiedzi na forum Jacka Święckiego oraz artykułów ks. Andrzeja Siemieniewskiego i Tomasza Dycia,. Z góry zastrzegam, że ze względu na ilość sprostowań jestem w stanie wskazać tylko na fakty, nie dokumentując ich szczegółowo – o każdej sprawie można by napisać osobny spory artykuł. Zachęcam do sięgania do opublikowanych historii Ruchu Światło–Życie, również do dokumentów z początków Ruchu (znaczna część z nich jest opublikowana).

Marek Piotrowski przedstawia „Trochę historii Ruchu Światło–Życie”. Jakich to informacji się w nim dowiadujemy?

W 1978 roku udało się Ruchowi Agape przekonać władze Ruchu Światło-Życie do przekształcenia programu I stopnia oazy tak, by pierwsze dni przeżywane były według schematu ‚czterech praw”.

A naprawdę było tak: 8 grudnia 1975 roku papież Paweł VI wydał adhortację o ewangelizacji w świecie współczesnym „Evangelii nuntiandi”. Adhortacja ta stała się jednym z podstawowych dokumentów źródłowych Ruchu Światło–Życie, jedną z inspiracji do przebudowania programu formacyjnego, włączenia do niego treści ewangelizacyjnych. Drugą inspiracją były wydane przez Stolicę Apostolską w 1972 roku „Obrzędy chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych”, dokument przywracający w Kościele Katolickim katechumenat. Na tym dokumencie oparto formację w Ruchu Światło–Życie nazywając ją deuterokatechumenatem. I trzecią inspiracją były kontakty ekumeniczne z ruchem Agape, którego materiały rzeczywiście również wykorzystano. Zmiana programu formacyjnego nastąpiła w 1977 r. W książce Dariusza Cupiała, na którą Marek Piotrowski się powołuje, jest to wszystko dość dokładnie omówione. Jednak z artykułu na „Apologetyce” czytelnik nie dowie się ani o wpływie adhortacji „Evangelii Nuntiandi” ani o „Obrzędach chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych”. Pozostają „działania aktywistów protestanckich” jako jedyny powód zmian i jedyna inspiracja.

Pisze dalej Marek Piotrowski: „Niekiedy dokonywano pewnych zmian, aby ‚ochrzcić po katoliku’ program CCC – np. do ‚dziesięciu kroków Nowego Życia’ (Nie mylić z ‚czterema prawami życia duchowego’) wprowadzono temat ‚Kościół”.

To zdanie jest szczególnie bulwersujące. Przede wszystkim nie ma czegoś takiego jak „dziesięć kroków Nowego Życia”. Autorowi chodzi o „Kroki ku dojrzałości chrześcijańskiej”. Błąd w nazwie to jednak zupełny drobiazg w porównaniu z pozostałymi przekłamaniami.

„Kroki ku dojrzałości chrześcijańskiej” to nazwa programu formacyjnego wprowadzającego „Drogowskazy Nowego Człowieka” – zasady życia Ruchu Światło–Życie. Ani ten program ani „Drogowskazy” w ogóle nie wywodzą się z CCC! Podstawowym źródłem „Drogowskazów” jest „Nasz program” – wcześniejszy program dla lektorów, sformułowany w 1971 roku. Jest tutaj pewna inspiracja CCC – mianowicie ks. Blachnicki zaczerpnął stamtąd koncepcję całościowego spojrzenia na program jako na kroki ku dojrzałości (powtarzając niemal dosłownie nazwę używaną w CCC). I tylko tyle.

Znów trzeba odwołać się do książki Dariusza Cupiała, bowiem stamtąd Marek Piotrowski zaczerpnął zapewne swoje informacje. Jednak Dariusz Cupiał wprost pisze o tym, że przeszczepione zostały jedynie pewne elementy programu CCC. Co jednak szczególnie istotne, zestawia w tabelce kroki CCC i kroki ruchu oazowego (czyli „Drogowskazy Nowego Człowieka”).

Marek Piotrowski po prostu nie mógł nie zobaczyć, że różnice nie ograniczają się do „wprowadzenia tematu ‚Kościół”. W obu ruchach są zaledwie cztery takie same kroki (na dziesięć)! Nie było sposobu przeoczyć, że ruch oazowy na drugim miejscu ma „Niepokalaną”, że jest tam również „Liturgia”! Kroki identyczne jak w CCC to „Jezus Chrystus”, „Duch Święty”, „Modlitwa”, „Świadectwo”. Czy Marek Piotrowki chciałby podważyć katolickość któregoś z tych czterech kroków? Co więcej, w oazowym schemacie Niepokalana jest na drugim miejscu, przed Duchem Świętym. Jest to na pierwszy rzut oka mało poprawne również z katolickiego punktu widzenia (materiały formacyjne tłumaczą, dlaczego świadomie przyjęto taką kolejność). Samo zaś określenie „Niepokalana” jest zaczerpnięte z duchowości Maksymiliana Kolbego! Nie trzeba wiedzieć o bliskich związkach ks. Blachnickiego z Niepokalanowem, by skojarzyć choćby to, że określenia „Niepokalana” używają tylko katolicy. Zwraca zresztą na to uwagę Dariusz Cupiał.

Trzeba jeszcze dodać, że każdy z „Drogowskazów Nowego Człowieka” (czyli oazowych kroków) to tak naprawdę kilka zdań. Np. drogowskaz „Jezus Chrystus” brzmi: „Jezus Chrystus jest moim światłem i życiem oraz jedyną drogą do Ojca; przyjąłem Go jako Pana i Zbawiciela, oddałem Mu swoje życie, aby nim kierował”. I te zdania są już całkowicie inne niż w kroku „Jezus Chrystus” CCC. Podobnie jest w przypadku pozostałych kroków mających swoje odpowiedniki w obu ruchach. Również materiały formacyjne „Kroki ku dojrzałości chrześcijańskiej” nie są bynajmniej importowane z CCC – pierwsze sześć jest autorstwa ks. Blachnickiego, następne zostały opracowane przez inne osoby, częściowo po śmierci założyciela Ruchu Światło–Życie. Materiały zawierają nie tylko konspekty spotkań (do każdego kroku dwa), ale również nabożeństwa zaczerpnięte z „Obrzędów chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych”.

I jak się to ma do „programu CCC”, który został tylko „ochrzczony po katolicku” przez jedynie „wprowadzenie tematu Kościół”?

Ponieważ, jak wspomniałem, najistotniejsze informacje Marek Piotrowski mógł znaleźć w książce, na którą się powołuje (i naprawdę nie mógł ich nie znaleźć!), najłagodniejsze określenie jakie mi się w tym miejscu nasuwa to: świadome wprowadzenie czytelnika w błąd.

Idźmy dalej. Według D. Cupiała, protestanci wzięli na siebie odpowiedzialność w trzech obszarach, „treści kerygmatu, jego ujęcia w postaci materiałów formacyjnych, metod ewangelizacyjnych” czyli w praktyce za całość ewangelizacji.

Ten ostatni wniosek wyprowadza już Marek Piotrowski. Wnioskowanie dość ciekawe. Zdziwiłby się pewnie nieżyjący pierwszy moderator Centralnej Diakonii Ewangelizacji salwatorianin ks. Leszek Irek, że odpowiedzialnymi za całość ewangelizacji byli protestanci. Ale może książka wprowadziła w błąd? Usiłowałem znaleźć te „obszary” w pracy Dariusza Cupiała. Nie znalazłem – może przeoczyłem, choć starałem się czytać dokładnie i szukałem po kilka razy. Natomiast znalazłem tam takie zdania: „Protestanci przyjęli rolę nie tyle równorzędnego podmiotu wspólnej ewangelizacji z katolikami, ale pozycję wspierającą działalność ks. Blachnickiego i jego ruch”. „Mija się z prawdą również ten, kto w planie ewangelizacji widzi tylko elementy z ekumenicznego importu. Plan zawierał bowiem szereg elementów oryginalnych”. Dariusz Cupiał podkreśla inspiracje ekumeniczne bardzo mocno, protestuje przeciwko pomijaniu ich w niektórych publikacjach. Ale nie da się uczciwie wyciągnąć z jego książki wniosku, że za całość ewangelizacji odpowiedzialni byli protestanci – skoro pisze coś dokładnie przeciwnego.

Po wskazaniu protestanckich inspiracji w prowadzonej przez ruch oazowy ewangelizacji Marek Piotrowski stwierdza: Program oazowy przypominał teraz tłumaczenie „z języka protestanckiego” na „katolicki” – i miał cechy takiego tłumaczenia.

Za to, co program oazowy przypomina Markowi Piotrowskiemu, nie mogę odpowiadać. Mogę natomiast wyrazić zdziwienie, że takie skojarzenia w nim budzi program oparty na dokumencie wydanym przez Kongregację Kultu Bożego („Obrzędy chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych”). Trzeba podkreślić, że program oazowy wiernie odtwarza drogę wtajemniczenia opisaną w „Obrzędach”. Oczywiście, „Obrzędy” nie przewidują szczegółów formacyjnych. Popatrzmy w takim razie na te szczegóły. W pierwszym roku deuterokatechumenatu są to „Kroki ku dojrzałości chrześcijańskiej” – o ich źródłach piszę powyżej. Natomiast w drugim roku mamy kręgi liturgiczne oparte o czytania niedzielne! Trzeci rok to „Droga do wspólnoty” opracowana przez australijską wspólnotę Oblatów Maryi Niepokalanej. To ma być „tłumaczenie z języka protestanckiego”?

Materiały, w których znajdują się inspiracje protestanckie, w trzyletnim roku formacji obejmują nie więcej niż trzy miesiące (podaję ten czas już naprawdę maksymalnie biorąc pod uwagę wszystkie materiały, których można znaleźć choćby ślad inspiracji CCC – ewangelizacyjne, rekolekcyjne, postoazowe). Marek Piotrowski nie pisze jednak o tych tylko materiałach a o CAŁYM programie Ruchu. W każdym razie nigdzie nie wskazuje, aby czynił jakieś rozróżnienia, a uważam że jego zdania trzeba traktować ściśle – podobnie jak bardzo ściśle wszyscy autorzy „Apologetyki” traktują oazowe podręczniki dokonując rozbioru poszczególnych zdań czy analizy znaczenia poszczególnych wyrazów.

Kolejne twierdzenie Marka Piotrowskiego: V Krajowa Kongregacja Odpowiedzialnych (KKO) posunęła się do stwierdzenia: „Jesteśmy w sytuacji krytycznej, brak nam własnych kadr, więc w takiej sytuacji powinniśmy współpracować i brać to, co jest dobre”.

We wnioskach Kongregacji nie ma takiego stwierdzenia. I właściwie na tym powinienem zakończyć ustosunkowanie się do tej wypowiedzi autora. Znalazłem jednak zdanie, które Marek Piotrowski przytacza jako „stwierdzenie kongregacji”. Dariusz Cupiał mianowicie dość dokładnie opisuje kongregację, zamieszczając różne wypowiedzi, jakie na niej padły. Przytoczone zdanie jest fragmentem podsumowania pracy jednej z grup. Czyli zdanie wypowiedziane przez jakieś grono (a może tylko przez jedną osobę – podsumowania pracy w grupach sporządza się w ten sposób, by odzwierciedlały różnorodność wypowiedzi) Marek Piotrowski przedstawia jako wypowiedź całej Kongregacji. Nie zauważa przy tym żadnych innych głosów – np. wskazujących na konieczność rozwagi we współpracy ekumenicznej. Cóż, właściwie nic nie powinno mnie już dziwić.

Był taki moment, iż większość biskupów opowiadała się za zawieszeniem Ruchu Światło-Życie. To, że do tego nie doszło, Oaza zawdzięcza najprawdopodobniej wstawiennictwu jednego z biskupów.

To kolejny cytat z artykułu Marka Piotrowskiego. Wchodzimy tu właściwie w sferę plotek i domysłów. Nie jest tajemnicą, że ruch oazowy jako rzeczywistość nowa budził różne kontrowersje i nie wszyscy biskupi byli mu przychylni. Ale taka sytuacja, w której tylko „jeden biskup” wstawił się za ruchem ratując go w ten sposób? Któż miałby być tym „jednym biskupem”? Od razu nasuwają się DWIE kandydatury: kard. Wojtyła, z którym ks. Blachnicki bardzo ściśle współpracował i który był obecny podczas najważniejszych wydarzeń w powstającym ruchu oazowym i bp Błaszkiewicz, sufragan przemyski, delegat Episkopatu ds. Służby Liturgicznej, który z racji tej funkcji niejako reprezentował ruch oazowy wobec Episkopatu (oazy rozwijały się wówczas w ramach Duszpasterstwa Służby Liturgicznej), oficjalnie stając się delegatem również ds. Ruchu Światło–Życie. Jak się jednak okazuje, prawdziwa jest odpowiedź trzecia: w książce D. Cupiała znajduje się list bpa Władysława Miziołka do bpa Błaszkiewicza, w którym bp Miziołek ustosunkowuje się do zarzutów o „protestantyzacji” ruchu oazowego. Czyli to bp Miziołek miałby być tym „jednym biskupem”. Tyle, że – bp Miziołek był przewodniczącym komisji Episkopatu ds. Ekumenizmu. Gdy do Episkopatu wpłynęło opracowanie z zarzutami pod adresem ruchu oazowego, przekazano je do właściwej komisji. Odbyło się posiedzenie tej komisji, potem zaś na prośbę bpa Błaszkiewicza bp Miziołek wyraził pogląd na temat zasad współpracy ekumenicznej. Zawarty w książce list nie stanowi jakiegoś aktu wstawiennictwa „jednego z biskupów” tylko rozstrzygnięcie Kościoła hierarchicznego. Zrozumiałbym gdyby w ten sposób przedstawiono tę historię w jakiejś laickiej gazecie, nie rozumiejącej metod działania Kościoła. Ale tu podejmuje się krytykę Ruchu pod hasłem obrony katolickości!

Kolejne zdanie dotyczy kwestii pobocznej, niemniej dobrze ilustruje, na ile tezy Marka Piotrowskiego mają odbicie w rzeczywistości. Przekonanie o niemożności korekty programów bez udziału ks. Blachnickiego – zresztą potem podjęto starania wszczęcia procesu beatyfikacyjnego, więc nawet „nie wypadało” kwestionować jakiegokolwiek elementu zatwierdzonych przez niego rekolekcji.

Czytając tę wypowiedź i przypominając sobie wszystkie toczące się od lat dyskusje na temat zmian programu, mogę tylko już westchnąć. Oazowe programy formacyjne są przedmiotem korekt od wielu lat. Dokonywano ich już zresztą za życia ks. Blachnickiego (po jego wyjeździe na Zachód). Oczywiście – nie dokonuje się wielkich rewolucji, bo te programy są naprawdę dobre. W praktyce też okazuje się, że łatwo wskazywać niedostatki czy potrzeby zmian, natomiast przygotować jakąś rzeczywiście dobrą propozycję o wiele trudniej. Stąd też w ruchu oazowym często więcej jest mówienia o potrzebie zmian niż tych zmian rzeczywiście się przeprowadza. Niemniej podejście do programów Założyciela jest dokładnie przeciwne niż przedstawia to autor. Traktujemy je z ogromnym szacunkiem, ale jesteśmy otwarci na ich zmienianie. To właśnie jest zgodne z duchem ks. Blachnickiego zawsze otwartego na znaki czasu.

Teraz chciałbym odnieść się do pytania zadanego przez Jacka Święckiego na forum. Pytanie to rozpoczęło temat „Po co o. Blachnicki sprowadzał Amerykanów do Polski” (http://apologetyka.katolik.pl/forum/viewthread.php?tid=888). Dlaczego sakramenty przesunięto dopiero na drugi stopień? – pyta Jacek Święcki. Klasyczne pytanie zawierające założenie. Założenie to jednak – zwłaszcza w kontekście konsekwencji, jakie Jacek Święcki z niego wysnuwa – jest całkowicie nieprawdziwe.

Mówi się niekiedy, że na I stopniu jest spotkanie z Bogiem przez Słowo i modlitwę, na II przez liturgię, na III przez wspólnotę. Można tak przedstawiać program oazowy. Trzeba jednak pamiętać, że jest to jednak ogromne uproszczenie – wskazanie na pewne kierunki, mocniejsze akcenty. Program bowiem jest wielowątkowy, pewne tematy wracają na każdych rekolekcjach, niektóre zagadnienia są ciągle obecne. I tak jak na II stopniu jest jak najbardziej obecne Słowo Boże (głównym tematem rekolekcji jest przecież Księga Wyjścia!), tak na I stopniu są obecne sakramenty.

Po pierwsze – codziennie celebrowana jest Eucharystia. I jest ona celebrowana bardzo starannie, przygotowana, angażuje się w nią wszystkich. Eucharystia stanowi prawdziwy szczyt dnia. Jacek Święcki o Eucharystii wspomniał („codzienne uczestnictwo w pięknie celebrowanej Eucharystii”), zarazem jednak jasno dał do zrozumienia, że siłę oddziaływania Eucharystii uważa za niewielką – Eucharystia miała „wyrównywać braki”, jednak się to nie udało.

Cóż, dziwna to obrona katolicyzmu, która pomniejsza rolę Eucharystii. Rozumiałbym, gdyby msza św. była zepchnięta na margines, odprawiona niedbale, w pośpiechu – ale sam Jacek Święcki przyznaje, że jest odprawiana pięknie (i tak rzeczywiście jest). Czy naprawdę uważa, że większą siłę oddziaływania ma dyskusja na spotkaniu w grupie niż Eucharystia? Przecież już z czysto psychologicznego punktu widzenia, jeśli cały dzień się kręci wokół Eucharystii – bo trzeba przećwiczyć służbę, przygotować śpiewy, bo czasem dostanie się ochrzan za błędy w czasie służenia – to właśnie Eucharystia będzie o wiele mocniej oddziaływała. A poza psychologicznym spojrzeniem jest spojrzenie człowieka wierzącego – wierzącego w moc Chrystusa przychodzącego w Najświętszym Sakramencie.

Ale Eucharystia nie jest jedynym sakramentem obecnym na oazie I stopnia. Bardzo istotną rolę odgrywa spowiedź. Inaczej niż na wszelkich rekolekcjach, które spowiedzią się kończą, okazja do spowiedzi stwarzana jest już w dniu przyjazdu. Z bardzo istotnym uzasadnieniem. Rekolekcje mianowicie należy przeżywać w stanie łaski uświęcającej. Jest to „normalny stan życia chrześcijańskiego”, w tym stanie człowiek jest otwarty na Boga i może szczególnie doświadczyć owoców rekolekcji. Spowiedź wraca jeszcze parę razy, najważniejsza jest jej wspólnotowa celebracja w X dniu oazy. Warto podkreślić, że Ruch Światło–Życie jako pierwszy wprowadzał celebracje sakramentu pojednania w Polsce dokonując studyjnych przekładów nabożeństw. Od wielu lat są już one oficjalnie obecne w naszym kraju, ale śmiem twierdzić, że w praktyce są stosowane głównie na oazach.

I wreszcie trzecim sakramentem, o którym mowa jest na I stopniu, jest chrzest. Czy więc naprawdę można powiedzieć, że sakramenty „przesunięto na II stopień”?

Chwilę zwlekam z pokazaniem, jak chrzest umiejscowiony jest w oazie I stopnia. Chciałbym bowiem najpierw postawić pytanie: o czym autorzy (zwłaszcza ks. Andrzej Siemiewski i Marek Piotrowski) „zapomnieli” w swoich artykułach? Tak się bowiem jakoś składa, że artykuły zawierają nie tylko przekłamania, ale podają informacje dziwnie wybiórczo.

Zacznijmy więc od chrztu. Zarówno Marek Piotrowski jak i ks. Andrzej Siemieniewski wyrażają troskę o to, że program formacyjny skutkuje pomniejszeniem roli chrztu. Chrzest został sprowadzony do jednego z tradycyjnych, martwych i nieprzełomowych obrzędów – pisze Marek Piotrowski. Chrzest jest drugorzędnym tematem – stwierdza ks. Siemiewski. To tylko przykładowe zdania, na temat pomniejszania roli chrztu obaj autorzy piszą bardzo dużo.

Żaden jednak z nich ani słowem nie wspomina, że na oazie I stopnia ma miejsce odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych! Odbywa się ono wieczorem X dnia rekolekcji podczas nabożeństwa nawiązującego do Wigilii Paschalnej. Odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych jest jednym ze szczytów dni oazy I stopnia.

Również u żadnego z autorów nie przeczytamy nic na temat nabożeństwa światła i wody. Odbywa się ono w czwartym dniu (dniu przyjęcia Jezusa jako Pana i Zbawiciela!), kończy się procesją z zapalonymi świecami do figury Matki Bożej i źródła. Nie mówi się tam wprawdzie wprost o chrzcie, ale nawiązanie do symboliki chrzcielnej jest oczywiste.

Z kolei nabożeństwo światła i wody to nie jedyne pominięcie odnoszące się do IV dnia. Na temat przyjęcia Jezusa jako Pana i Zbawiciela obaj autorzy rozpisują się obszernie. Tyle, że można z ich tekstów dowiedzieć się nieco dziwnych rzeczy. Dla Marka Piotrowskiego przyjęcie Jezusa odbywa się w formie „paraobrzędu” czy po prostu „obrzędu”. To, że program rekolekcji żadnego obrzędu nie przewiduje, to zupełny drobiazg. Ks. Siemieniewski pisze natomiast, że przyjęcie Jezusa odbywa się podczas osobistej modlitwy. Gdyby ktoś przeczytał tylko uwagi do Namiotu Spotkania (tak w Ruchu Światło–Życie nazywa się osobistą modlitwę), mógłby przyznać mu rację. Rzeczywiście proponuje się, by uczestnicy rekolekcji podczas modlitwy prosili o to, by Jezus był Panem ich życia. Tyle, że… na tym się nie kończy. Podczas Eucharystii odprawionej wieczorem, poprzedzającej wspomniane nabożeństwo światła i wody, następuje szczególne wyakcentowanie Komunii św. Jest specjalny komentarz, podejście do Komunii z zapalonymi świecami. O tym ks. Siemieniewski (i oczywiście Marek Piotrowski) nie wspomina ani słowem. Później zaś w toku dyskusji na forum dziwił się, gdy przytoczono „Uwagi w sprawie realizacji programu oaz rekolekcyjnych” – było tam napisane, że przyjęcie Jezusa jako Pana i Zbawiciela następuje w momencie przyjęcia Komunii św. Jakoś to nie pasuje do założonej tezy o protestantyzacji, prawda?

A nabożeństwo światła i wody kończy się przy figurze Maryi dlatego, że ona jest wzorem nowego człowieka, całkowicie oddanego Jezusowi. Przywołaniem wzoru Niepokalanej, która najpełniej przyjęła Jezusa, kończy się na oazie dzień przyjęcia Jezusa jako Pana i Zbawiciela! O tym również z żadnego artykułu nie możemy się dowiedzieć.

Wypada jeszcze dodać, że temat chrztu wraca w toku dalszej formacji – na II stopniu jest nabożeństwo Paschy wprost oparte na Wigilii Paschalnej, również z odnowieniem przyrzeczeń chrzcielnych. Szczytem formacji jest Triduum Paschalne przeżyte w formie rekolekcyjnej. O chrzcie mówi również pierwszy dzień oazy III stopnia. Tak wygląda ów „drugorzędny” czy „pominięty” sakrament.

O czym jeszcze autorzy „Apologetyki” nie piszą? Skoro kwestionują treść przekazu ewangelizacyjnego w Ruchu Światło–Życie, wydawałoby się oczywiste, że pokażą, jaki powinien być przekaz katolicki. Pokażą przez odwołanie się do mówiącego na ten temat dokumentu kościelnego czyli adhortacji „Evangelii nuntiandii”. Marek Piotrowski cytuje tę adhortację bardzo obficie, ale akurat tej kwestii w ogóle nie przywołuje. Nie czynią tego również ks. Siemieniewski ani Tomasz Dyć. A papież Paweł VI pisze: „Ewangelizować znaczy przede wszystkim świadczyć zwyczajnie i wprost o Bogu objawionym przez Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym; świadczyć że Bóg umiłował ten świat w Synu swoim, w Słowie Wcielonym dał wszystkim rzeczom istnienie a ludzi powołał do życia wiecznego (…) Ewangelizacja będzie zawsze zawierać – jako fundament, centrum i szczyt całego swego dynamizmu – także to jasne stwierdzenie: w Jezusie Chrystusie Synu Bożym, który stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał, ofiarowane jest każdemu człowiekowi zbawienie jako dar łaski i miłosierdzia Bożego” (n. 26, 27). Czy przypadkiem te właśnie treści nie są zawarte w „Czterech prawach duchowego życia”?

Dziwię się również, że ani ks. Siemieniewski ani Marek Piotrowski w ogóle nie wspominają, że podnoszone przez nich zarzuty i obawy były już przedmiotem badania Kościoła hierarchicznego. Wspomniałem o wypowiedzi bpa Miziołka, skądinąd dość ostrej w tonie wobec osoby, która zarzuty postawiła. Marek Piotrowski dokonał super ekwilibrystyki – wydarzenie, w którym Kościół potwierdził współpracę ekumeniczną Ruchu, przedstawił właściwie jako zarzut. A trzeba powiedzieć, że była jeszcze jedna wypowiedź na temat programu formacyjnego. Bp Tadeusz Błaszkiewicz jako odpowiedzialny za Krajowe Duszpasterstwo Służby Liturgicznej powołał komisję, w skład której oprócz niego weszli ks. Stanisław Nagy (obecny kardynał), o. Augustyn Jankowski i ks. Wojciech Danielski. Komisja dokonała przeglądu materiałów formacyjnych ruchu oazowego i udzieliła im swej aprobaty.

Oczywiście takie wypowiedzi nie są ostateczne, można się z nimi nie zgadzać. Jednak zupełne ignorowanie głosu Kościoła przez osoby, które głoszą, że bronią ortodoksji katolickiej, wydaje mi się nieco dziwne.

W tym momencie chciałbym bliżej przyjrzeć się artykułowi ks. Andrzeja Siemieniewskiego a dokładnie jego początkowi. W przechodzeniu do tzw. wolnych kościołów uczestniczy nadspodziewanie dużo osób, które przeszły formację oazową – pisze ks. Siemieniewski. Czy teza ta jest poparta jakimiś badaniami? Czy też jest wyłącznie świadectwem wrażeń i odczuć autora?

Jeśli były prowadzone jakieś badania, to wypadałoby je przytoczyć. Brak źródła tego twierdzenia jest poważnym brakiem, właściwie dyskwalifikującym cały tekst – jest to przecież jego teza wyjściowa, na której opiera się całe dalsze rozumowanie. Autor zaczyna przeglądać program oazowy dlatego, że „dużo osób, które przeszły formację oazową” przeszło do wolnych kościołów. Teza ta powinna więc być dobrze udokumentowana – jeśliby okazała się błędna, całe dalsze rozumowanie jest zbędne.

Trzeba podkreślić, że ks. Siemieniewski używa tutaj określenia „przeszli formację oazową”. To określenie ma swoją konkretną treść: oznacza osoby, które przeżyły oazę I, II i III stopnia oraz trzyletnią pracę w ciągu roku. Nie chodzi więc o osoby, które były tylko raz były na rekolekcjach albo jedynie chodziły na spotkania wspólnoty oazowej nigdy nie wyjeżdżając na oazę. Nie chodzi również o liczne osoby, jakie można spotkać zwłaszcza w większych wspólnotach – utrzymujące ze wspólnotami kontakty nieregularne, czasem bardziej towarzyskie, które o sobie mówią, że „są w oazie”, ale tak naprawdę formacji nie podejmują. Nie chodzi wreszcie o osoby z licznych zwłaszcza dawniej grup nie mających nic wspólnego z Ruchem Światło–Życie, które jednak nazywano (i same się nazywały) oazą na zasadzie nazywania oazą każdej przykościelnej grupy młodzieżowej. Jest dla mnie oczywiste, że autor jest w używanej terminologii precyzyjny – skoro sam analizuje oazowy podręcznik w ten sposób, że zwraca uwagę na znaczenie pojedynczych słów czy zdań, wychwytując nawet cienie różnych możliwych interpretacji.

Skoro ks. Siemieniewski używa tak precyzyjnego określenia, tym bardziej wypadałoby, by wskazał na jakich badaniach swoje twierdzenie opiera. Brak wskazania źródeł każe mi podejrzewać, że autor nie odwołuje się do żadnych badań. Dziwię się temu ogromnie, bo przecież ks. Siemieniewski jako pracownik naukowy niewątpliwie doskonale wie, że własne odczucia i wrażenia bywają zwodnicze i w żaden sposób nie można na nich się opierać.

Ks. Siemieniewski pisząc o przejściach byłych oazowiczów do wolnych kościołów stara się sprawić wrażenie obiektywnego – zwraca uwagę, że przejścia do innych kościołów zdarzają w każdym środowisku, że większość byłych oazowiczów przez całe życie wspaniale korzysta z daru wiary, którego zaczerpnęli niegdyś na rekolekcjach oazowych i spotkaniach Ruchu Światło-Życie. Ten obiektywizm jest jednak tylko pozorem. Zaraz bowiem dodaje: powinniśmy się spodziewać, że procentowy udział oazowiczów wśród tych osób będzie niższy niż generalnie w społeczeństwie, czyli nie za duży. A, jak twierdzi, tak nie jest.

Czy rzeczywiście tak nie jest? Jak pisałem, jest to całkowicie gołosłowne twierdzenie autora. Załóżmy jednak, że ma on rację. Warto zadać pytanie, dlaczego tak się dzieje – pisze dalej. Bardzo słuszne pytanie, jednak bez przeprowadzenia konkretnych badań skazani jesteśmy na domysły.

Ale oczywiście pewne refleksje można poczynić. Pamiętając rzecz jasna, że opieranie się na własnych odczuciach może być zwodnicze. Niemniej trudno autora uznać za obiektywnego, skoro natychmiast po postawieniu wskazanego pytania przechodzi oazowego do programu formacyjnego, pomijając okoliczności wręcz się tutaj narzucające.

Jaka jest mianowicie droga ludzi, którzy zmieniają wyznanie? U jej początku często są jakieś duchowe poszukiwania, wynikające z niemożności znalezienia się we własnym Kościele. Początkiem tych poszukiwań jest wejście do jakiejś grupy czy wspólnoty – zmiana kościoła jest wszak rzeczą poważną, ludzie niezadowoleni najczęściej jednak najpierw szukają jakiegoś miejsca we własnym Kościele.

Każdy, kto był czy jest w jakiejś dynamicznej wspólnocie, zauważa że wokół takiej wspólnoty kręci się wiele osób. Niby zaangażowanych, ale nie do końca. Ciągle stawiających trudne pytania, ciągle szukających. Będących potężnym wyzwaniem dla odpowiedzialnych i animatorów. Niektóre z takich osób udaje się związać ze wspólnotą na stałe, inne jednak odchodzą – do innej wspólnoty, innego ruchu. Potem jest jeszcze jedna wspólnota, jeszcze jedna. Niestety, na którymś etapie tej drogi jest zmiana kościoła, często też nie oznaczająca końca wędrówki.

Co to ma wspólnego z ruchem oazowym? Ano to, że kiedyś wspólnoty katolickie w Polsce to były głównie wspólnoty oazowe. I praktycznie każdy, kto jakoś szukał, o oazę się otarł. Niektórzy uczestniczyli w rekolekcjach, inni w pracy w ciągu roku, jeszcze inni przychodzili na otwarte spotkania (dni wspólnoty, spotkania modlitewne). Jeśli ktoś w swoich poszukiwaniach przeszedł przez kilka wspólnot, to wspólnota oazowa wśród nich raczej być musiała. Niewątpliwie nie jest żadnym powodem do chluby to, że nie udało się zatrzymać takich ludzi w Kościele (choć iluś pewno jednak zatrzymano). Niemniej gdy pytamy, dlaczego wśród członków innych kościołów są byli oazowicze, to jest to jeden z istotnych aspektów odpowiedzi.

I nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ks. Siemieniewski o tym nie wspomniał – skoro pytanie o przyczyny postawił. Nie mogę uwierzyć, że człowiek, który ma jaką taką orientację w polskim Kościele, nie zauważy, iż swoista „nadreprezentacja” byłych oazowiczów jest właściwie wszędzie. I wśród kapłanów, i wśród członków zgromadzeń zakonnych męskich i żeńskich, i wśród katechetów, i wśród członków rozmaitych innych ruchów i stowarzyszeń, również wśród członków Episkopatu! Jej przyczyną jest właśnie to, że kiedyś niemal każdy jakoś przez oazę przechodził. Daleko zresztą nie trzeba szukać – bodajże wszyscy autorzy krytycznych wypowiedzi na temat oazowej formacji na forum „Apologetyki” mają ją za sobą! Ale niestety drugą stroną tego pięknego medalu może być to, że byłych oazowiczów można znaleźć również wśród tych, którzy Kościół opuścili.

Na koniec zostawiłem sprawę, która muszę powiedzieć, nieco mnie ubawiła. Tomasz Dyć omawiając książeczkę „Czy słyszałeś o Czterech Prawach Życia Duchowego” pisze „Warto też nadmienić, że w ‚czterech prawach’ zauważone zostały pewne braki czy niezgodności z doktryną katolicką – co zaowocowało np.: zmianą sformułowań w ‚czterech prawach’ stosowanych w Ruchu Światło-Życie” – i tu odwołuje się (w przypisie) do strony internetowej Ruchu, dodając „Szczegółowe opisanie wszystkich korekt ‚czterech praw’ dokonanych w Ruchu Światło-Życie leży poza moimi możliwościami. Warto jednakże wiedzieć, że oprócz innego sformułowania ‚czterech praw’ zmieniono także sposób ich interpretacji”.

Gdy zorientowałem się, co znajduje się na stronie wskazanej przez Tomasza Dycia, wybuchnąłem śmiechem. Otóż jesienią 2003 r. na potrzeb internetowych stron Ruchu Światło–Życie opracowywałem „słownik” przedstawiający podstawowe i często używane oazowe pojęcia. Oczywiście znalazły się tam również „Cztery Prawa Życia Duchowego”. Przepisałem je z jakichś materiałów, które miałem pod ręką (nie pamiętam w tej chwili jakich), dokonując przy okazji korekty stylistycznej. Całość (były tam nie tylko „Cztery Prawa” ale i zdanie wprowadzające) podpisałem rzecz jasna swoim nazwiskiem.

Istota sprawy leży w tym, że nie ma jakiegoś jednego, powszechnie obowiązującego sformułowania „Czterech Praw Życia Duchowego”. To przecież nie są przykazania! Wiadomo, że pierwsze prawo mówi o Bożej miłości skierowanej do każdego człowieka, drugie o grzechu, który oddziela człowieka od Boga i nie pozwala doświadczyć tej miłości. Trzecie prawo mówi o Jezusie, który przyszedł na ziemię, aby zniszczyć skutki grzechu i przywrócić jedność z Bogiem. Czwarte prawo to wezwanie do przyjęcia Jezusa jako swego osobistego Pana i Zbawiciela. Taka jest ich treść, przekazuje się zaś ją różnymi słowami.

I nie jest to bynajmniej praktyka Ruchu Światło–Życie. W ten sposób „Cztery Prawa” funkcjonują przede wszystkim w Ruchu Nowego Życia. Mam z dawnych czasów książeczkę omawianą przez Tomasza Dycia. Ale obecnie Ruch Nowego Życia posługuje się nieco inną. Nosi tytuł „Przyjaźń z Bogiem”, przekazuje dokładnie te same treści, ale sformułowania są inne. Również same „Cztery Prawa” nie brzmią tak samo i nie jest to tylko kwestia ewentualnego wygładzania języka – choć oczywiście ich sens się nie zmienił.

Tak więc nie miałem pojęcia, że przywołując „Cztery Prawa” takich a nie innych materiałów dokonałem „zmiany sformułowań stosowanych w Ruchu Światło-Życie”. I że chodziło mi to, aby usunąć „niezgodność z doktryną katolicką”. Sytuacja niewątpliwie dla mnie zabawna, ale kompletnie nie odpowiadająca rzeczywistości.

Niestety – i to już nie jest zabawne – Tomasz Dyć znalazł się w pułapce stosując standardy przyjęte przez autorów „Apologetyki”. Standardy polegające na chwytaniu za słówka, dopatrywaniu się w tekstach drugich znaczeń, wszelkich potencjalnie możliwych interpretacji. To, że te interpretacje nikomu, poza autorami „Apologetyki”, do głowy nie przychodzą (zwłaszcza zaś nie przychodzą do głowy uczestnikom formacji), to już nie jest istotne.

Swoją drogą w nowej książeczce Ruchu Nowego Życia nie ma iluś sformułowań analizowanych krytycznie przez Tomasza Dycia. Przypuszczam, że autorzy dokonali zmiany kierując się jasnością przekazu, uznali że nowe sformułowania są lepsze, lepiej oddają to, o co chodzi. Normalne udoskonalenie opracowania, ciekawe jednak jakie ukryte znaczenia odkryliby autorzy „Apologetyki”.

Trudno mieć oczywiście pretensje do autora, że zwrócił uwagę na różnice sformułowań. Nie zmienia to jednak faktu, że wskazanie przezeń przyczyn tych różnic było wyraźnym nadużyciem. Tomasz Dyć nikogo o przyczyny różnic nie pytał, tylko po prostu je wymyślił – tak by mu pasowały do artykułu. Ciekawa metoda dowodzenia swoich racji. Chyba jednak nie za bardzo katolicka.

Tak przy okazji – Ruch Światło–Życie rozważa wprowadzenie nowego typu rekolekcji: oazy ewangelizacyjnej. Ewangelizacja na tej oazie nie będzie oparta na „Czterech Prawach Życia Duchowego”. Powód? Uczestnicy tych rekolekcji w toku dalszej formacji będą co najmniej dwa razy rozważać „Cztery Prawa” – i to w niedługim czasie. Chodziło więc o to, aby nie musieli powtarzać ich trzykrotnie. Niemniej jestem w stanie sobie wyobrazić owe „głębie uzasadnień”, gdyby ta oaza już była wprowadzona i gdyby któryś z autorów „Apologetyki” dowiedział się, że oto wprowadzono w Ruchu Światło–Życie ewangelizację, która nie jest oparta na „Czterech Prawach Życia Duchowego”.

Gdy przystępowałem do pisania tego tekstu, miałem szczery zamiar podjąć dyskusję z tezami autorów „Apologetyki”. Nie sądziłem jednak, że tyle miejsca (i czasu) zajmie mi samo prostowanie faktów i zwracanie uwagi na pominięcia. Trochę szkoda, bowiem wizja ewangelizacji, Kościoła, jego obecności w świecie jaką prezentują autorzy „Apologetyki” jest w istotnych miejscach rażąca inna od mojej. Byłoby więc o czym podyskutować. Jest to jednak, jak widać, temat na odrębny artykuł – tu trzeba poprzestać na sprostowaniach. Nieuchronnie jednak nasuwa mi się pytanie: czy gdyby tezy autorów były prawdziwe, trzeba by do ich wykazania uciekać się do aż takich manipulacji?

Krzysztof Jankowiak

ROZPRAWA KRYTYCZNA O ‚CZTERECH PRAWACH DUCHOWEGO ŻYCIA’

I. Wstęp, uwagi ogólne, cel artykułu

Tematem poniższej rozprawki jest książeczka pt. Czy słyszałeś o czterech prawach duchowego życia?, rozprowadzana w Polsce przez Ruch Nowego Życia (ponadwyznaniową organizację chrześcijańską), różne wspólnoty protestanckie, a także przez wiele katolickich wspólnot charyzmatycznych czy oazowych.

Poniższe rozważania są osobistymi przemyśleniami autora niepretendującymi do godności oficjalnej nauki Kościoła. Proszę ich nie traktować jako formę znęcania czy pastwienia się nad „czterema prawami” – jest to raczej próba pokazania niekatolickich wniosków mogących pojawić się po lekturze sztandarowej książeczki.

Cztery prawa duchowego życia zostały opracowane w 1956 r. przez Billa Brighta, protestanta, założyciela ruchu Campus Crusade for Christ (w Polsce Ruch Agape, obecnie Ruch Nowego Życia).

Cztery prawa życia duchowego stanowią jeden z elementów formacji Ruchu Światło-Życie (I stopień), a także są dosyć powszechnie używane przez katolickie wspólnoty charyzmatyczne jako podstawa ewangelizacji – pierwszego głoszenia, rozbudzania wiary u osób nowych – dopiero co trafiających do takich wspólnot. Pewną mutacją „czterech praw” jest kerygmat stosowany przez Szkoły Nowej Ewangelizacji i wspólnoty z nimi związane.

Poniższe rozważania mogą być przydatne dla osób z tych środowisk, dla których ewangelizacja poprzez głoszenie kerygmatyczne jest szczególnie bliska.

Książeczka pt. Czy słyszałeś o czterech prawach duchowego życia? najczęściej występuje w postaci spiętych zszywaczem szesnastu czarno-białych stron tekstu z kilkoma obrazkami, o wymiarach 10,5×7 cm. Na podanej stronie[1] organizacji Campus Crusade for Christ można obejrzeć polską wersję książeczki, do której to będę się odnosił.

Celem artykułu jest dokonanie krytycznej refleksji teologicznej z punktu widzenia nauki katolickiej oraz ukazanie różnych interpretacji „czterech praw życia duchowego”, które mogą pojawić się podczas lektury tejże książeczki, a które są niezgodne z doktryną katolicką. Należy pamiętać, że teksty ewangelizacyjne (a takim są „cztery prawa”) zawsze zawierają pewną warstwę teologiczną – jawną lub ukrytą, świadomą lub nie – która może być zgodna lub nie z doktryną katolicką.

Oczywiście, że życie jest bogatsze od wszelkich pomysłów – i niestety pewnie jest już wymyślonych więcej dziwacznych interpretacji niż te, które zaprezentuję. Ale cóż – mam nadzieję, że uświadomienie pewnych zagrożeń pozwoli ograniczyć nieortodoksyjność nauczania w katolickich wspólnotach oraz przede wszystkim pozwoli lepiej zrozumieć własną wiarę katolikom chcącym w ten sposób głosić Ewangelię.

Proszę o w miarę chłodne przyjrzenie się moim przemyśleniom – w niektórych momentach będę celowo stosował przesadę, aby lepiej zaakcentować myśl lub uwypuklić problem.

Oczywiście wiele zależy od osoby głoszącej daną treść oraz od osoby tę treść odbierającej – dlatego też czytelnicy mogą mieć zupełnie inne wrażenia po usłyszeniu czy przeczytaniu książeczki Czy słyszałeś o czterech prawach duchowego życia? Poniższa interpretacja jest oparta na moich osobistych przemyśleniach i doświadczeniach.

II. Analiza przesłania książeczki

Strona 1

Celem łatwiejszego zorientowania się, co jest cytatem z omawianej pozycji, a co moim komentarzem, cytaty zostały wyróżnione kursywą.

Strona pierwsza jest stroną tytułową, zawierającą tylko czarno-biały tekst tytułu Czy słyszałeś o czterech prawach duchowego życia?

Z pozostałych stron zostaną zacytowane tylko te teksty, które według mnie są warte komentarza lub mogą w prosty sposób prowadzić do niekatolickich wniosków teologicznych.

Strona 2

Obok praw fizycznych, które rządzą światem materialnym, istnieją także prawa duchowe, które regulują nasz stosunek do Boga.

Powstaje pytanie: Czy Prawo dane Mojżeszowi na Synaju to prawo fizyczne? Czy też prawo duchowe regulujące nasz stosunek do Boga? Bo o ile Dekalog i inne przepisy Prawa w Biblii można znaleźć, to cztery prawa przedstawiane w tej książeczce są pewną próbą interpretacji przesłania ewangelicznego, a nie samą Ewangelią.

Książeczka ta ma na celu przedstawienie owych praw duchowych. Należy więc zauważyć, że jest to próba wyciągnięcia „esencji” czy też „streszczenia” Ewangelii.


I. PRAWO PIERWSZE:
Bóg miłuje ciebie i ma dla twojego życia wspaniały plan.

Dobra wiadomość na początek. Warto zauważyć osobiste skierowanie się do czytelnika (ciebie, twojego). W opisie następnych praw zostało to zmienione na formy bardziej ogólne (ludzie, my, wszyscy).

(podane teksty biblijne należy w miarę możliwości czytać – łącznie z kontekstem – bezpośrednio z Pisma Świętego)

Czego też postaram się trzymać w dalszym ciągu rozważań.

Strona 3

O ile miłość Boża nie budzi moich wątpliwości, o tyle dalsza część dała mi sporo do myślenia…

BOŻY PLAN
Chrystus Pan mówi: "Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości (Chodzi tu o życie mające pełną wartość i cel) (Jan 10,10). Dlaczego jednak większość ludzi nie posiada życia w obfitości?

a) Co jest rozumiane pod pojęciem Bożego planu? Czym jest ów plan? Czy jest to równoznaczne z powołaniem?

Boży plan łatwo zrozumieć jako coś od nas niezależnego – w skrajnych przypadkach wpadającego wręcz w teorię predestynacji. Należy uważać, aby sformułowanie Boży plan nie zostało zrozumiane jako szczegółowy grafik mojego życia (skoro Bóg jest nieskończenie od nas inteligentniejszy – to Jego plan jest wykończony co do najmniejszego szczegółu), który muszę zaakceptować – ale właściwie nie mam na ten plan żadnego wpływu.

Czy jest to równoznaczne z powołaniem? Z powołaniem do świętości, które może być realizowane na wiele sposobów? Z powołaniem, które nie jest szczegółowym planem mojego życia, lecz bardziej pewną wizją na życie? Bardziej pokazaniem kierunku niż prowadzeniem za rękę? Z powołaniem, które może zostać zmarnowane – ale na miejsce którego kochający Bóg natychmiast daje następne?

b) Jak rozumiane jest życie? A już szczególnie życie w obfitości? Czy uprawniony jest dodany w nawiasie komentarz: Chodzi tu o życie mające pełną wartość i cel?

Podany cytat wraz z komentarzem łatwo zrozumieć jako odnoszący się do naszego ziemskiego życia (mającego wartość i cel) – do dobrobytu, samorealizacji, Bożego błogosławieństwa „w zamian za wiarę” itp. teorii dryfujących w stronę „ewangelii sukcesu”.

A co z perspektywą wieczną? Komentarz historyczno-kulturowy do Nowego Testamentu podaje dla wersetu J 10,10 następujące wyjaśnienie: „W żydowskiej potocznej frazeologii «życie» było skróconą formą zwrotu «życie wieczne», który oznacza życie w przyszłym świecie. Jedność z Jezusem pozwala doświadczać tego życia już obecnie”[2].

Widać wyraźnie, że podany przez książeczkę komentarz (Chodzi tu o życie mające pełną wartość i cel) jest pewną narzucaną (czy proponowaną) czytelnikowi interpretacją cytatu z J 10,10 (Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości).

c) Dlaczego jednak większość ludzi nie posiada życia w obfitości? – Jak to ocenić? Zobaczyć?

Pierwszym skojarzeniem życia w obfitości jest dziś życie w dostatku, które oczywiście można zaobserwować. I rzeczywiście, większość ludzi nie posiada takiego życia.

d) Dodatkowo wskazany werset może sugerować, że Boży plan, czyli życie w obfitości, realizowany jest dopiero od momentu przyjścia Jezusa („Ja przyszedłem […], aby owce miały życie”). Tak jakby wcześniejsza historia zbawienia nie wchodziła w skład Bożego planu.

Strona 4

Człowiek jest grzeszny i w konsekwencji oddzielony od Boga, dlatego też nie może znać ani przeżywać Bożej miłości i planu dla swojego życia.

a) Co oznacza nie może? Jest absolutnie głuchy na głos Boga i ślepy na jego znaki? Czy poganie nie mają sumienia? Czy Bóg nie daje im łaski? Oczywiście, że w innym stopniu ją przyjmują, ale czy na pewno nie mogą znać ani przeżywać Bożej miłości?

Jest to punkt, w którym chyba najwyraźniej widać, że „cztery prawa” zostały sformułowane przez protestanta. Jedną z różnic pomiędzy teologią protestancką a teologią katolicką (i prawosławną) jest określenie stanu natury człowieka po grzechu pierworodnym. Dla protestanta natura ludzką jest całkowicie zniszczona przez grzech pierworodny, wola człowieka jest zniszczona, cokolwiek człowiek czyni przed usprawiedliwieniem, jest grzechem – dlatego też może on powiedzieć, że poganin nie może znać ani przeżywać Bożej miłości. Dla katolika natura ludzka jest przez grzech pierworodny zraniona, osłabiona – ale nie zniszczona[3].

b) I jaki człowiek? Każdy? Dalsze wersety to sugerują, dodatkowo cała książeczka (przynamniej w Polsce) przeznaczona jest dla ludzi już ochrzczonych, mniej lub bardziej wierzących. A Ci ludzie są traktowani identycznie jak poganie. Czy chrzest nie ma tu żadnego znaczenia? Czy chrzest zmywa z nas grzech pierworodny, czy nie? Czy ja – katolik ochrzczony jako dziecko, po Pierwszej Komunii św., bierzmowaniu, szczerze chcący z Bogiem przeżywać moje życie – mogę znać i przeżywać Bożą miłość? Według mnie z tej książeczki wynika, że nie… przynajmniej dopóki nie przerobię jej dalej.

c) Cytat z Listu do Rzymian mówi o powszechności grzechu – natomiast nie mówi nic o tym, że grzesznik nie może znać ani przeżywać Bożej miłości. Widać więc, że podane objaśnienie jest pewną interpretacją czy raczej nadinterpretacją wskazanego wersetu biblijnego.

Strona 5

Tutaj obfite życie zostało pokazane jako coś innego niż życie dobre, uczciwe, kierujące się jakimiś zasadami etyki, filozofii lub religii. Wysiłki te przedstawione są jako nieskuteczne, co mogłoby czytelnikowi sugerować, że religia taka jak chrześcijaństwo jest nieskuteczna czy wręcz zbędna. Użyte sformułowanie dosięgnąć Boga i zdobyć mogłoby sugerować, że dobre, uczciwe życie czy religia to w zasadzie coś grzesznego – jako postępowanie egoistyczne (zdobyć coś dla siebie) i skierowanego przeciw Bogu (zdobyć coś na Bogu jako przeciwniku).

Natomiast powiązanie obfitego życia z Bogiem jest wyraźniejsze. Jednakże nadal brakuje perspektywy wiecznej.

Strona 6

Cytat z poprzedniej strony: Trzecie prawo daje nam jedyny sposób pokonania tej przepaści, wraz z treścią tej strony może doprowadzić do traktowania Chrystusa wyłącznie jako środka do celu, jakim jest pokonanie przepaści (np. Jezus jest Bożym rozwiązaniem).

Warto też zauważyć pozytywy:

  • akcentowane jest, że to przez Jezusa możemy najpełniej poznać Bożą miłość

  • zmartwychwstanie jest ujęte jako część zbawcza misji Jezusa.

Strona 7

Bóg przerzucił pomost nad tą przepaścią, która dzieli nas od Niego, przez posłanie swego Syna, Jezusa Chrystusa, aby umarł zamiast nas płacąc w ten sposób karę za nasze grzechy.

Tutaj mamy użycie sformułowania zamiast nas w miejsce sformułowania za nas. W polskich przekładach Pisma Świętego (Biblia Tysiąclecia, Biblia warszawska, Biblia gdańska) sformułowanie „zamiast nas” nie występuje, natomiast „za nas” jak najbardziej[4]. Nie potrafię powiedzieć, czy obie formy są równoprawne, jednakże użycie sformułowania „zamiast nas” może (aczkolwiek nie musi) prowadzić do rozumienia: „Jezus poniósł zamiast mnie należną mi karę, a skoro należną mi karą za grzech jest piekło (odłączenie od Boga) – to Jezus zamiast mnie poszedł do piekła”. Wygląda nawet logicznie i można by to rozumowanie poprzeć sformułowaniem z powszechnie znanego Credo („zstąpił do piekieł”). Oczywiście w Credo nie o takie rozumienie chodzi – warto chociażby zajrzeć do punktów 631-635 Katechizmu Kościoła Katolickiego[5].

Warto też zauważyć, że „Jezus umarł za nasze grzechy” (1 Kor 15,3) natomiast zdecydowanie nie umarł „zamiast naszych grzechów”. Podobnie Jezus może „wstawiać się” za nami (Hbr 7,25), ale nie może wstawiać się „zamiast” nas.

Jednakże nie wystarczy tylko intelektualna znajomość tych trzech praw…

Pozwolę sobie na żartobliwy komentarz: Oczywiście że nie! PRAWA trzeba przestrzegać! Bo nieprzestrzeganie prawa grozi karą, w tym przypadku wieczną… i gdzie tu Ewangelia łaski? Czy Dobra Nowina?

Czy Dobra Nowina polega na tym, że zamiast 613 praw Tory mamy teraz tylko 4 prawa do przestrzegania? Skoro znów mówimy o jakimś „prawie” i o tym, że człowiek musi się starać coś zrobić według prawa…

Strona 8

Wtedy dopiero możemy poznać i przeżywać Bożą miłość i Jego plan dla naszego życia.

Czyli wcześniej nie było to możliwe. Oczywistą sprawą jest to, że nasze zbawienie jest tylko w Jezusie i że bez Niego nie ma co mówić o zbawieniu. Ale przecież wierzymy, że także ci, którzy nie przyjęli Jezusa jako Zbawiciela (bo Go nie znali, np. Indianie przed odkryciem Ameryki czy Salomon, Noe i inni święci żyjący przed Chrystusem), właśnie dzięki Jezusowi mają szansę na zbawienie.

Musimy przyjąć Chrystusa.

Czy aby na pewno musimy? Czy jest to logiczny wniosek z podanego cytatu? Znów czytelnikowi jest narzucana pewna interpretacja cytatu biblijnego wcale z niego nie wynikająca.

Przyjmujemy Chrystusa przez wiarę.

Co oczywiście jest prawdą, ale czy podany cytat na pewno o tym mówi? Według mnie nie, a już w szczególności nie mówi, jak odbywa się to przyjmowanie przez wiarę. Książeczka sugeruje natomiast, że odbywa się to w pewien określony, dalej opisany sposób.

Jak widać, podane cytaty biblijne nie uzasadniają wprost głoszonych tez. Jak zauważymy przy dalszym czytaniu, niestety, ten mankament występuje w książeczce Czy słyszałeś o czterech prawach duchowego życia? bardzo często.

Strona 9

Aby uniknąć posądzenia, że staram się maksymalnie skrytykować omawianą książeczkę, stronę dziewiątą zostawię bez krytyki. A szczerze mówiąc, nie mam do niej żadnych zastrzeżeń. Nawet więcej – bardzo podoba mi się sformułowanie:

Przyjęcie Chrystusa zawiera w sobie: odwrócenie się od swego „ja” i nawrócenie się do Boga, pozwolenie Jezusowi na wejście do naszego życia, przebaczenie naszych grzechów i przekształcenie nas według Jego woli.

Jakbym czytał zachętę do sakramentu pojednania (pokuty)!:

  • odwrócenie się od swego „ja” – odwrócenie się od egoizmu i grzechu

  • nawrócenie się do Boga, pozwolenie Jezusowi na wejście do naszego życia – pójście do spowiedzi

  • przebaczenie naszych grzechów – jak najbardziej, właśnie to dokonuje się w tym sakramencie

  • przekształcenie nas według Jego woli – czyli cel życia chrześcijanina: być podobnym do Chrystusa.

Podobnie, za bardzo cenną uważam zachętę:

Nie wystarczy tylko rozumieć, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym i umarł za nasze grzechy. Nie chodzi też o religijne wzruszenia. Musimy przyjąć Jezusa Chrystusa przez wiarę, aktem naszej woli.

Niestety, moje własne doświadczenie wskazuje, że ta zachęta jest raczej nie zauważana. Rekolekcje czy kursy prowadzące do „przyjęcia Jezusa jak osobistego Pana i Zbawiciela” często prowadzone są w stronę „religijnych wzruszeń”. I kto wie, czy taka książeczka nie jest w tym przypadku lepsza niż kursy – z możliwością zastanowienia się, odczekania, aż emocje opadną, wielokrotnego wracania do treści celem przemyślenia, bez presji grupy itd.

Strona 10

Zamieszczone obrazki mogłyby sugerować, że po przyjęciu Jezusa od razu i na zawsze staje się On Królem i Panem mojego życia. A przecież zwykle jest to długi proces ciągłego nawracania się i tylko nieliczni mogą powiedzieć, że Jezus naprawdę króluje w ich sercu. Dobrze natomiast jeżeli obrazki zrozumiemy jako wyrażenie pragnienia, aby Jezus królował w naszym życiu.

Wciąż problematyczne sformułowanie Boży plan – z tekstu można by wywnioskować, że Boży plan to jakiś zewnętrzny względem mnie twór – wzorzec, ideał czy wręcz niezmienialne przeznaczenie, do którego muszę się dostosować, aby doprowadzić do harmonii (a skoro nie można zmienić Bożego planu, to aby zaistniała harmonia, trzeba zmienić siebie).

Dalsze uwagi wyjaśnią ci, w jaki sposób możesz przyjąć Jezusa Chrystusa jako osobistego Zbawiciela.

Zobaczmy więc, cóż to za sposób.

Strona 11

Jeśli tak, to módl się w tej chwili, w taki sposób a Pan Jezus – według swojej obietnicy – zamieszka w twoim życiu.

Należy uważać, aby domyślnym założeniem tego zdania nie stało się stwierdzenie: „Bóg nie mieszka w Twoim życiu”; czy też: „Do tej pory Bóg nie mieszkał w Twoim życiu”.

Na stronie tej podany jest też przykład modlitwy:

Panie Jezu. Potrzebuję Cię. Uznaje swoją grzeszność. Otwieram Ci drzwi mojego życia i przyjmuję Cię, jako swego Zbawiciela i Pana. Dziękuję Ci, że przebaczyłeś moje grzechy umierając za mnie na krzyżu. Proszę o Twoje kierownictwo w moim życiu. Uczyń mnie takim, jakiego mnie pragniesz.

– pięknej i wartej propagowania. Należy jednakże uważać, aby nie stała się ona jakąś magiczną formułką mającą moc zbawić człowieka przez samo wypowiedzenie. Jest to przecież tylko godna polecenia praktyka religijna, forma modlitwy zawierzenia w rodzaju Aktów wiary, nadziei i miłości, oddania się Sercu Jezusowemu, czy aktu zaufania Jezusowi wyrażonego w słowach: „Jezu, ufam Tobie”.

Należy uważać, aby ta czy inna formuła modlitewna nie stała się nagle celem samym w sobie, jakimś nadzwyczajnym środkiem zbawienia itd. Szczególnie poważnym błędem jest przedkładanie tego typu aktów pobożnościowych nad sakramenty.

Strona 12

Jak możesz upewnić się. że Jezus Chrystus zamieszkał w twoim życiu?

I znów podobne domyślne założenie – z tego zdania można wyciągnąć wniosek: Do tej pory Jezus Chrystus nie mieszkał w Twoim życiu. Warto też zauważyć, że „jednorazowe zamieszkanie Chrystusa w życiu” to nie jest to samo co „ciągłe królowanie Chrystusa w życiu” (do czego miały zachęcać obrazki z „kołami życia”).


Czy prosiłeś Jezusa Chrystusa, aby wszedł do twojego życia? Czy uczyniłeś to szczerze? Jeśli tak, to pamiętając o Jego obietnicy zawartej w Apokalipsie Jana 3,20 – gdzie On teraz jest w stosunku do Ciebie? Chrystus powiedział, że wejdzie do twojego życia.

Sprawdźmy jaka to Jego obietnica kryje się pod Ap 3,20 – którą to obietnicę po raz pierwszy książeczka przytacza na stronie 9 w następującej treści:

Chrystus Pan mówi: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną” (Ap 3,20).

Wydawać by się mogło, że wybrano dobry cytat biblijny do uzasadnienia stawianej tezy. Jednakże warto znać jego kontekst. Wybrany cytat pochodzi z części Apokalipsy zawierającej listy do Kościołów. Wszystkie te listy pisane są do chrześcijan, a więc do tych, do których życie Chrystus już wszedł. Jest to zachęta do nawrócenia dla „letniego” (czy wręcz „umarłego” – Ap 3,1) chrześcijanina, aby stał się radykalny. Nie jest to natomiast wezwanie skierowane do ludzi, w których życiu nie mieszka Jezus – co mogłyby sugerować poprzedzające (i następujące) ten fragment zdania książeczki.

Oczywiście można by założyć, że ten Jezus, który w życie chrześcijanina wszedł przez chrzest czy inne sakramenty – został z niego później „wygnany” przez grzech i człowiek znów jest poganinem – jednakże zdecydowanie nie jest to nauka katolicka (neguje chociażby „nieusuwalne znamię chrztu”[6].

Słowo Boże obiecuje życie wieczne tym, którzy przyjęli Jezusa Chrystusa jako osobistego Zbawiciela.

Mam wrażenie, że w omawianej pozycji (a także w powstałych na jej podstawie różnych mutacjach: rekolekcjach i kursach) nadużywane jest słowo osobistego. Tak jakby Jezus był „moim prywatnym zbawicielem”, a nie Zbawicielem świata. Może to szczegół, ale podobnie rozpatrywać możemy pytanie „Czy Jezus jest Zbawicielem?”. Odpowiedź jest oczywista: NIE, ponieważ: „Jezus jest JEDYNYM Zbawicielem” – „szczegół”, a jak może zmienić postrzeganie treści!

Dziękuj często Bogu za to, że Chrystus wszedł do twojego życia i nigdy cię nie opuści (Hbr 13,5).

Zdanie to (i kontekst) może sugerować, że to właśnie teraz Chrystus wszedł do mojego życia, a wcześniej Chrystusa w moim życiu nie było (albo mnie opuścił, co byłoby sprzeczne z tym, że mnie nigdy nie opuści). Dodatkowo podany werset z Listu do Hebrajczyków: „Postępowanie wasze niech będzie wolne od chciwości na pieniądze: zadowalajcie się tym, co macie. Sam bowiem powiedział: «Nie opuszczę cię ani pozostawię»” (Hbr 13,5); nie mówi nic o tym, że to właśnie teraz (przez tę modlitwę, wyznanie itd.) Chrystus wszedł do mojego życia. Znów została dokonana pewna daleko idąca interpretacja (jeśli nie nadużycie) cytatu biblijnego, dla potwierdzenia głoszonej tezy.

Możesz być pewien, że od tego momentu, gdy opierając się na Jego obietnicy zaprosiłeś Go, Chrystus mieszka w tobie i że masz już życie wieczne. On nigdy cię nie zawiedzie.

To zdanie wprost twierdzi, że:

  • wcześniej nie miałeś życia wiecznego

  • od tego momentu (przyjęcia Jezusa jako swojego osobistego Pana i Zbawiciela) masz życie wieczne.

Ciekawą kwestią jest, czy według tej książeczki można to życie wieczne utracić? Zdania Chrystus wszedł do twojego życia i nigdy cię nie opuści oraz Chrystus mieszka w tobie i że masz już życie wieczne. On nigdy cię nie zawiedzie mogłyby sugerować, że zbawienia nie da się utracić. Bo skoro „nigdy cię nie opuści” i „nigdy cię nie zawiedzie” to znaczyło by, że „Chrystus mieszka w tobie” na zawsze i „masz już życie wieczne” na zawsze. Bo czy można mieć życie wieczne bez Chrystusa? Albo nie mieć życia wiecznego z Chrystusem? Warto więc wiedzieć, że „nieutracalność zbawienia” nauką katolicką nie jest…

Strona 13

Strona ta jest następną bardziej przeze mnie chwaloną niż krytykowaną. Zawiera ona bardzo pożyteczną katechezę o zależności faktu, wiary i uczuć.

Warto jednakże zauważyć uwagi ks. A. Siemieniewskiego z artykułu Przyjąłem Jezusa i narodziłem się na nowo![7]

Strona 14

A teraz, gdy przyjąłeś Chrystusa

Według logiki tej książeczki – najważniejsze („akt przyjęcia”) już się dokonało. Teraz dochodzimy do wniosków z przebytej drogi – zobaczymy, jakie one są:

Z chwilą, gdy przyjąłeś Chrystusa przez akt wiary, w twoim życiu zaszło wiele zmian, a przede wszystkim:

  1. Jezus Chrystus zamieszkał w twoim życiu (Ap 3,20 i Kol 1,27).

  2. Grzechy twoje zostały przebaczone (Kol 1,14).

  3. Stałeś się dzieckiem Bożym (J 1,12).

  4. Zaczęła się w twoim życiu wielka przygoda, dla której Bóg cię stworzył i przeznaczył (J 10,10; 2 Kor 5,17; 1 Tes 5,18).

Ad 1. Może sugerować, że wcześniej Jezus nie mieszkał w moim życiu. Cytat z Apokalipsy, jak już wcześniej pokazywałem, wyrwany jest z kontekstu. Listy do Kościołów skierowane są do chrześcijan jako wezwanie do nawrócenia (wystarczy zobaczyć poprzedzający werset: „Bądź więc gorliwy i nawróć się” – Ap 3,19b), więc wymowa tego fragmentu jest sprzeczna z propagowaną wcześniej tezą. Bo albo jestem chrześcijaninem, jak podaje cytat (czyli Jezus już mieszka w moim życiu), albo też dopiero teraz zamieszkał, jak podaje książeczka (czyli w zasadzie dopiero teraz stałem się chrześcijaninem). Dużo lepszym wykorzystaniem wersetów Ap 3,19-20 jest wskazanie na konieczność „nawrócenia” przed „wieczerzą” (chociażby spowiedź przed Eucharystią). Następny wskazany cytat biblijny Kol 1,27 („Tajemnica ta, ukryta od wieków i pokoleń, teraz została objawiona Jego świętym, którym Bóg zechciał oznajmić, jak wielkie jest bogactwo chwały tej tajemnicy pośród pogan. Jest nią Chrystus pośród was – nadzieja chwały”) nic nie mówi o „zamieszkaniu Jezusa w moim życiu”, a już szczególnie nie mówi, kiedy i jak to się dzieje. Można by powiedzieć, że dokonuje się tu manipulacji na czytelniku, próbując mu zasugerować, że wskazany werset popiera postawioną tezę, mimo iż wcale tak nie jest. Albo autor książeczki liczył na to, że czytelnik nie będzie sprawdzał podanych cytatów (zwykle osoba obdarowana taką książeczką nie ma przy sobie Pisma Świętego), albo też dokona daleko idącej nadinterpretacji fragmentu Biblii, aby uzasadnić przeczytaną tezę.

Ad 2. Łatwo wyciągnąć wniosek, że to „przyjęcie Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela” (bo to właśnie według książeczki jest tym „przyjęciem Chrystusa przez akt wiary”) jest momentem w którym Grzechy twoje zostały przebaczone. Dokładny cytat z Listu do Kolosan (Kol 1,14) wygląda tak: „w którym [Jezusie] mamy odkupienie – odpuszczenie grzechów”. Czy podany cytat biblijny wspiera takie rozumienie? Według mnie nie – po raz kolejny dokonano nadinterpretacji cytatu. Dodatkowo wniosek z punktu 2 prowadzić może do zastąpienia spowiedzi na rzecz „aktu przyjęcia” czy też po prostu zdewaluowania znaczenia spowiedzi.

Ad 3. Stałeś się dzieckiem Bożym – co może sugerować, że wcześniej takowym nie byłeś. Gdyby tak było, to istotnie „akt przyjęcia” trzeba by uznać za radykalnie zmieniający życie, wręcz „jednorazowy” (bo czy można kilkukrotnie stawać się dzieckiem Bożym?). Co niestety może prowadzić do zdewaluowania znaczenia chrztu czy wręcz zastąpienia sakramentu tą pobożną praktyką. Wskazany werset: „Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego” (J 1,12); mówi co prawda o „przyjęciu” i „staniu się dzieckiem Bożym”, jednakże nie wynika z niego, że dokonuje się to jednorazowo właśnie w momencie „przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela”.

Ad 4. Sugeruje, że wcześniej (przed „aktem przyjęcia”) nie uczestniczyłem w tej przygodzie. Jednakże cytaty z Ewangelii Jana: „Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości” (J 10,10); oraz z Listu do Tesaloniczan: „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was” (1 Tes 5,18); niezbyt pasują do głoszonej tezy. Ponownie dokonana została nadinterpretacja tekstów biblijnych.

Natomiast cytat z Drugiego Listu do Koryntian („Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe” – 2 Kor 5,17) może wręcz sugerować, że „nowym stworzeniem” jestem właśnie teraz (po „akcie przyjęcia”). Co ciekawe, „nowym stworzeniem” jest ten, kto „pozostaje w Chrystusie – więc mamy tu do czynienia bardziej z pewną ciągłością (trwaniem) niż jednorazowym wydarzeniem. Dodatkowo z kontekstu można by odnieść wrażenie, że to właśnie teraz dokonało się „nowe narodzenie”, o którym mowa w trzecim rozdziale Janowej Ewangelii (rozmowa Jezusa z Nikodemem) – bo przecież dopiero teraz Zaczęła się w twoim życiu wielka przygoda, dla której Bóg cię stworzył i przeznaczył – czyli narodziłem się dla nowego, przeznaczonego mi przez Boga życia. Wniosek taki trudno uznać za ortodoksyjnie katolicki[8].

Wszystkie te wnioski można by odnieść przede wszystkim do chrztu. Zarówno zamieszkanie Jezusa w ochrzczonym, odpuszczenie grzechów, stanie się „dzieckiem Bożym”, jak i „nowe stworzenie” – jest skutkiem chrztu. Czy akt „przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela” ma porównywalną moc? Czy modlitwa zawierzenia się Jezusowi (w tej czy innej formie) ma takie skutki?

Strona przedstawiająca skutki „przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela” zawiera łącznie 7 odwołań do Biblii, z czego 7 (100%!) jest według mnie (w mniejszy lub większy sposób) „naciąganiem” treści biblijnych, aby uzasadnić głoszone tezy. Wszystkie wnioski przedstawiane przez książeczkę są dodatkowo „umocnione” następnymi zdaniami komentarza: Czy mogłoby zdarzyć się coś wspanialszego w twoim życiu, niż przyjęcie Jezusa Chrystusa jako osobistego Zbawiciela? Ponieważ opisane w książeczce skutki przyjęcia Jezusa Chrystusa jako osobistego Zbawiciela nie mają oparcia w podanych cytatach biblijnych, ciężko mi uznać, że jest to coś najwspanialszego, co mogło się zdarzyć w moim życiu.

Także zdanie: Czy chciałbyś w tej chwili podziękować Bogu w modlitwie za to, co dla ciebie uczynił?; sugeruje, że wskazane wyżej wnioski są jak najbardziej prawidłowe.

Strona 15

1. Codzienne przychodzenie do Boga w modlitwie (J 15,7).

2. Codzienne czytanie Pisma Świętego (Dz 17,11) – zaczynając od Ewangelii Jana.

3. Posłuszeństwo Bogu w każdej chwili życia (J 14,21).

4. Dawanie świadectwa o Chrystusie życiem i słowem (Mt 4,19; J 15,8).

5. Ufanie Bogu w każdej sprawie naszego życia (1 P 5,7).

Najpierw cytaty:

1. „Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni” (J 15,7).

Znów mamy sytuację, gdzie podany werset musi zostać poddany interpretacji, aby móc potwierdzić tezę. Czy w tym cytacie jest mowa o codziennym przychodzeniu w modlitwie? Dodatkowo podany cytat mógłby sugerować, że najważniejszą formą modlitwy jest prośba. Co więcej, literalne odczytanie tekstu mogłoby doprowadzić do wniosku, że:

  1. trwam w Jezusie – bo wszystko „mi się spełnia”,

  2. a skoro „mi się nie spełnia” – to znaczy, że nie trwam w Jezusie, czyli moje nawrócenie nie było szczere (bo jakby było szczere, to przecież Jezus mnie „nigdy by nie opuścił”, jak to na stronie 12 było sugerowane).

2. „Ci byli szlachetniejsi od Tesaloniczan, przyjęli naukę z całą gorliwością i codziennie badali Pisma, czy istotnie tak jest” (Dz 17,11).

Wreszcie cytat wprost mówiący o tym co głosi teza: codziennie badali Pisma.

3. „Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie” (J 14,21).

Ponownie werset uzasadniający tezę – pokazanie, że zachowywanie przykazań jest okazaniem posłuszeństwa Bogu.

4. „I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi” (Mt 4,19); oraz: „Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami” (J 15,8).

Pierwszy cytat pochodzi ze sceny powołania pierwszych apostołów (Szymona-Piotra i jego brata Andrzeja) i nic nie mówi o dawaniu świadectwa. Kolejny werset nie uzasadniający tezy, dla której uzasadnienia został użyty. Drugi cytat jest lepszy – „owoc obfity” jako „świadectwo życia”.

5. „Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was.” (1 P 5,7).

Następny cytat potwierdzający tezę – zaufanie Bogu w każdej sprawie („wszystkie troski”).

A teraz moje wnioski po przeczytaniu strony:

Wymienione wskazówki nie są oczywiście złe, ale… Oczywiście każdy katolik zgodzi się, że czytanie Pisma Świętego czy modlitwa to sprawy ważne. Natomiast co jest najważniejsze? Według tej książeczki najważniejsze jest już za nami („akt przyjęcia”). Natomiast Eucharystia nie znalazła się nawet wśród spraw ważnych! (opisanych tu jako wskazówki do wzrastania). Nie ma się oczywiście czemu dziwić – w końcu książeczkę tę napisał protestant. Pytanie pozostaje, czy dla katolików taka hierarchia ważności jest poprawna? Czy można pominąć, że jak twierdzi Sobór Watykański II: „Eucharystia jest źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego”[9]; czy też jak pisze papież Jan Paweł II: „Kościół żyje dzięki Eucharystii”?[10] Podobnie całkowicie pominięta rola została pozostałych sakramentów, a także rola Kościoła.

Strona 16

Konieczność uczęszczania do kościoła – według mnie w Polsce (wśród osób mniej angażujących się w życie religijne, a głównie do takich jest skierowana ta książeczka) najczęściej jest rozumiana jako konieczność chodzenia na Mszę niedzielną. Jednakże dalszy tekst raczej nie wskazuje na takie rozumienie. Bo czy nabożeństwo ma oznaczać także Eucharystię? Raczej nie… Dla większości katolików nabożeństwo raczej oznacza nabożeństwo majowe, czerwcowe, może jeszcze dla niektórych nabożeństwo Drogi krzyżowej. Czy dla polskiego czytelnika „wspólne zebranie chrześcijańskie” to katolicka Msza? Prędzej zostanie to odczytane jako „spotkanie ekumeniczne” (bo skoro mowa o chrześcijanach – to sugeruje, że chodzi nie tylko o katolików). Czy „Kościół” oznacza to samo co „grupa chrześcijan”? Powyższy tekst mógłby wręcz sugerować, że Kościół to tylko grupa chrześcijan wzajemnie się podtrzymujących, aby nie utracić posiadanej łaski (porównanie z żagwiami).

lub przyniosła jakiś inny pożytek – akurat dla mnie ten fragment jest powodem, z którego dzielę się nią z innymi. Wiem jednakże, że wiele osób skorzystało z niej w jak najbardziej dobry sposób, co oczywiście jest nie do pominięcia.

III. Rozłożenie akcentów w książeczce

Ciekawą kwestią jest rozłożenie objętościowe treści książeczki na poszczególne poruszane zagadnienia:

  • okładka (strona tytułowa) – 1 strona

  • miłość Boża – 2 strony

  • grzech – 2 strony

  • zbawienie – 2 strony

  • przyjęcie Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela – 4 strony

  • wnioski, wskazówki końcowe, zachęty itd. – 5 stron.

Jak widać, największy nacisk położony jest na „przyjęcie Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela” oraz na wyjaśnienie jego skutków, czyli na przedstawienie konkretnej teologicznej wizji „narodzenia na nowo” (czy wręcz „sposobu na zbawienie”) popartej specyficzną interpretacją wybranych fragmentów biblijnych.

IV. Wnioski

„Cztery prawa duchowego życia” są pewnym narzędziem ewangelizacyjnym dosyć szeroko używanym w polskiej rzeczywistości. Nie można ukryć, że dzięki temu narzędziu ogromna rzesza osób podjęła świadomą decyzję głębszego zaangażowania się w życie w wierze. Warto też nadmienić, że w „czterech prawach” zauważone zostały pewne braki czy niezgodności z doktryną katolicką – co zaowocowało np.:

  1. zmianą sformułowań w „czterech prawach” stosowanych w Ruchu Światło-Życie[11],

  2. sformułowaniem sześciopunktowego kerygmatu stosowanego przez Szkoły Nowej Ewangelizacji[12],

  3. sformułowaniem czteropunktowego kerygmatu opartego na IV modlitwie eucharystycznej[13],

  4. różnymi autorskimi propozycjami katolików zaangażowanych w ewangelizację[14],

  5. różnymi uwagami co do treści głoszonych jako kerygmat[15].

„Cztery prawa duchowego życia” – jak każde narzędzie – mogą być używane w zły sposób. Niestety są też narzędzia z samej swojej budowy wadliwe. W mojej ocenie takim właśnie narzędziem są „cztery prawa duchowego życia”.

Następujące punkty są uzasadnieniem mojej tezy:

    1. „Równanie w dół” – czyli każdy czytelnik (czy też osoba ewangelizowana za pomocą tej książeczki) najpierw zostaje sprowadzony do poziomu poganina, aby później móc mu ogłosić Dobrą Nowinę, by mógł wreszcie stać się chrześcijaninem.

    2. Wprowadzanie „aktu przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela” jako momentu „narodzenia na nowo” oraz nadawanie temu wydarzeniu znaczenia „supersakramentu” kumulującego w sobie skutki chrztu, spowiedzi i komunii. Łatwo zauważyć, że opisane „przyjęcie Jezusa” jest prawie dokładnie tym, co katolicy nazywają sakramentem. Spełnia warunki definicji sakramentu poza jednym: nie jest ustanowione przez Chrystusa, a przez Billa Brighta.

    3. Całkowite pominięcie (czy może raczej negacja) sakramentów.

    4. Całkowite pominięcie roli Kościoła.

    5. „Cytatologia” – nadinterpretacja cytatów biblijnych dla uzasadnienia głoszonej tezy. W poniższej tabelce podaję trochę statystyki pokazującej sposób stosowania cytatów oraz moją ocenę ich wykorzystania.


Cytaty podane w całości

Podany tylko adres cytatu

Razem

Liczba cytatów w całej książeczce

12

19

31

W tym liczba cytatów nie potwierdzających wprost tezy, w związku z którą zostały użyte

4

10

14

% cytatów nadinterpretowanych

33 %

53 %

45 %


Cytaty podane w całości

Podany tylko adres cytatu

Razem

Liczba cytatów na ostatnich trzech stronach[*]

1

16

17

W tym liczba cytatów nie potwierdzających wprost tezy, w związku z którą zostały użyte

0

9

9

% cytatów nadinterpretowanych

0 %

56 %

53 %


[*]Strony 14 i 15 zawierają wnioski z całej książeczki (A teraz, gdy przyjąłeś Chrystusa) oraz propozycje dalszego postępowania (Wskazówki do wzrastania w wierze). Strona 16 zawiera ostatni punkt wskazówek (Konieczność chodzenia do kościoła). Dla uściślenia należałoby zaznaczyć, że strona 16 zawiera tylko jedno odwołanie do Biblii (adres wersetu Hbr 10,25).

Jak widać, najmniej jasno jest pokazane bezpośrednie wypływanie z Pisma Świętego treści trzech ostatnich stron książeczki, a zwłaszcza skutków „aktu przyjęcia”, gdzie dokonano nadinterpretacji wszystkich wskazanych wersetów biblijnych. Oczywiście może być to spowodowane brakiem miejsca (książeczka ma być mała). Jednakże można odnieść wrażenie, że dokonuje się tu pewniej (świadomej lub nie) próby przemycenia treści niekoniecznie wynikających z Biblii czy też raczej pewnej specyficznej interpretacji przesłania Pisma Świętego (wskazanych wersetów biblijnych). Nie należy jednak zapominać, że na początku książeczki jest zachęta do czytania wskazanych fragmentów łącznie z kontekstem. Jednakże pozostaje pytanie: Czy czytelnik będzie czytał i rozważał powiązanie poszczególnych tez z podanymi cytatami, czy też przekonany dotychczasową argumentacją (lub zarzucony ilością) stwierdzi, że na pewno to prawda, skoro w tylu miejscach Biblia właśnie tak pisze?

Ciekawe jest postawienie sobie pytania: Czy na poważne traktowanie zasługuje jakiekolwiek dzieło (np. praca magisterska, doktorska, książka popularno-naukowa itd.), w którym około 50% wszystkich odwołań do literatury (tu: do Pisma Świętego) zawiera daleko posunięte interpretacje, jeśli nie przeinaczenia? A tym bardziej jeżeli dzieło to dotyczy najważniejszej w końcu kwestii – życia wiecznego?

6. Tworzenie „innej Ewangelii” – poprzez wielokrotne powoływanie się na Biblię (a w zasadzie na Nowy Testament) jako źródło głoszonych tez (co, jak widać z liczby dokonanych nadinterpretacji, jest trudne do przyjęcia), istnieje ryzyko pozostawienia w czytelniku przeświadczenia, że to właśnie proponowana przez tę książeczkę wersja interpretacji Ewangelii jest kwintesencją Dobrej Nowiny, sednem i najważniejszą częścią, cała reszta zaś to „fakultatywne dodatki”.

PRZYPISY:

[2] C.S. Keener, Komentarz historyczno-kulturowy do Nowego Testamentu, Warszawa 2000, s. 209.

[3] „Breviarium fidei” – Wybór doktrynalnych wypowiedzi Kościoła, VII 59, Poznań 2001, s. 314.

KKK 405: „Chociaż grzech pierworodny jest grzechem własnym każdego, to jednak w żadnym potomku nie ma on charakteru winy osobistej. Jest pozbawieniem pierwotnej świętości i sprawiedliwości, ale natura ludzka nie jest całkowicie zepsuta: jest zraniona w swoich siłach naturalnych, poddana niewiedzy, cierpieniu i władzy śmierci oraz skłonna do grzechu (ta skłonność do zła jest nazywana «pożądliwością»). Chrzest, dając życie łaski Chrystusa, gładzi grzech pierworodny i na nowo kieruje człowieka do Boga, ale konsekwencje tego grzechu dla osłabionej i skłonnej do zła natury pozostają w człowieku i wzywają go do walki duchowej” (wyróżnienia autora), Katechizm Kościoła katolickiego, http://www.katechizm.diecezja.elk.pl/kkkI-2-1.htm#o36kkkI-2-1, punkt 405.

[4] Dyskusja na ten temat toczy się na Forum Apologetyki: http://www.apologetyka.katolik.pl/forum/viewthread.php?tid=865.

[5] Katechizm Kościoła katolickiego, http://www.katechizm.diecezja.elk.pl/kkkI-2-2.htm#o38kkkI-2-2, punkty 631-635.

[6] Katechizm Kościoła Katolickiego, http://www.katechizm.diecezja.elk.pl/kkkII-2-1.htm#o2kkkII-2-1, punkt 1272.

[7] Ks. A. Siemieniewski, Przyjąłem Jezusa i narodziłem się na nowo!,
http://www.apologetyka.katolik.net.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=832&Itemid=111.

[8] Tamże; D. Baranowska, Jak narodzić się powtórnie, czyli biblijna idea nowego narodzenia, http://apologetyka.katolik.net.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=945&Itemid=50.

[9] Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium, http://www.archidiecezja.lodz.pl/czytelni/sobor/kk2.html, nr 11.

[10] „Kościół żyje dzięki Eucharystii [Ecclesia de Eucharistia vivit]. Ta prawda wyraża nie tylko codzienne doświadczenie wiary, ale zawiera w sobie istotę tajemnicy Kościoła. Na różne sposoby Kościół doświadcza z radością, że nieustannie urzeczywistnia się obietnica: «A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28,20). Dzięki Najświętszej Eucharystii, w której następuje przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana, raduje się tą obecnością w sposób szczególny. Od dnia Zesłania Ducha Świętego, w którym Kościół, Lud Nowego Przymierza, rozpoczął swoje pielgrzymowanie ku ojczyźnie niebieskiej, Najświętszy Sakrament niejako wyznacza rytm jego dni, wypełniając je ufną nadzieją.
Słusznie Sobór Watykański II określił, że Ofiara eucharystyczna jest «źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego». «W Najświętszej Eucharystii zawiera się bowiem całe dobro duchowe Kościoła, to znaczy sam Chrystus, nasza Pascha i Chleb żywy, który przez swoje ożywione przez Ducha Świętego i ożywiające Ciało daje życie ludziom». Dlatego też Kościół nieustannie zwraca swe spojrzenie ku swojemu Panu, obecnemu w Sakramencie Ołtarza, w którym objawia On w pełni ogrom swej miłości”, Jana Paweł II, Encyklika Ecclesia de Eucharistia, http://apologetyka.katolik.net.pl/index.php?option=com_content&task=category&sectionid=42&id=120&Itemid=91, nr 1.

[11] Serwis www Ruchu Światło-Życie, Cztery Prawa Życia Duchowego – cztery podstawowe prawdy będące treścią ewangelizacji, http://www.oaza.pl/dokument.php?id=613. Szczegółowe opisanie wszystkich korekt „czterech praw” dokonanych w Ruchu Światło-Życie leży poza moimi możliwościami. Warto jednakże wiedzieć, że oprócz innego sformułowania „czterech praw” zmieniono także sposób ich interpretacji.

[12] Strona Katolickiego Zrzeszenia Gdańskiej Szkoły Nowej Ewangelizacji „Jezus żyje”, http://www.snegdansk.pl/kerygmat.html.

[13] Jak przyjąć Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela, „Zeszyty Odnowy” nr 18/1997, s. 61-66.

[15] M. Piotrowski, Kerygmat w kursach ewangelizacyjnych,
http://apologetyka.katolik.net.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=833&Itemid=111;
ks. A. Siemieniewski, Przyjąłem Jezusa i narodziłem się na nowo!,
http://apologetyka.katolik.net.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=832&Itemid=111.

EWANGELIZACJA EKUMENICZNA? GARŚĆ CYTATÓW

Uwaga! Tekst ten nie jest mojego autorstwa. Jest to zestawienie fragmentów pochodzących z wielu różnych pozycji wymienionych na końcu tekstu. Wybór i zestawienie są tendencyjne: zostały podyktowane tendencją do zilustrowania problemu odejść wspólnot charyzmatycznych z Kościoła katolickiego (AS).

W zborach ewangelikalnych i zielonoświątkowych można spotkać wiernych, którzy wcześniej byli katolikami i zetknęli się z Ruchem Światło-Życie lub nawet pełnili w nim funkcje animatorów. Brak jest dokładnych danych statystycznych, wiadomo jednak o przypadkach „dezercji” z katolicyzmu w Warszawie, Wrocławiu, Bielsku-Białej, Gliwicach, Krakowie, Lublinie i wielu innych ośrodkach. Obok pojedynczych konwersji zdarzały się też grupowe wystąpienia z Kościoła katolickiego. Znany jest kazus postoazowej grupy Lubelskie Stowarzyszenie Chrześcijańskie „Pojednanie”. Wydarzenia te rzucają jakiś cień na ekumenizm, który był realizowany w Ruchu Światło-Życie.

Zdarza się, że grupy Odnowy w Duchu Świętym powodują podziały i zamieszanie, stają się zarzewiem zgorszenia. Są też grupy, które już odpadły od Kościoła. Tworzenie własnej wizji „Kościoła otwartego”, ponadkonfesyjnego dla wielu wspólnot stało się początkiem ich upadku. Krytykowanie Kościoła hierarchicznego (księży, biskupów, papieża), wprowadzanie indyferentyzmu religijnego, brak właściwej katechezy oraz uprawianie ekumenizmu „na własną rękę” zaprowadziło już kilka grup charyzmatycznych do zerwania więzi z lokalną wspólnotą parafialną, a co za tym idzie, z całym Kościołem. Przykładem takiego postępowania mogą być byłe grupy Odnowy, znane dziś jako wolne Kościoły, do których należą m.in. Kościół Chrześcijański „Nowe Przymierze”, wspólnota „Wieczernik”, Apostolski Kościół Wolnych Chrześcijan „Kanaan”, Kościół Chrześcijański „Miecz Ducha” w Kaliszu, Wspólnota Chrześcijańska „Pojednanie” czy Chrześcijański Kościół „Dobra Nowina”.

W Ruchu Odnowy w Duchu Świętym wylicza się jeszcze jedno zagrożenie. Polega ono na odejściu od Kościoła katolickiego. Nie ma wprawdzie szczegółowych danych statystycznych co do osób, które opuściły Kościół katolicki. Przyznaje się jednak, że zjawisko takie istnieje. Liczne zarejestrowane obecnie wspólnoty protestanckie to byłe wspólnoty ruchu Odnowy w Duchu Świętym.

W Polsce Odnowa w Duchu Świętym oderwała od Kościoła w ciągu kilku lat prawie tysiąc młodych, pobożnych katolików, którzy z kolei poważyli się na utworzenie swojego własnego kościoła.

Choć biograficzne korzenie wielu liderów ewangelikalnych zborów tkwią w katolickiej Odnowie charyzmatycznej, to nie tylko ona jest „źródłem” dla nowych ewangelikalnych wspólnot. Wiele z nich działało aktywnie także w Ruchu Światło-Życie.

Zaangażowani w Ruch Światło-Życie i w ruch Odnowy w Duchu Świętym katolicy często czytają ewangelikalną literaturę pobożnościową, przejmują najnowsze nowinki religijne, o czym świadczy tło wielu z przytaczanych podziałów, jak i fakt, że odłączone wspólnoty katolickie znajdujemy wśród najnowszych przebudzeń ewangelikalnego świata (np. Toronto czy Ruch Wiary).

Według szacunków można mówić o liczbie od pięciuset do tysiąca „oazowiczów”, którzy przeszli na protestantyzm różnych konfesji) – zjawisko to potraktowane zostało jako kluczowy argument przeciwko kontynuacji związków z protestantami.

Można z bólem wykazać, że odejściom niektórych wspólnot – najpierw z ruchu oazowego, a później nieraz nawet z Kościoła – towarzyszyła niechęć do czci maryjnej. Można by się spodziewać, że członkowie społeczności ewangelikalnych – byli katolicy – będą kształtować swoją tożsamość przez odwołanie się do tradycji protestanckiej. Okazuje się jednak, że znacznie częściej budują ją jedynie na bazie negacji Kościoła katolickiego.

Wiele osób z różnych katolickich grup Odnowy pod wpływem charyzmatyków, pochodzących z tzw. wolnych Kościołów lub zielonoświątkowców, opuściło Kościół katolicki. W połowie lat 90. słynne były rozłamy i odejścia całych grup katolickiej Odnowy. Ci, którzy zostali, zrewidowali swoje poglądy i zrozumieli, że odnowa polega nie na protestantyzacji katolicyzmu, ale na odnowie, umocnieniu i pogłębieniu dziedzictwa wiary i Tradycji Kościoła.

Powstałe podczas „trzeciej fali” przebudzenia także w naszym kraju nowe Kościoły charyzmatyczne zrzeszają najczęściej byłych gorliwych katolików, którzy odeszli z Kościoła pod wpływem natarczywej propagandy ukazującej katolicyzm jako niebiblijny. W mentalności tych ludzi opuszczenie Kościoła nie jest niczym dramatycznym ani nawet specjalnie niestosownym, odbierają to jak katolik zmianę parafii albo przejście z jednej wspólnoty przyparafialnej do innej. Uważają takie postępowanie za krok postępu na drodze duchowego rozwoju. Jeżeli macierzysty Kościół nie odpowiada już ich oczekiwaniom, zakładają sobie nowy! Ekumenizm odnosi się do wyznań powstałych setki lat temu i winni podziałów dawno już nie żyją. Jeśli jednak mamy do czynienia z grupami, które całkiem niedawno opuściły Kościół katolicki i beztrosko zgłaszają swój akces do kontaktów ekumenicznych, to słowo „ekumenizm” jest w tym przypadku dość niestosowne.

Czemu służą tzw. konferencje ekumeniczne? Praktycznie są one adresowane (przynajmniej w Polsce) głównie do nawróconych, ale jeszcze nie dojrzałych w wierze katolików (młodzież katolicka jest na takich spotkaniach większością). Te konferencje głoszą Jezusa, który żyje i uzdrawia, ale jednocześnie zaszczepiają nieufność wobec Kościoła, hierarchii, dogmatów i całego nauczania katolickiego. Zamiast umocnić osłabiają więc gorliwość w pracy dla Kościoła. Młodzi, nie ugruntowani w wierze ludzie oddalają się wówczas od nauczania Kościoła, od jego dogmatów, które są fundamentem ciągłości Kościoła i zwracają się ku nauczaniu ludzi, za którymi nie stoi żaden duchowy autorytet.

* * * * * * * * * * * * * * * * * *

Tekst jest zestawieniem fragmentów pochodzących z następujących pozycji:

Ks. Cz.St. Bartnik, Dotknąć Boga Żywego (rozdz. Odnowa w Duchu Świętym), Lublin 2004.

Ks. H. Bolczyk, Co dalej, Ruchu Światło-Życie?,
 http://jaceksdb.koszalin.opoka.org.pl/oaza21.htm, XI 2003.

D. Cupiał, Na drodze ewangelizacji i ekumenii, Lublin 1996.

J. Dudziak, Odnalazłem się w Kościele katolickim, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” nr 6.

Ks. M. Gajewski SJ, Wspólnota na manowcach, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” 70 (2004) nr 1.

A. Kowal, Ekumenizm czy obrona jedności?, „W drodze” 342 (2002) nr 2.

Kronika wspólnoty „Zwiastowanie”, http://www.republika.pl/janasout/grupa/zwiastow.html, 11 X 2004.

N. Modnicka, Polskie społeczności ewangelikalne jako „Kościoły wyboru”, w: Ewangelikalny protestantyzm we współczesnej Polsce u progu XXI stulecia, red. T.J. Zieliński, Warszawa – Katowice 2004.

Z. Pasek, Wspólnoty ewangelikalne we współczesnej Polsce, w: Ewangelikalny protestantyzm we współczesnej Polsce u progu XXI stulecia, dz. cyt.

Ks. G. Polok, W objęciach Ducha Świętego, Bytom – Katowice 2001.

T. Zieliński, Ruch oazowy obszarem zbliżenia katolicko-protestanckiego, tekst ukazał się w miesięczniku „Jednota”, http://www.magazyn.kosciol.pl/content/article/, XI 2003.

KERYGMAT W KURSACH EWANGELIZACYJNYCH

Wstęp

1.1. Obawa

Muszę wyznać, że przystępuję do pisania niniejszego tekstu z dużym wahaniem i drżeniem. Choć bowiem pewien jestem tego, co chcę powiedzieć, aż za dobrze wiem, jak wiele osób włożyło całe swoje serce w to, co zamierzam podważyć.

Co więcej, obawiam się, aby moje uwagi w sposób niezasłużony nie przesłoniły zasług i korzyści, jakie są owocem różnych form ewangelizacji. Nie chciałbym także, aby te słowa zniechęciły kogokolwiek do usilnej pracy nad ewangelizacją świata, by „zagasiły Ducha”.

A jednak sądzę że warto poddać przeróżne formy naszej działalności krytycznej ocenie. Wszelkie ruchy, formy głoszenia, kursy i rekolekcje – to w końcu jedynie narzędzia, a warto upewniać się, czy nasze narzędzia dobrze służą celom, do jakich zostały przeznaczone, szlifować je i ulepszać, a w razie stwierdzenia nieużyteczności – zamienić na inne.

1.2. Obserwacje

W ciągu stosunkowo niedługiego czasu zmienił się poważnie profil religijny naszego społeczeństwa. Z pewnością miała na to wpływ zmiana mentalności: o ile w pokoleniu moich rodziców całkiem sporo osób chodziło (i chodzi) do kościoła z powodu przyzwyczajeń czy opinii otoczenia, o tyle w moim pokoleniu osoby takie należą do rzadkości. Jestem pewien, że w pokoleniu moich dzieci to zjawisko zaniknie zupełnie.

Czy należy się tym martwić? Chyba nie. Dzięki temu sytuacja robi się bardziej przejrzysta, a w kościołach mniej jest ludzi, ale „więcej wiary”.

W tej sytuacji jednak szczególnie ważna staje się formacja osób najbardziej zaangażowanych i najaktywniejszych w Kościele. I tu rozpoczyna się problem, gdyż w sposób wyraźny zmienia się profil wiary tych osób.

Zupełnie niespodziewanie spora grupa wierzących w polskim Kościele katolickim poczęła głosić (widać to szczególnie na „agorze Internetu”) różne, często zaskakujące opinie.

Na przykład niektórzy twierdzą:

 

  • że są „już” zbawieni[1]
  • że osiągnęli zbawienie natychmiast po tym, jak wyznali Jezusa „jako swego osobistego Zbawiciela i Pana”;

     

  • że wcześniej właściwie nie byli chrześcijanami – a z chwilą owego wyznania stali się „nowo narodzeni”;

     

  • że uczynki człowieka który nie uczynił podobnego wyznania są nie tylko bezwartościowe, ale wręcz Bóg się nimi brzydzi;

     

  • że owo nowo nabyte zbawienie jest „nieutracalne”;

     

  • że Kościół ponoć nie głosi „zbawienia z wiary”, tylko „z uczynków” (widać nie czytali Katechizmu…);

     

  • że wspólnota (rozumiana jako mała grupa pastoralna) jest do zbawienia konieczna, zaś Kościół nie;

     

  • że Eucharystia jest jedynie przejawem wspólnoty osób „nowo narodzonych”;

     

  • że maryjność to „bałwochwalstwo”;

     

  • że przynależność wyznaniowa nie ma znaczenia itd., itp.

     

 

Co więcej, pojawiły się już całe grupy, które choć wywodzą się z katolickiej Odnowy lub Ruchu Światło-Życie, jednak głoszą naukę zbliżoną raczej do nauczania tzw. wolnych kościołów. Niektóre z nich pozostają formalnie w Kościele katolickim, inne jawnie od niego odeszły. Są też takie, które trwają w pewnym zawieszeniu (nie sposób się oprzeć wrażeniu, że pozostają w strukturach Kościoła jedynie ze względu na to, że ułatwia im to werbunek nowych członków).

Ktoś mógłby się zdziwić, skąd nagle wzięły się podobne zjawiska w Kościele i podobne stwierdzenia w umysłach tak wielu ludzi zaangażowanych w Kościele. A jednak nie powinniśmy się dziwić – na tę świadomość pracowało nieświadomie ostatnie kilkadziesiąt lat formacji ruchów zaangażowanych w Polsce, których program był – i jest – formowany przez organizacje protestanckie.

Zdaję sobie sprawę że teza ta brzmi dość zaskakująco, dlatego większość miejsca w niniejszym tekście poświęcę na jej udowodnienie.

Ponieważ mam pewne doświadczenie w doświadczaniu reakcji na niepopularne twierdzenia, więc z góry zastrzegam, że nie jest moją intencją:

  • imputowanie protestantom, że świadomie doprowadzili do tej sytuacji (choć zapewne niektórzy mieli taką świadomość),
  • szarganie świętości i osób zasłużonych dla duszpasterstwa w Polsce,
  • pouczanie hierarchów,
  • gaszenie Ducha i sprzeciwianie się charyzmatom,
  • występowanie przeciwko ewangelizacji w ogóle, a Nowej Ewangelizacji w szczególności,
  • negowanie II Soboru Watykańskiego itp., itd.

Po tym zastrzeżeniu mogę już chyba przystąpić do omówienia tematu.

2. Podstawowe różnice

Zanim bliżej omówię, jak do tego wszystkiego doszło, chciałbym zasygnalizować niektóre różnice w pojmowaniu chrześcijaństwa na sposób „katolicki” i „protestancki”[2].

2.1. Wizja Kościoła

Protestant i katolik inaczej w ogóle rozumieją Kościół. Dla katolika Kościół to Mistyczne Ciało Jezusa, zadatek królestwa – który po Paruzji przekształci się we wspólnotę z Trójcą Świętą, w udział w Jej wewnętrznym życiu. W tym świetle oczywiście odejście od niego jest katastrofą (choć człowiek może być zbawiony w Kościele, mimo że do niego formalnie nie należy, jeśli działa w dobrej wierze – ale o tym kiedy indziej). Dla większości protestantów wyznanie jest czymś w rodzaju fan clubu Jezusa – i nie ma wielkiej różnicy, w którym fan clubie się jest (a można przecież także nie należeć do fan clubu, lecz realizować swoje chrześcijaństwo w domu). Nie muszę chyba mówić, która wizja jest mi bliższa – a także która wizja bliższa była choćby św. Pawłowi, kiedy pisał dwunasty rozdział 1 Listu do Koryntian.

2.2. Wizja zbawienia

O różnicach w wizji zbawienia pisali i mówili inni, tu wspomnę tylko o tym, że dla protestanta zbawienie to po prostu wybawienie od kary wiecznej. Człowiek zbawiony przez Jezusa wraca w tej wizji do stanu rajskiego (takiego jakim cieszyli się Adam i Ewa).

Katolicy wierzą, że – jak wszystkie dary Boże – zbawienie wynosi nas na znacznie wyższy poziom, niedostępny dla pierwszych Rodziców. Bóg nie tylko odpuścił nam grzechy, ale sprawił, że staliśmy się „domownikami Boga” i „współdziedzicami Chrystusa”.

Istnieje także różnica w pojmowaniu tego, jak się zbawienie dokonało: protestanci wierzą w zbawienie „zewnętrzne” – przychodzi Jezus i ratuje nas od kary piekła, nie zmieniając człowieka wewnętrznie (co nie znaczy, że w tej koncepcji człowiek się nie zmienia). Duch Święty jest jedynie „pieczęcią” na gotowym dziele[3].

Katolicka wersja jest nieco inna: Bóg działa w człowieku, przemieniając go wewnętrznie i upodobniając do siebie. Zbawienie jest więc procesem rozciągniętym w czasie, i to procesem, w którym człowiek nie jest jedynie przedmiotem, nie pozostaje bierny. Chrzest jest momentem otrzymania życia wiecznego i wybawienia od piekła – ale proces przemiany (metanoia) dopiero się rozpoczyna[4].

2.3. Sakramenty

Chrześcijaństwo katolickie jest z samej definicji sakramentalne (bowiem Kościół jest protosakramentem, sam w sobie jest znakiem widzialnym łaski niewidzialnej). Pomiędzy sakramentami szczególne miejsce zajmuje Eucharystia, która znajduje się w samym centrum życia Kościoła, a która jest jednocześnie „świętym zwołaniem”, Ofiarą Pamiątki, Ucztą agape i Ucztą słowa.

Protestantyzm wolnokościelny w najlepszym wypadku rozumie i kultywuje Wieczerzę Pańską jako coś w rodzaju wspomnienia Ostatniej Wieczerzy i Uczty miłości agape.

2.4. Redukcjonizm

Protestantyzm zrobił tak:

Z Biblii, Tradycji, Liturgii – wybrał sobie jedynie Biblię.

Z sakramentów – wybrał jedynie chrzest i małżeństwo (zależy od wyznania).

Z Uczty agape oraz spożywania Ciała i Krwi – wybrał jedynie ucztę; itd. itp.

Taki redukcjonista bierze sobie Rz 10,9-10 i czyta: „Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia”. Ponieważ jest on jednocześnie fundamentalistą biblijnym, więc ustne wyznanie panowania Jezusa staje się samo w sobie sakramentem zbawienia i ostatecznym aktem, przez który człowiek wyznający te słowa zgłasza swój akces do nieba i osiąga je, nie robiąc już nic więcej.

3. Ruch Światło-Życie

3.1. Trochę historii

Geneza wprowadzenia nauczań w Ruchu Światło-Życie jest bardzo istotna dla rozważanego zagadnienia, gdyż schemat ten – jak za chwilę zobaczymy – powtarzał się potem z zadziwiającą konsekwencją przy innych okazjach. Dlatego chciałbym zatrzymać się na kilku negatywnych aspektach, choć zdaję sobie sprawę, że dzieło ks. Blachnickiego zasługuje na szacunek i owe negatywy nie przekreślają kilkudziesięcioletniego dorobku Ruchu Światło-Życie.

Na początku trzeba podkreślić, że ks. Blachnicki nie rozpoczął swego dzieła od współpracy z Campus Crusade for Christ – organizował on rekolekcje już w latach pięćdziesiątych. Problem rozpoczął się w 1976 roku, kiedy to działacz CCC, Amerykanin polskiego pochodzenia, Joe Łosiak, sprowadził do Polski – za zgodą ks. Blachnickiego – grupę aktywistów tego protestanckiego ruchu. Początkowo dzielili się oni doświadczeniami z grupą animatorów, jednak wkrótce udało im się przekonać władze Ruchu do wprowadzenia kerygmatu na modłę protestancką – tzw. czterech praw Nowego Życia. Wówczas także rozpoczęła się działalność CCC w Polsce pod nazwą Ruch Agape. Animatorzy tego ruchu jeździli po całej Polsce i „szkolili” animatorów oazowych. Nic dziwnego, że udało im się przekonać do wprowadzenia do programu RŚŻ własnych elementów.

Dariusz Cupiał w pracy Na drodze ewangelizacji i ekumenii. Ruch Światło-Życie w służbie jedności chrześcijan pisze, że współpraca polegała na:

  • pomaganiu ludziom w doświadczaniu rzeczywistości nowego narodzenia (J 3,3-7);

     

  • wspieraniu ludzi w ich wzrastaniu ku duchowej dojrzałości (Kol 1,28);

     

  • pomocy w studium słowa Bożego (2 Tm 3,16-17);

     

  • dzieleniu się umiejętnością ewangelizowania metodą „mnożenia” (Mt 28,20; 2 Tm 2,2).

     

Jak nietrudno zauważyć, były to te elementy które – ze względu na newralgiczność – powinny być objęte szczególnie uważną opieką duszpasterzy katolickich.

W końcu, w 1978 roku udało się Ruchowi Agape przekonać władze Ruchu Światło-Życie do przekształcenia programu I stopnia oazy tak, by pierwsze dni przeżywane były według schematu „czterech praw”.

Niekiedy dokonywano pewnych zmian, aby „ochrzcić po katoliku” program CCC – np. do „dziesięciu kroków Nowego Życia”[5] wprowadzono temat „Kościół”.

Dariusz Cupiał w swojej pracy pisze wprost, że rozsiane po całym kraju ośrodki oazowe odwiedziło od kilkuset do kilku tysięcy braci z różnych denominacji, zarówno obcokrajowców, jak i Polaków (autor wymienia głównie polskich zielonoświątkowców, baptystów, wolnych chrześcijan i metodystów).

V Krajowa Kongregacja Odpowiedzialnych (KKO) posunęła się do stwierdzenia: „Jesteśmy w sytuacji krytycznej, brak nam własnych kadr, więc w takiej sytuacji powinniśmy współpracować i brać to, co jest dobre”.

Według D. Cupiała, protestanci wzięli na siebie odpowiedzialność w trzech obszarach:

  • treści kerygmatu,

     

  • jego ujęcia w postaci materiałów formacyjnych,

     

  • metod ewangelizacyjnych;

     

– czyli w praktyce za całość ewangelizacji.

Powstaje pytanie:

CO WŁAŚCIWIE WNIEŚLI DO PROGRAMU KATOLICY?

Otóż – sporo. Zarówno ks. Blachnicki, jak i jego współpracownicy mieli zapewne świadomość głębokich różnic. Jedną z nich była liturgia – i na niej się właśnie skupiono: każdy, kto był kiedykolwiek na oazie, pamięta niezwykła pieczołowitość, z jaką odnoszono się na niej do spraw ołtarza.

Inną zmianą było skojarzenie tematów nauczań w poszczególnych dniach na schemacie różańca i w ogóle wprowadzenie zagadnień maryjnych do programu oazy.

Wszystkie te zmiany wniosły wiele dobrego – ale i chyba nieco uśpiły czujność ks. Blachnickiego. Program oazowy przypominał teraz tłumaczenie „z języka protestanckiego” na „katolicki” – i miał cechy takiego tłumaczenia (jeżeli napiszemy tekst po polsku i damy do przetłumaczenia na angielski, to choćby tłumacz nie wiadomo jak się starał, zawsze rodowity Anglik pozna, że nie pisał tego jego rodak).

Innymi słowy: idee protestanckie pozostały, lecz zostały „obudowane” przez elementy katolickie. Dariusz Cupiał wyraża to w swojej pracy (nie wiadomo dlaczego uważając zjawisko za pozytywne) słowami: „Elementy doktryny protestanckiej przestały być widziane jako rzeczywistość zewnętrzna, obca, lecz jako skarby tak samo drogie i potrzebne katolikom, jak i protestantom”.

Wśród elementów „importowanych” z protestantyzmu do programu oazowego wymienić trzeba:

  • obrzęd „przyjęcia Jezusa do swego serca i uznanie go za swojego osobistego Pana i Zbawiciela” (skądinąd pożyteczna praktyka, o ile nie jest rozumiana jako moment i narzędzie inicjacyjne nowego narodzenia);

     

  • naukę o pewności wiary (efekt kompromisu pomiędzy nauką katolicką a protestancką koncepcją „pewności zbawienia”);

     

  • model nauczania dający wielką swobodę świeckim liderom (warto zwrócić na ten element uwagę, bowiem zachowanie to wpłynie silnie na późniejszą praktykę w Odnowie i ruchach ewangelizacyjnych).

     

Trzeba powiedzieć, że niebezpieczeństwo dostrzeżono już wcześniej – był taki moment, iż większość biskupów opowiadała się za zawieszeniem Ruchu Światło-Życie. To, że do tego nie doszło, Oaza zawdzięcza najprawdopodobniej wstawiennictwu jednego z biskupów.

Niebezpieczeństwo na dobre doceniono dopiero po roku 1981, kiedy to Ruch Agape[6], łamiąc wcześniejsze ustalenia, rozpoczął działania na terenie akademików bez współpracy z duszpasterzami. Niestety, ograniczono się do zerwania współpracy z Ruchem Agape, nie podejmując wysiłku refleksji nad materiałami oazowymi (być może jednym z powodów było przekonanie o niemożności korekty programów bez udziału ks. Blachnickiego – zresztą potem podjęto starania wszczęcia procesu beatyfikacyjnego, więc nawet „nie wypadało” kwestionować jakiegokolwiek elementu zatwierdzonych przez niego rekolekcji).

Niestety, owe zapożyczenia okazały się bardzo trwałe w umysłach i sercach osób formowanych w Odnowie (a trzeba pamiętać, że w pewnym okresie przechodzili przez nią niemal wszyscy aktywni młodzi katolicy). Niewątpliwie odbiło się to w treści i formie przepowiadania Ewangelii w następnych latach. Niestety, skutki owe trwają i objawiają się nie tylko w głoszonych poglądach, ale i w idących za nimi konwersjach pojedynczych osób, a niekiedy całych grup formacyjnych. Tym samym spełniły się zagrożenia, przed którymi przestrzegał papież Paweł VI:

„[… powiadamy: odnowa – tak, dowolne i samowolne zmiany – nie […].

Rozwój teologii w myśl wskazań Soboru – tak.

Teologia, dostosowująca się do teorii subiektywnych i dowolnych, często zapożyczonych z przeciwstawnych źródeł – nie!

Kościół otwarty na miłość ekumeniczną, na odpowiedzialny dialog i na uznanie wartości chrześcijańskich, istniejących u braci odłączonych – tak.

Irenizm wyrzekający się prawd wiary lub dążący do dostosowania się do pewnych negatywnych zasad, które spowodowały odłączenie się tylu braci chrześcijan od ośrodka jedności wspólnoty chrześcijańskiej – nie! […]

Kościół potrzebuje jasności umysłów swych synów. Potrzebuje ich kochającej i stałej wierności. Czy przynosicie Nam, drodzy synowie, tę jasność w pojęciach, dotyczących odnowy życia w Kościele? Czy przynosicie Nam wielki, cenny i bardzo drogi dar waszej wierności?”.

(Paweł VI, Aggiornamento a zmiany dowolne)

3.2. Schemat

Warto zwrócić uwagę na pewien schemat ewangelizacji zastosowany w Ruchu Światło-Życie, gdyż ów wzór powtórzy się w późniejszych działaniach ewangelizacyjnych. Na ów schemat składają się następujące elementy:

3.2.1. Wprowadzenie protestanckiego kerygmatu

Widzieliśmy powyżej, w jaki sposób protestancka wersja kerygmatu znalazła się w programie oazy. Szczególny wyraz znalazło to w programie oazy I stopnia, gdzie program pierwszych czterech dni zbudowano na schemacie „czterech praw” (tematy dnia są wprost cytatem!). Również na 66 stronie Notatnika uczestnika zacytowano ponownie „cztery prawa” jako „podstawowe prawdy ewangeliczne, od których należy rozpocząć głoszenie” (!?).

3.2.2. Wprowadzenie „wyznania Jezusa jako swojego osobistego Pana i Zbawiciela” jako momentu nowego narodzenia i celu ewangelizacji

Oaza położyła dramatyczny nacisk na ów paraobrzęd, który jest przedstawiony jako coś wręcz koniecznego do bycia chrześcijaninem (wprost powiedziane jest, że nie wystarczy „urodzić się w rodzinie chrześcijańskiej i być ochrzczonym”[7] – jak widać, obrzęd ten zostaje w praktyce postawiony ponad chrztem, który został sprowadzony do jednego z tradycyjnych, martwych i nieprzełomowych obrzędów).

Człowiek nie jest dzieckiem Bożym, dopóki się na nowo nie narodzi[8]. (To prawda, jednak program oazy rozumie przez to nowe narodzenie ów obrzęd „wyznania Jezusa”. Zostaje to sformułowane w następujący sposób: „Osobiste przyjęcie Chrystusa przez wiarę to nowe narodziny w Duchu, który staje się w nas źródłem wody żywej, uzdalniając nas do prowadzenia życia w pełni Ducha Świętego[9]”.

Jak widać, „osobiste przyjęcie” zastępuje nie tylko chrzest, ale i bierzmowanie…

Żeby rozwiać wszystkie wątpliwości, Notatnik uczestnika prowadzi czytelników wprost do wniosku, że „wyznanie Jezusa” jest celem ewangelizacji[10].

3.2.3. Próba dostosowania działań do duchowości katolickiej przez „doklejenie” elementów katolickich (np. sakramentów)

Ks. Blachnicki nie zdecydował się na wprowadzenie do programu głoszenia sakramentów. Nawet Eucharystia, przy całym pieczołowitym nacisku na sprawowanie liturgii (w końcu pierwotnie RŚŻ był ruchem ministranckim) nie uzyskała należnego miejsca w głoszonej ekonomii zbawienia.

Pewną próbą wzmocnienia elementów katolickich było odwołanie się w programie Oazy do roku liturgicznego i silny nacisk na różaniec. Wszystko to jednak pozostawało elementem zewnętrznym wobec podstawowego przesłania ewangelizacji na rekolekcjach.

Bardzo charakterystyczne jest omówienie „prawa dnia XI”, gdzie po omówieniu „pokarmu Nowego Życia” według definicji CCC (duchowe oddychanie, studium Pisma Świętego i modlitwa) wyraźnie dla zachowania „katolickiej poprawności” dodano: „Pokarmem nowego życia jest również (sic!) Ciało Chrystusa, które daje życie wieczne”.

3.2.4. Uniezależnienie świeckich liderów od przełożonych w wierze w kwestii głoszonej nauki

Owo uniezależnienie nie było w żadnym wypadku usankcjonowane – jednak w praktyce głównym formatorem w Oazie pozostawał młodzieżowy animator. Co więcej, podatność niektórych odpowiedzialnych z otoczenia ks. Blachnickiego na przeróżne nowe, atrakcyjne nauki powodowała dodatkowe zamieszanie.

3.2.5. Całkowite odrzucenie dotychczasowej formacji

Niektóre realizacje oazy bardzo podkreślały kontrast pomiędzy człowiekiem „z zewnątrz” a człowiekiem po rekolekcjach oazowych. Do dziś pamiętam słowa koleżanki, młodziutkiej wówczas dziewczyny (15 lat), która po powrocie z oazy Sychem tak określiła trudności w swoich kontaktach z matką: „Nie mogę się z nią porozumieć, ponieważ ona nie jest «nowym człowiekiem»”.

Przyznać jednak trzeba, że nie we wszystkich mutacjach Oazy podobne zjawiska następowały w podobnym natężeniu jak w gdańskim Sychem. Z drugiej strony sama nazwa rekolekcji „Oaza Nowego Życia” prowokowała do postrzegania świata w kategoriach rośliny rozkwitającej na zupełnej pustyni.

4. Kurs Alfa

Zainteresowanych tematem kursu Alfa odsyłam do mojego odrębnego opracowania na ten temat: Pytanie o Kurs „Alfa”[11].

5. Kurs Filip i Ruch SNE

Spróbujmy prześledzić elementy schematu wprowadzania, jakie wyróżniliśmy przy omawianiu Oazy Nowego Życia Ruchu Światło-Życie.

5.1. Wprowadzenie protestanckiego kerygmatu

Kurs Filip powtarza niestety wszelkie błędy odnośnie do zawartości kerygmatu.

Daliśmy sobie wmówić:

  • że tak właśnie wygląda kerygmat,

     

  • że ważna jest ta część chrześcijańskiej nauki, jaką wyznaje protestantyzm – reszta to „denominacyjne dodatki”.

     

Dopóki takie sprawy, jak Eucharystia, Kościół, Tradycja apostolska i Magisterium wraz z rolą papieża, będą traktowane jako „denominacyjne dodatki do uzupełnienia później”, tak długo w świadomości ewangelizowanych będą zajmowały drugorzędne miejsce (prawdopodobnie przez całe ich życie).

Co ciekawe, twórca Kursu Filip, Prado Flores (który jest prawym i ukształtowanym katolikiem), zdaje się zdawać sobie sprawę z tych problemów. Pisze on bowiem w podręczniku Jak ewangelizować ochrzczonych:

„Ewangelizacja:

Profetyczna: Słowo głoszone: ustne głoszenie Dobrej Nowiny

Kapłańska: Słowo celebrowane: liturgia, pamiątka zbawczego dzieła

Królewska: Słowo przeżywane: Wprowadzanie Królestwa Bożego na ziemi

 

Te trzy obszary są wewnętrznie połączone. Występują razem i wzajemnie się przeplatają. Są jak trójnóg, w którym każda noga jest koniecznym uzupełnieniem dwóch pozostałych”.

Niestety, Flores kończy ten opis tak: „Nasz opis ograniczy się do ewangelizacji profetycznej, która głosi dzieło zbawcze, dokonane przez Jezusa Chrystusa, za pomocą skutecznych słów i świadectwa życia”.

Zaznacza jednak, że

INICJACJA CHRZEŚCIJAŃSKA MA SWÓJ SZCZYT W PAMIĄTCE ŚMIERCI I ZMARTWYCHWSTANIA JEZUSA W CELEBRACJI WIECZERZY PAŃSKIEJ.

Niestety, konstatacja ta nie znajduje swojego miejsca w kerygmacie proponowanym na Kursie Filip. Koresponduje to z wypowiedzią Jana Pawła II:

„Głoszenie, czyli kerygmat, wzywa do nawrócenia, ukazując prawdę Chrystusa, którą wieńczy Jego Misterium paschalne: tylko w Chrystusie bowiem możliwe jest poznanie pełni prawdy, która zbawia (por. Dz 4,12; 1 Tm 2,4-6)”[12].

Niestety jednak, nie koresponduje z zawartością Kursu Filip.

5.2. Wprowadzenie „wyznania Jezusa jako swojego osobistego Pana i Zbawiciela” jako nowego narodzenia i celu ewangelizacji

Wyznanie owo stanowi oś całych rekolekcji; jest głównym celem ich przeprowadzenia.

5.3. Próba dostosowania działań do duchowości katolickiej przez „doklejenie” elementów katolickich (np. sakramentów)

W Kursie Filip uobecnienie Misterium Paschalnego jest jedynie dodatkiem, a nie centrum kerygmatu. Co więcej, Eucharystia niekiedy wydaje się nie tylko nieobecna w podstawowym przekazie wiary, ale wręcz staje się pretekstem do manifestacji charyzmatycznych.

Także sprawowany sakrament pokuty wydaje się nie na miejscu po zapewnieniach, że grzechy zostały przebaczone w wyniku „wyznania Jezusa”.

5.4. Uniezależnienie świeckich liderów od przełożonych w wierze w kwestii głoszonej nauki

Nie ma żadnego ośrodka kontrolującego program Kursu Filip. Co więcej, nawet obecność księdza często sprowadza się do odprawienia Mszy świętej i udzielenia sakramentu pokuty.

Olbrzymim krokiem naprzód stało się utworzenie centrum SNE Redemptoris Missio. Nie zmienia to jednak faktu że Szkoły Nowej Ewangelizacje nie związane z centrum są praktycznie zupełnie niezależne w głoszonej nauce i stosowanych formach.

5.5. Całkowite odrzucenie dotychczasowej formacji

Pewnym kuriozum jest zachęcanie ewangelizowanych do składania świadectwa… bezpośrednio po „wyznaniu Jezusa jako Pana i Zbawiciela”. Często spotyka się także różnego rodzaju problemy charyzmatyczne (np. modlitwa o uzdrowienie z wzniecaniem silnego przekonania o mającym nastąpić cudzie).

Cały kurs kładzie niezwykle silny nacisk na przeżycie emocjonalne. Łatwo przewidzieć, co się dzieje, gdy zaraz po takiej silnie nastawionej na przeżycie emocjonalne, na gorliwość i wspólnotę ewangelizacji osoba idzie do kościoła parafialnego. A tam są nie tylko ludzie aktywni (a tylko tacy w praktyce jeżdżą na zamknięte rekolekcje w rodzaju Kursu Filip), ale i mniej gorliwi. W dodatku nawet ci gorliwi przeżywają raczej swoje chrześcijaństwo bez krzyków, „padania w Duchu” i egzaltowanych oświadczeń…

6. Skutki

Obrońcy kursów chwalą się sukcesami ewangelizacyjnymi, ale czy ktokolwiek próbował weryfikować to wrażenie? To prawda, że osoby z kursów trafiają do wspólnot, ale czy trafiają przez kurs do wspólnoty, czy też raczej odwrotnie – ewangelizowani na Kursach Filip to głównie ludzie, którzy już są w jakiejś wspólnocie?

Natomiast chciałbym wymienić – choćby hasłowo – mniej budujące skutki tego rodzaju ewangelizacji:

Głoszony jest zmieniony i niepełny kerygmat.

Następuje wyrobienie obrazu „zwykłych” katolików jako „nienawróconych” (jako żywo przypomina to faryzeuszowskie „A ten tłum, który nie zna Prawa, jest przeklęty” (J 7,49).

Ta pokusa ma i swoją drugą stronę – moje doświadczenie niestety pokazuje, że ludzie zewangelizowani na Kursie Filip często mają złudzenie, jakoby należeli do „grupy wybranej” (w sensie sekciarskim, nie chrześcijańskim), gardzą „zwykłymi chrześcijanami” i – niestety, to ostatnie jest nagminne – mają skłonność do zatrzymywania swojego życia duchowego (i wiedzy religijnej) na poziomie kerygmatu.

Utrwalony zostaje nowy obrzęd inicjacyjny („wyznanie Jezusa jako swojego Zbawiciela”) jako dający nowe życie (co jest oczywistą deprecjacją chrztu świętego).

Wprowadzone i utrwalone zostają liczne nieporozumienia. W szczególności następuje:

  • pomieszanie kerygmatu z ewangelizacją (niektórzy posuwają się do stwierdzenia, że „do teraz Kościół nie ewangelizował”![13]);

     

  • zamiana miejsc sakramentu i charyzmatów;

     

  • pomieszanie roli i znaczenia Kościoła-wspólnoty i małej grupy pastoralnej[14];

     

  • świadectwa jako takiego ze świadectwem wygłaszanym[15];

     

  • pomieszanie ewangelizacji ze świadectwem (a przecież chrześcijaństwo jest religią objawioną i jako takie nie jest objawiane wyłącznie tylko w sposób naturalny!)[16];

     

  • następuje banalizacja Ewangelii, która jest głoszona na sposób amerykańskich „telewizyjnych kaznodziejów” lub w stylu poradników (Golf w 10 lekcjach, Nauka jazdy na nartach w weekend itd… czyżby: Chrześcijaństwo w weekend?);

     

  • propagowana jest fałszywa duchowość;

     

  • najpoważniejszym problemem – podobnie jak w przypadku ewangelizacji „czterema punktami” w Ruchu Światło-Życie – jest to, że skrzywiona wersja kerygmatu powoduje grawitowanie tak zewangelizowanych osób w stronę duchowości protestanckiej.

     

Przedstawione fakty sprawiają, że uzasadnione stają się obawy, że uczestnicy ewangelizacji wydaniu niby-katolickim-ale-z-protestanckim-nauczaniem będą zasilać nurt wspólnot, które nie trzymają się katolickiej nauki, choć ze względów praktycznych (werbunek członków) formalnie przyznają się do związków z Kościołem.

  • zwiedzione wspólnoty: niestety zwiedzeniu nie podlegają jedynie osoby indywidualne, ale także całe grupy.

     

Scenariusz powstawania wspólnot tego odśrodkowego nurtu jest niemal identyczny: początkowo istnieje wspólnota charyzmatyczna (najczęściej grupa Odnowy lub Ruchu Światło-Życie), w której dużą rolę odgrywa lider. Następnie następuje kontakt albo z grupą protestancką, albo z jedną z „nie całkiem katolickich” wspólnot przyznających się do Kościoła. Pojawiają się nauczania – bardzo charyzmatyczne, powoli zanikają modlitwy maryjne. Początkowo wspólnota nie występuje przeciw Eucharystii, ale często redefiniuje jej znaczenie. Ta faza może trwać dość długo. Zwykle grupa występuje z Ruchu Światło-Życie albo z koordynacji Odnowy, osłabiając więź z Kościołem. Często w tym momencie ktoś zauważa odśrodkowy charakter wspólnoty, następuje faza kontaktów liderów z hierarchią, przy okazji których odpowiedzialni wspólnoty deklarują pełne przywiązanie do Kościoła. Proboszcz (czasem kuria biskupia) postanawia dać szansę wspólnocie, która nie wydaje się w tym momencie niebezpieczna (liczy kilkanaście – kilkadziesiąt osób). Niestety, gdy grupa zdradzi w sposób oczywisty swój antykościelny charakter, jest już za późno. Niekiedy grupa jest już bardzo liczna (nawet kilkaset osób) i każde bardziej energiczne działanie grozi schizmą (której już i tak na ogół nie da się uniknąć).

Nie są to zagrożenia wymyślone – to SIĘ DZIEJE NA NASZYCH OCZACH. Takich wspólnot POWSTAŁO w ostatnim dziesięcioleciu co najmniej kilkanaście i wciąż tworzą się nowe.

Problem ten nie jest czymś nowym, co więcej, inne kraje przerobiły już boleśnie ten schemat. Stolica Apostolska wydała w ostatnich latach kilka dokumentów, w które powinniśmy się uważnie wczytywać, aby nie powtarzać błędów Kościołów lokalnych w innych krajach. Uczmy się raczej na cudzych błędach.

7. Pokusa – „maszyna ewangelizacyjna”

Na zakończenie chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na samą ideologię towarzyszącą niestety dość często „szybkim i głośnym” przedsięwzięciom ewangelizacyjnym. Doraźne, weekendowe kursy są bardzo potrzebnym elementem w wachlarzu metod pastoralnych, niedobrze jednak, jeśli stają się w świadomości niektórych czymś absolutnie pierwszoplanowym, niemal jedynym środkiem pastoralnym. Organizacja kursów często niestety odpowiada pokusie stworzenia „maszyny ewangelizacyjnej” (często w tę pułapkę wpadają też osoby budujące wspólnotę), na zasadzie „wypracujemy taką formę, że z jednej strony wpadać będą poganie, z drugiej wylatywać zewangelizowani chrześcijanie” (i, ewentualnie, odpady: ludzie „zatwardziali”).

Ta pokusa, jak wspomniałem wyżej, ma i swoją drugą stronę: doświadczenie pokazuje, że ludzie zewangelizowani za pomocą uproszczonych, ale silnie emocjonalnych form pastoralnych zaskakująco często mają złudzenie, jakoby należeli do „grupy wybranej” (w sensie sekciarskim, nie chrześcijańskim), gardzą „zwykłymi chrześcijanami” i – niestety, to ostatnie jest nagminne – mają skłonność do zatrzymywania swojego życia duchowego (i wiedzy religijnej) na poziomie kerygmatu.

Niech mi będzie wolno przytoczyć słowa kard. Josepha Ratzingera:

„Tu jednak kryje się także pewna pokusa – pokusa niecierpliwości, pokusa dążenia do natychmiastowego, wielkiego sukcesu, pokusa wyścigu do wielkich liczb. To wszakże nie jest metoda Boża. Do Królestwa Bożego, a więc także do ewangelizacji, która jest narzędziem i nośnikiem Królestwa Bożego, odnosi się przypowieść o ziarnku gorczycy (por. Mk 4,31-32). Królestwo Boże rozpoczyna się wciąż na nowo od tego znaku. Nowa ewangelizacja nie może być próbą natychmiastowego przyciągnięcia – za pomocą nowych, bardziej wyrafinowanych metod – wielkich mas ludzi, którzy oddalili się od Kościoła. Nie, nie na tym polega obietnica nowej ewangelizacji. Podjąć nową ewangelizację znaczy: nie zadowalać się tym, że z ziarnka gorczycy wyrosło wielkie drzewo Kościoła powszechnego, nie sądzić, że to wystarczy, jeśli w jego listowiu mogą się zagnieździć najróżniejsze ptaki, ale zdobyć się na odwagę rozpoczęcia od nowa, z pokorą – od skromnego ziarenka, pozwalając Bogu zrządzić, kiedy i jak ma się ono rozwinąć (por. Mk 4,26-29). Wielkie sprawy zawsze zaczynają się od małego ziarenka, a masowe ruchy są zawsze nietrwałe […]. To prawda, Bóg nie przywiązuje wagi do wielkich liczb, zewnętrzna potęga nie jest znakiem Jego obecności. Wiele Jezusowych przypowieści wskazuje na taką właśnie logikę Bożego działania, odpowiadając w ten sposób na obawy uczniów, którzy oczekiwali od Mesjasza zupełnie innych sukcesów i znaków – sukcesów w rodzaju tych, jakie proponował Chrystusowi Szatan: dam Ci to wszystko, wszystkie królestwa świata… (por. Mt 4,9). Co prawda, Paweł pod koniec swego życia był przekonany, że zaniósł Ewangelię aż po krańce ziemi, ale chrześcijanie tworzyli wówczas małe wspólnoty rozproszone po świecie i wedle doczesnych kryteriów byli pozbawieni znaczenia. W rzeczywistości jednak byli odrobiną zaczynu, który od wewnątrz przenika ciasto, i nosili w sobie przyszłość świata (por. Mt 13,33). Stare przysłowie powiada: «Sukces nie jest imieniem Bożym» Nowa ewangelizacja musi wpisać się w tę tajemnicę ziarnka gorczycy i nie powinna zabiegać, aby natychmiast wyrosło z niego wielkie drzewo. Żyjemy albo osłonięci wielkim drzewem, które już wyrosło, albo w niecierpliwym oczekiwaniu, żeby wyrosło drzewo jeszcze większe, jeszcze bardziej żywotne – a powinniśmy przyjąć tajemnicę, że Kościół jest zarazem wielkim drzewem i małym ziarenkiem. W dziejach zbawienia zawsze trwa jednocześnie Wielki Piątek i Niedziela Wielkanocna […]”[17].

 

Marek Piotrowski

 


P R Z Y P I S Y :

[1] Swoją drogą, ciekawe, jak twierdzenie to godzą z Hbr 9,28 lub 1 P 1,9?

[2] W tekście tym stosuję pewne uproszczenie, używając słowa „protestancki” na oznaczenie ruchów i poglądów niekatolickich; w istocie w większości wypadków nie chodzi o tradycyjny protestantyzm, a o formację „bezwyznaniową” czy „wolnokościelną”.

[3] Prawdopodobnie jest to skutek błędnego odczytania 2 Kor 1,22, w którym dar Ducha Świętego odczytano na podobieństwo znaku obrzezania z Rz 4,11. Być może także aluzja do Ef 1,13, jeśli Ducha Świętego utożsami się z Jego pieczęcią.

[4] „To «Królestwo» i to «Zbawienie» – wyrazy te są kluczowe dla zrozumienia ewangelizacji Jezusa Chrystusa – może otrzymać każdy człowiek jako łaskę i miłosierdzie; wszakże każdy zdobyć je musi siłą – bo jak Pan mówi, gwałtownicy je porywają – pracą i cierpieniem, życiem prowadzonym według zasad Ewangelii, zaparciem się siebie i krzyżem, duchem ewangelicznych błogosławieństw. A przede wszystkim te dobra każdy może osiągnąć przez duchowe odnowienie samego siebie, które Ewangelia nazywa metanoia, mianowicie przez nawrócenie całego człowieka, które w pełni przemienia jego ducha i serce”, Adhortacja apostolska Evangelii nuntiandi (dalej: EN), 10.

[5] Nie mylić z „czterema prawami życia duchowego”.

[6] Dziś Ruch Agape przekształcił się w Ruch Nowego Życia. Jak dawniej zapewnia o swojej uniwersalności i międzywyznaniowości i jak dawniej przemyca doktrynę protestancką w swoim nauczaniu. Większość jego sympatyków to katolicy, jednak nauczyciele i nauka są protestanckie. Jeszcze do niedawna na ich stronie internetowej znajdowała się deklaracja wiary jasno odwołująca się do doktryny protestanckiej.

Dziś Ruch Nowego Życia zarejestrował się jako osobne wyznanie – ale nadal przedstawia się jako grupa „międzywyznaniowa”.

[7] Prawa Nowego Życia – Notatnik uczestnika Oazy Nowego Życia I stopnia, s. 22.

[8] Tamże, s. 22.

[9] Tamże, s. 35.

[10] Tamże, s. 66, punkt 14.

[12] Fides et ratio, 99.

[13] „To wieszczenie – kerygmat, kazanie lub katecheza – zajmuje tak ważne miejsce w ewangelizacji, że często określa się je tą nazwą. Jednak jest to tylko część ewangelizacji” (EN 22).

[14] „Tak więc ci, którzy odmienili swe życie, wstępują do wspólnoty, która ze swej natury jest znakiem przemiany i nowości życia, tj. do Kościoła, widzialnego sakramentu zbawienia” (EN 23).

[15] „Na początku, nie powtarzając nic z tego, co już powiedzieliśmy wyżej, trzeba przypomnieć, że w Kościele za pierwszy środek ewangelizowania należy uważać świadectwo życia prawdziwie chrześcijańskiego, które trwa w nierozłącznej wspólnocie z Bogiem, a zarazem w nieograniczonej gorącości ducha poświęcania się dla innych. Jak to ostatnio powiedzieliśmy do grupy świeckich, «człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków aniżeli nauczycieli; a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami». To samo trafnie wyraził Piotr apostoł, wskazując na potrzebę czystego i szlachetnego życia chrześcijan, aby na jego widok «nawet ci, którzy nie wierzą słowu […], bez słowa byli pozyskani” (EN 41).

[16] „[…] ewangelizacja jest procesem wielowarstwowym, złożonym z różnych elementów, jakimi są: odnowa ludzkości, dawanie świadectwa, otwarte przepowiadanie, przylgnięcie duchowe, wejście we wspólnotę, przyjęcie znaków, dzieła apostolskie. Może się wydawać, że te elementy nie zgadzają się ze sobą, a nawet że się wykluczają. Ale w rzeczy samej uzupełniają się one i wzajemnie doskonalą. Dlatego trzeba każdy element rozpatrywać w łączności z resztą innych” (EN 24).

[17] Nowa ewangelizacja – przemówienie kard. Josepha Ratzingera, prefekta Kongregacji Nauki Wiary, z 9 grudnia 2000 w Rzymie, za: http://www.apologetyka.katolik.plodnowaewangelizacjaratzinger_ewangelizacjaindex.php

PRZYJĄŁEM JEZUSA I NARODZIŁEM SIĘ NA NOWO!

Spośród niezliczonej liczby producentów programów komputerowych najbardziej znana jest firma Microsoft. Według bardzo wielu użytkowników jej programy są po prostu najlepsze na świecie i nic nie może się z nimi równać. Właśnie w trosce o tę najwyższą jakość firma Microsoft zaprasza użytkowników do dzielenia się spostrzeżeniami co do ewentualnych niedokładności w systemach programowych: może coś należałoby ulepszyć, być może życie pokazało, że nie wszystko działa według zamysłu programisty, zwłaszcza wobec szybkiego postępu na rynku informatycznym. Nadsyłane do firmy spostrzeżenia mają być wyrazem zainteresowania coraz doskonalszym funkcjonowaniem i tak już znakomitych programów.

W poniższym tekście przyjrzymy się niektórym szczegółom pewnego programu: tyle że nie komputerowego, ale formacyjnego. Jest to program oazowy, czyli program formacji Ruchu Światło-Życie. Według bardzo wielu osób, w tym i niżej podpisanego, program ten należy do najlepszych na świecie, do grupy tych, z którymi nic nie może się równać. Ale nigdy nie zawadzi zastanowić się, czy czegoś nie można by w tym programie jeszcze lepiej sformułować; czy życie czasem nie pokazało, że nie każdy punkt „działa” dokładnie według zamysłu autorów, zwłaszcza wobec szybko zmieniających się warunków życia religijnego w Polsce.

Zacznijmy od pewnej obserwacji. W ciągu ostatnich dwudziestu lat nastąpiła pewna liczba odejść z Kościoła katolickiego do chrześcijańskich wspólnot, tzw. wolnych kościołów – niekatolickich, a czasem jawnie antykatolickich. Gdy przyjrzymy się im bliżej, zauważymy intrygujące zjawisko: w tym procesie uczestniczy nadspodziewanie dużo osób, które przeszły formację oazową. Tu od razu, dla rozproszenia nieporozumień, konieczne uwagi:

– po pierwsze, w każdym środowisku zdarzają się odejścia do postaw antykatolickich: licznie niestety odchodzą od praktykowania wiary katolicy bierzmowani i katechizowani, i to jest absolutnie największy problem duszpasterski, w porównaniu z którym odejścia do wspólnot wolnokościelnych są czymś zupełnie znikomym; odchodzą ludzie z rodzin katolickich do Świadków Jehowy; odchodzą ludzie dobrze uformowani nawet w zupełnie specjalnych środowiskach, jak na przykład księża porzucający swoją posługę kapłańską

– po drugie, osoby po formacji oazowej są zdecydowanie bardziej odporne na rozmaite próby, jakim poddawana jest ich wiara, niż porównywalne osoby z innych środowisk; znakomita większość byłych oazowiczów przez całe życie wspaniale korzysta z daru wiary, którego zaczerpnęli niegdyś na rekolekcjach oazowych i spotkaniach Ruchu Światło-Życie

– po trzecie wreszcie, wielu pasterzy Kościoła, w tym Jan Paweł II, wielokrotnie dawało wyraz swojemu uznaniu dla owocności drogi oazowej, z pewnością dlatego, że jako całość jest to niezwykle udana propozycja formacyjna dla polskich katolików przełomu wieków.

Na czym więc polega sygnalizowany problem? Otóż kiedy pewna liczba katolików opuściła swój Kościół, odchodząc do wolnych kościołów, to powinniśmy się spodziewać, że procentowy udział oazowiczów wśród tych osób będzie niższy niż generalnie w społeczeństwie, czyli nie za duży. Powód? Należałoby oczekiwać, że formacja oazowa uzbroi katolika w taką dojrzałość wiary, że droga porzucenia wspólnoty katolickiej na rzecz wolnokościelnej wspólnoty niekatolickiej lub nawet antykatolickiej będzie w jego wypadku mniej prawdopodobna niż dla kogoś bez tej formacji. Tak jednak nie jest. Każdy, kto zna środowiska „wolnych kościołów”, wie, że spotyka się tam zaskakująco dużo byłych oazowiczów (a także osób po formacji w ruchu Odnowy w Duchu Świętym) – tak dużo, że można mówić o ich wyraźnie nieproporcjonalnie licznej obecności.

Warto zadać pytanie, dlaczego tak się dzieje. Może we wspaniałej skądinąd (i dla wielu setek tysięcy ludzi w ciągu trzech dziesięcioleci bardzo budującej) formacji oazowej znajdzie się jakiś punkt, który jest szczególnie narażony na niewłaściwe zrozumienie? Być może z tego powodu punkt ten wymagałby dokładniejszego wyjaśnienia w nowych warunkach duszpasterskich na początku nowego wieku?

Najczęściej w ocenie programu oazowego zwraca się – całkiem słusznie – uwagę na to, jaką wizję chrześcijanina chce on uformować w uczestniku rekolekcji: nazwijmy to wizją przyszłości mojej wiary. Rzadziej zadaje się pytanie, jaką wizję przeszłości wiary kształtuje – być może bezwiednie – oazowy program. Z całą pewnością to drugie pytanie ma o wiele mniejszą rangę niż pierwsze, które jest absolutnie zasadnicze i decydujące. Ale poboczne i pomniejsze pytania też czasem warto zadawać. Zadaję to pytanie jako wielokrotny uczestnik rekolekcji oazowych różnych stopni, a potem jako współprowadzący takie rekolekcje w rozmaitych środowiskach.

Pod takim właśnie kątem przyjrzyjmy się nauczaniu zawartemu w materiałach I stopnia Oazy Nowego Życia (ONŻ I°) na temat przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela. Właściwie pytania nasze będą dotyczyć nawet tylko kilku pierwszych dni rekolekcji oazowych, gdyż wtedy to „przyjęcie Jezusa” najbardziej wyraźnie pojawia się w programie.

a. Kto przyjechał na oazę: chrześcijanie czy kandydaci na chrześcijan?

Podręcznik Oaza nowego życia pierwszego stopnia[1] zapowiada, że skoro „nie wszyscy uczestnicy oaz I stopnia będą mieli już za sobą ewangelizację i pracę w grupach postewangelizacyjnych, przewiduje się w pierwszych pięciu dniach oazy realizację programu ewangelizacyjnego”[2]. Jak rozumie się tę ewangelizację? Polega ona na „pierwszym głoszeniu podstawowych prawd Ewangelii tym, którzy jeszcze jej nie słyszeli albo jeszcze jej nie przyjęli”[3]. Głoszenie tych podstawowych prawd ma na celu zachęcenie uczestnika rekolekcji do odpowiedzi praktycznej. Nie wystarczy intelektualne jedynie przyznanie prawdziwości głoszonego słowa, ale potrzebna jest jeszcze pewna życiowa decyzja. O jaką decyzję chodzi? „Rekolekcje (I°) wzywają do decyzji przyjęcia Chrystusa jako osobistego Zbawiciela i Pana i do włączenia się do grupy formacyjnej”[4].

Ta właśnie decyzja, nazwana tu i w wielu następnych miejscach podręcznika „(osobistym) przyjęciem Chrystusa jako Pana i Zbawiciela” jest właśnie kluczowym momentem, któremu chcemy się przyjrzeć. Szczególnie zaś zastanawiający jest związek „przyjęcia Jezusa” z otrzymaniem tego, co Biblia nazywa nowym życiem. Tam zaś, gdzie pojawia się nieobecne uprzednio nowe życie, tam też, logicznie, mamy do czynienia z nowym narodzeniem.

Nowe życie jest centralnym pojęciem ONŻ I stopnia: „centralna idea i myśl przewodnia” tej oazy „wyrażona jest już w samej nazwie «Oaza Nowego Życia»”. Nic dziwnego, że „proponowane rekolekcje mają stać się oazą, czyli miejscem bujnego rozkwitu życia tryskającego ze źródła”[5]. I tu zbliżamy się do sedna pasjonującego problemu: Czy rekolekcyjna oaza jest miejscem tylko uświadomienia sobie faktu posiadania nowego życia (i w konsekwencji także miejscem jego rozkwitu) przez ludzi, którzy z nowym życiem w sercu przybyli na rekolekcje? Czy też oaza jest miejscem otrzymania nowego życia przez ludzi, którzy do tej pory w ogóle go nie mieli? Jest to pytanie o przeciętnego uczestnika oazy: ochrzczonego w dzieciństwie katolika, który przystąpił do I Komunii św., który (bardziej lub mniej gorliwie) uczestniczył w coniedzielnej Eucharystii i w katechezie, który uważa sam siebie i jest powszechnie przez innych uważany za wierzącego chrześcijanina.

Przy omawianiu daru nowego życia podręcznik ONŻ I stopnia wspomina, że większość ludzi („którzy zwą się chrześcijanami i otrzymali już chrzest i naukę wiary”) „praktycznie nic nie wie o darze nowego życia, nie potrafi się nim radować”[6]. Mogłoby to sugerować, że ludzie ci ów dar mają, choć na razie nie zdają sobie z tego sprawy. Mogłoby też sugerować jednak, że dlatego nic o tym darze nie wiedzą, ponieważ go po prostu nie mają. Problem pozostaje na razie nierozwiązany.

W każdym razie dla osiągnięcia daru nowego życia zaprasza się na początku rekolekcji uczestników do przejścia tropem prawd ewangelicznych sformułowanych następująco:

  • „Bóg Ojciec i Jego wspaniały plan miłości”

  • „Grzech i zapłata: śmierć”

  • „Jezus Chrystus – jedyny Zbawiciel, dawca nowego życia”

  • „Życiodajne spotkanie”

  • „Nowe narodziny i nowy człowiek”[7].

Dwie ostatnie z tych prawd to właśnie brama do interesującego nas zagadnienia. Podręcznik zapowiada najpierw możliwość „życiodajnego spotkania z Chrystusem” i dodaje: „jedynie to spotkanie może nas uczynić uczestnikami nowego życia”[8]. Tę uwagę na pewno każdy chrześcijanin przyjmie jako oczywistą. Niekoniecznie oczywiste mogą natomiast wydać się dalsze tezy dotyczące osobistego przyjęcia Jezusa.

Najpierw wyjaśnienie dla tych, którzy nigdy nie byli uczestnikami ONŻ I°: Kiedy mówi się na początku podręcznika o „przyjęciu Jezusa jako swojego Zbawiciela i Pana”, nie ma się na myśli jakiejś ogólnej wiary w Chrystusa, nabywanej stopniowo w rodzinie, w kościele i na katechezie, albo jakiegoś stopniowo narastającego w sercu przywiązania i miłości do Jego osoby. W szczególności zaś nie ma się na myśli przyjęcia Komunii na Mszy św. Treść wyrażenia „osobiste przyjęcie Jezusa” jest inna. Jest to jednorazowe wydarzenie, które najpierw jest zapowiadane, potem dzieje się w konkretnym momencie rekolekcji, a potem jest omawiane jako zaistniały już fakt. Przypisuje się temu wydarzeniu fundamentalne znaczenie dla zbawienia i dla osobistej relacji między konkretnym uczestnikiem rekolekcji a Bogiem. Ma ono postać modlitewnego aktu – polega na wypowiedzeniu z wiarą takich lub podobnych słów:

„Panie Jezu, bardzo Cię potrzebuję. Otwieram Ci drzwi mojego życia i przyjmuję Cię jako swego Zbawiciela i Pana. Dziękuję ci za to, że jesteś gotów przebaczyć mi zawsze moje grzechy. Zawładnij całkowicie moim życiem. Ukształtuj mnie według swojej woli”[9].

Cały problem tkwi w pytaniu: Jakie skutki ma wypowiedzenie z wiarą i z przekonaniem tej modlitwy przez typowego uczestnika Oazy Nowego Życia I stopnia? Sięgnijmy więc po wyjaśnienia do podręcznika:

„Życiodajne spotkanie z Chrystusem nastąpi wtedy, gdy przyjmiemy Jezusa w sposób świadomy, wolny i osobisty jako swojego Zbawiciela i Pana. Wtedy dopiero […] zostaniemy objęci Bożym planem przygotowanym dla naszego życia. Wtedy, gdy dokonamy tego osobistego przyjęcia Chrystusa, wypełni się obietnica: «Wszystkim tym, którzy je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi» (J 1,12)”[10].

Jak się wydaje, uczestnik oazy I st. mógłby to zrozumieć w ten sposób, że do tej pory nie był objęty Bożym planem przygotowanym dla jego życia. Zdanie to niekoniecznie sugeruje bowiem, że takie życiodajne (czyli „dające życie”, w domyśle – życie duchowe lub życie wieczne) przyjęcie Jezusa już się dokonało: na przykład wiele lat temu podczas I Komunii, albo całkiem niedawno: na wczorajszej Eucharystii. Zdanie to mogłoby sugerować uczestnikom oazy, że takie życiodajne spotkanie jeszcze nigdy nie nastąpiło, niezależnie od ich wiary w okresie sprzed oazy.

Takie właśnie rozumienie potwierdzałby kolejne słowa: „Osobiste przyjęcie Chrystusa nazywa się w Piśmie św. wiarą. Do tej wiary przywiązana jest obietnica życia wiecznego” – czytamy, a na poparcie tej myśli dołączono cytat z Biblii: „Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne” (J 3,36)[11]. Przyjrzyjmy się dokładniej tej metodzie biblijnej argumentacji, gdyż przyda nam się to jeszcze za chwilę. Owszem, zacytowane zdanie J 3,36 może odnosić się do modlitewnego aktu przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela. Może jednak odnosić się równie dobrze do wiary w Syna Bożego nabytej stopniowo, np. przez wzrastanie w rodzinie chrześcijańskiej. Może też oznaczać wiarę wyznawaną wielokrotnie, być może coraz bardziej świadomie, w słowach liturgii: „Panie, powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Z tekstu J 3,36 nie sposób się dowiedzieć, czy dla dostąpienia zbawienia konieczny jest jakiś specjalny obrzęd lub jednorazowy akt modlitewny przyjmowania Jezusa. A jednak ten komentarz mógłby naprowadzić uczestnika oazy na taką właśnie myśl: Skoro ten obrzęd jest jeszcze przede mną, to do tej pory nie zostałem objęty Bożym planem przygotowanym dla mojego życia. Pomimo chrztu, pomimo pierwszej Komunii św. i – jak to na oazie bywa – początkowej spowiedzi i komunii podczas Mszy św. (nawet wczorajszego poranka!), jeszcze nigdy nie dostąpiłem w ciągu całego mojego życia życiodajnego spotkania z Chrystusem.

Podobny kłopot mógłby powstać z następnym fragmentem tłumaczącym potrzebę przyjęcia Jezusa w specjalnym modlitewnym obrzędzie: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3,20). Z podręcznika możemy się dowiedzieć, że Bóg w tym fragmencie „wzywa nas” do „przyjęcia Jezusa przez osobiste, świadome i wolne zaproszenie Go do swojego serca i życia”[12]. Zapewne. Ale czy nacisk nie jest tu położony bardziej na wezwanie ostygłego w wierze chrześcijanina do usłyszenia głosu Jego słów: „Bądź gorliwy i nawróć się!” (Ap 3,19), na przykład przez odwrócenie się od grzechu? Kłopot ten może narastać wskutek słów: „osobiste spotkanie z Jezusem w wierze jest punktem szczytowym pierwszej ewangelizacji poprzedzającej chrzest”[13]. Przecież dla stu procent uczestników większości oaz chrzest nie jest dopiero oczekiwanym w przyszłości wydarzeniem. Jest czymś otrzymanym w dzieciństwie, czymś z przeszłości. I mogłyby zdarzyć się trudności w zrozumieniu, jak się ma fakt chrztu otrzymanego w przeszłości do obietnicy życiodajnego spotkania z Chrystusem, które ma nastąpić w przyszłości.

b. Narodzeni na nowo: już czy jeszcze nie?

Jeszcze więcej problemów uczestnikowi oazy mogłyby sprawić następne słowa:

„Spotkanie z Chrystusem i przyjęcie Go jako osobistego Zbawiciela i Pana jest równoznaczne z tym, co nazywa Ewangelia nowymi narodzinami. Stanowi to problem kluczowy rozmowy Chrystusa z Nikodemem: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego» (J 3,5)”[14].

Owszem, problemem kluczowym rozmowy Chrystusa z Nikodemem są nowe narodziny. Ale czy rzeczywiście z tej rozmowy wynika potrzeba przyjęcia Chrystusa jako osobistego Pana i Zbawiciela w jednorazowej, modlitewnej formule? Przytoczony fragment biblijny nie mówi przecież o przyjęciu Jezusa jako osobistego Zbawiciela i Pana. Mówi o narodzinach z wody i z Ducha. Utożsamienie tych narodzin z modlitewnym przyjęciem Jezusa nie wynika z biblijnego tekstu. Jest jego (na pewno pożyteczną) duszpasterską adaptacją – jedną z wielu możliwych i wcale niekonieczną. I na pewno nie jest pierwszym i podstawowym sensem tego fragmentu: podstawowy sens – to chrzest.

Obietnica nowych narodzin pogłębia się:

„Jednym z głównych celów formacyjnych Oazy Nowego Życia I stopnia jest uświadomienie uczestnikom, że przyjęcie Chrystusa jako osobistego Zbawiciela i Pana i udzielenie Ducha Świętego oraz nowe narodziny z ducha – to nie dwa odrębne wydarzenia, ale to dwa aspekty jednej i tej samej rzeczywistości, których nie można od siebie oddzielić […]. Osobiste spotkanie z Chrystusem to równocześnie nasze nowe narodziny. Ten, kto w sposób osobisty przyjął Chrystusa, może powiedzieć: narodziłem się na nowo”[15].

Po przypomnieniu sobie, jak wygląda to „przyjęcie Jezusa” – że jest to jednorazowy akt, moment wypowiadania z wiarą krótkiej modlitwy – tym bardziej można się zastanawiać, czy niekiedy nie doprowadzi to do sytuacji, kiedy uczestnikowi oazy będzie trudno przyjąć takie nauczanie i pogodzić je ze swoim dotychczasowym doświadczeniem religijnym. Czy nie stanie przed pytaniem: Jak to się stało, że do tej pory uczestnicząc w normalnym życiu Kościoła, w ogóle nie miałem nowego życia? Dochodzi do tego jeszcze jedna niezmiernie ważna sprawa: fakt, że najczęściej wszyscy uczestnicy oazy są ochrzczeni jako małe dzieci, traktuje się w nauczaniu podręcznika nie tyle jako źródło błogosławionej radości, ale raczej jako komplikację: wraz z przypomnieniem chrztu z dzieciństwa pojawiają się takie określenia, jak „trudna sprawa”, „problem”, zagadnienie”.

„Sprawa jest nieco trudna do wyjaśnienia, bo łączy się to z problemem chrztu świętego. Chrzest jako narodzenie z wody jest również narodzeniem z Ducha i udzieleniem nowego życia […]; w przypadku, gdy najpierw udzielono chrztu z wody, trzeba – gdy dziecko dojdzie do zdolności przyjmowania postaw osobowych – a więc świadomych i wolnych, doprowadzić do osobistego spotkania z Chrystusem […]; prowadzenie do osobistego spotkania z Chrystusem w Oazie Nowego Życia I stopnia musi być powiązane z problemem odnowy chrztu. Ku tym zagadnieniom skierowana jest praca formacyjna Oazy Nowego Życia I stopnia w następnych dziesięciu dniach”[16].

Dopiero w następnym podrozdziale pojawia się stwierdzenie: „fakt naszego chrztu jest wszczepieniem w śmierć Chrystusa i Jego zmartwychwstanie”[17]. Jeszcze wyraźniej jest to sformułowane w części szczegółowej podręcznika: „Początek nowego życia otrzymał każdy z nas na chrzcie św. To były nasze powtórne narodziny (por. J 3), narodziny z Boga (por. J 1)”[18]. I dalej: „chrzest jako narodzenie z wody jest również narodzeniem z Ducha i udzieleniem nowego życia. Nie zawsze jednak łączy się on z przeżyciem osobistego spotkania z Chrystusem: na pewno nie ma go w przypadku chrztu niemowląt. Trzeba jednak powiedzieć, że chrzest z istoty domaga się – jako swego dopełnienia i aktualizacji – osobistego spotkania z Chrystusem w wierze”[19].

Ale nietrudno zauważyć, że nauczanie o skutkach nowego narodzenia nie odwołuje się na tym etapie do uświadomienia sobie skutków chrztu: odwołuje się do uświadomienia sobie skutków „osobistego przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela”. Mogłoby powstać wrażenie, że chrzest jest raczej drugorzędnym tematem przy omawianiu nowego narodzenia: że nie tyle dawniej narodziłem się na nowo przez chrzest, a teraz odnawiam posiadane już nowe życie przez obrzęd przyjęcia Jezusa, co raczej dziś narodziłem się na nowo przez osobiste przyjęcie Jezusa – i oto stoję przed faktem domagającym się skomplikowanego wyjaśnienia: To po co właściwie zostałem ochrzczony jako dziecko? Skoro i tak moja wiara stoi na niewzruszonym fundamencie osobistego przyjęcia Jezusa w modlitewnej formule, a nie na niewzruszonym fundamencie faktu, że kiedyś zostałem ochrzczony…

Na przykład, w myślach do kazania ewangelizacyjnego przeznaczonego na dzień czwarty czytamy o naszym chrzcie z dzieciństwa w słowach – by powiedzieć łagodnie – niezbyt entuzjastycznych: „Trzeba się narodzić powtórnie. Trzeba się narodzić z mocy i z Ducha. Dosłownie chodzi o chrzest, ale przecież nie tylko o zewnętrzny obrzęd z mojego dzieciństwa”[20]. I zgodnie z tym ludzie, którzy już wielokrotnie uczestniczyli (nawet na tej oazie) w Eucharystii, których zachęcano do przyjęcia sakramentu pokuty, słyszą o nowym narodzeniu w czasie przyszłym: „Oddajmy Mu swoje życie, by w ten sposób narodzić się na nowo” (wcześniej jest to nazwane „świadomym narodzeniem z Ducha”); „narodzę się na nowo, gdy przeżyję rzeczywistość, że Chrystus jest moim Zbawcą, i przyjmę Jego słowo”.

Także niektóre elementy rozmowy ewangelizacyjnej proponowanej w materiałach mogą wzbudzić trudności. Czytamy tam np.: „Oto pierwszy etap (stopień): Zbawienie. Kiedy osiągamy ten etap, wspinamy się na pierwszy stopień? Gdy przyjmiemy Chrystusa wiarą jako swojego osobistego Zbawiciela. O tym zapewnia św. Paweł: Rz 3,22-26”[21]. Kiedy jednak zajrzymy do wspominanego tekstu św. Pawła, przeczytamy tam o tym, że jesteśmy usprawiedliwieni z wiary, a nie o przyjęciu Jezusa jako swojego osobistego Zbawiciela przez wypowiedzianą formułę modlitwy. Sposób nabycia lub wyrażenia zbawczej wiary nie jest w ogóle przedmiotem nauczania św. Pawła w przytoczonym fragmencie. I tu dochodzimy do kolejnego ciekawy aspektu „osobistego przyjęcia Jezusa” w specjalnym akcie wypowiedzenia formuły modlitewnej: Czy uczy o tym Pismo św.?

c. Czy Biblia mówi o przyjęciu Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela?

Na to pytanie można odpowiedzieć bardzo prosto albo w sposób nieco głębszy. Odpowiedź prosta (w tym sensie „fundamentalistyczna”) brzmi: Biblia nie zawiera takich słów, jak „osobiste przyjęcie Jezusa (lub Chrystusa)”; „przyjęcie Jezusa jako osobistego Pana (lub Zbawiciela i Pana)”; „osobisty Pan i Zbawiciel”. Nie ma ani nauczania Apostołów zawierającego takie sformułowania, ani oczywiście opisu, aby ktokolwiek używał takich sformułowań, aby stać się chrześcijaninem.

Ale bardziej interesująca jest odpowiedź głębsza: Czy rozmaite miejsca w Nowym Testamencie na temat wiary w Jezusa pozwalają na przypisywanie „przyjęciu Jezusa” rangi nowego narodzenia albo na twierdzenie, że dzięki temu aktowi modlitewnemu dostępujemy zbawienia? Największą pomocą w poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie służy oczywiście podręcznik oazowy, przytaczając sporą liczbę biblijnych argumentów dla zilustrowania błogosławionych skutków przyjęcia Jezusa.

„Pismo św. mówi wyraźnie, że musimy przyjąć Chrystusa i w ten sposób narodzić się na nowo. Cytaty: J 1,11-12; J 3,1-7; Rz 8,14-16; 1 J 3,8-10”[22].

Co ciekawe jednak, zapoznanie się z dokładnym brzmieniem tych cytatów upewni nas, że żaden z nich nie mówi, iż modlitewny akt przyjęcia Chrystusa jest nowym narodzeniem. Przyjrzyjmy im się po kolei:

– Oto pierwszy cytat:

„Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego” (J 1,12).

„Stanie się dziećmi Bożymi” to chyba to, czego szukamy: jak się wydaje, można to sformułowanie uznać za synonim „narodzenia na nowo”: ktoś, kto nie był dzieckiem Bożym, stał się nim – więc porównanie z narodzinami wydaje się jak najbardziej naturalne. Nie jest to jednak do końca to, czego szukamy: nie jest przecież opisany sposób owego przyjęcia – może przez stopniowe wzrastanie w wierze? może przez chrzest? może przez pokutę i odpuszczenie grzechów?

– Przejdźmy do cytatu drugiego:

„Rzekł do niego Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwo Bożego». Nikodem powiedział do Niego: «Jakżeż może się człowiek narodzić będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?» Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić»” (por. J 3,2-7).

To bardzo obiecujący tekst: są tu wspomniane nowe narodziny. To prawda, ale z drugiej strony Jezus wcale nie wyjaśnia, że nastąpią one przez modlitewne przyjęcie Go jako osobistego Pana i Zbawiciela; raczej zapowiada coś innego – coś, co stanie się mocą Ducha Świętego przy użyciu wody, a więc chrzest.

– Idźmy więc dalej:

„Albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście Ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: Abba, Ojcze! Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi” (Rz 8,14-16).

Ten fragment wprawdzie nie zawiera w ogóle sformułowania „nowe narodzenie”, ale możemy przyjąć, że zawiera coś równoważnego: otrzymanie Ducha. Niestety, nie jest tu w ogóle poruszony problem, jak można otrzymać Ducha Bożego, a w szczególności nie ma tu zalecenia, aby Ducha otrzymać przez osobiste przyjęcie Jezusa.

– A oto fragment ostatni:

„Każdy, kto narodził się z Boga, nie grzeszy, gdyż trwa w nim nasienie Boże, taki nie może grzeszyć, bo się narodził z Boga. Dzięki temu można rozpoznać dzieci Boga i dzieci diabła: każdy, kto postępuje niesprawiedliwie, nie jest z Boga, jak i ten, kto nie miłuje swego brata” (1 J 3,9-10).

Tu mamy problem podobny: ten tekst wprawdzie mówi o nowym narodzeniu, ale w ogóle nie omawia, jak tego dostąpić.

Stoimy więc przed ciekawym zagadnieniem: Czy na pewno Pismo św. mówi wyraźnie, że musimy dokonać aktu osobistego przyjęcia Chrystusa i w ten sposób narodzić się na nowo? Jeśli tak, to czy nie ma jakichś fragmentów biblijnych, które by wyraźniej o tym mówiły niż J 1,11-12; J 3,1-7; Rz 8,14-16; 1 J 3,8-10, skoro podane cytaty z Biblii odnoszą się raczej do innego tematu?

Tu znowu znakomitą pomocą służą stronice oazowego podręcznika. Przejrzyjmy więc teksty biblijne przytoczone na poparcie kolejnego fragmentu nauczania:

„Pismo św. – niezależnie od chrztu i dobrych uczynków – żąda przede wszystkim osobistej wiary jako warunku zbawienia i źródła usprawiedliwienia. Ta wiara – to właśnie osobiste przyjęcie Chrystusa!” Cytaty: Ga 2,16; Ef 2,8-9; Tt 3,4-8; Jk 2,14-22”.

A oto rzut oka na wspomniane teksty:

– Najpierw List do Galatów:

„Przeświadczeni, że człowiek osiąga usprawiedliwienie nie przez wypełnianie Prawa za pomocą uczynków, lecz jedynie przez wiarę w Jezusa Chrystusa, my właśnie uwierzyliśmy w Chrystusa Jezusa, by osiągnąć usprawiedliwienie z wiary w Chrystusa, a nie przez wypełnianie Prawa za pomocą uczynków, jako że przez wypełnianie Prawa za pomocą uczynków nikt nie osiągnie usprawiedliwienia” (Ga 2,16).

Owszem, czytamy tu, że Biblia przeciwstawia wiarę „uczynkom” – ale są to uczynki Prawa Starego Przymierza, do których to uczynków chrzest chrześcijan z całą pewnością nie należał. Nie wspomina się też nic o tym, że wymagana do zbawienia wiara to osobiste przyjęcie Jezusa.

– A czego dowiemy się z Listu do Efezjan?

„Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił” (Ef 2,8-9).

Podobnie jak wyżej: nie ma tu nic o osobistym przyjęciu Jezusa ani o tym, żeby wiara miała być niezależna od chrztu, tak jak od innych „uczynków”.

– Najciekawszy jest jednak fragment z Listu do Tytusa:

„Nie ze względu na sprawiedliwe uczynki, jakie spełniliśmy, lecz z miłosierdzia swego zbawił nas przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy, usprawiedliwieni Jego łaską, stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego. Nauka ta zasługuje na wiarę, i chcę, abyś z całą stanowczością o tym mówił, że ci, którzy wierzą w Boga, mają się starać usilnie o pełnienie dobrych czynów. Jest to dobre i pożyteczne dla ludzi” (Tt 3,4-8).

Tutaj nie dość, że nie ma mowy o tym, aby chrzest był podobny do wspomnianych „sprawiedliwych uczynków” – chodzi przecież o uczynki wymagane przez Prawo Starego Testamentu – to, jak się wydaje, chrzest jest nawet wprost wskazany jako sposób dotarcia do nas łaski zbawiającej przez wiarę („obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym”). W szczególności zaś chrzest nie jest tu przeciwstawiony wierze, tak jakby wiara miała być od chrztu niezależna.

– Wreszcie tekst ostatni:

Fragment Jk 2,14-22 jest za długi, by go tu przytaczać. Można zauważyć jedynie, że w ogóle nic nie mówi on o problemie osobistej wiary wyrażonej w osobistym przyjęciu Chrystusa, niezależnie od chrztu i dobrych uczynków.

Tytułem uzupełnienia warto jeszcze rozważyć fragment z Listu do Rzymian (Rz 10,9-10), jako że przy innych okazjach bardzo często stanowi on biblijną podstawę dla uzasadnienia, że obrzęd przyjęcia Jezusa ma zbawczą moc nowego narodzenia. Czytamy tam:

„Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia”.

Praktyka wskazuje, że jeśli ktoś wcześniej wierzy w zbawczą moc modlitewnego aktu przyjęcia Jezusa, to niemal zawsze odczytuje w tym Pawłowym tekście dokładny przepis na zbawienie i nowe narodzenie jako skutek tego aktu. Jednak bez tego wcześniejszego założenia widzimy w tekście Pawła tylko stwierdzenie konieczności wiary, że „Jezus jest Panem”. Zapewne znaczy to, że Jezus zmartwychwstał i że jest Synem Bożym, i że taka wiara „prowadzi do usprawiedliwienia i zbawienia”. Ale czy może z tego wynikać, że ów zbawczy skutek (i nowe narodziny) ma płynąć z głośnego wypowiedzenia formuły osobistego przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela? Raczej nie: dwa zdania dalej Apostoł pisze: „Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony” (Rz 10,13). Czy ma z tego wynikać, że każdy, kto raz zawoła z wiarą „O Jezu!” będzie zbawiony? A dodatkowo: „wyznawanie” owej wiary, które „prowadzi do zbawienia”, też nie wydaje się jednorazowym aktem, lecz rozciąga się na całe życie chrześcijanina.

d. Boży pociąg: co Apostoł Paweł pisał o lokomotywach i wagonach?

W formacji I stopnia oazy używa się porównania życia chrześcijańskiego z pociągiem: wiara podobna jest do lokomotywy, a uczucia do wagonów[23]. Sens porównania jest taki: to wiara ciągnie za sobą uczucia, a nie odwrotnie. Porównanie to jest bardzo trafne i niezwykle pomocne w poszukiwaniu prawdziwie chrześcijańskiej pewności wiary. W materiałach podręcznikowych znowu jednak pojawia się zasygnalizowany wcześniej problem: Co jest treścią owej wiary, która jest Bożą lokomotywą poruszającą moje życie? Wydaje się, że w materiałach do prowadzenia ONŻ I st. na tym etapie dominuje przedstawianie treści wiary tylko i wyłącznie jako faktów z życia Bożego, z życia Jezusa: Bóg mnie kocha, Bóg ma dla mnie plan, Jezusa oddał za mnie swoje życie. To wszystko na pewno jest absolutnie centralne, ale co z treścią wiary dotyczącą faktów z mojego życia? Czy Apostołowie wskazywali, że fundamentem pewności, iż prawdy o Bogu staną się skuteczne w moim życiu, jest „osobiste przyjęcie Jezusa jako Pana i Zbawiciela” w jednorazowym obrzędzie modlitewnym? I że w ten sposób zostałem chrześcijaninem oraz dostąpiłem zbawienia?

Otóż, jak się wydaje, wiara głoszona przez Apostołów chrześcijanom dotyczy oczywiście miłości Boga Ojca, faktów z życia Jezusa i skutków tych faktów dla nas – ale dotyczy także faktów z naszego życia. Są to fakty sakramentalne i są częścią kerygmatu głoszonego członkom Kościoła. Zbawcza wiara jest wiarą w fakty z życia Jezusa oraz w pewne fakty z życia chrześcijanina, tj. sakramenty. Spójrzmy na przykład, jak Apostoł Paweł głosił chrześcijanom pewność, jaką dała im wiara:

„Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca” (Rz 6,3-4).

Orędzie jest jasne: darmowa łaska dotarła do chrześcijanina przez chrzest. Zauważmy też, że nie zdarzyło się Apostołowi pisać: „Czy nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzy przeżyliśmy kiedyś obrzęd przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela, przez to przyjęcie wkroczyliśmy w nowe życie”.

„Wszyscyśmy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, [aby stanowić] jedno Ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscyśmy też zostali napojeni jednym Duchem” (1 Kor 12,13).

Tu podobnie, niepodważalnym argumentem dającym pewność wiary jest fakt chrztu, a nie fakt modlitewnego aktu przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela.

„Zbawił nas przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy, usprawiedliwieni Jego łaską, stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego” (Tt 3,5-7).

„Obmycie odradzające” to synonim wyrażenia „obmycie dające nowe narodzenie”, czyli chrztu, a nie modlitewnego aktu „osobistego przyjęcia Jezusa jako Pana i Zbawiciela”.

„Mając zaś kapłana wielkiego, który jest nad domem Bożym, przystąpmy z sercem prawym, z wiarą pełną, oczyszczeni na duszy od wszelkiego zła świadomego i obmyci na ciele wodą czystą” (Hbr 10,21-22) – a nie: „obmyci świadomym przyjęciem Jezusa”.

e. A co z uprzednimi aktami przyjęcia Jezusa?

Życie katolickie, również życie znakomitej większości tych, którzy później przyjechali na oazę, obfituje w sformułowania liturgiczne, które wyrażają dokładnie to samo, co modlitwa obrzędu „przyjęcia Jezusa jako Pana i Zbawiciela”, choć oczywiście w innych słowach. To prawda, że słowa liturgii bywają przeżywane rozmaicie, czasem bardziej świadomie, częściej rutynowo, niekiedy bez zrozumienia, a czasem nawet bezmyślnie. Należy jednak się zastanowić nad możliwym ubocznym skutkiem takiej oto sytuacji: Ludzie „przyjmujący Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela” to te same osoby, które poprzedniego dnia rano na Eucharystii oazowej (podobnie jak w każdej Mszy św.) wypowiadali coś, co wygląda na… osobiste przyjęcie Jezusa jako Pana i Zbawiciela! Przecież na słowa: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (co wydaje się synonimem określenia „Zbawiciel”), odpowiedzieli: „Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Wydaje się, że odpowiedź ta dokładnie oddaje treść zawartą w słowach:

– osobisty (bo przecież dla „duszy mojej”)

– Zbawiciel (gdyż „gładzi grzechy”)

– Pan (wołamy: „Panie!”)

– przyjęcie (Jezusa pod postacią Chleba).

A więc osobistego Zbawiciela i Pana chrześcijanin przyjmuje w akcie Komunii eucharystycznej i uczestnicy oazy czynili to na tych rekolekcjach już nawet kilkakrotnie. Może warto więc zapytać o możliwość stworzenia niewłaściwego wrażenia w uczestnikach oazy, którzy przecież zaczęli rekolekcje od sakramentu pokuty i codziennie uczestniczyli na oazie w Eucharystii, a po kilku dniach dowiadują się, że dopiero po pewnym akcie modlitewnym, zwanym osobistym przyjęciem Jezusa, dostąpili zbawczych darów? Że dopiero wieczorem w czwartym dniu oazy, czyli od chwili „zaproszenia Jezusa do serca” w szczerej i ufnej modlitwie naprawdę:

  • Jezus Chrystus mieszka w nas i wszedł w nasze życie (Ap 3,20)

  • grzechy nasze są nam odpuszczone (Kol 1,14)”[24]?

A co ze spowiedzią z pierwszego dnia oazy – czyżby grzechy nie zostały wtedy odpuszczone? A co z wczorajszym zaproszeniem dokonanym na Eucharystii: każdy osobiście zaprosił Baranka Bożego jako swojego Zbawiciela i Pana, aby przyszedł i osobiście uzdrowił jego serce – czyżby jednak wtedy Jezus wcale nie zamieszkał w jego sercu?

Być może krokiem w stronę właściwej odpowiedzi będzie postawienie kolejnego pytania: Czy rzeczywiście kerygmat ewangelizacyjny głoszony katolikom (czasem wierzącym mocno, czasem słabo lub chwiejnie) powinien być taki sam jak kerygmat głoszony poganom? Czy w Biblii spotkamy się z tym, że kiepskich chrześcijan („ludzi, którzy zwą się chrześcijanami i otrzymali już chrzest i naukę wiary”) metodycznie traktowano przy reewangelizacji tak samo jak pogan? Zdecydowanie nie! Odpadłym od wiary i letnim chrześcijanom, a także chrześcijanom, którzy wskutek grzechów i obojętności popadli w stan śmierci duchowej, głoszono w czasach biblijnych coś innego niż poganom:

„Aniołowi Kościoła w Sardes napisz: […] Znam twoje czyny: masz imię, [które mówi], że żyjesz, a jesteś umarły. Stań się czujnym i umocnij resztę, która miała umrzeć, bo nie znalazłem twych czynów doskonałymi wobec mego Boga. Pamiętaj więc, jak wziąłeś i usłyszałeś, strzeż tego i nawróć się! […]

Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego: Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! […] Bądź więc gorliwy i nawróć się!” (Ap 3,1-19).

Jest to głoszenie wyraźnie nawiązujące do tego, co już się wydarzyło w życiu wiary: „pamiętaj więc, jak wziąłeś i usłyszałeś!”; nakazujące odwołanie się do tego wszystkiego, co już słyszeliśmy: „strzeż tego!”; wzywające do nawrócenia. Punktem centralnym nie jest sugerowanie, że nowe narodzenie jest czymś, co dopiero ma się wydarzyć: przecież słowa „bądź gorliwy i nawróć się!” odwołują się do przeszłości. Obietnicą dla reewangalizowanego chrześcijanina nie jest przyszłe nowe narodzenie. Nowe narodzenie jest przeszłym wydarzeniem i dlatego jest nieutracalnym fundamentem wiary i nadziei, że mamy nowe życie. Jest fundamentem wiary w to, że nowe narodzenie stało się już naszym udziałem: „Przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie” (Rz 6,4).

f. Wnioski

Pod koniec tych uwag i pytań, na które zapewne odpowiedzi mogą być rozmaite, jako że różne bywają praktyczne doświadczenia oazowej metody formacyjnej, można pokusić się o kilka tez do dyskusji:

1. Praktyka osobistego przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela nie wydaje się wynikać wprost z Biblii. Do takiej praktyki nie zachęcali Apostołowie, nie odwoływali się do niej w swoim nauczaniu i nie sposób podać biblijnego przykładu, aby ktoś takiego modlitewnego aktu dokonał.

2. Praktyka przyjęcia Jezusa jako osobistego Pana i Zbawiciela wydaje się wynikać raczej z ewangelizacyjnych i modlitewnych tradycji wielu ruchów chrześcijańskich: np. ruchu Agape, Ruchu Nowego Życia, a ostatnio Ruchu Światło-Życie i Ruchu Odnowy w Duchu Świętym.

3. Praktyka ta jest w najwyższym stopniu pożyteczna jako okazja do nawiązania lub odnowienia osobistej relacji z Bogiem. Jest jednak modlitewnym zwyczajem kościelnym i taką też rangę należy jej przypisać. Nie należy natomiast przypisywać jej mocy tożsamej z nowym narodzeniem, gdyż nie ma to podstaw w Biblii (i automatycznie w Tradycji Kościoła).

4. Problemy mogą pojawić się u nie dość gruntownie uformowanych uczestników oazy, jeśli jednoznacznie utożsami się ową praktykę z biblijnymi „nowymi narodzinami” (czego teksty Biblii nie usprawiedliwiają). Skutkiem może być osłabienie poczucia wartości otrzymanego w dzieciństwie chrztu, nieodbieranie go jako wzbogacającego daru, ale raczej jako kłopotu trudnego do wyjaśnienia. Utrata wiary w moc otrzymanego w Kościele katolickim chrztu, jak się okazało, może w pewnych przypadkach doprowadzić do odejścia z Kościoła do grup, gdzie przyjęcie Jezusa jako Pana i Zbawiciela jest rozumiane jednoznacznie jako jedyny sposób nowego narodzenia.

5. Część tego problemu wynika z faktu głoszenia ewangelizacyjnego kerygmatu bez brania pod uwagę, czy głosi się go poganom, czy katolikom, którzy odpadli od wiary lub których wiara ochłodła, czy też katolikom gorliwym i pobożnym. Jak się wydaje, wszystkie grupy bez wyjątku zostały w oazowej (re)ewangelizacji potraktowane tak samo jak niewierzący, co nie jest zgodne z wzorcem biblijnym. Przypominanie podstaw wiary chrześcijanom, którzy osłabli w wierze, nie jest niezależne od otrzymanego przez nich dawniej chrztu, ale wręcz przeciwnie: do niego nawiązuje i na nim bazuje.

ks. Andrzej Siemieniewski


P R Z Y P I S Y :
[1] Ks. F. Blachnicki, Oaza nowego życia pierwszego stopnia Podręcznik, Krościenko 2001 (wyd. ósme), dalej: ONŻ I°-P.
[2] ONŻ I°-P, s. 11.
[3] ONŻ I°-P, s. 10.
[4] ONŻ I°-P, s. 11.
[5] ONŻ I°-P, s. 13.
[6] ONŻ I°-P, s. 13.
[7] ONŻ I°-P, s. 14.
[8] ONŻ I°-P, s. 16.
[9] ONŻ I°-P, s. 152.
[10] ONŻ I°-P, s. 16.
[11] Tamże.
[12] Tamże.
[13] Tamże.
[14] ONŻ I°-P, s. 17.
[15] Tamże.
[16] Por. ONŻ I°-P, s. 18.
[17] ONŻ I°-P, s. 19.
[18] ONŻ I°-P, s. 90.
[19] ONŻ I°-P, s. 17-18.
[20] ONŻ I°-P, s. 147.
[21] ONŻ I°-P, s. 151.
[22] Tamże.
[23] Notatnik ONŻ – Prawa Nowego Życia, Światło-Życie (b.m.r.), s. 32.
[24] ONŻ I°-P, s. 184.

NOWA EWANGELIZACJA

Troska Kościoła o dzieci i młodzież ma wiele wymiarów i urzeczywistnia się w różnych dziedzinach, ale jej najważniejszym celem pozostaje zaszczepienie najmłodszym chrześcijanom wiary w Chrystusa oraz włączenie ich w życie i misję Kościoła. Ma temu służyć katecheza i nauczanie religii w szkołach, które – aby spełniać swoje zadanie – muszą być formą autentycznej ewangelizacji. Jej strukturze, metodzie i treści poświęcone było przemówienie, jakie kard. Joseph Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary, wygłosił do katechetów i nauczycieli religii, obchodzących w dniach 9-10 grudnia 2000 r. swój Jubileusz w Rzymie. Poniżej zamieszczamy tekst jego wypowiedzi.


Ludzkie życie nie spełnia się samoistnie. Nasze życie to sprawa otwarta, niedokończony projekt, który trzeba dopiero uzupełnić i urzeczywistnić. Podstawowe pytanie każdego człowieka brzmi: jak tego dokonać – jak stać się człowiekiem? Jak nauczyć się sztuki życia? Jaka droga prowadzi do szczęścia?

Ewangelizować znaczy wskazywać tę drogę – uczyć sztuki życia. Na początku działalności publicznej Jezus mówi: Przyszedłem, aby głosić Ewangelię ubogim (por. Łk 4, 18). To znaczy: mam odpowiedź na wasze najważniejsze pytanie; wskazuję wam drogę życia, drogę szczęścia, więcej – ja sam jestem tą drogą. Najgłębszym ubóstwem jest nieumiejętność doznawania radości, znużenie życiem, postrzeganym jako bezsensowne i wewnętrznie sprzeczne. Ten rodzaj ubóstwa występuje dziś powszechnie w bardzo różnych postaciach zarówno w społeczeństwach materialnie zamożnych, jak i w krajach ubogich. Nieumiejętność doznawania radości jest skutkiem i zarazem źródłem nieumiejętności kochania, rodzi też zawiść, chciwość i wszelkie wady, które sieją zniszczenie w życiu jednostek i w świecie. Dlatego potrzebujemy nowej ewangelizacji: jeżeli sztuka życia pozostaje nie znana, wszystko inne zawodzi. Ta sztuka nie jest jednak przedmiotem badań nauki: może ją przekazać tylko ten, kto ma życie, kto jest uosobioną Ewangelią.

I. Struktura i metoda nowej ewangelizacji

1. Struktura

Zanim zaczniemy mówić o zasadniczych treściach nowej ewangelizacji, chciałbym powiedzieć kilka słów o jej strukturze i właściwej metodzie. Kościół zawsze ewangelizuje i nigdy nie przerwał ewangelizacji. Każdego dnia sprawuje misterium eucharystyczne, udziela sakramentów, głosi słowo życia, czyli słowo Boże, podejmuje dzieła sprawiedliwości i miłosierdzia. Ta ewangelizacja przynosi owoce: daje światło i radość, wskazuje drogę życia wielu ludziom; wielu żyje – choć często o tym nie wie – dzięki światłu i ciepłu, jakie promieniują z tej nieustannej ewangelizacji. Mimo to jesteśmy świadkami postępującego procesu dechrystianizacji i zaniku istotnych wartości ogólnoludzkich, co budzi niepokój. Mimo ciągłej ewangelizacji prowadzonej przez Kościół wielka cześć współczesnej ludzkości nie znajduje w niej Ewangelii, to znaczy przekonującej odpowiedzi na pytanie: jak żyć?

Dlatego poszukujemy – poza tą ewangelizacją permanentną, która nigdy nie została i nie może zostać przerwana – nowej ewangelizacji, zdolnej dotrzeć do świata, nie objętego ewangelizacją «klasyczną». Wszyscy potrzebują Ewangelii; Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich, a nie tylko dla zamkniętego kręgu ludzi, mamy zatem obowiązek szukać nowych dróg, by dotrzeć z nią do wszystkich.

Tu jednak kryje się także pewna pokusa – pokusa niecierpliwości, pokusa dążenia do natychmiastowego, wielkiego sukcesu, pokusa wyścigu do wielkich liczb. To wszakże nie jest metoda Boża. Do Królestwa Bożego, a więc także do ewangelizacji, która jest narzędziem i nośnikiem Królestwa Bożego, odnosi się przypowieść o ziarnku gorczycy (por. Mk 4, 31-32). Królestwo Boże rozpoczyna się wciąż na nowo od tego znaku. Nowa ewangelizacja nie może być próbą natychmiastowego przyciągnięcia – za pomocą nowych, bardziej wyrafinowanych metod – wielkich mas ludzi, którzy oddalili się od Kościoła. Nie, nie na tym polega obietnica nowej ewangelizacji. Podjąć nową ewangelizację znaczy: nie zadowalać się tym, że z ziarnka gorczycy wyrosło wielkie drzewo Kościoła powszechnego, nie sądzić, że to wystarczy, jeśli w jego listowiu mogą się zagnieździć najróżniejsze ptaki, ale zdobyć się na odwagę rozpoczęcia od nowa, z pokorą – od skromnego ziarenka, pozwalając Bogu zrządzić, kiedy i jak ma się ono rozwinąć (por. Mk 4, 26-29). Wielkie sprawy zawsze zaczynają się od małego ziarenka, a masowe ruchy są zawsze nietrwałe. W swojej wizji ewolucji Teilhard de Chardin mówi o «bieli początków» (le blanc des origines): początek nowych gatunków jest niedostrzegalny i nie może zostać odkryty drogą naukową. Źródła są ukryte i zbyt małe. Inaczej mówiąc: wielkie sprawy mają skromne początki. Zostawmy na boku kwestię, czy i w jakiej mierze Teilhard ma rację w swoich teoriach ewolucjonistycznych; zasada niedostrzegalnych początków ukazuje nam prawdę obecną w Bożym działaniu w dziejach: «Wybrałem cię nie dlatego, żeś jest wielki, przeciwnie – jesteś najmniejszym z ludów; wybrałem cię, bo cię miłuję» – mówi Bóg do Izraela w Starym Testamencie, wyrażając w ten sposób podstawowy paradoks dziejów zbawienia. To prawda, Bóg nie przywiązuje wagi do wielkich liczb, zewnętrzna potęga nie jest znakiem Jego obecności. Wiele Jezusowych przypowieści wskazuje na taką właśnie logikę Bożego działania, odpowiadając w ten sposób na obawy uczniów, którzy oczekiwali od Mesjasza zupełnie innych sukcesów i znaków – sukcesów w rodzaju tych, jakie proponował Chrystusowi Szatan: dam Ci to wszystko, wszystkie królestwa świata… (por. Mt 4, 9). Co prawda, Paweł pod koniec swego życia był przekonany, że zaniósł Ewangelię aż po krańce ziemi, ale chrześcijanie tworzyli wówczas małe wspólnoty rozproszone po świecie i wedle doczesnych kryteriów byli pozbawieni znaczenia. W rzeczywistości jednak byli odrobiną zaczynu, który od wewnątrz przenika ciasto, i nosili w sobie przyszłość świata (por. Mt 13, 33). Stare przysłowie powiada: «Sukces nie jest imieniem Bożym». Nowa ewangelizacja musi wpisać się w tę tajemnicę ziarnka gorczycy i nie powinna zabiegać, aby natychmiast wyrosło z niego wielkie drzewo. Żyjemy albo osłonięci wielkim drzewem, które już wyrosło, albo w niecierpliwym oczekiwaniu, żeby wyrosło drzewo jeszcze większe, jeszcze bardziej żywotne – a powinniśmy przyjąć tajemnicę, że Kościół jest zarazem wielkim drzewem i małym ziarenkiem. W dziejach zbawienia zawsze trwa jednocześnie Wielki Piątek i Niedziela Wielkanocna…

2. Metoda

Z tej struktury nowej ewangelizacji wynika też właściwa metoda działania. Musimy przecież rozumnie stosować nowoczesne metody, żeby nas słyszano, albo lepiej – aby głos Boży był słyszalny i zrozumiały. Nie chcemy, aby słuchano nas dla nas samych, nie próbujemy powiększać władzy i zasięgu naszych instytucji, ale pragniemy służyć dobru człowieka i ludzkości tworząc przestrzeń dla Tego, który jest życiem. To wyrzeczenie się własnego «ja» i ofiarowanie go Chrystusowi za zbawienie ludzi jest podstawowym warunkiem prawdziwej służby Ewangelii. „Przyszedłem w imieniu Ojca mego, a nie przyjęliście Mnie. Gdyby jednak przybył ktoś inny we własnym imieniu, to byście go przyjęli” (J 5, 43). Znakiem wyróżniającym Antychrysta jest to, że przemawia we własnym imieniu. Znakiem Syna jest Jego jedność z Ojcem. Syn wprowadza nas w komunię trynitarną, w krąg odwiecznej miłości, w którym osoby to «czyste relacje», czyste akty dawania i przyjmowania siebie nawzajem. Wymiar trynitarny, dostrzegalny w Synu, który nie przemawia we własnym imieniu, wskazuje właściwą formę życia prawdziwego ewangelizatora. Można wręcz powiedzieć, że ewangelizacja to nie tylko pewna forma mówienia, ale pewna forma życia: ewangelizować znaczy żyć słuchając głosu Ojca i stając się Jego głosem. «Nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy» – mówi Chrystus o Duchu Świętym (J 16, 13). Ta chrystologiczna i pneumatologiczna forma ewangelizacji jest zarazem formą eklezjologiczną: Chrystus i Duch budują Kościół, udzielają się w Kościele. Głoszenie Chrystusa, głoszenie Królestwa Bożego wymaga słuchania Jego głosu w głosie Kościoła. «Nie przemawiać we własnym imieniu» znaczy: przemawiać na mocy misji Kościoła.

Z tej zasady wyrzeczenia się siebie wynikają bardzo praktyczne konsekwencje. Należy poznawać wszystkie racjonalne i moralnie dopuszczalne metody – wykorzystanie istniejących możliwości przekazu jest obowiązkiem. Jednakże słowa i cała sztuka przekazu nie mogą przebić się do tych głębi człowieka, do których musi dotrzeć Ewangelia. Kilka lat temu czytałem biografie wybitnego kapłana naszej epoki ks. Didimo, proboszcza z Bassano del Grappa. W jego notatkach można znaleźć słowa bezcenne, owoc życia poświeconego modlitwie i rozmyślaniu. Na nasz temat ks. Didimo mówi na przykład: «Jezus nauczał w dzień, a modlił się w nocy». Przez tg krótką uwagę chciał powiedzieć: Jezus musiał zdobywać uczniów w imieniu Boga. To samo dotyczy nas. Nie mamy zdobywać ludzi dla siebie. Mamy ich zdobywać dla Boga w imieniu Boga. Wszystkie metody są jałowe, jeśli nie mają fundamentu w modlitwie. Przepowiadane słowo musi zawsze wypływać z głębokiego życia modlitewnego.

Idźmy krok dalej. Jezus nauczał w dzień, a w nocy się modlił – ale to jeszcze nie wszystko. Całe Jego życie było – jak to bardzo pięknie pokazuje Ewangelia św. Łukasza – wędrówką ku krzyżowi, drogą do Jerozolimy. Jezus nie odkupił świata pięknymi słowami, ale swoim cierpieniem i śmiercią. Jego męka jest niewyczerpanym źródłem życia dla świata; męka nadaje moc Jego słowom.

Sam Chrystus – rozszerzając i rozbudowując przypowieść o ziarnku gorczycy – sformułował te zasadę płodności w przypowieści o ziarnie zboża, które wpadłszy w ziemie obumiera (J 12, 24). Także ta zasada pozostaje w mocy aż do końca świata i wraz z tajemnicą ziarnka gorczycy ma fundamentalne znaczenie dla nowej ewangelizacji. Dowodzą tego całe dzieje. Można by to łatwo wykazać w historii chrześcijaństwa. Chciałbym tutaj przypomnieć jedynie początki ewangelizacji prowadzonej przez św. Pawła. Powodzenie jego misji nie było owocem jego sztuki retorycznej ani duszpasterskiej roztropności; jej owocność związana była z cierpieniem, z udziałem w męce Chrystusa (por. 1 Kor 2, 1-5; 2 Kor 5, 7; 11, 10 nn.; 11, 30; Ga 4, 12-14). «Żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza», powiedział Chrystus. Znakiem Jonasza jest Chrystus ukrzyżowany – to świadkowie bowiem dopełniają „niedostatki udręk Chrystusa» (Koi 1, 24). We wszystkich okresach dziejów wciąż na nowo sprawdzały się słowa Tertuliana: krew męczenników jest zasiewem.

Bardzo pięknie wyraża te samą myśl św. Augustyn, wyjaśniając 21. rozdział Ewangelii Janowej, gdzie zapowiedź męczeństwa Piotra i nakaz pasienia owiec, to znaczy ustanowienie prymatu Piotrowego, są ze sobą ściśle powiązane. Św. Augustyn tak komentuje werset 16. z tego rozdziału: «Paś owce moje» znaczy «cierp za moje owce» (Sermo Guelf. 32, PLS 2, 640). Matka nie może dać życia dziecku bez cierpienia. Każdy poród wiąże się z cierpieniem, jest cierpieniem, a stawanie się chrześcijaninem jest porodem. Powiedzmy to raz jeszcze słowami Chrystusa: do Królestwa Bożego trzeba się wdzierać gwałtem (Mt 11, 12; Łk 16, 16), a Boży «gwałt» to cierpienie, to krzyż. Nie możemy dać życia innym, nie oddając własnego. Wspomniany wyżej proces wyrzeczenia się siebie jest konkretną formą (wyrażającą się na wiele różnych sposobów) oddania własnego życia. Przypomnijmy sobie słowa Zbawiciela: «kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je» (Mk 8, 35).

II. Zasadnicze treści nowej ewangelizacji

1. Nawrócenie

Gdy chodzi o treść nowej ewangelizacji, należy przede wszystkim pamiętać o nierozerwalnej więzi między Starym a Nowym Testamentem. Zasadnicza treść Starego Testamentu wyrażona jest zwięźle w orędziu Jana Chrzciciela: Nawracajcie się! Nie ma dostępu do Jezusa bez Chrzciciela; nie można dotrzeć do Jezusa, jeśli się nie odpowie na wezwanie Jego Poprzednika. Co więcej, sam Jezus zawarł orędzie Jana w syntezie własnego przepowiadania: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1, 15). Greckie słowo odpowiadające naszemu «nawrócić się» znaczy: przemyśleć, poddać rewizji życie indywidualne i społeczne; pozwolić Bogu wniknąć w zasady rządzące naszym życiem; w osądach nie kierować się już rozpowszechnionymi opiniami. Nawrócić się znaczy zatem: nie żyć tak jak wszyscy, nie postępować tak jak wszyscy, nie usprawiedliwiać własnych dwuznacznych albo niegodziwych działań tym, że inni postępują tak samo; zacząć patrzeć na własne życie oczyma Boga; a zatem szukać dobra, nawet jeśli jest to niewygodne; nie opierać się na osądzie wielu, na osądzie ludzkim, ale na osądzie Bożym. Innymi słowy: szukać nowego stylu życia, nowego życia. To wszystko nie ma oznaczać moralizmu. Sprowadzając chrześcijaństwo do moralności, tracimy z oczu istotę orędzia Chrystusa, to znaczy dar nowej przyjaźni, dar komunii z Jezusem, a tym samym z Bogiem. Kto nawraca się ku Chrystusowi, nie zamierza tworzyć sobie własnej autarchii moralnej, nie próbuje stawać się dobrym o własnych siłach. „Nawrócenie” (metanoia) znaczy coś dokładnie przeciwnego: uwolnić się od samowystarczalności, dostrzec i pogodzić się z tym, że potrzebujemy innych i Innego, Jego przebaczenia i przyjaźni. Życie nie nawrócone to samousprawiedliwianie się (nie jestem gorszy niż inni); nawrócenie to pokorne zawierzenie się miłości Innego, która staje się miarą i kryterium mojego własnego życia.

Musimy tu wziąć pod uwagę także aspekt społeczny nawrócenia. To prawda, że nawrócenie jest przede wszystkim aktem w najwyższej mierze osobowym, jest personalizacją. Oto wyrzekam się formuły «żyć jak inni» (nie czuję się już usprawiedliwiony tym, że wszyscy postępują tak samo jak ja), ale znajduję przed obliczem Boga moje własne «ja», moją osobistą odpowiedzialność. Jednakże prawdziwa personalizacją jest też zawsze nową i głębszą socjalizacją. «Ja» znów otwiera się na całą głębię «ty» i w ten sposób powstaje nowe «My». Jeśli styl życia rozpowszechniony dzisiaj w świecie rodzi niebezpieczeństwo depersonalizacji, czyli życia nie własnym życiem, ale życiem innych, nawrócenie powinno prowadzić do powstania nowego «My», to znaczy do wejścia na wspólną drogę z Bogiem. Wzywając do nawrócenia musimy także umożliwiać nawróconym wejście do wspólnoty życia, do wspólnej przestrzeni nowego stylu życia. Nie można ewangelizować tylko słowami; Ewangelia tworzy życie, tworzy wspólnotę idącą razem; nawrócenie czysto indywidualne nie ma solidnego oparcia.

2. Królestwo Boże

W wezwaniu do nawrócenia kryje się – jako jego podstawowy warunek – przepowiadanie Boga żywego. Teocentryzm stanowi fundamentalny aspekt orędzia Jezusa, a zatem winien też być sercem nowej ewangelizacji. W orędziu Jezusa słowo kluczowe brzmi: Królestwo Boże. Jednakże Królestwo Boże nie jest rzeczą, strukturą społeczną lub polityczną ani utopią. Królestwo Boże znaczy: Bóg istnieje. Bóg żyje. Bóg jest obecny i działa w świecie, w naszym i w moim życiu. Bóg nie jest odległą „pierwszą przyczyną», nie jest «wielkim architektem» deistów, który puścił w ruch machinę świata, a teraz stoi rzekomo na uboczu. Przeciwnie – Bóg jest rzeczywistością najbardziej obecną i decydującą w każdym akcie mojego życia, w każdym momencie dziejów. Teolog J. B. Metz, opuszczając swoją katedrę na uniwersytecie w Miinster, w wykładzie pożegnalnym powiedział słowa, których nikt nie spodziewał się usłyszeć z jego ust. W przeszłości Metz uczył nas antropocentryzmu – prawdziwym dokonaniem chrześcijaństwa miał być według niego przełom antropologiczny, sekularyzacja, odkrycie świeckości świata. Później uczył nas teologii politycznej – głosił polityczny charakter wiary; później jeszcze mówił o «niebezpiecznej pamięci» i wreszcie o teologii narracyjnej. Przeszedłszy całą tę długą i trudną drogę, dzisiaj mówi nam: prawdziwym problemem naszej epoki jest «kryzys Boga», nieobecność Boga zamaskowana pustą religijnością. Teologia musi na powrót stać się teologią, rozmową o Bogu i z Bogiem. Metz ma rację: dla człowieka prawdziwym unum necessarium jest Bóg. Wszystko zmienia się w zależności od tego, czy Bóg istnieje, czy nie istnieje. Niestety, także my chrześcijanie żyjemy często tak, jak gdyby Bóg nie istniał (si Deus non daretur). Żyjemy zgodnie z hasłem: Boga nie ma, a jeśli jest, to nie ma znaczenia. Dlatego ewangelizacja musi mówić przede wszystkim o Bogu, musi głosić jedynego prawdziwego Boga: Stwórcę, Uświęciciela, Sędziego (por. Katechizm Kościoła Katolickiego).

Także tutaj trzeba mieć na uwadze aspekt praktyczny. Nie można samymi słowami doprowadzić człowieka do poznania Boga. Nie możemy poznać człowieka, jeśli mamy o nim tylko wiadomości z drugiej ręki. Głosić Boga znaczy wprowadzać człowieka w relację z Bogiem: znaczy uczyć modlitwy. Modlitwa to wiara w działaniu. Tylko dzięki doświadczeniu życia z Bogiem oczywiste staje się Jego istnienie. Dlatego tak ważne są szkoły modlitwy, wspólnoty modlitwy. Modlitwa osobista («we własnej izdebce», w samotności przed obliczem Boga), wspólna modlitwa «paraliturgiczna» (pobożność ludowa) oraz modlitwa liturgiczna wzajemnie się uzupełniają. Tak, liturgia jest przede wszystkim modlitwą: jej specyfika polega na tym, że jej najważniejszym podmiotem nie jesteśmy my (jak w modlitwie osobistej i w pobożności ludowej), ale sam Bóg – liturgia to actio divina. Bóg działa, a my odpowiadamy na Boże działanie.

Rozmowa o Bogu musi zawsze iść w parze z rozmową z Bogiem. Głoszenie Boga to prowadzenie do komunii z Bogiem w braterskiej wspólnocie, ustanowionej i ożywianej przez Chrystusa. Dlatego liturgia (sakramenty) to nie jest temat uboczny, towarzyszący przepowiadaniu żywego Boga, ale konkretne urzeczywistnienie naszej relacji z Bogiem. Niech mi będzie wolno podzielić się w tym kontekście ogólną refleksją na temat liturgii. Nasz sposób sprawowania liturgii jest często zbyt racjonalistyczny. Liturgia staje się nauczaniem, które chce przede wszystkim być zrozumiałe. Konsekwencją tego jest nierzadko banalizacja misterium, nadmiar naszych słów, powtarzanie utartych zwrotów, które wydają się łatwiej dostępne i lepiej odbierane przez ludzi. Jest to jednak błąd nie tylko teologiczny, ale także psychologiczny i duszpasterski. Moda na ezoteryzm oraz rozpowszechnianie się azjatyckich technik relaksu i wewnętrznego wyciszenia świadczą o tym, że w naszych liturgiach czegoś brakuje. Właśnie w naszym dzisiejszym świecie potrzebujemy ciszy, tajemnicy ponadindywidualnej, piękna. Liturgia nie jest wynalazkiem celebrującego ją kapłana ani zespołu specjalistów; liturgia («obrządek») rozwijała się w ramach organicznego procesu trwającego stulecia, jest owocem doświadczenia wiary wszystkich pokoleń. Choć uczestnicy nie rozumieją może wszystkich słów, pojmują jej głęboki sens, odczuwają obecność tajemnicy, która przekracza wszelkie słowa. Celebrans nie stanowi centrum akcji liturgicznej: nie stoi przed ludem we własnym imieniu – nie mówi od siebie i za siebie, ale in persona Christi. Nieistotne są zdolności osobiste celebransa, ale jedynie jego wiara, przez którą przeziera obecność Chrystusa: «Trzeba, by On wzrastał, a ja żebym się umniejszał» (J 3, 30).

3. Jezus Chrystus

W toku tej refleksji zagadnienie Boga znalazło szerszy i bardziej konkretny kształt w zagadnieniu Jezusa Chrystusa. Tylko w Chrystusie i przez Chrystusa zagadnienie Boga staje się naprawdę konkretne: Chrystus jest Emanuelem, Bogiem-z-nami, konkretyzacją Bożego «Jestem», odpowiedzią na deizm. Bardzo silna jest dziś pokusa sprowadzania Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, wyłącznie do czysto ludzkiej postaci Jezusa historycznego. Niekoniecznie oznacza to kwestionowanie Boskości Jezusa, jednak za pomocą pewnych metod destyluje się z Biblii Jezusa na naszą miarę, Jezusa możliwego i zrozumiałego wedle kryteriów naszej historiografii. Ale ten «Jezus historyczny» jest sztucznym tworem, wizerunkiem swoich twórców, a nie obrazem żywego Boga (por. 2 Kor 4, 4 n.; Koi 1, 15). To nie Chrystus wiary jest mitem; to tak zwany Jezus historyczny jest postacią mitologiczną, wymyśloną przez różnych interpretatorów. Dwustu letnia historia «Jezusa historycznego» jest wiernym odzwierciedleniem historii filozofii i ideologii tego okresu.

W tej konferencji nie mogę zagłębiać się w treść orędzia Zbawiciela. Pragnę jedynie wspomnieć pokrótce o dwóch istotnych aspektach. Pierwszy z nich to naśladowanie Chrystusa – Chrystus ukazuje samego siebie jako drogę mojego życia. Iść za Chrystusem nie znaczy naśladować Jezusa jako człowieka. Taka próba nieuchronnie skończyłaby się niepowodzeniem, byłaby anachronizmem. Naśladowanie Chrystusa ma cel znacznie wznioślejszy: upodobnić się do Niego, czyli osiągnąć jedność z Bogiem. Te słowa brzmią może dziwnie w uszach współczesnego człowieka. W rzeczywistości jednak wszyscy jesteśmy spragnieni nieskończoności: nieskończonej wolności, szczęścia bez granic. Tylko tym można wyjaśnić całą historię rewolucji ostatnich dwóch stuleci, tylko tak można wyjaśnić narkomanię. Człowiek nie zadowala się rozwiązaniami, które nie upodabniają go do Boga. Ale wszystkie drogi wskazywane przez «węża» (Rdz 3, 5), to znaczy przez mądrość tego świata, okazują się zawodne. Jedyną drogą jest komunia z Chrystusem, osiągalna w życiu sakramentalnym. Naśladowanie Chrystusa to nie jest kwestia moralności, ale zagadnienie «misteryjne» – połączenie działania Bożego i naszej odpowiedzi.

Refleksja o naśladowaniu Chrystusa naprowadza nas też na drugi centralny aspekt chrystologii, o którym chciałem wspomnieć: jest nim tajemnica paschalna – krzyż i zmartwychwstanie. W rekonstrukcjach «Jezusa historycznego» kwestia krzyża zazwyczaj jest pozbawiona znaczenia. W interpretacji «mieszczańskiej» krzyż staje się wydarzeniem przypadkowym, którego w zasadzie można było uniknąć, pozbawionym wartości teologicznej; w interpretacji rewolucyjnej staje się bohaterską śmiercią buntownika. Prawda jest inna. Krzyż należy do tajemnicy Boga, jest wyrazem Jego miłości «do końca» (J 13, 1). Naśladowanie Chrystusa to udział w Jego krzyżu, zjednoczenie z Jego miłością, uczestnictwo w przemianie naszego życia, która prowadzi do narodzin nowego człowieka, stworzonego zgodnie z Bożym zamysłem (por. Ef 4, 24). Kto pomija krzyż, pomija istotę chrześcijaństwa (por. 1 Kor 2, 2).

4. Życie wieczne

Ostatnim kluczowym elementem każdej prawdziwej ewangelizacji jest życie wieczne. Musimy w codziennym życiu z nową mocą głosić naszą wiarę. Pragnę wspomnieć tu o jednym tylko aspekcie orędzia o Jezusie, dziś często pomijanym: głoszenie Królestwa Bożego jest głoszeniem Boga obecnego, Boga, który nas zna i słucha; Boga, który wkracza w dzieje, aby zaprowadzić sprawiedliwość. To orędzie jest więc także zapowiedzią sądu, głoszeniem naszej odpowiedzialności. Człowiek nie może działać – albo powstrzymywać się od działania – wedle własnej woli. Zostanie osądzony. Będzie musiał zdać sprawę. Ten pewnik pozostaje w mocy zarówno dla możnych, jak i dla prostaczków. Tam gdzie jest on respektowany, stawia się granice wszelkim potęgom tego świata. To Bóg zaprowadza sprawiedliwość i tylko On może tego ostatecznie dokonać. Nam uda się to w tym większej mierze, im bardziej będziemy umieli żyć jawnie przed Bogiem i przekazywać światu prawdę o sądzie. Tak więc prawda wiary o sądzie, jej zdolność kształtowania sumień, to centralna treść Ewangelii i prawdziwie dobra nowina dla wszystkich, którzy cierpią z powodu niesprawiedliwości świata i szukają sprawiedliwości. Zrozumiały staje się zatem także związek między Królestwem Bożym a «ubogimi», cierpiącymi i wszystkimi, o których mówią «błogosławieństwa» z Kazania na Górze. Chroni ich pewność sądu, pewność, że istnieje sprawiedliwość. Taka jest prawdziwa treść artykułu wiary o sądzie, o Bogu sądzącym: istnieje sprawiedliwość. Niesprawiedliwości świata nie są ostatnim słowem historii. Istnieje sprawiedliwość. Tylko ten, kto nie chce ustanowienia sprawiedliwości, może się sprzeciwiać tej prawdzie. Jeżeli poważnie traktujemy sąd i odpowiedzialność, jaką on na nas nakłada, dobrze rozumiemy drugi aspekt tego orędzia, odkupienie – fakt, że Jezus na krzyżu bierze na siebie nasze grzechy; że w Męce Syna sam Bóg staje się adwokatem nas, grzeszników, a w ten sposób umożliwia skruszonemu grzesznikowi pokutę i daje mu nadzieję, którą przepięknie wyraża św. Jan: stając przed Bogiem będziemy mogli uspokoić nasze serca, bez względu na to, o co będą nas one oskarżać, bo «Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko» (por. 1 J 3, 19-20). Dobroć Boża jest nieskończona, nie powinniśmy jednak pojmować tej dobroci jako przesłodzonej czułostkowości, nie zważającej na prawdę. Tylko wówczas, gdy wierzymy w sprawiedliwy sąd Boży, gdy łakniemy i pragniemy sprawiedliwości (por. Mt 5, 6), otwieramy swoje serce i życie na Boże miłosierdzie. Widzimy zatem, że to nieprawda, iż wiara w życie wieczne pozbawia znaczenia życie ziemskie. Przeciwnie: tylko wówczas gdy miarą naszego życia jest wieczność, także nasze życie na ziemi jest wielkie i ma niezmierzoną wartość. Bóg nie jest konkurencją dla naszego życia, ale gwarantem naszej wielkości. Powracamy zatem do naszego punktu wyjścia: do Boga. Jeśli zastanowimy się głębiej nad chrześcijańskim orędziem, nie będziemy mówić o wielu różnych sprawach. Chrześcijańskie orędzie jest w istocie rzeczy bardzo proste. Mówmy o Bogu i o człowieku, a powiemy wszystko.

Kard. Joseph Ratzinger
Prefekt Kongregacji Nauki Wiary

© L’Osservatore Romano 6/2001

JEZUS ŻYJE W TYCHACH

W dniach 21 i 22 lipca br. w parafii pw. św. św. Franciszka i Klary w Tychach została przeprowadzona ewangelizacja „od drzwi do drzwi”. Ponad stu ewangelizatorów ze Wspólnoty Chrystusa Zmartwychwstałego „Galilea” odwiedziło mieszkańców osiedla „O”, by podzielić się swoim doświadczeniem spotkania z Osobą Jezusa Chrystusa i wspólnie z tyszanami wielbić Boga.


Już tydzień wcześniej ojciec Marek Strzyżyński CR, zmartwychwstaniec ze Stryszawy, jeden z Pasterzy Wspólnoty „GALILEA” na niedzielnych Eucharystiach przybliżał tyszanom ideę i sens, tej mało znanej jeszcze w Kościele katolickim, formy głoszenia Dobrej Nowiny o Jezusie.

W ośrodku wspólnoty w Stryszawie ewangelizację poprzedził 10–dniowy kurs „PAWEŁ”, na którym ponad 70 osób zdobywało potrzebne do tej posługi narzędzia i modliło się o moc i prowadzenie Ducha Świętego. W dwóch „Domach Modlitwy”, jakie istnieją na terenie tyskiej parafii. od paru tygodni trwały przygotowania organizacyjne. Także post „o chlebie i wodzie” w pierwszy piątek lipca, był przez „galilejczyków” podjęty w tej właśnie intencji.

Proboszcz parafii – franciszkanin ojciec Hadrian Beck – jest dobrej myśli: – Wychodzę z założenia, iż tradycyjne metody głoszenia Jezusa są dziś niewystarczające. Trzeba nowych form i środków. Propozycja ewangelizacyjna Wspólnoty Chrystusa Zmartwychwstałego „GALILEA”, z pewnością nie zaszkodzi, a może przynieść dużo dobrego. Jest to wielka łaska dla tych ludzi, do których ewangelizatorzy dotrą. Z pewnością będą dobre owoce. Ci którzy są na dziś aktywni w Kościele, na pewno przyjmą ewangelizatorów z zadowoleniem, a w ich życiu duchowym będzie szansa na dalszy postęp. Pozostali, być może dociągną do normalności, a według mnie normalnością u katolika winno być to, iż nie tylko uczestniczy on co niedziela w Eucharystii, ale także każdej niedzieli przystępuje do Komunii św.

Na pytanie o duchową kondycję parafii ojciec Hadrian nie kryje niezadowolenia: – Na 6 tys. mieszkańców tylko ok. 2 tys. osób uczestniczy w miarę regularnie w niedzielnej Eucharystii, natomiast odwiedziny kolędowe przyjmuje 2/3 parafian. Na dziś dysponujemy jedynie tymczasową kaplicą i te dość trudne warunki lokalowe mogą mieć wpływ na „frekwencję”. Sama parafia ma dopiero sześć lat, ale już jest parafią starzejącą się. Trzy lata temu do Pierwszej Komunii Św. przystąpiło sto dzieci, a w tym roku już tylko pięćdziesięcioro. Na terenie parafii nie ma ani jednej szkoły podstawowej, w związku z czym brak nam należytego kontaktu z najmłodszymi. Budujemy kościół, ale nie widać dużego zaangażowania ze strony wiernych. Bardzo słabe jest także zainteresowanie życiem parafii ze strony młodzieży. Wygasł ruch oazowy. Sytuację trochę ratuje „Młodzieżowy Ruch Franciszkański” i schole. Może po tej ewangelizacji coś się zmieni.

SOBOTA

Przed 9.00 przyjeżdża autobus z ewangelizatorami ze „Wzgórza Miłosierdzia” w Stryszawie. Do 70–osobowej grupy z kursu „Paweł” dołączają osoby mające już wcześniejsze doświadczenie w tego typu posłudze. Razem, ponad sto osób uczestniczy w Nabożeństwie Rozesłania. Zaopatrzeni w Pismo Święte i indentyfikatory z pieczęcią parafii i podpisem proboszcza, po dwóch lub trzech rozchodzą się na swoje „rejony”. Na parafii zalega cisza. Pozostaje parę osób, które modlą się w intencji ewangelizatorów i ewangelizowanych.

Ewangelizatorzy nie mają przy sobie pieniędzy, telefonów, zegarków, dokumentów, drugich śniadań ani jakichkolwiek „ludzkich” zabezpieczeń. Zarówno o posiłek, szklankę wody jak i nocleg będą prosić Boga ufając, iż we wszystkim ich wysłucha i w ciągu tych dwu dni niczego im nie zabraknie. Już po godzinie wraca pierwsza para: – Zaskoczyło mnie to, że tak wiele osób nie wpuściło nas. Na 16 mieszkań, tylko jedna osoba wyznała Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Wiele drzwi zastaliśmy zamkniętych. Było zupełnie inaczej niż na ewangelizacji w Ujsołach czy też Milówce. Tam przyjmowani byliśmy bardzo serdecznie, a tutaj odczuwa się wielkomiejskie zamknięcie. Czuć agresję ludzi w stosunku do nas. To jest bardzo trudne doświadczenie. Modlimy się o błogosławieństwo dla tych rodzin, które nas nie wpuściły i ufamy, że Pan Bóg działa, nawet wtedy, kiedy ktoś tylko zza zamkniętych drzwi słyszy naszą modlitwę i śpiew.

Wkrótce pojawiają się kolejne pary. Uśmiechają się, wypijają łyk herbaty i proszą o kolejne adresy. Jest ciężko, ale nikt nie traci ducha: – W jednej klatce schodowej wpuściły nas dwie rodziny, w drugiej jedna, dopiero w trzeciej klatce pięć rodzin nas przyjęło. Reszta mieszkań było zamkniętych, przynajmniej przed nami. Mieliśmy także przykrą sytuację, kiedy żona nie pozwoliła porozmawiać nam z pozostałymi domownikami, choć tamci wyraźnie tego pragnęli.

Wracają następni. Rośnie gwar w klasztornej sali, czasowo oddanej do dyspozycji ewangelizatorom. Bywa bardzo dobrze i bywa fatalnie. Mimo wcześniejszych zapowiedzi, wiele osób nie słyszało o ewangelizacji i myląc „galilejczyków” ze świadkami Jehowy, zatrzaskiwali im drzwi przed nosem, nie zwracając w ogóle uwagi na identyfikatory.

Na godz.15.00 planowany jest koncert ewangelizacyjny. W parku otaczającym kościółek ekipa pod okiem będącego wyraźnie „w swoim żywiole” Ojca proboszcza, montuje prowizoryczną estradę wykorzystując podesty z tegorocznego Bożego Ciała. Wprost z ewangelizacji w Wołczynie przyjeżdża grupa muzyków z „Galilei”. Ale jak na „gwiazdę” przystało wystąpią jako ostatni. Najpierw śpiewa parafialna schola młodzieżowa potem dziecięca i grupa ewangelizatorów. Pogoda nie jest najlepsza i park odwiedzają nieliczni. Na ławkach wokół, młodzież zajęta sobą nie interesuje się zbytnio koncertem i płynącymi raz po raz z głośników zaproszeniami do wspólnego wielbienia Boga. Właściwie do końca koncertu, głównymi widzami i współuczestnikami wydają się być sami ewangelizatorzy i nieliczna grupka „złowionych” śpiewem i muzyką spacerowiczów.

Wieczorna Eucharystia zamyka powoli ten dzień. Jest obawa, czy wszyscy ewangelizatorzy będą mieli gdzie nocować. Ojciec Hadrian apeluje jeszcze raz do parafian o przyjęcie ewangelizatorów na nocleg do swoich domów. Najbardziej gościnni są sami tyscy „galilejczycy”. Wreszcie kościół pustoszeje. Wszyscy już mają swój kąt. Do rana.

NIEDZIELA

W czasie wszystkich Eucharystii Słowo Boże głosi ks. Andrzej, będący także ewangelizatorem i uczestnikiem kursu „Pawła”. Mówi o bożej miłości. Zaprasza aby każdy dzisiaj na nowo uznał swoją bezsilność, swój grzech, nawrócił się i przyjął Jezusa jako swego Pana i Zbawiciela. – Bóg kocha Ciebie takim jakim jesteś. Kocha Ciebie dzisiaj, właśnie teraz. Jezus w swojej wielkiej miłości już Cię zbawił. W Nim i tylko w Nim możesz być wolny i szczęśliwy. Nie musisz żyć jak zaprogramowany robot działający według jednego schematu: praca, sen, jedzenie, rozrywka. Jezus pragnie dać Ci Życie w obfitości. Te mocne słowa, obrazowane dodatkowo pantomimą w wykonaniu grupy ewangelizatorów wydają się trafiać „w dziesiątkę” i skłaniają do refkejsi nad sobą. – Ale sam nie dasz rady. Rozejrzyj się i znajdź sobie w swojej parafii lub poza nią małą wspólnotę, wraz z którą będziesz mógł iść za Jezusem.

Pieśni uwielbienia, modlitwy z rękoma podniesionymi do góry, animacje, nawet taniec – a wszystko w atmosferze szczerej wręcz dziecięcej radości. Wielu parafian na takiej Mszy jeszcze w życiu nie było, i nigdy nawet nie przypuszczało, że można w katolickim kościele modlić się „jak Murzyni na amerykańskich filmach”. Po wyjściu z kościoła zwierzają się:

– Wielkie pogłębienie wiary. Zauważyłem jak wszyscy ożywiają się. Myślę, że nasza wiara i pobożność jest uśpiona i zakamuflowana. Potrzeba pobudzenia na nowo tego wszystkiego do życia..

– Bardzo nam się podobało. To jest szczególnie dobre dla dzieci i młodzieży. Szkoda tylko, że tak rzadko w kościele można takie rzeczy spotkać. A to jest potrzebne. Widać, że coś się dzieje. Powinno to być organizowane znacznie częściej. Najprościej jest stanąć i wyklepać Ewangelię, a człowiek wraca z mszy do domu i nawet nie wie o czym była mowa, albo w ogóle nie wchodzi do kościoła i stoi na zewnątrz, bo w środku jest nudno. Forma w jakiej wy pokazujecie Boga jest naprawdę wspaniała.

Na Mszy św. dla dzieci, ewangelizatorzy inscenizują teatrzyk kukiełkowy. Jest Jacuś i Agatka, diabeł, który kusi i dobry Bóg–Tatuś, który kocha każde bez wyjątku dziecko, nawet urwisów. – Bardzo nam się podobał teatrzyk w czasie Mszy św. Dobrze, że takie rzeczy są w kościele. Najbardziej zapamiętaliśmy to, że Bóg nas kocha, i że nawet jeśli mama czy tata zapomną o nas, Bóg nigdy o nas nie zapomni – opowiadają po Mszy dwunastolatki, a pięcioletnia Nikol, która przyjechała tej niedzieli do Tychów na odwiedziny do babci jest zachwycona: – U nas w kościele takiego czegoś nie ma. Podobały mi się laleczki, Jacuś i ta druga dziewczynka. Był także diabeł, który kusił dzieci i one się pokłóciły. Ale Pan z mikrofonem powiedział, że Bóg kocha wszystkie dzieci i nawet kiedy tatuś jest zapracowany Bóg nas kocha.

Niedziela, to także kolejny dzień „chodzenia po domach”. Wczorajsze lody nieufności wydają się topnieć. Powracający z kolejnych rejonów ewangelizatorzy coraz chętniej dzielą się przeżyciami:

– Prawie 50 procent rodzin nas przyjęło. Nie spotkaliśmy się z jakimkolwiek agresywnym czy negatywnym przyjęciem. Ci co nam otwierali drzwi byli bardzo głodni Boga. W tych ludziach, którzy oddają życie Jezusowi dzieją się wielkie rzeczy. To widać gołym okiem. Płacz, radość, szczęście. Ta decyzja jest dla nich bardzo ważna pomimo, że w większości od lat chodzą do kościoła i są wierzący. ,

– W jednym mieszkaniu byliśmy prawie półtorej godziny. Oni potrzebowali rozmowy i wyjaśnienia wielu, wielu problemów, z którymi nie potrafili sobie poradzić. Było im potrzeba takiego innego spojrzenia na pewne sprawy. Kochali Boga ale wątpliwości co do Kościoła czy też kapłanów nie pozwalały im się jeszcze bardziej na bożą miłość otworzyć.

– W rozmowie z pewnym małżeństwem, mąż zadał nam pytanie, dlaczego tak jest, że skoro Bóg nas kocha, dzieje się tyle nieszczęść, np. ostatnie powodzie w Polsce. Wtedy odpowiedziałem mu, że mnie ten problem też nurtuje i tak samo jak on nie znam odpowiedzi, ale wiem, że odpowiedzią na wszystkie problemy jest Jezus. On nawet w największym nieszczęściu daje pokój i tylko On jest rozwiązaniem. Nic więcej nie byłem w stanie temu mężczyźnie odpowiedzieć, ale zauważyłem, iż z takiego wyjaśnienia był zadowolony. Przyjął kerygmat, wyznał Jezusa jako Pana i Zbawiciela swojego życia i zainteresował się przystąpieniem do naszej wspólnoty.

– Dużo rodzin ma wielkie pretensje do księży. Jest to duży problem, bo przez te wszystkie poranione relacje nie potrafią otworzyć się na miłość Boga. W wielu przypadkach trudno jest przez to przebrnąć, gdyż blokada jest zbyt wielka.

– Były momenty, że kiedy kolejne drzwi nie otwierały się ogarniało nas zniechęcenie i pokusa aby resztę mieszkań potraktować powierzchownie. Ale wtedy zaczęliśmy się modlić za nas samych abyśmy nie ulegli oschłości. I to skutkowało.

– Bardzo się cieszę ze spotkania z młodym człowiekiem, który zadawał nam bardzo mądre i trudne pytania . Ja sama z siebie nie potrafiłabym na żadne z takich pytań odpowiedzieć, ale wtedy czułam jak Duch Święty mówi przeze mnie i widać było jak wiele zmienia się w tym chłopaku. Ufam, że zasiane tam ziarno przyniesie wielkie owoce.

– Dzisiaj na dzień dobry dostaliśmy lody i wszyscy łącznie z psem tak serdecznie nas witali, iż nie mogliśmy przez długi czas nawet ewangelizować. Potem słuchali nas z wielką uwagą i radością, prosili o modlitwę za siebie i za całą parafię. Bardzo chcieli być w takiej wspólnocie jak nasza i ewangelizować tak jak my. Byli zachwyceni przemianą jaką obserwowali wśród parafian na Mszy Św. Zazwyczaj ludzie mają opory aby podać sobie rękę przy Znaku Pokoju, a dziś wszyscy trzymali się za ręce jak dzieci.

– Zanosiliśmy radość do domów, ale także w wielu przypadkach otrzymywaliśmy wiele radości od odwiedzanych osób. To były dla nas bardzo budujące spotkania.

– Jezus dbał o to aby nadmierna ilość pociech nie wbiła nas w pychę, a nadmierna ilość porażek w zwątpienie i rezygnację.

– Zauważyłam dziś jak wielką moc ma to stwierdzenie „Bóg kocha Ciebie dziś”, jak wiele serc się przemienia, ile zastanowienia i radości przynosi nawet tym, którzy na pozór wydają się być zamknięci i niedostępni.

Ci, którzy wpuścili ewangelizatorów do swoich domów nie żałują. Pytani o wrażenia mówią podobnie:

Małżeństwo w średnim wieku: – Przyjęliśmy w naszym domu waszych ewangelizatorów. Wspaniała rozmowa, bardzo przyjemna kobieta i młody chłopak. Było naprawdę pięknie. Taka forma ewangelizacji jest jak najbardziej słuszna. Trzeba tylko lepiej informować wszystkich o ewangelizacji. Ludzie nie wiedzą o Was, mylą Was ze świadkami Jehowy. Za mało było wcześniej reklamy. Ten kto nie chodzi do kościoła, nie wiedział o tym.

Kobieta ok. 50 lat – Każdy sposób jest dobry aby ludzi przybliżyć do Boga. W wielu z nas jest po prostu brak wiary. Bardzo mądre jest aby ewangelizatorzy przychodzili do domów. O Bogu można i należy rozmawiać wszędzie: w kościele, na ulicy i w pracy. Ja jestem wierząca od urodzenia i nigdy nie miałam zachwiania w wierze. Zawsze Pan Bóg mnie podbudowywał, nawet w sytuacjach kiedy już nie czułam gruntu pod nogami. Kiedy dzisiaj patrzyłam na Was i na naszą młodzież byłam naprawdę wzruszona. Dzisiejszy czas wymaga nowych form ewangelizacji.

Dziewczyna – 22 lata – To jest bardzo dobry sposób ewangelizacji. Spotkałam się już z tego typu modlitwą i jestem do niej przyzwyczajona. U nas jest schola ale nie działa to tak dobrze jak w Waszym wydaniu. Młodzież nie zaangażuje się w nic czego nie doświadczy osobiście. Jeśli chodzi o ewangelizację w domach, to myślę, że dla osób, które chcą się spotkać z Bogiem, taka rozmowa na pewno się przyda, zawsze czegoś nowego można się nauczyć.

MODLITWA O UZDROWIENIE

Kto nie przyszedł znacznie wcześniej, nie miał wielkich szans przedostania się przez tłum wypełniający główną salę na piętrze. Pełne były przedsionki i schody. O godz. 16.00 rozpoczęła się uroczysta Eucharystia zamykająca ewangelizację. Modlitwy prowadziła już wyłącznie wspólnotowa grupa uwielbienia. Duch Święty od początku napełniał serca obecnych radością i wszyscy bez względu na wiek i swoje dotychczasowe zwyczaje modlitewne poddawali się atmosferze spontanicznej radości. Grupa animacyjna dawała przykład jak modlić się nie tylko duchem i ustami, ale całym ciałem, a takiego „Gloria” jak na tej Mszy św. w Tychach z pewnością jeszcze nie śpiewano. Słowo ponownie głosi ks. Andrzej, a pantomima jest przedstawiana jednocześnie na piętrze i na parterze. Na propozycję aby osoby, które chcą teraz oddać swoje życie Jezusowi wstały, bez wahania zgadza się większość. – Jezu, ogłaszam Ciebie Panem i Zbawicielem mojego życia. Od dzisiaj Ty przejmij kierowanie nade mną, Ty podejmuj decyzje, Ty mnie prowadź. Pragnę abyś od teraz Ty był zawsze w moim życiu na pierwszym miejscu, a wtedy wszystko inne będzie na właściwym miejscu.

Wielbieniu Boga, oklaskom i radości nie ma końca. Zaskoczeni przebiegiem wydarzeń dziennikarze próbują fotografować co się da. Starszy pan bezradnie chowa książeczkę do modlitwy. Uzywana od zawsze, dziś okazała się zupełnie nieprzydatna. Po Komunii św. powraca modlitwa uwielbienia. Ograniczona już tylko do jednego westchnienia EMMANUEL płynie na fali glossalli. – Tak jak dwa tysiące lat temu, tak i dziś tu i teraz, Jezus żyje i jest obecny pośród nas. I tak jak wtedy będzie potwierdzał swoją Ewangelię znakami i cudami. Jezus pragnie uzdrawiać nasze dusze, naszą psychikę i także nasze ciała. Tam gdzie jest głoszona Ewangelia i gdzie jest uwielbiony Bóg, tam też jest Żywy Jezus. Otwórz swoje serce i z wiarą proś Go o co zechcesz. – Ojciec Marek CR główny celebrant, z Jezusem w monstrancji, rozpoczyna obchód pośród wiernych . Osoby obdarzone charyzmatem poznania, co pewien czas ogłaszają kolejne znaki czynione przez Jezusa. Jezus uzdrawia teraz osobę chorą na nerki…. – Jezus dotyka osobę z chorym kręgosłupem i uzdrawia ją…. – Jezus zabiera kilku osobom chroniczny ból głowy….. – Jezus leczy młodą dziewczynę poranioną duchowo z powodu molestowania seksualnego…. – Jezus uzdrawia trzy osoby mające problemy z chodzeniem i klęczeniem….. – Jezus uzdrawia osobę z chorą wątrobą….. – Jezus zabiera mężczyźnie chorobę alkoholową. JEZUS, JEZUS, EMMANUEL….

Na koniec prowadzący prosi aby te osoby, które doświadczyły tych lub innych uzdrowień podeszły do ołtarza i podziękowały Jezusowi i powiedziały jeśli chcą, świadectwo do mikrofonu. W kościele zalega cisza.

Po chwili pierwsza osoba podnosi rękę, potem druga, trzecia i następne. Kilkanaście osób podchodzi do ołtarza i dziękuje Bogu. Parę z nich mówi świadectwo. Każdemu podniesieniu ręki, każdemu świadectwu towarzyszy burza oklasków – dla Jezusa oczywiście.

O 18.00 autobus z ewangelizatorami odjeżdża do Stryszawy. O 21.00 miejscowa grupa kończy sprzątanie probostwa i salek. Czy od jutra wszystko wróci do normy? Może nie do końca. Wielu tyszan nie ma już wątpliwości, że Bóg kocha ich takimi jakimi są, a Jezus żyje dziś także na osiedlu „O”.

Andrzej GOŁĄB

TWÓJ CZAS TO „DZISIAJ”

(Felieton Kerygmatyczny pochodzi ze strony www.kerygmat.jezus.pl)

Proponuję Ci abyś się zatrzymał. Usiadł, położył, zamilkł. Na jakiś czas odłóż swój świat na półkę. Problemy poprzykrywaj serwetkami, plany zawieś na kołku. Swoją twarz, której pewno nie lubisz lub, którą się zachwycasz, odwróć od lustra samooceny. Role, w jakich obsadziło Cię życie pozostaw w teatrze zapomnienia. Na wszystkich swoich stanowiskach i funkcjach podaj się na chwilę do dymisji. Umów się z sobą, że Cię nie ma. Bliskim, jeśli są, powiedz, że umarłeś. Pogaś światła, (oprócz tej malutkiej lampki na nocnym stoliku), wyłącz telefony, pochowaj piloty. Kluczyk z samochodu wrzuć do akwarium. Wyloguj się. Uznaj, że jesteś bezsilny. Bezsilny wobec świata, wobec życia, wobec śmierci. Bezsilny wobec niemożności dogonienia celu, a nawet jasnego określenia go. Bezsilny wobec krzywd, których doświadczasz i ran, które zadajesz. Bezsilny wobec miłości, której pragniesz i tej, której nie potrafisz ofiarować. Uznaj, że tak naprawdę jesteś małym dzieckiem, które nieustannie potrzebuje pomocy, potwierdzeń, poczucia bezpieczeństwa. Potrzebujesz Matki, która Cię przytuli i Ojca, który Cię poprowadzi. Dziś jest szansa byś Ich spotkał, bez konieczności przeżycia tych wszystkich doświadczeń, które sprowadzają do parteru każdego twardziela. Wiem – nie jest prosto stać się dzieckiem, kiedy się dorosło. Nie jest prosto uznać swoją bezsilność, kiedy tyle się może. Nie jest prosto prosić, kiedy ciągle trzeba dawać. Nie jest prosto uwierzyć, kiedy już tyle razy się zawiodło – na ludziach, na Bogu, na sobie. Spróbuj jednak. Nikt nie zobaczy Twoich łez, nie usłyszy Twoich westchnień. Tylko Ty i Bóg. Bo to On, dziś przychodzi do Ciebie, aby Ci powiedzieć, że Cię bardzo kocha. Nieustannie mówi Ci te słowa, ale Ty, w hałasie swojego życia, nigdy nie mogłeś ich usłyszeć. Posłuchaj ich dzisiaj:

Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu (…) Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się i nie strawi cię płomień, (…) Ponieważ drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja cię miłuję (Iz 43, 1-4) (…) Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie. (Iz 54, 10)

Te słowa mówi Ci Pan. Trudno Ci w to uwierzyć, mimo iż uznajesz się za wierzącego. Jak to? W gazecie Bóg mówi do mnie, że mnie kocha? Jakiś cytat z biblii i tyle. Owszem Bóg jest, wierzę w niego, chodzę przecież do kościoła, ale jak tu uwierzyć w miłość Boga, kiedy tyle nieszczęść na świecie. Gdyby Bóg mnie kochał, nie dopuścił by do tych wszystkich krzywd i niesprawiedliwości. Ja zresztą nie zasługuję na miłość, tyle złego uczyniłem w życiu. Może inni tak, ale ja…

Dość! Umówiliśmy się przecież na początku, że się zatrzymasz, zamilkniesz. Zostaw to. Słuchaj. Pewien człowiek przez czterdzieści lat nie mógł uwierzyć, że Bóg go kocha. Kiedy był dzieckiem ufał mamie i tacie. Ale mama i tata chodzili swoimi drogami i mimo że bardzo pragnęli by był szczęśliwym, szczęścia mu nie dali, bo jak można dać coś czego się nie posiada. Kazali chodzić do kościoła w niedzielę i w czwartek. A tam, ksiądz grzmiał z ambony, że jeśli się nie poprawicie to Bóg was ukarze. Człowiek ten bardzo chciał się poprawić, więc zgłosił się jako ochotnik na ministranta. Ale zły los chciał, że wraz nim na probostwo przyprowadzono paru urwisów rozrabiających podczas mszy. Został ustawiony wraz z nimi w rzędzie i ksiądz proboszcz jako pokorne narzędzie bożej sprawiedliwości, każdemu penitentowi dał w pysk. Po razie, ale mocno. A więc ksiądz na kazaniu miał rację. Bóg jest ostry. I daje w pysk. Słusznie i niesłusznie. W poczuciu winy nasz bohater dorastał, a dorastając patrzył i słuchał. I wyciągał wnioski. W kościele jest ponuro, a w knajpie wesoło. A więc może alkohol da szczęście.

I faktycznie. Wkrótce alkohol stawał się dla niego panaceum na wszystkie problemy. Pod jego wpływem znikało poczucie winy, nieśmiałość, lęk, strach, przygnębienie. Bóg chrześcijan oddalał się coraz bardziej, by wreszcie rozpłynąć się zupełnie. Jego miejsce zajęła joga, buddyzm, medytacyjne techniki wschodu. To wszystko suto przeplatane seksem i gorzałą. Mijały lata, stawka rosła, codzienne dawki eliksirów także. Ludzie, nawet najbliżsi stali się marionetkami w rozgrywce o przeżycie. Bóg, nawet ten wymedytowany był już tylko przeszkodą do kariery, sukcesu, pieniędzy. Tylko alkohol wiernie towarzyszył, dając jednak coraz mniej za coraz więcej. Na koniec wprowadził w przedsionek śmierci. I w tym przedsionku, wąskim, niskim i ciemnym, bez drzwi i okien, bez szans na ucieczkę, bez nadziei i wbrew wszelkiej nadziei pojawiło się światło i Osoba. Osoba, która kocha i wiele może. Osoba, która jest Nadzieją i Miłością. Osoba, która mówi: Kocham Ciebie takim jakim jesteś i nigdy Ciebie nie opuszczę. Uwierz mi. Tą Osobą jest Bóg. Mój i Twój Emmanuel. Czy to oznacza, że droga do Niego prowadzi przez rynsztok? Czy trzeba najpierw poranić najbliższych, zniszczyć życie swoje i innych aby go spotkać? Czy trzeba być maltretowaną, zdradzoną i opuszczoną? A może trzeba utopić fortunę, zachorować na raka lub stracić nogę pod kołami pociągu?

Bynajmniej. Te słowa piszę bo ufam, że Ciebie to nie musi spotkać. Bóg nie wymaga ofiary, bo sam się ofiarował za Nas. W którymkolwiek miejscu drogi jesteś, czegokolwiek w życiu doświadczyłeś, Twój czas na spotkanie Go, to Dzisiaj…