NIEDOBRY BÓG

1. Trzy dni, trzy spotkania

Najpierw była sobota. Studentka z Odnowy charyzmatycznej mówi, że aby dostąpić uzdrowienia wewnętrznego, chrześcijanin powinien przebaczyć nie tylko bliźnim, ale także sobie samemu i… Bogu. Moje zdziwienie: przebaczyć Bogu?! Ja, człowiek, mam przebaczać Bogu?! Zdziwienie studentki jeszcze większe: dlaczego ksiądz się dziwi?

Potem była niedziela i poniedziałek. Dwa kolejne spotkania. Pierwsze – z opinią animatora grupy Odnowy charyzmatycznej. Animator relacjonuje, jak u nich prowadzi się ludzi do uzdrowienia wewnętrznego: „piszemy kartki z przebaczeniem (jedna kartka dla każdej osoby, której przebaczamy)”. A co na tych kartkach? Następujący tekst:

„Ja … (imię) razem z Jezusem przebaczam Tobie – imię (sobie lub Bogu) … (wypisujemy gesty, sytuacje, słowa) …, i w imię Jezusa Chrystusa uwalniam Cię – imię (siebie) … od ciężaru zła, które mi uczyniłeś i z powodu którego ja cierpiałem, i proszę, by miłosierny Bóg zamienił to w błogosławieństwo dla Ciebie. Amen”.

Moje zdziwienie po raz drugi: jak to – ja przebaczam Bogu? Mówię Bogu: „uwalniam siebie od ciężaru zła, które mi uczyniłeś”?! Po raz drugi ja jestem zdziwiony. Animator nie.

I ostatnie spotkanie. Także z członkiem charyzmatycznej grupy modlitewnej. „Tak, mówi, oczywiście, że trzeba przebaczyć Bogu. Przecież tylu ludzi czuje się skrzywdzonych przez los i przypisuje Bogu te nieszczęścia, które ich spotkały”. Ja się dziwię. On nie. Przecież tak się u nich naucza, przecież praktykują to od lat.

2. Problem

Czy możemy sobie wyobrazić jakąkolwiek osobę w Biblii w takiej sytuacji? Ktoś staje na modlitwie i mówi: „Boże, przebaczam Ci to zło, które mi wyrządziłeś”?…

Czy można sobie wyobrazić w takiej roli jakiegokolwiek poważnego chrześcijanina w historii Kościoła?

Czy jest do wyobrażenia, aby tak czynił jakiś biskup lub papież?

Nie. Dlaczego? Bo przebacza się winowajcom. Tym, którzy nam coś złego uczynili. Skłaniać ludzi, aby przebaczali Bogu, to utwierdzać ich w przekonaniu, że Bóg czyni zło.

A czy można sobie wyobrazić członka Odnowy charyzmatycznej, który przebacza Bogu? Tak, właśnie dziś robią to na kolejnym seminarium i na kolejnych rekolekcjach ewangelizacyjnych.

3. Źródło

Skąd wzięły się takie idee w Odnowie? Nie wiem, gdzie jest ich początek. Wiem, jak się rozpowszechniły.

„Jezus wzywa cię do pojednania i chce uzdrawiać twoje żale […]. Zastanów się, czy nie masz żalu do Pana Boga, czy nie czujesz się zawiedziony w życiu – jeśli tak, to przebacz Panu Bogu […]. Bóg niczego w tobie nie będzie mógł dokonać, jeśli zachowasz w swym sercu jakąkolwiek urazę”.

Tak wygląda jeden z aspektów ewangelizacji, czyli głoszenia Dobrej Nowiny w Odnowie charyzmatycznej. Nie, to nie jest prywatna idea animatora ani studentki, która coś nie do końca zrozumiała. Oni zostali tak uformowani. Zacytowany tekst pochodzi z podręcznika Rekolekcje Ewangelizacyjne Odnowy (REO), Centrum Formacji Odnowy w Duchu Świętym „Wieczernik”, Magdalenka 1994, część B, s. 40-41.

Czy ktoś potrafi wyprowadzić mnie ze zdziwienia?

POSTEKUMENIZM W STYLU WARSZAWSKIM

Apel do zainteresowanych odpowiedzialnych za grupy Odnowy w Duchu Świętym w Polsce

***

Zbliża się konferencja zorganizowana przez charyzmatycznych wyznawców Jezusa Chrystusa. Czas i miejsce – to weekend 11-12 listopada 2005 r. w Warszawie. Organizatorem zaś jest zbór Spichlerz. Informację o tym znaleźć można w wielu miejscach. Ja akurat przez przypadek trafiłem na nią na stronie internetowej o adresie ekumenizm.pl. Ten przypadek stał się katalizatorem: przypomniał mi umacniające się coraz bardziej w różnych środowiskach specyficzne podejście do ekumenizmu. Na czym ono polega? Na uporczywym zamykaniu oczu na to, że nie każde nasze spotkanie z ludźmi wierzącymi w Jezusa inaczej niż my jest spotkaniem ekumenicznym:

– że czasem takie spotkanie bywa wręcz spotkaniem antyekumenicznym, prowadzącym do rozłamu, a więc do zaprzeczenia idei ekumenizmu;

– że takie rozłamy boleśnie dotykają różnych środowisk katolickich, nie wyłączając środowiska Odnowy charyzmatycznej;

– że nie są to tylko teoretyczne rozważania, ale także praktyczne problemy odejść z Kościoła, z którymi Odnowa w Duchu Świętym styka się na co dzień.

Hasło prawdziwego ekumenizmu: „mówmy więcej o tym, co nas łączy, niż o tym, co nas dzieli” jest słuszne. Jednak niekiedy stopniowo zamieniło się nam ono w hasło: „wyznawajmy pozytywne strony międzywyznaniowej rzeczywistości, a może wtedy rzeczywistość dostosuje się do naszych ekumenicznych marzeń”.

a. Kiedyś byli katolikami, dziś mówią o maryjnym okultyzmie

Warto rzucić okiem na „ekumeniczną” historię zboru Spichlerz. U jego źródeł stoi grupa katolickiej Odnowy w Duchu Świętym z Warszawy, prowadzona niegdyś przez studenta teologii katolickiej, a nawet kandydata do święceń kapłańskich. Dziś – już jako pastor Andrzej – człowiek ten prowadzi wspólnotę, która tymczasem przekształciła się w zbór Chrześcijan Wiary Ewangelicznej.

Jak doszło do tej przemiany? Kościół Spichlerz tak informuje o drogach chrześcijańskiego wzrostu swojego pastora:

„Służbę dla Boga zaczynał jako katolik, szukając realizacji powołania w klasztorach i seminarium. Po skończeniu biblistyki w Warszawie miał przyjąć święcenia kapłańskie w Kościele greckokatolickim na Ukrainie. Ale podczas usługiwania we wspólnotach Odnowy w Duchu Świętym odkrył realność i moc Jezusa zmartwychwstałego. Podczas jego usługi dokonywało się wiele uzdrowień, nawróceń, uwolnień z nałogów etc. To spotkało się z sprzeciwem hierarchii Kościoła katolickiego”.

Konsekwencji tej sytuacji nietrudno się domyślić: „Duch Święty wyprowadził pastora Andrzeja z organizacji rzymskokatolickiej i powołał do niesienia Ewangelii poza tym systemem”. Ten właśnie zbór jest organizatorem konferencji o nadziei, jaką dla Europy jest Jezus. I robi to z rozmachem: jak dowiadujemy się z zaproszenia, konferencja odbędzie się w warszawskiej sali Centrum WSBiA mogącej pomieścić 2 500 osób.

O stanowisku Spichlerza wobec Kościoła katolickiego można dowiedzieć się z niezwykle pouczającego świadectwa człowieka, który jeszcze w zeszłym roku był duszpasterzem katolickiej Odnowy w Duchu Świętym diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, i to duszpasterzem niepoślednim. Był tam osobą numer jeden w katolickiej Odnowie charyzmatycznej. Dziś jest gorliwym apostołem antykatolickiej nauki, między innymi w Spichlerzu. Świadectwo, o jakim mowa, zostało wygłoszone w minionym roku na spotkaniu organizowanym przez Spichlerz, w obecności pastora Andrzeja oraz kilkunastu osób z grupy Odnowy charyzmatycznej z Żar. Nie popełniamy tu niedyskrecji: świadectwo zostało opublikowane[1], a pastor Andrzej zachęcał do upowszechnienia jego treści. To bardzo pouczający tekst, zwłaszcza w obszernych częściach odnoszących się do nauczania o katolicyzmie.

Były duszpasterz, Jarosław B., mówi: „chowałem Najświętszy Sakrament, bo czułem, że wtedy jest większa moc”. Przyznaje się też do szacunku wobec Najświętszego Sakramentu: „szanowałem – i dlatego go nie wystawiałem”.

Najbardziej interesujący wątek dotyczy takich specyficznie katolickich praktyk, jak nabożeństwa maryjne. „Były naciski, aby wchodzić w kulty – wtedy w moim życiu osobistym zaczęły się problemy”, a były to problemy z grzechem. Co to były za kulty? Może voodoo albo szamanizm? Nie, były to takie nabożeństwa, jak nowenna lub różaniec. Kulty te powodowały nie tylko depresję, ale także hamowały przebudzenie wiary: „moje osobiste problemy się zwiększały, w miarę jak uprawiałem kulty”. Nawet kiedy rozpoczynało się przebudzenie wiary w kolejnym miejscu pracy i „były uzdrowienia i uwolnienia”, to jednak „kiedy wprowadzano kulty”, wtedy „wszystko zaczęło wracać”. Najlepszym dowodem jest historia pewnej kobiety, która cierpiała na depresję przez wiele lat. Nikt jej nie mógł pomóc. Do czasu – depresja bowiem minęła, kiedy kobieta ta zdjęła szkaplerz. W ten sposób została uwolniona od „związującej modlitwy do Maryi”. Podobnie stało się, kiedy autor świadectwa odrzucił „kulty maryjne”: problemy z grzechem minęły w jednym momencie i Jezus go uwolnił. Jest to zresztą, zdaniem autora świadectwa, problem ogólniejszy: „wiele osób, które żyje w kultach maryjnych, żyje w depresji, w melancholii i w grzechach”, bo „problem jest w okultyzmie”, a „demony chcą, abyśmy do Ewangelii Jezusa Chrystusa coś dodali”.

b. Postekumeniczna jedność

Jarosław B. spotkał kiedyś innego duszpasterza, który w poszukiwaniu prawdy przewinął się przez wiele kościołów i zborów zielonoświątkowych, ale okazało się, że w Polsce znalazł tylko jeden przebudzony kościół: był to Spichlerz w Warszawie. Mając zaś doświadczenie, jak wygląda sytuacja w Watykanie („tam ludzie nie znają Jezusa”), przyłączył się do Spichlerza. To także nie jest niedyskrecja: obaj duszpasterze dzielili się swoją duchową drogą z czytelnikami czasopisma „Newsweek”[2] w tekście ilustrowanym ich zdjęciami.

Jarosław radzi, jak rozmawiać z katolikami, aby uwalniać ich z okultystycznych praktyk katolickich: „trzeba pokazywać sprzeczności w dogmatyce Kościoła rzymskokatolickiego”, „trzeba wziąć Katechizm Kościoła i pokazywać, że on sam w sobie jest sprzeczny”. Natomiast nie można rozmawiać zbyt otwarcie na początku, gdyż „katolik się wystraszy”; „należy mówić ostrożnie”, aby katolik się nie zorientował, że ostatecznym efektem rozmowy ma być uwolnienie od katolicyzmu. Pastor Andrzej zachęcał byłego duszpasterza Odnowy, aby „pytać o rady, jak rozmawiać z katolikami”. Zachęceni obecni pytali więc: „jak im tłumaczyć, jak z nimi rozmawiać?”. A duszpasterz chętnie takich rad udzielał: przestrzegał, że wiele katolickich modlitw do świętych trafia do demonów. Ale nie każdemu katolikowi można o tym od razu jasno powiedzieć. Udział w maryjnych kultach to „demoniczna sprawa”, ale „trzeba być ostrożnym w mówieniu o tym”, dlatego „na początku trzeba nawiązywać relacje miłości i przyjaźni”.

Czy są to działania wymierzone w jedność Kościoła? Okazuje się, że wcale nie. Wręcz przeciwnie: w oczach organizatorów warszawskiego spotkania to właśnie jest prawdziwy ekumenizm! Na drodze do jedności w Chrystusie stoi po prostu katolicka wiara taka, jak ją przeżywają polscy katolicy. Są oni zwykle związani demonicznym duchem religii, zwanym także po prostu „duchem religijnym”. Chodzi tu o demona, który skłania ludzi do praktyk religijnych, które w Spichlerzu ocenia się jako szkodliwe: „wierzę – mówił Jarosław B. – że Kościół powstanie w Polsce, że duch religii zostanie złamany”. Na razie zaś, aby przyspieszyć tę chwilę, w czasie rozmowy z katolikiem należy „łamać demony religii nad tym człowiekiem”. Wtedy zaś można mieć nadzieję, że „przyjdzie niesamowite przebudzenie w Kościele katolickim”, i to „jeszcze za naszego pokolenia przyjdzie takie przebudzenie, że wszystkie kościoły się zjednoczą”.

c. Co my na to?

My, ludzie katolickiej Odnowy charyzmatycznej, chcielibyśmy zjednać sobie wszystkich. Z tego powodu niełatwo przechodzą nam przez gardło słowa trudnej prawdy. Wolimy mówić o ekumenizmie, czyli o samych pozytywnych stronach kontaktów międzywyznaniowych, w jakich uczestniczą nasze grupy Odnowy. To prawda, że takie kontakty dominują. Ale niestety nie są jedyne. Prawda o kontaktach z chrześcijanami wierzącymi inaczej niż katolicy to także prawda o antyekumeizmie. Tyle że mówienie o tym jest nieprzyjemne. Można się komuś narazić. Dlatego na początku działalności kolejnej byłej grupy katolickiej myślimy: to mała grupa, zapewne z czasem problem sam się rozwiąże. Poza tym: czy to nasza sprawa? Skoro odeszli z Kościoła, to już nie są Odnową, ale byłą Odnową, więc to chyba nie do nas należy…

To prawda, że początki bywają skromne. Spichlerz w Warszawie też zaczynał skromnie. Potem działalność wspólnoty wciągnęła ludzi zaangażowanych w Odnowę charyzmatyczną w odległych miejscach, na przykład w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Od niedawna są już we Wrocławiu. Dziś wynajmują na swoje spotkanie salę na 2 500 miejsc. I mają plany na przyszłość. Słowami pastora Andrzeja: „trzeba się zatroszczyć, aby to świadectwo nie zaginęło: trzeba je wziąć do wszystkich zborów”, „trzeba je rozpowszechniać”.

Może warto stawiać sobie co pewien czas parę duszpasterskich pytań:

– Jakie mogą być konsekwencje spotkań ze zborem otwarcie antykatolickim, nastawionym na „ratowanie” ludzi przez wyciąganie ich z Kościoła katolickiego?

– Kto ponosi moralną odpowiedzialność za owe odejścia? Czy nie ci, którzy promują rozmaite spotkania w swej istocie antyekumeniczne, bo prowadzące do rozpadu jedności chrześcijan?

– Co właściwie jest celem Odnowy charyzmatycznej: nagromadzenie duchowych przeżyć, nawet kosztem zasilania szeregów Kościołowi nieprzyjaznych, czy raczej przebudzenie wiary w samym Kościele?

Ks. Andrzej Siemieniewski

P R Z Y P I S Y :
[1] Świadectwo ks. Jarka, http://www.strefaspichlerz.pl/cde.html (2005); por. Księdza Jarka – świadectwo, http://www.alberto.pl/darmo.php (2005).
[2] K. Bonda, Pocałuj mnie, Jezu, „Newsweek” z 12 VI 2005, s. 84-87.

„JAK BYŁO NA POCZĄTKU” (DZ 11,15) – DARY DUCHOWE PIERWSZYCH CHRZEŚCIJAN

Dary duchowe w Kościele to temat fascynujący współczesnych chrześcijan. Oczekiwanie na charyzmaty i ich praktykowanie jest szczególnie intensywnie przeżywane w ruchach odnowy Kościoła. Pośród nich jeden ruch wyróżnia się najmocniejszym pragnieniem odnowienia darów duchowych, mianowicie ruch Odnowy w Duchu Świętym, zwany niekiedy inaczej ruchem charyzmatycznym. Oczywiście dążenie do chrześcijańskiego życia w Duchu Świętym wraz z należącymi do tego życia darami duchowymi znajduje swoje oparcie w Piśmie Świętym, najpierw Starego, ale przede wszystkim Nowego Testamentu.

Szczególnie szeroko jest omawiany w Biblii dar proroctwa, i to zarówno w księgach Starego, jak i Nowego Przymierza. Biblia wielokrotnie podkreśla, że dar proroctwa jest jednym z normalnych sposobów działania Ducha Świętego. Jednak z drugiej strony poświęca też wiele miejsca możliwości fałszywych proroctw. Przestróg przed fałszywymi proroctwami znajduje się w niektórych miejscach Pisma Świętego nawet więcej niż zachęt do proroctw prawdziwych (Mt 7,15; Mt 24,11; Dz 13,6; 1 J 4,1; Ap 16,13). Całe długie fragmenty Nowego Testamentu są poświęcone działalności fałszywych proroków (2 P 2,1-22; Jud 5-16). Podobnie ma się rzecz ze „znakami i cudami”. To biblijne sformułowanie z jednej strony odnosi się do działania Bożego Ducha (Rz 15,19; Dz 2,43; Dz 4,30; Dz 5,12), zwłaszcza podczas ewangelizacji. Z drugiej jednak strony opisuje działanie ducha fałszywego, wprowadzającego zamęt, podziały i zwiedzenie (2 Tes 2,9; Ap 19,20).

Wydaje się, że niekiedy bywamy dziś tak zafascynowani biblijnym nauczaniem o prawdziwych proroctwach oraz o autentycznych znakach i cudach, że zapominamy o tym podwójnym nurcie, który jednak w Piśmie Świętym się znajduje. Dlatego proponuję sięgnięcie do tekstów najdawniejszych świadków wiary chrześcijańskiej: do pism bezpośrednich uczniów Apostołów i do uczniów tych uczniów. Może w ten sposób, czerpiąc wiadomości z pierwszej ręki, uda się nam lepiej uchwycić, jak pierwsi chrześcijanie zrozumieli nauczanie Jezusa Chrystusa i Jego Apostołów na temat darów duchowych? Dostępne są liczne pisma chrześcijan z I, II i III wieku. Można się w ten sposób wiele nauczyć na temat słusznego zachwytu pierwszych chrześcijan dla darów, znaków i cudów Bożych: dary te obficie występowały we wspólnotach, które bezpośrednio od Apostołów przejęły chrześcijaństwo. Można też nabrać prawdziwie biblijnego sposobu myślenia o darach Ducha, czyli świadomości potrzeby rozeznawania, czy dary duchowe rzeczywiście wprowadzane są w życie zgodnie z wolą Bożą. Uczniowie apostolscy cechowali się w tej sprawie postawą uformowaną na nauczaniu Jezusa Chrystusa i na orędziu tych, których On sam rozesłał na cały świat.

Ograniczymy się tu tylko do rozważenia niektórych przykładów, kompletny przegląd pism chrześcijan pierwszych wieków zostawiając specjalistom z tej dziedziny. Drugim ograniczeniem będzie skupienie uwagi tylko na tych darach, które dziś nazywane bywają darami epifanijnymi, a to dlatego, że obecnie często bywają przedmiotem baczniejszej uwagi ruchu charyzmatycznego. A więc nasze zainteresowania w niniejszym tekście będą raczej praktyczne niż teoretyczne i nie pretendujące do wyczerpania tematu.

Od razu można zasygnalizować uwagę ogólną: w żadnym z pism pierwszych wieków chrześcijańskich sprawa charyzmatów nie zajmuje naczelnego miejsca. Co więcej, choć są one wspominane często, to zawsze wyraźnie na marginesie innych, o wiele ważniejszych spraw. Nie tylko że nie stanowią szczególnego przedmiotu uwagi żadnego z pisarzy starożytnych, ale ponadto prawie nigdzie nie można spotkać się z praktyką jakiejś konkretnej modlitwy o otrzymanie lub przebudzenie charyzmatów. Raczej po prostu zauważano ich obecność i traktowano je jako dar Boży. Nic też nie wskazuje, jakoby oczekiwano występowania takich darów u każdego chrześcijanina. Chociaż na pewno oczekiwano ich w każdym czasie i w każdej większej społeczności wierzących, to na pewno ani nie u każdego członka takiej wspólnoty ani nawet nie u większości osób. Przekonanie o ich powszechności miało raczej, jak się wydaje, znaczyć, że każdy człowiek zbliżający się do Kościoła wkrótce spotka się z jakimś przykładem działania charyzmatów Bożych.

1. Najtrudniejsze bywa pierwszych sto pięćdziesiąt lat…

a. Co napisali uczniowie uczniów Pana Jezusa?

– Didache

Najstarszy tekst chrześcijański, który nie wchodzi w skład Biblii, to Didache. Specjaliści próbują ustalić dokładniejszą datę powstania tego anonimowego pisma, wysuwając jako prawdopodobny okres jego napisania lata od 70 r. do 100 r. Twierdzą, że niektóre fragmenty mogły powstać jeszcze wcześniej, nawet już około roku 50. W każdym razie Didache ma wszelkie dane po temu, aby elektryzować dzisiejszego czytelnika, a już zwłaszcza uczestnika Odnowy w Duchu Świętym. Dlaczego? Oto mając do dyspozycji tekst starszy od niektórych ksiąg Nowego Testamentu, otrzymujemy prawdziwe okno z widokiem na taki Kościół, jaki zakładali Apostołowie i ich bezpośredni uczniowie. Możemy dowiedzieć się z pierwszej ręki, jak naprawdę zrozumieli uczniowie nauczanie Jezusa o działaniu Ducha Świętego i jak zrozumieli obiecane skutki Zmartwychwstania Pana. Z Didache możemy też wywnioskować, jaką rangę przypisywano manifestacjom charyzmatycznym wśród pierwszych chrześcijan i jak rozeznawano, które z nich przynoszą pożytek, a które należy odrzucić.

Po pierwsze więc, ten pierwszy podręcznik ewangelizacji poświęca nieco miejsca darom duchowym, choć nie tak dużo, jak mógłby się spodziewać współczesny charyzmatyk: nie wspomina się o szczególniejszej roli charyzmatów w dziele ewangelizowania. O wiele więcej miejsca poświęcono w Didache Eucharystii czy moralności chrześcijańskiej. Spośród darów duchowych w dzisiejszym, potocznym rozumieniu tego słowa Didache wymienia jeden: proroctwo. Autor starożytny poleca cenić sobie ten dar i obficie korzystać z jego dobrodziejstwa. Używając miejscami zamiennie, jak się wydaje, określeń: „prorok” i „apostoł”, pisze: „W sprawie apostołów i proroków postępujcie w taki sposób […]: każdego apostoła, który do was przychodzi, przyjmijcie jak samego Pana […]. Każdy prawdziwy prorok, który chciałby u was osiąść, wart jest swojej strawy”[1]. Jak widać, spodziewano się, że dar proroctwa będzie obecny u kogoś we wspólnocie; jego pojawienie się było oczekiwaną normą. Dar taki należy przyjąć z otwartością serca i cieszyć się nim jako ważną pomocą od Boga w codziennym życiu braterskiej wspólnoty. Trzeba jednak przyznać, że liczono się także z tym, iż w niektórych gminach w Kościele tego daru nie będzie: „Jeśli nie macie proroka, daj [pierwociny] ubogim”[2]. To ważne: z tekstu Didache wynika, że chociaż nie może być wspólnoty bez niedzielnego zgromadzenia na Eucharystii w dzień Pański, bez biskupów i diakonów[3], to jednak bez proroków wspólnota może się obyć (chociaż oczywiście jeśli we wspólnocie są prorocy, to jest to dla niej bardzo pożyteczne).

W Didache podkreśla się bardzo mocno pewien problem: jak tylko pojawił się w tym tekście temat proroków, to zaraz przyłączył się równoległy temat fałszywych proroków. „Nie każdy, kto mówi pod natchnieniem Ducha, jest prorokiem. Jest nim tylko wtedy, gdy żyje na sposób Pana”[4]. Powstaje oczywisty problem: oto pojawia się ktoś, kto twierdzi, że przemawia z natchnienia Ducha Świętego. Jak można sprawdzić, do której z dwóch wymienionych grup proroków należy, aby z jednej strony nie dać się zwieść na manowce, a z drugiej strony nie gasić Ducha?

Pierwsze kryterium podane nam w tym najstarszym pozabiblijnym dokumencie starożytnego chrześcijaństwa brzmi tak: „Jeśliby ktoś przyszedł i nauczał was wszystkiego tego, co zostało wyżej powiedziane, przyjmijcie go. Jeśli jednak ów nauczający zmieni coś i zacznie wykładać inną naukę po to, żeby burzyć, nie słuchajcie go”[5]. To pierwsze kryterium, najstarsze jakie spotkamy u pierwszych chrześcijan, jest odwołaniem się do tego, co dziś nazywamy Tradycją Kościoła. Posługując się tym sprawdzianem, należy się przekonać, czy to, co nam się głosi jako prorocze objawienie duchowe, jest zgodne z tym, czym Kościół żył do tej pory, co otrzymaliśmy w przekazie od poprzedzających nas nauczycieli wiary. Potem dodane są kolejne kryteria: prorok prawdziwy nie będzie nadużywał gościnności, nie może żądać pieniędzy, musi żyć według tego, co głosi[6].

Klemens Rzymski, Ignacy z Antiochii

Gdy dobiegało już końca swoich dni pokolenie tych ludzi, którzy mogli zetknąć się osobiście w swoim życiu z Apostołami Jezusa Chrystusa, powstały inne ważne pisma chrześcijańskie: List Klemensa Rzymskiego, listy biskupa Ignacego z Antiochii i List Barnaby.

Najpierw więc, około roku 95, powstało ważne pismo Klemensa Rzymskiego. Był to list napisany przez niego jako komentarz do sporu wśród chrześcijan w Koryncie. Spór wybuchł około roku 90, a więc może jeszcze za życia Jana Apostoła. Niezmiernie ciekawy jest sposób, w jaki Klemens Rzymski używa słowa „charyzmat”:

„Niech więc zachowa swoją jedność to ciało, które tworzymy razem w Jezusie Chrystusie! Niech każdy okazuje posłuszeństwo temu ze swych bliźnich, który został obdarzony stosownym charyzmatem”[7].

Z kontekstu wynika, że chodzi tu o posłuszeństwo prawnie ustanowionym prezbiterom. Zgodnie z nauczaniem św. Pawła (1 Tm 4,14, 2 Tm 1,6). Klemens nazywa dar pasterzowania wśród wierzących charyzmatem i podporządkowuje mu inne dary, jak dar mądrości lub bezżeństwa.

Piszący kilka lat później biskup Ignacy z Antiochii w równie ciekawy sposób łączy charyzmatyczne objawienie z obowiązkiem posłuszeństwa biskupom w Kościele, jako że to oni są gwarancją trwania w prawdzie: „Nie wiedziałem tego od żadnego człowieka. Duch [Święty] to głosił mówiąc: «Nie czyńcie nic bez biskupa, strzeżcie swego ciała jako świątyni Bożej, kochajcie jedność, unikajcie podziałów»”[8]. Niewiele późniejszy autor Listu Barnaby wspomina krótko charyzmatyczne działanie Ducha takimi słowami: „Bóg mieszka prawdziwie w nas, w domu serca naszego […]. On sam w nas prorokuje, On sam w nas mieszka […]. Oto duchowa świątynia wybudowana dla Pana”[9].

– Pasterz

Powstałe ok. 140-150 roku pismo Hermasa zatytułowane Pasterz cieszyło się wśród starożytnych chrześcijan pierwszych pokoleń niebywałym wzięciem. Dziś jest nieco zapomniane, ale niesłusznie. Także i tu znajdziemy nieco słów o charyzmatycznym działaniu Ducha. Jeśli zapytamy o rangę przypisywaną charyzmatom rozumianym jako dary duchowe, to nie zajmują tutaj z pewnością jakiegoś centralnego miejsca. Najtrafniejszym wydaje się określenie, że są po prostu wspominane.

Najpierw oczywiście mówi się o nich z wdzięczności za wspaniały dar Boga:

„Jeśli człowiek posiadający Ducha Bożego przyjdzie na zgromadzenie mężów sprawiedliwych, którzy mają wiarę w Ducha Bożego, i jeśli to zgromadzenie zwróci się z prośbą do Boga, wówczas napełni owego człowieka czuwający nad nim Anioł ducha proroczego, a człowiek ów napełniony Duchem Świętym przemówi do tłumu tak, jak chce tego Bóg”[10].

Autor Pasterza porusza oczywiście problem sygnalizowany tylekroć przez Jezusa i Jego Apostołów: „Jak może człowiek poznać, kto jest prorokiem, a kto prorokiem fałszywym?”[11]. Gdyż niestety, jak się dowiadujemy, z takim problemem wyznawcy Ewangelii mieli wtedy często do czynienia. W Pasterzu można przeczytać, że istnieje kategoria wierzących, dla których fałszywe proroctwa nie są groźne: to ci, „co są wierni”, są „mocni w wierze i przyodziani w prawdę”. Jednym słowem, trwają niezmiennie w przekazanej im uprzednio prawdzie wiary, a nie są jak ci, co „wątpią i często zmieniają zdanie”[12]. Tradycja wyznawanej wiary wiąże się oczywiście z istniejącym już uprzednio Kościołem, od którego fałszywy prorok stroni, tworząc sobie nowe grupy wyznawców na uboczu: „człowiek taki nie zbliża się do zgromadzenia mężów sprawiedliwych, lecz ich unika, wiąże się z wątpiącymi i próżnymi, a po kątach im prorokuje”[13].

Istnieją też inne kryteria pozwalające poznać prawdziwego proroka. Podobnie jak w Didache, są to kryteria moralne: „na podstawie jego życia poznasz człowieka, który ma ducha Bożego”[14]. Człowiek taki ma być łagodny, spokojny, pokorny, stroniący od próżnej pożądliwości tego świata. Ważne też, że nie on sam ma się wysuwać z roszczeniem posiadania mowy proroczej, gdyż to byłby znak braku jego Bożego posłannictwa: prorok fałszywy „sam się wywyższa, chce mieć pierwsze miejsce, jest zuchwały, bezczelny, gadatliwy”, a także bierze zapłatę[15].

b. Trzecie i czwarte pokolenie świadczy o charyzmatach

Nazwijmy umownie „trzecim i czwartym pokoleniem” środowisko tych pisarzy, który stworzyli wspaniałe dzieła literatury chrześcijańskiej od połowy II wieku aż do początku wieku III. Wtedy właśnie pisali swoje teksty na przykład św. Justyn († ok. 165 r.), św. Ireneusz († 202 r.), Klemens Aleksandryjski († ok. 220 r.) oraz św. Hipolit († 236). Warto nieustannie przypominać sobie, jak niewielka odległość czasowa dzieliła ich od naocznych świadków życia i zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu: uczniem Jana Apostoła był Polikarp († 165); Polikarp spotkał Ireneusza, a Ireneusz z kolei uczył Hipolita. Łańcuch osób przekazujących sobie osobiście wiarę z ust do ust jest bardzo blisko źródła. Jak nigdzie indziej tutaj właśnie odczuwamy w pełni, co to znaczy żywa Tradycja Kościoła.

W Dialogu z Żydem Tryfonem, na pytanie rozmówcy o wypełnienie się proroctwa o darach Ducha z Iz 11,1-2, Justyn tłumaczy, że Duch Święty rozdzielał uprzednio swoje dary wśród wyznawców judaizmu. Obecnie zmienił jednak sposób swojego działania. Justyn powołuje się przy tym na proroctwa biblijne, ale także na konkretne przykłady charyzmatów obecnych we wspólnocie chrześcijańskiej. One to właśnie potwierdzają, że proroctwa Biblii spełniają się w Kościele połowy drugiego wieku:

„Należało, aby takie dary ustąpiły od was [Żydów]; a spocząwszy w Nim [w Chrystusie], znowu – jak przepowiedziano – stały się darami, które z łaski mocy Jego Ducha On sam rozdziela tym, którzy wierzą w Niego, jak On uzna każdego za godnego […]. Zgodnie z tym powiedziano: «Wstąpiwszy do góry wziął do niewoli jeńców, rozdał ludziom dary» (Ef 4,8). I znowu w innym proroctwie powiedziano: «W ostatnich dniach – mówi Bóg – wyleję Ducha mojego na wszelkie ciało, i nawet na niewolników i niewolnice moje, i będą prorokowali» (por. Dz 2,17; Jl 2,28)[16].

Można spotkać między wami kobiety i mężczyzn, którzy posiadają dary Ducha Bożego; dlatego prorokowano, że moce wymienione przez Izajasza spoczną na Nim: nie dlatego, by potrzebował On mocy, ale by nie pozostawały już pomiędzy wami [czyli Żydami]”[17].

Widać wyraźnie, że dla Justyna obecność charyzmatów jest jednym z ważnych dowodów na obecność Ducha Świętego w Kościele oraz na to, że jest to ten sam Duch, który działał wśród proroków Starego Testamentu. Dlatego Justyn pytany o argument za chrześcijaństwem powołuje się między innymi właśnie na dary duchowe:

„Codziennie niektórzy z was stają się uczniami w imieniu Chrystusa i porzucają ścieżkę błędów; otrzymują też dary, jak każdy jest tego godny, oświecony imieniem tego Chrystusa. Gdyż jeden otrzymuje ducha zrozumienia, inny rady, inny mocy, inny uzdrowienia, inny przepowiadania, inny nauczania, inny bojaźni Bożej […].

Prorokowano, że po wstąpieniu Chrystusa do nieba uwolni On nas od błędu i rozda nam dary. A oto te słowa: «Wstąpił do góry, powiódł jeńców w niewolę, rozdał ludziom dary» (Ef 4) […]. My otrzymaliśmy dary od Chrystusa, którzy wstąpił do góry”[18].

Ciekawe, że Justyn widzi w chrześcijanach przede wszystkim obecność siedmiu darów Ducha Świętego wymienionych w Księdze Izajasza (11,1-2), choć splata ich nazwy z innymi obdarowaniami nowotestamentowymi, jak przepowiadanie lub uzdrawianie.

Niezwykłe charyzmaty są też dowodem mocy imienia Jezus. Ważne, że ze słów Justyna możemy się dowiedzieć o stałej obecności takich obdarowań, choć oczywiście trudno nam wyrokować o ich powszechności, czyli o liczbie ludzi, którzy mogliby takimi charyzmatami posługiwać.

„Chrystus stał się człowiekiem i narodził się z woli Boga Ojca dla zbawienia ludzi wierzących i dla zguby demonów, o czym zresztą teraz możecie przekonać się na własne oczy. Licznych bowiem opętanych przez demony w całym świecie, a także w samym waszym mieście waszych obywateli, których żaden zaklinacz ani czarodziej czy magik nie mogli uleczyć, chrześcijanie uleczyli i wciąż leczą wezwaniem imienia Jezusa Chrystusa, ukrzyżowanego pod Poncjuszem Piłatem, wypędzając i uwalniając od demonów trzymających w swej niewoli ludzi”[19].

Niedługo po Justynie żyje i pisze św. Ireneusz. Ten wielki pisarz drugiego stulecia chrześcijaństwa potwierdza, że charyzmaty trwają w Kościele:

„Podobnie [jak za czasów Apostoła Pawła] my też znamy braci w Kościele, którzy posiadają dary prorocze, i którzy przez Ducha mówią wszelkimi rodzajami języków, i ujawniają dla ogólnego dobra ukryte sprawy ludzi, i ogłaszają tajemnice Boże. Ich to Apostoł nazywa «duchowymi», a są duchowymi, gdyż mają udział w Duchu […]”[20].

Ważne, że święty biskup z drugiego wieku powołuje się na czasy Apostoła Pawła: zaświadcza przez to, że w jego opinii Boże plany udzielania charyzmatów swojemu ludowi nie zmieniły się. Dowiadujemy się, że są one normalnym wyposażeniem wspólnoty Kościoła (chociaż nie można sprecyzować, na ile miałyby być częste).

„Prawdziwi uczniowie Jego, którzy od Niego otrzymali łaskę, pełnią w imię Jego dla dobra reszty ludzi takie dziwy, do jakich każdy z nich dar odebrał. Otóż jedni wypędzają demony rzeczywiście i prawdziwie, tak że często ludzie uwolnieni od złych duchów wiarę przyjmują i wstępują do Kościoła. Inni znów znają przyszłość, mają widzenia i mówią proroctwa. Inni zaś przez wkładanie rąk leczą chorych i zdrowie im przywracają, a nawet […] i umarli już powstali i żyli z nami przez wiele lat […]. Nie można zgoła podać liczby charyzmatów, jakie w całym świecie Kościół otrzymuje od Boga i w imię Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego pod Poncjuszem Piłatem”[21].

c. Szkoła prorocza i mówienie w językach, czyli jak odróżnić ziarno od plew

św. Ireneusz

Niezwykle pouczające jest szerokie spojrzenie św. Ireneusza, który dostrzegając pożytek płynący z prawdziwych charyzmatów, nie unika problemu stawienia czoła charyzmatom prowadzącym na manowce. Było to bardzo aktualne za jego czasów. Oprócz katolików o charyzmatach mówili też bardzo wiele gnostycy, a więc ludzie z pogranicza chrześcijaństwa i kultów mistyczno-filozoficznych. Jeden z nich, Markus, uczeń słynnego gnostyka Walentyniana, prowadził nawet instytucję, którą można by określić jako szkołę proroczą. Markus uczył tam prorokowania według swojej metody i szczęśliwie mamy dokładny opis tego, jak takie pseudoprorocze szkolenie wyglądało. Markus zapewniał, że uczniowie i uczennice jego szkoły zostawali obdarowani specjalną łaską (czyli Charis):

„«Niewiasto, oto Charis spoczęła na tobie: otwórz usta i prorokuj». A ona zaraz nadyma się próżnością uniesiona tymi słowami i wielce poruszona w duszy oczekiwaniem, że oto ona ma prorokować!

Jej serce z emocji bije gwałtownie, zbiera w sobie niezbędną śmiałość i w swej próżności wyzywająco wymawia jakiś nonsens, który jej przyjdzie na myśl, jak tego można oczekiwać od kogoś nadętego pustym duchem […]. Od tej pory uważa się za prorokinię i dzięki składa Markusowi, że udzielił jej ze swej Charis[22].

Według gnostyków nie każdy wierzący i ochrzczony był prawdziwym chrześcijaninem. Nie, to w ich oczach był tylko jakiś „zwykły chrześcijanin”. Natomiast prawdziwym uczniem był dopiero ten, który „ma Ducha”. Gnostycy wyraźnie przeciwstawiali „zwykły” chrzest swojemu wyższemu uduchowieniu i wywodzili, że tylko oni mogą naprawdę zasługiwać na imię chrześcijan. Czytamy o tym na przykład w jednej z gnostyckich pseudoewangelii, Ewangelii Filipa:

„Namaszczenie przewyższa chrzest, bowiem z powodu namaszczenia nazywa się nas chrześcijanami, a nie z powodu chrztu. I z powodu namaszczenia [Jezus] został nazwany Chrystusem. Ojciec bowiem namaścił Syna, Syn zaś namaścił apostołów, apostołowie zaś namaścili nas. Kto został namaszczony, posiada Pełnię, ma zmartwychwstanie, światłość, krzyż, Ducha Świętego”[23].

Owszem, jak widzieliśmy już wcześniej, Ireneusz pisał z aprobatą o znanych mu braciach w Kościele, „którzy posiadają dary prorocze i którzy przez Ducha mówią wszelkimi rodzajami języków”. Jednak temu uczonemu chrześcijaninowi z II wieku nie mogło to zamknąć oczu na fakt, że modlitwa językami nie jest automatycznie dowodem prawdziwej wiary. W pismach gnostyckich pojawiają się zapisy uderzająco podobne do glosolalii, na przykład taki jak ten: „O, prawdziwie Jedyny! O, tesseus, mazareus, jessedekeus, O, wodo żyjąca! […] iiii oooo uuuu OOOO aaaa”[24]. A jednak ta glosolalia II wieku pochodzi ze środowiska gnostyków, ewidentnie odchodzącego od ewangelicznej wiary głoszonej przez biskupów Kościoła powszechnego.

Ireneusz, jako nauczyciel wiary, stał więc przed tym samym problemem, który towarzyszył – jak widzieliśmy – jego poprzednikom od pierwszych dziesięcioleci istnienia chrześcijaństwa. Problem ten brzmiał: Jak odróżnić charyzmaty wykorzystywane zgodnie z zamysłem Bożym od działania charyzmatów w nurtach heretyckich lub zgoła niechrześcijańskich? Rozwiązanie Ireneusza szło – rzecz jasna – po tej samej linii, której uczyli Apostołowie i ich bezpośredni uczniowie.

Rozwiązaniem dylematu, jak wychwycić w nadzwyczajnych darach duchowych działania Ducha Świętego i działania ducha zamieszania i błędu, była wierność Tradycji Kościoła. O montanistach na przykład, którzy uczyli, że nie ma Ducha proroczego w Kościele katolickim, Ireneusz twierdził, że oddzielili się od życiodajnej wspólnoty braci i sióstr katolickiego Kościoła, w której od początku istniał dar prorokowania i nigdy nie przestał być obecny:

„Chcąc udaremnić dar Ducha Świętego, który w ostatnich czasach według upodobania Ojca wylał się na rodzaj ludzki, nie przyjmują Ewangelii w postaci Janowej, w której Pan obiecał zesłać Parakleta. Odrzucają więc jednocześnie i Ewangelię, i Ducha proroczego. Nieszczęśni, bo nie chcąc przyjąć pseudoproroków, wyganiają zarazem łaskę proroctwa z Kościoła […]. Tacy nie uznają również apostoła Pawła, albowiem w pierwszym swym Liście do Koryntian szczegółowo opisał charyzmaty proroctwa i wspomniał mężczyzn i kobiety prorokujących w Kościele”[25].

Ireneusz przywołał nauczanie św. Pawła o charyzmatach z I Listu do Koryntian. Przypomniał nie tylko fakt występowania charyzmatów, ale także apostolskie nauczanie o hierarchii kościelnego porządku. Na straży porządku w Kościele stoją najpierw Apostołowie, a dopiero potem prorocy, nauczyciele i mający dar czynienia cudów. Zgodnie zaś z nauką pierwszych uczniów oraz Klemensa Rzymskiego i Ignacego z Antiochii, za następców Apostołów uważał biskupów mających obowiązek czuwania nad autentycznością nauki Ewangelii:

„Trzymajmy się nauki Kościoła, bo ona jest zawsze ta sama i trwa niezmiennie, a ma świadectwo proroków, apostołów i wszystkich uczniów […]. Bóg w Kościele ustanowił apostołów, proroków i wszelkie inne działania Ducha. Uczestnictwa w Nim nie mają ci, co nie biegną do Kościoła […]. Albowiem gdzie Kościół, tam i Duch Boży, a gdzie Duch Boży, tam Kościół i wszelka łaska – Duch zaś jest prawdą”[26].

Ukoronowaniem nauki św. Ireneusza o charyzmatach jest nauczanie o charyzmacie prawdy, dzięki któremu wszystkie inne charyzmaty znajdują bezpieczne miejsce swojego rozwoju. Pisze, że skoro „zwierzchnicy w Kościele mają następstwo od apostołów”, to wraz „z następstwem biskupstwa otrzymali oni niezatarty charyzmat prawdy (charisma veritatis certum)”. Z tego powodu „prawdy należy się uczyć tam, gdzie Pan złożył swoje charyzmaty”, a to znaczy „u tych, którzy od Apostołów odziedziczyli kościelną sukcesję, zasady zdrowego postępowania”, a z nimi „skarb nieprzeinaczonej nauki”. Tacy właśnie ludzie „tłumaczą nam Pismo św. bez obawy pomyłki”[27]. Owszem, zdarzają się w Kościele grzechy i pomyłki, ale próba ich leczenia przez rozłamy i usiłowanie tworzenia struktur alternatywnych jest w oczach Ireneusza tragiczną pomyłką: „Ci, co wywołują schizmy – od takich nie może wyjść poprawa, co by stała w jakiejkolwiek proporcji do szkód wyrządzonych przez ich rozłamy”[28].

Klemens Aleksandryjski

Także inny wielki intelektualista tych czasów, Klemens Aleksandryjski, stosuje do swoich czasów naukę Pawłową o charyzmatach. Najpierw trzeba nam zauważyć, że tak jak Apostoł Paweł, tak samo Klemens podkreślał – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – „charyzmat prawdy”, czyli rolę Kościoła we właściwej interpretacji Pisma Świętego: ci, co „odeszli od właściwej drogi, błądzą”, ponieważ „nie mają narzędzia oceny prawdy i fałszu”. Co to za narzędzie? Dowiemy się tego, czytając dalej: gdyby je mieli, to „wykazywaliby posłuszeństwo Pismu Świętemu”, tymczasem jednak odrzucili owo narzędzie, a to w ten sposób, że „wzgardzili przekazem Kościoła i nagle przerzucili się na poglądy herezji ludzkich”[29]. Tak właśnie powstają „fałszerstwa w stosunku do najstarszego i najbardziej autentycznego Kościoła”[30].

Klemens cytuje na innym miejscu cały fragment 1 Kor 12,7-11, wymienia dziewięć darów: mądrego słowa, udzielania wiedzy, wiary, charyzmat uzdrawiania, dar czynienia cudów, głoszenia proroctw, odróżniania duchów, dar różnych języków, dar tłumaczenia języków, po czym dodaje:

„Prorocy uzyskują doskonałość w proroctwach, sprawiedliwi w sprawiedliwości, męczennicy w wyznaniu wiary, inni w jej głoszeniu”. „Utrzymujemy, że każdy, kto uwierzył, został napełniony przez Ducha Świętego […]. Joel, jeden z dwunastu proroków, mówi zupełnie jawnie tak: «I stanie się po tym, że wyleję Ducha mego na wszelkie ciało, a synowie wasi i córki będą wygłaszać proroctwa»”[31].

Oczywiste dla starożytnych chrześcijan traktowanie męczeństwa jako charyzmatu Ducha Świętego udzielonego w obliczu prześladowań prowadzi nas dalej, do jednego z najważniejszych świadectw pierwotnego Kościoła, opisu męczeństwa świętych Perpetuy i Felicyty.

d. Nie tylko dla orłów

W starożytnym Kościele o obietnicy darów Ducha Świętego pisano nie tylko w związku z uczonymi apologiami i traktatami teologicznymi. Nie zapominano, że obietnica dotyczyła każdego bez wyjątku, także ludzi prostych, i z upodobaniem przypominano, że „na niewolników i niewolnice moje wyleję Ducha mego” (Dz 2,17; Jl 2,28). Wspaniałym przykładem może tu być opis męczeństwa św. Perpetuy i Felicyty z 203 roku, w którym jako najbardziej zdumiewający dar duchowy przedstawia się heroiczne męczeństwo kobiety fizycznie słabej, zaś duchowo pełnej mocy. Obok tego wspomina się także dar proroczy, podając zresztą przejmujące opisy wizji od Boga. Oto jak autor tego poruszającego tekstu wprowadza nas w lekturę:

„Ci, którzy uważają, że jest tylko jeden dar prorokowania zesłany przez jednego tylko Ducha Świętego dla wszystkich czasów i pokoleń, niech zrozumieją, że te ostatnie wydarzenia powinny być traktowane jako posiadające większą wagę, jako że będąc późniejsze w czasie, świadczą o wyjątkowej łasce, zesłanej dla czasów najnowszych. Bowiem «w ostatnich dniach – mówi Pan – wyleję ducha mojego na wszelkie ciało, i będą prorokowali ich synowie i córki; i na niewolników, i niewolnice moje wyleję Ducha mego; a młodzi ludzie będą mieć widzenia, a starzy sny śnić będą» (Dz 2,17; Jl 2,28). Tak więc i my zgodnie z otrzymaną obietnicą, uznajemy i wielce poważamy zarówno nowe proroctwa, jak i nowe wizje.

I wszystkie inne łaski Ducha Świętego traktujemy jako narzędzie zamierzone dla dobra Kościoła, bo przecież został On mu zesłany, aby rozdzielać dary na wszystkich, jak Bóg każdemu wyznaczył”[32].

Dla naszego zrozumienia duchowości chrześcijan pierwotnego Kościoła niezmiernie ważne jest, że Perpetua – mająca być ochrzczona w niebezpieczeństwie męczeńskiej śmierci – oczekiwała jako dodatkowego daru (uzupełniającego najważniejsze dary – nowego narodzenia i nowego życia), także charyzmatów: „Udzielono nam chrztu. Duch mnie natchnął, abym w czasie chrztu nie prosiła o nic innego (petendum ab aqua), tylko o dar wytrzymałości cielesnej”[33].

2. Tertulian: charyzmatycy kontra „duszewni”

Niezwykle utalentowany, choć kontrowersyjny pisarz chrześcijański, Tertulian († po 220), stanowi sam w sobie osobną klasę pisarzy starożytnego chrześcijaństwa, jako że w jego życiu i twórczości odzwierciedliły się wszystkie trudne problemy związane z istnieniem nadzwyczajnych charyzmatów i z problemem ich rozeznawania. W ciągu swojego życia Tertulian zdążył być poganinem, katechumenem, katolikiem (krótko) i wrogiem katolicyzmu (dłużej). Rzecz interesująca, że pod koniec życia oceniał katolików jako „psychików”, co można by przetłumaczyć „ludzie duszewni”, jako że psyche (dusza), to niższa część człowieka w porównaniu z pneuma (duchem). Chrześcijanie wyższego rodzaju w jego ocenie to ludzie „duchowi”, czyli „pneumatycy”. Nic więc dziwnego, że dla Tertuliana w niekatolickim okresie „ludzie prości (by nie rzec: nierozumni i ignoranci) (simplices, imprudentes, idiotae) stanowią zwykle większość wierzących”[34].

a. Jak działa Duch Święty?

Ale na początku warto zauważyć coś bardzo interesującego: wydaje się, że w oczach Tertuliana stosowną okazją prośby o charyzmaty był czas chrztu. Gdy nowo ochrzczony wychodzi z wody chrztu, czyli z „kąpieli nowego narodzenia”, i gdy po raz pierwszy rozkłada ręce do modlitwy jako nowo narodzony chrześcijanin, wtedy niech z braćmi w Kościele modli się do Ojca i Pana o charyzmaty: „skoro wyciągniecie w Kościele ręce do modlitwy, wyproście od Pana skarby łaski i uległość otrzymanym charyzmatom: «Proście, a otrzymacie»”[35]. Widać tu wyraźną zbieżność z postawą Perpetuy, która przecież także wyznała: „Duch mnie natchnął, abym w czasie chrztu nie prosiła o nic innego, tylko o dar wytrzymałości cielesnej”. Nic zresztą dziwnego. Męczeństwo Perpetuy i Felicyty wydarzyło się za życia Tertuliana, i to na ziemi, która także dla niego była ojczyzną.

Czytając Tertuliana i szukając biblijnych tekstów, na które powoływał się w nauce o charyzmatach, zauważymy pewną prawidłowość. Jest już kolejnym z pisarzy, do których dzieł zaglądaliśmy, którzy widzieli główne gwarancje dla charyzmatycznych obdarowań wspólnoty kościelnej w tekstach Ef 4,8 i Jl 3,1-2 (z wypełnieniem w Dz 2,17):

„Stwórca zapowiedział nadejście charyzmatów od Chrystusa wziętego do nieba:
«wstąpiwszy na wyżyny», to jest do nieba,
«wziął jeńców do niewoli», to jest i śmierć ludzką, i niewolę,
«rozdał ludziom dary» (Ef 4,8) – to jest łaski, które nazywamy charyzmatami […].
Mówi bowiem: «Wyleję w ostatnich dniach Ducha mego na wszelkie ciało, a synowie wasi i córki wasze będą prorokować» (Jl 3,1-2)”[36].

Tertulian podaje nam listę charyzmatów, jakie można zaobserwować w Kościele jego czasów. Sięga przy tym zarówno do Nowego Testamentu, do tekstów św. Pawła, jak i do Starego Testamentu. W głęboki sposób porównuje dary opisane przez Apostoła i pokazuje, jak spełniła się w nich obietnica siedmiu darów Ducha Świętego dana przez proroka Izajasza. W tym celu Tertulian porządkuje dziewięć charyzmatów z listy z 1 Kor 12,6-9 według sześciu darów Ducha z Iz 11,1-2. Jest to bardzo interesujące dopasowanie obu list do siebie i może nam się przydać także dzisiaj:

„«Jednemu dany jest przez Ducha dar słowa mądrości», a natychmiast Izajasz ustanowił ducha mądrości.
«Innemu mowa pełna wiedzy» – tu będzie proroctwo ducha rozumu i rady.
«Innemu jeszcze dar wiary» – temu będzie odpowiadał dar pobożności i bojaźni Bożej.
«Innemu łaska uzdrowienia, innemu dar czynienia cudów» – tu będzie duch mocy.
«Innemu proroctwo, innemu rozpoznawanie duchów, innemu dar języków, innemu łaska tłumaczenia języków» – tu będzie odpowiadał Duch wiedzy”[37].

Charyzmaty służą Tertulianowi jako ważny argument, kiedy chce wykazać, że wśród chrześcijan nieustannie działa Ducha Święty. Duch Boży potwierdza prawdę nauczania o Chrystusie znakami swojej obecności, czyli swoimi darami. „Stwórca będzie mówił nawet w innych językach i obcymi wargami – to potwierdza charyzmat języków”, pisze nasz autor i dodaje zaraz: „o kobietach powiedział [Apostoł], że i one mogą mieć dar prorokowania”[38].

Polemizując z heretykiem Marcjonem, którego nauka o istnieniu innego Boga poza Bogiem Stwórcą wprowadziła za czasów Tertuliana wiele zamieszania, pisał:

„Niech Marcjon ujawni dary swojego Boga, jakichś proroków […], którzy przepowiadaliby przyszłe rzeczy i wyjawiali skrytości serca, Niech poda jakiś psalm, niech opowie jakieś widzenie, jakąś modlitwę, byle tylko duchową, w ekstazie, to jest w odejściu od zmysłów, a jeżeli trzeba, niech u niego dojdzie do tłumaczenia języka!

Niech mi udowodni, że nawet niewiasta u niego prorokowała, choćby jedna z najświętszych, wielkich niewiast. A ja powtórzę: jeśli te zjawiska mogę przytaczać łatwiej i ja, i z przepisami karności Stwórcy, to bez wątpienia i Chrystus, i Duch, i apostoł będą należeć do mojego Boga”[39].

Tertulian, w swoim Traktacie o duszy dowodząc pewnego rodzaju cielesności duszy (co nie musi nas teraz zajmować), przy okazji zdał relację o sposobie praktykowania charyzmatów za jego czasów. Zapoznajmy się z tym tekstem; choć jest nieco dłuższy, to zapewne nie mniej interesujący dla współczesnego czytelnika:

„Uznajemy duchowe charyzmaty, czyli dary, i my też zasłużyliśmy na osiągnięcie daru proroczego […].

Oto mamy pośród nas pewną siostrę, której przypadł los wyróżnienia rozmaitymi darami objawienia, których doświadcza w Duchu poprzez ekstatyczne wizje pośród świętych rytów w dzień Pański w kościele: rozmawia z aniołami, a czasem nawet z Panem; zarówno widzi, jak i słyszy tajemne przekazy; rozumie serca niektórych ludzi, a którym jest to potrzebne – rozdziela pomoc. Czy to podczas czytania Pisma, czy śpiewu psalmu, czy to głoszenia kazania, czy podczas ofiarowania modlitw, we wszelkich tych posługach religijnych udzielane jej są okazje i materia do postrzegania wizji. […]

Po rozesłaniu ludzi na końcu świętych obrzędów ma ona zwyczaj donoszenia nam o wszystkim, co widziała w wizjach (gdyż wszystkie jej przekazy są sprawdzane z największą troska, by rozeznać ich prawdziwość).

«Pośród innych rzeczy», mówi, «ukazała mi się dusza w kształcie cielesnym, a także duch mi się pokazywał […], tak jakbym mogła potknąć go ręką, miękki, przezroczysty i o eterycznym kolorze».

Taka była jej wizja i jej świadkiem był Bóg; a Apostoł przepowiedział usilnie, że będą «duchowe dary» w Kościele”[40].

W komentarzu do tego tekstu nasz autor znowu wspomina o fragmencie z trzeciego rozdziału Księgi Joela jako o ważnej biblijnej zapowiedzi, której spełnienie chrześcijanie oglądają na własne oczy i której skutki odczuwają na co dzień:

„Od Boga, który obiecał wylać łaskę Ducha na wszelkie ciało i nakazał, by niewolnicy prorokowali i by niewolnice miały widzenia, i by wypowiadali proroctwa (por. Dz 2,17; Jl 2,28), muszą pochodzić wszystkie te wizje, które porównać można do aktualnej łaski Boga, jako uczciwe, święte, prorocze, natchnione”[41].

Tertulian nie tylko opisuje rozmaite charyzmaty, ale też przypomina hierarchię darów Ducha Świętego, co ważne jest dla ich właściwego wykorzystania: „[Apostoł] upodobnił jedność naszego ciała do spójności rozmaitych charyzmatów”. Dlatego „miłość należy przedkładać nad wszelkie charyzmaty na mocy podstawowego przykazania, które i Chrystus potwierdził”[42]. Wynika z tego smutna prawda: charyzmaty można zaprzepaścić, jeśli wykorzysta się je niezgodnie z zamysłem ofiarodawcy, czyli z wolą Ducha Świętego. Wprawdzie Tertulian, pisząc swoje tyrady Przeciw Prakseaszowi, wykładał naukę chrześcijańską już w sposób antykatolicki, to jednak był przynajmniej świadkiem samej zasady służebności charyzmatów wobec miłości i jedności Kościoła:

„Prakseasz, nadęty pychą męczeństwa z powodu jednego krótkiego pobytu w więzieniu […], charyzmaty zaprzepaścił. Albowiem gdy biskup Rzymu uznał już właśnie objawienia Montana, Pryski i Maksymilii […], [Prakseasz] przedstawił mu fałszywe świadectwa przeciw samym prorokom i ich kościołom […]; nakłonił [biskupa Rzymu] do odstąpienia od zamiaru przyjęcia charyzmatyków […]. Później uznanie i głoszenie Ducha Świętego odłączyło nas od psychików [tj. katolików – czyli duszewnych]”[43].

b. Rozdwojone królestwo?

Tertulian, odchodząc od Kościoła katolickiego, stawał się coraz większym entuzjastą ekstatycznych stanów duchowych, coraz to nowych proroctw, wizji i objawień, i – niestety – coraz bardziej podporządkowywał im swoje rozumienie chrześcijaństwa. Wywodził, że nawet Apostoł Piotr popadł w ekstatyczne stany na Górze Przemienienia, co miałoby być miarodajne dla kolejnych pokoleń chrześcijan:

„[…] bronimy [tezy], że nowym prorokom również przysługuje łaska ekstazy, to jest odchodzenia od zmysłów. Człowiek jest bowiem zbudowany w duchu, szczególnie gdy wpatruje się w chwałę Bożą albo gdy Bóg mówi przez niego, tak że z konieczności odchodzi od zmysłów, okryty cieniem mocy Bożej. A jeśli o to wszczyna się kwestie między nami a psychikami [tj. katolikami], to łatwo udowodnić nawet Piotrowi odchodzenie od rozumu [na Górze Przemienienia]”[44].

Co do swoich poglądów, odbiegających od całej dotychczasowej nauki Kościoła, Tertulian twierdził, że świadczy o nich „trwające w naszej wierze słowo nowego proroctwa (novae prophatiae sermo)”[45]. Takie nowe proroctwa miały według niego taką samą wartość jak proroctwa Starego Testamentu: „[…] jak nauczają stare i nowe proroctwa”[46]. Chociaż Tertulian wciąż używał słowa „Kościół”, to jednak stopniowo zaczynał przez to rozumieć nie ten Kościół, który zastał na ziemi, nawracając się, i w którym znalazł swoją wiarę w Chrystusa, ale coraz bardziej jakiś Kościół nowych proroctw, jednym słowem: swój nowy Kościół. Dlatego w dyskusji z polemistą Tertulian wywodził: „będziemy się odwoływać do duchowej formy i do prorockiej łaski i żądać będziemy, by przepowiadał także przyszłe wypadki i by wyjawiał tajniki serca oraz wytłumaczył tajemnice”. A skoro rozmówca „nie przytoczy nic takiego ani nie udowodni, to my przedstawimy i Ducha, i proroctwo Stwórcy, przepowiadające zgodnie w Kościele jego Boga, którego Duch działa zawsze i którego obietnice spełniają się, jak długo Kościół istnieje”[47].

Wspólnota, do jakiej przystał Tertulian, była to heretycka grupa ludzi nazywanych montanistami, gdyż ich nauka pochodziła od nauczyciela o imieniu Montanus. Przy tej okazji można krótko przypomnieć, co wiemy o tym Montanusie, który taki zachwyt wzbudzał u Tertuliana. Euzebiusz pisał o nim około 320 roku (choć być może nieco stronniczo), co następuje:

„Montanus, wychodząc z siebie i popadając nagle w rodzaj podniecenia czy ekstazy, szalał i zaczynał bełkotać i wymawiać dziwne rzeczy, prorokując w sposób sprzeczny z ustalonym zwyczajem w Kościele przekazanym przez tradycję od początku […]. Niektórzy zakazywali mu przemawiać, pamiętni na rozróżnienie uczynione przez Pana i Jego ostrzeżenie, by mieć się na baczności przed nadchodzącymi fałszywymi prorokami. Ale inni wyobrażając sobie, że pełni są Ducha Świętego i daru proroczego, nadymali się pełni uniesienia, a zapominając o rozróżnieniu Pana, wzywali ducha szalonego, podstępnego i zwodzącego, a ten ich oszukiwał i zwodził”[48].

Choć może to być spojrzenie nadmiernie wyostrzone i krytyczne, to jakże cenne przez przypomnienie biblijnej zasady: prorocy mogą być prawdziwi, ale równie dobrze mogą być fałszywi. Uczył o tym Jezus Chrystus i nauczali tego Jego Apostołowie. Doświadczały tego kolejne pokolenia chrześcijańskie i nie ma żadnego powodu, dlaczego i my nie mielibyśmy stawać przed tą samą trudnością.

Być może, pewne światło na poglądy Montanusa rzuca fakt, że przed nawróceniem był on kapłanem bogini Kybele. Była ona czczona w Azji Mniejszej jako Wielka Macierz Bogów. Kapłani Kybele byli eunuchami, ku czci swojej patronki urządzali procesje połączone z hałaśliwą muzyką, a podczas dzikich tańców kaleczyli sobie ciała[49]. Montanus, nawrócony i ochrzczony ok. 155 roku, niedługo po chrzcie ogłosił, że jest wybranym narzędziem Ducha Świętego. Krytycy jego nauki twierdzili, że utożsamiał się z Parakletem obiecanym w czternastym rozdziale Ewangelii Janowej, a nawet że uważał się za Boga. W każdym razie Montanus głosił, że czas objawienia zbliża się już ku końcowi i że niedługo nastanie kres świata. W związku z tym zachęcano jego zwolenników do zgromadzenia się we Frygii, by tam oczekiwać zstąpienia Niebiańskiego Jeruzalem[50].

Na marginesie warto zauważyć – przenosząc się na chwilę z powrotem do XXI wieku – że dzisiaj zdarza się współczesnym zwolennikom Tertuliana przedstawiać go jako „pierwszego ważnego teologa pentekostalnego”[51]. Traktują go jako rodzaj prekursora charyzmatycznego przebudzenia, mając na myśli całą ewolucję jego poglądów, łącznie z okresem antykatolickim. Powodem tego jest oczywiście rosnący entuzjazm Tertuliana dla popadania w duchowe ekstazy, jego podziw dla objawień, wizji, a w szczególności dla tego wszystkiego, co nazywał „nowym proroctwem”. Nic więc dziwnego, że ci, którzy naczelne miejsce w duchowości chrześcijańskiej rezerwują dla znaków i cudów, proroctw i wizji, widzą w nim swojego naturalnego sojusznika.

Czy taki pogląd da się jednak utrzymać? Trzeba stanąć przed konsekwencjami tej opinii: Tertulian był entuzjastą nie tylko zjawiska nowych proroctw, ale oczywiście też ich treści. A do treści tych należało na przykład nauczanie o niemożliwości odpuszczenia chrześcijaninowi grzechów ciężkich; trzeba tu przypomnieć naukę Tertuliana o grzeszności ponownego małżeństwa wdowców, a także przedziwny „wodowstręt” w jedzeniu i myciu się. Czy to rzeczywiście możliwe, aby jakiś charyzmatyczny teolog uważał dzisiaj, że naprawdę Bóg Ojciec przez Ducha Świętego podyktował montanistom swoją wolę w takich właśnie sprawach? Zresztą przekonajmy się sami, wczytując się w przekonania Tertuliana ukształtowane przez proroctwa i wizje. Jest to fragment dotyczący katolików, zwanych przez niego – jak pamiętamy – «psychikami» (czyli ludźmi «duszewnymi»). Dla jego zrozumienia musimy pamiętać, że monogamia oznacza tu zakaz powtórnego małżeństwa wdowców:

Ich „zwierzęcą wiarę rozpoznaję przez troskę o ciało […]. Psychicy wzbudzają spory z Duchem; to dlatego odrzucają Nowe Proroctwo: przecież ani Montanus, ani [jego uczennice] Pryscylla i Maksymilia nie głoszą innego Boga […].

Ogłosiliśmy już obronę monogamii. Teraz nasza walka jest walką o powściągliwość w diecie […].

Mają nam za złe, że nasze pożywienie nie jest okraszone żadnym mięsem ani sosem, ani żadnym soczystym owocem; i że nie jemy ani nie pijemy niczego o smaku winnym; że powstrzymujemy się od kąpieli, co jest w zgodzie z nasza suchą dietą. […] Wyrzucają nam stale NOWOŚĆ […]: albo jako herezję, […] albo jako fałszywe proroctwo”[52].

Wydaje się więc, że spotykany w naszych czasach mało krytyczny podziw dla Tertuliana i jego ulubionych montanistów wynika raczej z upatrywania istoty chrześcijaństwa w popadaniu w prorocze stany i niecodzienne fenomeny duchowe. Zjawiska takie, o nie do końca rozeznanym pochodzeniu, bywają przyjmowane entuzjastycznie, niezależnie od tego, czy ich skutki zgodne są z ortodoksją chrześcijańską, nawet najluźniej pojętą. Oto jeszcze jeden przykład treści Tertulianowych nauk:

„Mówiąc: «Kiedy Duch Święty przyjdzie, doprowadzi was do całej prawdy», [Pan] wystarczająco jasno ukazuje nam, że przyniesie nam takie nauczania, które będą oceniane jak nowości, jako coś nigdy wcześniej nie ogłoszonego. […]

Twierdzimy nawet więcej: że gdyby nawet Paraklet w naszych dniach ostatecznie [wszystkim] nakazał dziewictwo i wstrzemięźliwość całkowitą i absolutną, tak by nie dopuścić, by żar ciała pienił się nawet w jednym małżeństwie, to i tak nie przykazałby żadnej «nowości»”[53].

Gdzie leży przyczyna ewolucji Tertuliana, która prowadziła go stopniowo do kręgów ludzi nie uznających możliwości pokuty po grzechu ciężkim, napawających się wymyślnymi umartwieniami, pogłębiającymi swoją odrazę do „pospolitości katolickiego tłumu” oraz wzmacniającymi podejrzliwość do takich ludzkich instytucji jak małżeństwo? Po pierwszą odpowiedź sięgnijmy do traktatu Tertuliana O skromności, gdzie przeciwstawia on Kościół Ducha i Kościół biskupów. Odrzucając władzę biskupa Kościoła odpuszczania grzechów ciężkich, pisze wyzywająco do biskupa Rzymu:

„Pokaż mi więc teraz, apostolski panie, prorocze dowody, bym uznał twoją nadprzyrodzoną moc i przyznał ci władzę odpuszczania takich grzechów! […]

«Ale», mówisz, «Kościół ma władzę odpuszczania grzechów». To uznaję i ja i wyznaję bardziej niż ty; ja, który w osobie nowych proroków mam samego Parakleta, mówiącego: «Kościół ma władzę odpuszczania grzechów, ale Ja nie będę odpuszczać, aby innych nie pociągnęli [do grzechu]»”[54].

Jedną z ważnych przyczyn błędów Tertuliana jest utrata wizji Kościoła katolickiego jako uprzywilejowanego miejsca działania Ducha Świętego i wprowadzenia na to miejsce nieomylności własnej osoby: teraz to przecież „ja mam Parakleta”, a gwarancją nieomylności są nowe proroctwa. Tak powstała recepta na utworzenia nowego Kościoła – już nie katolickiego, lecz raczej niezależnego Kościoła pojętego jako prywatna inicjatywa charyzmatyka, zadufanego w swoje objawienia i duchowe obdarowania.

c. Niezależny i wolny kościół Noetusa

Za kolejny przykład powstawania w pierwotnym chrześcijaństwie wspólnot oddzielających się od katolickiego Kościoła niech nam posłuży pewien tekst św. Hipolita. Autor ten niedługo po roku 200 zwięźle opisał swoją obserwację, jak taki wolny Kościół faktycznie powstawał:

„Niejaki Noetos głosił, że sam jest Mojżeszem, a jego brat Aaronem. Kiedy więc błogosławieni prezbiterzy dowiedzieli się o głoszonej przez niego nauce, wezwali go i przesłuchali przed obliczem Kościoła. Noetos początkowo zaprzeczył, jakoby wyznawał podobne poglądy. Później jednak oddalił się, a zgromadziwszy wokół siebie gromadkę zwolenników, usiłował już otwarcie bronić swej nauki. Błogosławieni prezbiterzy ponownie wezwali go do siebie i udzielili mu nagany. Wówczas Noetos zaczął z nimi polemizować; pytał: «Czy robię coś złego, jeśli sławię Chrystusa?». [Prezbiterzy] potępili go i usunęli z Kościoła. Noetosa zaś ogarnęła taka pycha, że zorganizował szkołę. Jego zwolennicy usiłują swe twierdzenia poprzeć autorytetem nauki [Pisma] […]. Rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej: Pismo zawiera słuszną naukę, ale Noetos opacznie ją pojmuje”[55].

Mamy tu zarysowane najważniejsze etapy tego procesu: najpierw głoszenie dziwnej i niepokojącej nauki w ramach Kościoła katolickiego. Potem reakcję właściwych pasterzy Kościoła, co prowadzi do wyparcia się swoich poglądów przez charyzmatycznego przywódcę niepokoju. Jednak nie zaprzestaje on wcale swej działalności, tyle że teraz dzieje się to już skrycie, w celu zgromadzenie odpowiedniej ilości zwolenników. Na tym etapie dobrze służy mu, jak się wydaje, hasło: „Przecież ja też, tak jak wy, głoszę Jezusa – co macie mi do zarzucenia?”. W końcu zaś, po postawieniu kategorycznego wymogu podporządkowania się ustalonej nauce Kościoła, następuje zorganizowanie odrębnych struktur kościelnych z motywacją: „To właśnie my naprawdę uczymy tak, jak uczy Biblia”.

Ten sam autor, czyli św. Hipolit, w innym dziele z 215 roku o tytule Tradycja apostolska opisuje, jak w Kościele katolickim obok ustanawiania biskupów, prezbiterów i diakonów, udzielano także posług ludziom świeckim: wdowom, lektorom, dziewicom, subdiakonom. Przy tej okazji dowiadujemy się czegoś interesującego: liczono się z możliwością pojawienia się charyzmatów wśród świeckich: „Jeśli ktoś pośród świeckich otrzymał dar uzdrowienia przez objawienia, nie należy nakładać na niego rąk, gdyż sprawa jest oczywista”[56]. Ale dowiadujemy się od Hipolita rzeczy jeszcze ważniejszej: charyzmaty służą ewangelizacji i jedności Kościoła, którego autentyczność gwarantują nie prywatne objawienia i osobiste natchnienia, ale biskupi czuwający razem nad autentycznością niezmiennej nauki Ewangelii.

PRZYPISY:

[1] Didache, XI, 3-4; XIII, 1.

[2] Didache, XIII, 4.

[3] Didache, IX, 1 – X, 7; XIV, 1 – XV, 2.

[4] Didache, XI, 8.

[5] Didache, XI, 1-2.

[6] Didache, XI-XIII.

[7] Klemens Rzymski, List do Kościoła w Koryncie, XXXVIII, 1.

[8] Ignacy Antiocheński, List do Kościoła w Filadelfii, VII.

[9] Barnaba, List, XVI, 9.

[10] Hermas, Pasterz, 43,9.

[11] Hermas, 43,7.

[12] Hermas, 43,1.4.

[13] Hermas, 43,13.

[14] Hermas, 43,7.

[15] Hermas, 43,7-10.

[16] Justyn Męczennik, Dialog z Żydem Tryfonem, LXXXVII-LXXXVIII.

[17] Justyn Męczennik, Dialog z Żydem Tryfonem, LXXXVII-LXXXVIII.

[18] Justyn Męczennik, Dialog z Żydem Tryfonem, XXXIX.

[19] Justyn Męczennik, 2 Apologia, 6,5-6.

[20] Ireneusz, Przeciw herezjom, V, 6,1.

[21] Ireneusz, Przeciw herezjom, II, 32,4.

[22] Ireneusz, Przeciw herezjom, I, 13,3.

[23] Ewangelia Filipa, 95.

[24] Ewangelia Egipcjan, III, 2,42.

[25] Ireneusz, Przeciw herezjom, III, 11,9.

[26] Ireneusz, Przeciw herezjom, III, 24,1.

[27] Ireneusz, Przeciw herezjom, IV, 26,5.

[28] Ireneusz, Przeciw herezjom, IV, 33,7.

[29] Klemens Aleksandryjski, Kobierce, VII, 94,6 – 95,1.

[30] Klemens Aleksandryjski, Kobierce, VII, 107,2.

[31] Klemens Aleksandryjski, Kobierce, IV, 132,3 – 133,1 i V, 88,1.

[32] Męczeństwo św. Perpetuy i Felicyty, 1.

[33] Męczeństwo św. Perpetuy i Felicyty, 3.

[34] Tertulian, Przeciw Prakseaszowi, 3,1.

[35] Tertulian, O chrzcie, 20,5.

[36] Tertulian, Przeciw Marcjonowi, V, 8.5.

[37] Tertulian, Przeciw Marcjonowi, V, 8.6-8.

[38] Tertulian, Przeciw Marcjonowi, V, 8.10.

[39] Tertulian, Przeciw Marcjonowi, V, 8.12.

[40] Tertulian, Traktat o duszy, 9.

[41] Tertulian, Traktat o duszy, 47.

[42] Tertulian, Przeciw Marcjonowi, V, 8.9.

[43] Tertulian, Przeciw Prakseaszowi, I, 5-7.

[44] Tertulian, Przeciw Marcjonowi, IV, 22.4-5.

[45] Tertulian, Przeciw Marcjonowi, III, 23.4.

[46] Tertulian, Przeciw Marcjonowi, V, 15.4.

[47] Tertulian, Przeciw Marcjonowi, V, 14.6.

[48] Euzebiusz, Historia kościelna, V, 16,7-8.

[49] Mały słownik kultury antycznej, red. L. Winniczuk, Warszawa 1962, s. 178.

[50] Por. S.M. Burgess, The Spirit and the Church: Antiquity, Peabody (Mass.) 1984, s. 49-53.

[51] Por. S.M. Burgess, The Spirit and the Church: Antiquity, s. 63.

[52] Tertulian, O poście, 1,1-2.

[53] Tertulian, O monogamii, II-III.

[54] Tertulian, O skromności, 21.

[55] Hipolit, Przeciw Noetosowi, 1-2.

[56] Hipolit, Tradycja apostolska, 14 .

ROZŁAM – CHARYZMATYCZNA SPECJALNOŚĆ?

1. Czy Odnowa charyzmatyczna ma problemy?

Każdy, kto rozejrzy się po mapie wyznaniowej naszego kraju, zauważy grupy, które kiedyś były katolickie, a od kilku lub kilkunastu lat nie są już katolickie, gdyż wystąpiły z Kościoła. Co ciekawe, chociaż takich grup jest dużo i są rozsiane po całej Polsce – od Wrocławia przez Warszawę, Kraków, Kielce, Kalisz, Nowy Sącz i wiele innych miejscowości po Szczecin i Gdynię – to zjawisko nie jest rozsiane równomiernie po wszystkich ruchach kościelnych w Polsce. Problem występowania z Kościoła jest skoncentrowany w jednym ruchu – i jest to niestety szeroko pojęty ruch odnowy charyzmatycznej.

Charyzmaty są wielkim błogosławieństwem i ciągle trzeba nam wracać do Pierwszego Listu świętego Pawła do Koryntian, żeby odkrywać, jakim wielkim darem są dla budowania Kościoła. Trzeba jednak wracać do tego listu, żeby odkrywać również, iż obdarowanie charyzmatyczne jest rodzajem ryzyka ze strony Pana Boga. Bóg swój dar składa w ręce grzesznych ludzi, a grzeszni ludzie miewają pokusy. Często przyczyną takiej pokusy są trudności z trwaniem w jedności w Kościele. Ktoś, kto otrzymał nadzwyczajne dary duchowe jest podatny na pokusę, aby przebywać wyłącznie wśród ludzi podobnie obdarowanych.

Dlatego trzeba rozmawiać o rozłamach w Odnowie charyzmatycznej i o trudnej jedności wśród charyzmatyków. Nie ma dzisiaj specjalnej potrzeby wygłaszania katechez na temat rozłamów podczas parafialnych rekolekcji, bo takich zjawisk w parafiach raczej nie ma. Nie ma naglącej potrzeby poruszania tematu rozłamów i odejść całych grup z Kościoła katolickiego w Neokatechumenacie albo w duszpasterstwach akademickich, albo wśród członków Akcji Katolickiej. Natomiast w środowisku Odnowy w Duchu Świętym – owszem, trzeba mówić o rozłamach: z takiego samego powodu, z jakiego temat ten poruszał św. Paweł lat prawie dwa tysiące temu w 1 Kor. Otóż nie jest to „problem katolicki” (w sensie: ogólnokatolicki) – jest to problem ruchu odnowy charyzmatycznej. Tak wyglądają realia wyznaniowe w Polsce ostatnich kilkunastu lat.

Znamienne, że ludzie skądinąd bardzo zaangażowani i rozmodleni potrafią nie zauważać wymagań dotyczących dobra i zła spisanych w Piśmie Świętym. Spójrzmy na katalog grzechów z Listu do Galatów:

„Jest rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą” (Ga 5,19-21).

Bardzo często polski charyzmatyk jest nieświadomy istnienia takiego grzechu jak rozłam. Kiedy jego wzrok pada w Piśmie Świętym na słowo „rozłam”, kojarzy mu się ono raczej z problemem sprzed dwudziestu wieków, ale nie z czymś, z czym można się spotkać dziś. Nie trzeba daleko szukać, żeby wśród członków odnowy charyzmatycznej znaleźć ludzi, którzy dobrze się czują w gronie tych, którzy odeszli od Kościoła katolickiego, a nawet często razem z nimi świętują. Nie rozumieją, dlaczego nie mieliby świętować i chwalić Boga z tymi, którzy dokonali rozłamu i odeszli z Kościoła – bo przecież łączy ich charyzmatyczny sposób uwielbienia!

Zróbmy sobie rachunek sumienia. Rozłam, jak wskazuje rozejrzenie się po panoramie wyznaniowej w Polsce ostatnich kilkunastu lat, jest niestety specjalnością charyzmatyczną. To jest zjawisko, które rzadko występuje poza odnową. Może zdarzyć się w Ruchu Światło-Życie (ale raczej wówczas, gdy dotarły tam specyficzne formy zachowań i modlitwy charyzmatycznej). Może zdarzyć się we wspólnotach niezrzeszonych w Koordynacji Ruchu Odnowy w Duchu Świętym (ale jeśli te wspólnoty praktykują duchowość charyzmatyczną). Poza tym środowiskiem taki grzech rzadko się zdarza. Jest to więc nasz problem, problem charyzmatyków, a więc to my powinniśmy się zabrać za jego rozwiązanie.

Weźmy przykład Wrocławia: o ile przeciętny wrocławianin, który nie miał kontaktu z odnową charyzmatyczną, zapewne nawet nigdy nie słyszał o żadnych odejściach grup modlitewnych z Kościoła, o tyle wśród członków Odnowy jest inaczej. Wśród ludzi z odpowiednio długim stażem charyzmatycznym praktycznie wszyscy mają znajomych z dawnych lat, kolegów, przyjaciół, z którymi utrzymują kontakty koleżeńskie – ale już nie w jednym Kościele. Świadczy to o tym, że rozłam jest problemem charyzmatycznym. Aby być wiernym językowi biblijnemu, nie powinno się nawet określać tego jako problem charyzmatyków, lecz jako grzech charyzmatyków. W listach Apostoła Pawła próżno by szukać takich określeń, jak „problem”, „kłopot”, „zjawisko”, „fenomen”, „nurt”, „prąd” czy „trend”. Święty Paweł nazywał rzecz po imieniu: rozłam jest grzechem, a „ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą”.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * ** * * *

Poniżej załączono garść przykładów problemów środowiska odnowy charyzmatycznej w Polsce. Przy dalszej lekturze trzeba pamiętać, że w żadnym sensie nie jest to lista, spis ani wykaz takich problemów: są to tylko przykłady, jakie może zdobyć każdy, siedząc za biurkiem przy komputerze. Po obraz całościowy trzeba się zwrócić do kompetentnych osób zajmujących się Odnową charyzmatyczną na poziomie ogólnokrajowym.

2. Od Bałtyku po gór szczyty…

  • Gdynia

Rozpoczynamy nasz przegląd od Gdyni. Oto co się tam wydarzyło 10 lat temu:

„Kościół Chrześcijański «Nowe Przymierze» – wyodrębnił się po ostrym konflikcie liderów świeckich z hierarchią Kościoła katolickiego w 1995 r. […]. Liderzy postanowili zerwać swoją zależność od Kościoła i wraz ze swoimi zwolennikami opuścili jego struktury. Od tego czasu grupa nieprzerwanie działa na terenie Trójmiasta. Członkowie kościoła organizują chrześcijańskie festyny, imprezy w domach dziecka, w szpitalach dziecięcych, prowadzą działalność wśród młodzieży”[1].

Kościół został zarejestrowany w 1996 r.[2].

„[Zaproszony na początku lat dziewięćdziesiątych przez katolików w ramach współpracy z ruchem Młodzież z Misją] Jerry Dean pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. W Polsce mieszka od 11 lat. Założyciel «Misji Barnaba» [niekatolickiej organizacji w Gdyni], autor książek i nauczyciel słowa Bożego”[3].

„Organizacja ekumeniczna «Barnaba» z Gdyni organizowała w różnych miejscach Polski spotkania, których szczytnym celem było zjednoczenie rozproszonych chrześcijan w Duchu Świętym niezależnie od wyznania. Czas pokazał, że wielu katolików poprzez te spotkania skłoniło się ku Kościołowi zielonoświątkowemu, a rzekomy ekumenizm okazał się prozelityzmem. Ofiarą tak pojętego «ekumenizmu» padła grupa z [dzielnicy Pabianic] Bugaju[4].

  • Kalisz

Szczególnie interesujący jest przypadek Kalisza, a to ze względu na niezwykła liczbę ludzi, którzy odeszli od Kościoła katolickiego (początkowo podawano nawet liczbę 500 osób):

Kaliska wspólnota Odnowy w Duchu Świętym «Emmanuel» w czerwcu 1997 r. opuściła Kościół rzymskokatolicki”. Lider grupy od 1995 r. był etatowym pracownikiem Odnowy w Duchu Świętym[5]. Lider mówi: „Moje poglądy religijne zawsze różniły się od doktryny katolickiej, ale na początku nie wiedzieli o tym ani członkowie Odnowy, ani księża nią kierujący”[6].

„Teraz [wspólnota] odprawia nabożeństwa w sali wynajmowanej od Kościoła zielonoświątkowego. Liczy blisko 500 osób. Zarejestrowała się [14 stycznia 1998 r.] w departamencie wyznań MSW jako Kościół Chrześcijański «Miecz Ducha»”[7]. Obecnie kongregacja liczy 352 członków, w spotkaniach zboru uczestniczy około 450 osób[8].

„«Miecz Ducha» reprezentuje nurt ruchu wiary związany z Ulfem Ekmanem z Upsali”[9].

Na stronie internetowej Miecz Ducha możemy przeczytać „Chrześcijański Kościół Miecz Ducha w Kaliszu to ponaddenominacyjna społeczność wierzących wyznających fundamentalne prawdy zawarte w Biblii. Powstała w 1998 roku, ale jako wspólnota Odnowy w Duchu Świętym istniała dużo wcześniej[9a].

  • Kamienna Góra

To przykład mniejszej miejscowości: odejścia od Kościoła zdarzają się nie tylko w metropoliach!

Z grupy Odnowy w Duchu Świętym w Kamiennej Górze w połowie lat dziewięćdziesiątych doszło do dwóch odejść członków tej grupy: raz do Kościoła zielonoświątkowego, drugi raz założono „wolny kościół”. W końcu były duszpasterz grupy sam został pastorem Kościoła zielonoświątkowego[10].

  • Kielce

Przypadek kielecki jest szczególnie ważny ze względu na nadzwyczajną aktywność w następnych latach powstałej tam w 1992 roku grupy.

„Od 1992 roku działa i ewangelizuje w Kielcach wspólnota religijna nosząca dziś nazwę «Wieczernik». Członkowie tej wspólnoty odłączyli się od Kościoła katolickiego i pozostają poza Kościołem. Wyrośli ze wspólnoty modlitewnej Odnowy w Duchu Świętym. Wykorzystują istniejące struktury Kościoła. Wchodzą do wnętrza wspólnot modlitewnych i najbardziej aktywnych wprowadzają do swojej wspólnoty”[11].

Jeden z liderów «Wieczernika» „przez wiele lat związany był z Ruchem Światło-Życie i Odnową w Duchu Świętym. Przez 12 lat był liderem wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Od samego początku istnienia Kościoła Chrześcijańskiego «Wieczernik» jest jego członkiem i współzałożycielem. Obecnie jest starszym Kościoła Chrześcijańskiego «Wieczernik» w Kielcach”[12].

  • Koszalin

Także w Koszalinie działa z wielką aktywnością wspólnota powstała wskutek odejścia od Kościoła Katolickiego:

„Centrum Chrześcijańskie «Woda Życia» wyłoniło się z katolickiego ruchu oazowego przy kościele św. Krzyża w Koszalinie. Inicjatorem wyjścia z grupy z Kościoła katolickiego był obecny pastor wspólnoty”[13].

A oto wrażenia z wizyty w Koszalinie:

„[…] odwiedzamy w Koszalinie zaprzyjaźniony Kościół. Siedziba imponująca – w odremontowanym pofabrycznym baraku wspaniały kompleks konferencyjny. Sala na 200 osób ze sceną, księgarnia, bilard. Plus profesjonalny zespół muzyczny”[14].

  • Kraków

Dzisiejszy pastor niezależnego kościoła wolnych chrześcijan w Krakowie wyznaje:

„Należałem do takiej właśnie grupy, która powstała w 1985 roku na bazie wspólnoty dominikańskiej. «Miriam» na początku była wspólnotą w pełni katolicką. Przeszła przez cztery różne parafie – kiedy była usuwana z jednej, szła do drugiej – aż do momentu, kiedy w 1991 roku wyszła z Kościoła katolickiego, bo nie mogła znaleźć opiekuna kościelnego.

Gdy pada pytanie do pastora: „Czy kiedy wspólnota charyzmatyczna, do której Pan należał, znalazła się na zewnątrz Kościoła katolickiego, przekształciła się ona w obecny Kościół Jezusa Chrystusa?” – pastor wyjaśnia:

„Rozeszła się w trzech kierunkach. Jedna grupa po latach wróciła do Kościoła katolickiego. Druga grupa przyłączyła się do Kościoła zielonoświątkowego. Trzecia to ta, w której jestem obecnie pastorem [Kościół Jezusa Chrystusa w Krakowie]”[15].

Skutek duchowych przemian tego typu jest następujący:

„Kościół Wiary z siedzibą w Krakowie (dawniej Kościół Jezusa Chrystusa, zarejestrowany w 1996) tworzy obecnie 7 zborów. Kościół ten zainicjowała grupa osób z Odnowy w Duchu Świętym, która w 1991 roku podjęła decyzję o wyjściu z Kościoła rzymskokatolickiego”[16].

„«Kościół Jezusa Pasterza» z Krakowa [należy do wspólnot], które poddane swoim «charyzmatycznym» liderom opuściły Kościół, by stworzyć własne, niezależne struktury organizacyjne oraz własną doktrynę wiary”[17].

  • Kuźnia Raciborska

Miejscowy duszpasterz katolicki wspomina:

„Kiedy przyszedłem do Kuźni [w 1996 r.], świeży był u nas problem wystąpienia z Kościoła grupy parafian, którzy wcześniej należeli do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Osoby te założyły własną grupę religijną i spotykają się do dziś. Jest to tragedia i wielka rana na naszej wspólnocie parafialnej, ale ona zmobilizowała nas do jeszcze intensywniejszej pracy duszpasterskiej, zwłaszcza z młodzieżą na terenie szkoły i parafii”[18].

  • Kwidzyń

Kwidzyń może reprezentować liczne mniejsze miejscowości, gdzie wydarzyły się odejścia od Kościoła katolickiego, których nikt na piśmie nie odnotował. Tu jednak można znaleźć notkę, w której opisano „Kościół w Kwidzynie [zarejestrowany w 1998 r.], którego twórcy wywodzili się z ruchu oazowego[19].

  • Lublin

W Lublinie istnieje jedna z najstarszych wspólnot utworzona przez byłych katolików zaangażowanych w ruch odnowy Kościoła, którzy później opuścili swój Kościół:

„Wspólnota Chrześcijańska «Pojednanie» ma swoje korzenie w Ruchu Światło-Życie, działającym od 1982 przy kościele akademickim w Lublinie. Animatorzy ruchu nawiązali kontakt z protestancką grupa misyjną Campus Crusade for Christ. […]

W Polsce Campus został zarejestrowany jako Ruch Nowego Życia w 1992 r. Początkowo, nim uzyskał samodzielność legislacyjną, wspomagał działalność katolickiego Ruchu Światło-Życie[20].

„Zalążek Wspólnoty Chrześcijańskiej «Pojednanie» w Lublinie stanowiły osoby należące do Ruchu Światło-Życie działającego przy duszpasterstwie akademickim. W 1989 roku część grupy odeszła od Kościoła rzymskokatolickiego i założyła niezależną wspólnotę religijną [zarejestrowaną w 1991 r.]. W 1996 roku ze wspólnoty «Pojednanie» wyłonił się Kościół Nowego Przymierza”[21].

  • Nowy Sącz

W diecezji krakowskiej dochodziło do odejść nie tylko w stolicy diecezji:

Nowosądecka wspólnota Odnowy w Duchu Świętym «Filadelfia» […] w ciągu 20 lat istnienia przechodziła różne koleje – od entuzjastycznego rozwoju, gdy na spotkania modlitewne przychodziło ok. 400 osób, po bolesne doświadczenie rozłamu, gdy duża część grupy w 1992 r. odeszła do Kościoła zielonoświątkowego”[22].

„Grupa «Nowe Jeruzalem» z Nowego Sącza [należy do wspólnot], które poddane swoim «charyzmatycznym» liderom opuściły Kościół, by stworzyć własne, niezależne struktury organizacyjne oraz własną doktrynę wiary”[23].

  • Pabianice

Przykład wspólnoty pabianickiej stał się ostatnio głośny, po tym jak trafił na łamy prasy ogólnopolskiej:

„Chrześcijański Kościół «Dobra Nowina» – [został] zapoczątkowany przez ośmioosobową grupę wiernych z Pabianic, wywodzących się z Ruchu Światło-Życie oraz wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Grupa ta rozpoczęła działalność w roku 1993. […] Ostateczna rejestracja nastąpiła w 1997 roku. Obecnie grupa liczy około 50 osób”[24].

„Pastor Mariusz – dziesięć lat temu jako młody kleryk prowadził przy pabianickiej parafii grupę oazową. Tuż przed święceniami zrzucił sutannę i odszedł z Kościoła katolickiego. Pociągnął za sobą całą grupę – ok. 30 osób. Część została z nim do dziś […]. Przez trzy lata przez «Dobrą Nowinę» przeszło ok. 100 osób. Zostało ok. 50 […]. Pabianicka «Dobra Nowina» współpracuje z bliźniaczymi [wspólnotami] w Kaliszu i Koszalinie”[25].

Byli członkowie grupy wspominają:

„25 marca 1992 r. założyliśmy grupę Odnowy w Duchu Świętym w Pabianicach, nadając jej nazwę «Zwiastowanie» […]; odbyło się pierwsze seminarium Odnowy w Pabianicach w październiku 1992 […]. Pojawił się [animator], który wyszedł z inicjatywą utworzenia grupy Odnowy na [pabianickim osiedlu] Bugaju w parafii p.w. Miłosierdzia Bożego. Nowa grupa szybko zdobyła popularność. Niektórzy chodzili równocześnie na dwa spotkania. Cała grupa uczestniczyła w spotkaniach Kościoła zielonoświątkowego bez żadnych konsultacji ze swoim proboszczem. To sprawiło, że fałszywy ekumenizm zniszczył katolicki charakter tej grupy. Zaczęło się od odrzucenia kultu obrazów, a później również dogmatów katolickich. Grupa coraz bardziej skłaniała się ku Kościołowi zielonoświątkowemu. […] Po latach założyli jeden z tzw. wolnych kościołów, któremu nadano nazwę Dobra Nowina”[26].

  • Racibórz

Sytuacja wspólnoty z Raciborza jest o tyle nietypowa, że problemy tu występujące sygnalizowane są w pismach sąsiedniej diecezji:

OŚWIADCZENIE METROPOLITY KATOWICKIEGO
DOTYCZĄCE DZIAŁALNOŚCI TZW. GRUPY RACIBORSKIEJ
(Katowice, 5 czerwca 2001 r.)

„Od dłuższego czasu w kilku miastach archidiecezji katowickiej działają wspólnoty związane z tzw. grupą raciborską wywodzące się z grup Odnowy w Duchu Świętym. Z wypowiedzi osób odpowiedzialnych, które brały udział w tych spotkaniach, wynika, że nie wszystko tam odbywa się zgodnie z nauką Kościoła katolickiego. Spotkania te mają miejsce w pomieszczeniach niesakralnych, takich jak szkoły, akademiki, teatry, kina i domy prywatne w niedzielne przedpołudnie bez udziału duszpasterza. Niektórym zastępują niedzielną Mszę świętą. Jest to nie do przyjęcia w Kościele katolickim. Przestrzega się wiernych przed działalnością tej grupy.

Katowice, 5.06.2001 rok, VA I-6482/01, oświadczenie przesyła się do wiadomości duszpasterzy archidiecezji katowickiej”[27].

Dnia 5 XII 2003 r. odczytano w diecezji katowickiej dodatkowy list w sprawie grupy raciborskiej[28]:

„Przed Bożym Narodzeniem 2003 roku wydział duszpasterstwa ogólnego kurii katowickiej polecił «odczytać z ambony tam, gdzie ten problem istnieje», następujący tekst: «[…] Powiadamiam, że świadome, dobrowolne i czynne zaangażowanie się w działalność tzw. grupy raciborskiej w obecnej sytuacji prowadzi do zerwania więzi z Kościołem katolickim»”[29].

„Różne mniejsze wspólnoty związane z tzw. grupą raciborsko-krapkowicką [należą do grup], które poddane swoim «charyzmatycznym» liderom opuściły Kościół, by stworzyć własne, niezależne struktury organizacyjne oraz własną doktrynę wiary”[30].

  • Rzeszów

W tym przypadku informacja jest krótka, choć nie mniej ciekawa:

„Kościół Jezusa Chrystusa Syjon w Rzeszowie (zarejestrowany w 1997 r.) został utworzony przez grupę osób spotykających się w ramach Wspólnoty Modlitewno-Ewangelizacyjnej. W 1996 roku podjęto decyzję o «zalegalizowaniu działalności» poza Kościołem katolickim”[31].

  • Strzelce Krajeńskie

W przypadku Strzelc Krajeńskich cofamy się aż do końca lat osiemdziesiątych, a więc do początków sygnalizowanego tu problemu:

„W latach 1988-89 […] miasteczko Strzelce Krajeńskie przeżyło miniprzebudzenie, gdzie około setki młodych ludzi przyjęło Pana Jezusa Chrystusa do swego serca. Wielu z nich zostało wypełnionych Duchem Świętym. Inni doświadczyli Bożego uzdrowienia czy też dotknięcia. W tej grupce ludzi, spotykającej się wpierw w «salkach» jako Odnowa w Duchu Świętym upadanie pod mocą Ducha Świętego, mówienie językami czy prorokowanie nie było czymś nadzwyczajnym. […] Przejdźmy do roku 1991 – wtedy to około 20-osobowa grupka ludzi poczuła prowadzenie, by założyć niezależny kościół. Dziś członkowie tej społeczności są aktywnymi członkami rozwijających się kościołów (m.in. Kościół Chrześcijański «Arka» w Poznaniu; Wspólnota «Słowo Życia» we Wrocławiu; Kościół «Słowo Życia» w Szczecinie; Kościół Chrześcijański w Warszawie)”[32].

  • Warszawa

Oto jak wyglądało pewne warszawskie „przebudzenie charyzmatyczne” widziane oczami późniejszego krytyka Kościoła katolickiego:

„Kilka lat temu w [katolickiej] parafii warszawskiej przy ulicy Gwiaździstej wybuchło przebudzenie, które zanim zdążyło się rozwinąć, zostało zgaszone przez biskupów i księży […]. Kilkanaście młodych osób, które zdążyły zasmakować, jak dobry jest Pan, odeszło od «kościoła katolickiego». Co się działo w parafii przy ulicy Gwiaździstej? […] Ksiądz w czasie mszy modlił się w językach i wypędzał demony. Usługujący do mszy leżeli pod mocą Bożą tuż pod ołtarzem. Obecność Boża zatrzymywała uwielbiających aż do nocy. Na te zgromadzenia zaczęli przychodzić zielonoświątkowcy, którzy pod wrażeniem tego, co widzą, zaczęli przystępować nawet do sakramentów. Kochającym tradycję bardziej niż Jezusa zaczęło się to nie podobać. [Obecny pastor] został oskarżony o bycie członkiem sekty «Jezus jest Panem», chociaż wówczas był naprawdę lojalnym katolikiem, tyle że kochającym Jezusa. Został wyłączony z kościoła [katolickiego]. […] [Założony przez niego] Kościół dziś liczy ponad 100 osób”[33].

Inaczej wspomina tę sytuację była uczestniczka tych spotkań:

„Zaczęłam również chodzić na spotkania Odnowy w Duchu Świętym. Raz w tygodniu, ale stamtąd czerpałam najwięcej. Bardzo często klękałam na środku, żeby inni się nade mną pomodlili, w różnych moich intencjach. […] Na początku byli jedną z katolickich wspólnot charyzmatycznych działających przy warszawskich parafiach. Może tylko wyróżniali się swoim wyjątkowym zaangażowaniem i tym, że głosili słowo Boże ze szczególną mocą. Dlaczego odeszli z Kościoła katolickiego?”[34].

Jeszcze inaczej oczywiście opisuje to ówczesny duszpasterz:

„W mojej wspólnocie zjawił się pewien człowiek, który stopniowo angażował do swego sposobu myślenia inne osoby. Jego kontakt z tzw. wolnymi kościołami sprawił częściowe przejęcie przez pewną część członków grupy założeń tych instytucji. Nie zdawałem sobie sprawy z ich przekonań i nie reagowałem od razu. […] Rozumowanie moje okazało się całkowicie błędne, ponieważ milczenie kapłana było uważane za przyzwolenie i duża część wspólnoty modlitewnej zaczęła żyć w chaosie. […] Wtedy dopiero zdecydowałem się na ostre cięcia i […] podkreśliłem znaczenie jedności z Kościołem i posłuszeństwa biskupowi. Wówczas u ludzi tych pojawił się straszny bunt. […] Zawiązali inną wspólnotę poza Kościołem. Wzajemnie umacniali się tam w nauczaniu, które totalnie burzy jedność”[35].

I dodatkowe spojrzenie na tę sytuację sprzed lat:

„W końcu 1996 roku zaprosiliśmy do naszej wspólnoty Andrzeja Stepanowa, studenta wydziału teologii ATK […]. Przewodniczył modlitwom i bardzo często prowadził nauczania. Od początku byliśmy właściwie grupą modlitewną. Z chwilą pojawienia się Andrzeja różnorodność wcześniejszych form modlitwy praktycznie znikła na rzecz spontanicznie odmawianych dziękczynień i uwielbień. […] W trakcie tych «modlitw» wiele osób doznawało «spoczynku w Duchu». Posługa Andrzeja tym charyzmatem polegała na dmuchaniu, krzyczeniu i tym podobnych praktykach. Na spotkaniach Andrzej wielokrotnie dokonywał (wspólnie z dowolnymi osobami) «egzorcyzmów». Zachęcał do tego wszystkich uczestników. […] Dostrzeżone owoce ich działania wśród nas to: młodzież przygotowująca się do bierzmowania, a będąca pod ich wpływem, zaniedbała spotkania formacyjne; widoczny jest proces odchodzenia od Kościoła części osób; w kilku przypadkach nastąpiło rozbicie relacji rodzinnych; zmniejsza się możliwość konstruktywnego dialogu z Kościołem; osoby uczestniczące w tych spotkaniach przyznają się, iż ich stan duchowy i psychiczny uzależniony jest od uczestnictwa w intensywnej modlitwie. […] Pragniemy przedstawić kilka faktów, aby wzmóc naszą czujność co do działania tej i podobnych osób w ramach Odnowy czy innych grup naszego Kościoła”[36].

  • Wrocław

Spojrzenie na Wrocław zaczniemy od wspomnień uczestnika jednej z grup modlitewnych:

„Przez blisko pięć lat wzrastałem duchowo we wspólnocie Ruchu Światło-Życie, działającej przy kościele: tu oddałem po raz pierwszy swe życie Jezusowi – przyjmując Go jako Pana i Zbawiciela, tu stawiałem pierwsze kroki na drodze wiary, umacniany w tym przez wiele sióstr i braci. Nigdy nie sądziłem, iż będę musiał opuścić tę wspólnotę… Niestety, jednak dokładnie dwa lata temu dokonał się tu rozłam, w wyniku którego powstała «wspólnota Syjon», i tam też się znalazłem […]”[37].

Posłuchajmy głosu jednego z duszpasterzy:

„[Rozłam:] dosyć bolesny temat. W przypadku [ul.] Stysia [we Wrocławiu, gdzie znajduje się parafia o. jezuitów] nie są to pojedynczy ludzie, ale cała grupa. Co gorsza, ta grupa staje się powoli sektą. […] Okazuje się, że raz zerwana więź z Kościołem powoduje coraz większy ruch odśrodkowy, tzn. coraz większe odejście – najpierw niezależna wspólnota, później nowy chrzest, następnie jakieś dziwne wieczerzowanie, a co będzie dalej? […] Przyznam, że ciężko przeżyłem tamto odejście młodzieży, tym bardziej że byli to ludzie, z którymi byłem na oazie w Twardogórze i których bardzo lubiłem”[38].

We Wrocławiu istnieją cztery zarejestrowane tak zwane wolne kościoły wywodzące się ze wspólnot katolickich liczące w sumie wiele setek osób:

1) Kościół Boży w Chrystusie powstał kilkanaście lat temu – w dużej części z byłych oazowiczów, na bazie współpracy ekumenicznej diecezjalnych diakonii Ruchu Światło-Życie. Jedną z pierwszych grup Faith Movement w Polsce „była założona w 1983 roku przez Amerykanina polskiego pochodzenia wspólnota «Słowo Życia» we Wrocławiu, która obecnie znajduje się w strukturach Kościoła Bożego w Chrystusie”[39]. (Amerykanin ten rozpoczynał działalność we Wrocławiu w latach osiemdziesiątych przy diakonii Ruchu Światło-Życie).

2) Kościół „Wrocław dla Jezusa” liczący ponad 100 osób, animowany jest przez pastora, absolwenta teologii katolickiej, byłego animatora Ruchu Światło-Życie. Ten „wolny kościół” powstał na bazie dwóch wspólnot postoazowych (jedną z nich była grupa „Syjon”), a jego początki sięgają połowy lat dziewięćdziesiątych.

„«Wrocław dla Jezusa» [zarejestrowany w 1995 r.] to dawniejszy «Adonai», Kościół Chrześcijan we Wrocławiu, [po połączeniu] z działającą niezależnie charyzmatyczną wspólnotą «Syjon» z Odnowy w Duchu Świętym. To ostatnie wydarzenie po raz kolejny dowodzi silnych powiązań między światem ewangelicznych chrześcijan z ewangelikalnymi środowiskami katolickimi”[40].

3) Kościół Wolnych Chrześcijan „Kanaan” ma za pastora byłego animatora przyparafialnej, charyzmatycznej grupy postoazowej. Kościół powstał na bazie części tej wspólnoty 8 lat temu[41].

4) Kościół „Vineyard” to grupa również ze sprawującym funkcję pastora byłym liderem przyparafialnej charyzmatycznej grupy postoazowej i również absolwentem teologii katolickiej. Kościół powstał na bazie części tej samej wspólnoty postoazowej kilka lat temu[42].

O Kościele „Kanaan” można było ostatnio przeczytać w prasie wrocławskiej:

„Kościół Kanaan powstał we Wrocławiu w 1996 roku z grupy wiernych należących do katolickiej wspólnoty odnowy w Duchu Świętym […]. Na początku jego członkowie mówili o sobie «Wolni Chrześcijanie». Na spotkania modlitewne kościoła użyczają im zielonoświątkowcy. […] Według podobnych nauk co Kościół Kanaan działają inne protestanckie wspólnoty, np. Wrocław dla Jezusa czy Kościół Wolnych Chrześcijan i Kościół Boży w Chrystusie […]; zdaniem prowadzonego przez dominikanów ośrodka informacji o sektach niektóre z tych grup charakteryzuje też silna nienawiść do Kościoła katolickiego i naśmiewanie się z kultu maryjnego”[43].

A oto pewne wspomnienie dotyczące działalności misyjnej Kościoła „Kanaan”:

„Problemy zaczęły się w 1997 roku, […] gdy przyjechała grupa młodzieży z gitarami. Zatrzymali się u księdza na plebani, śpiewali podczas mszy. Potem wynajęli willę, do której zapraszali młodzież na spotkania biblijne”[44].

Opisane trudności pogłębia fakt, że nie zawsze można doradzić katolickim wiernym bezwarunkowe opieranie się w tej kwestii na duszpasterzach. W diecezji legnickiej w latach ’90 dwóch księży – opiekunów grup Odnowy charyzmatycznej odeszło od Kościoła katolickiego do zboru zielonoświątkowców. Jeden z nich, ks. Dariusz był wikarym parafii w Kamiennej Górze. Kiedy osoby z grupy Odnowy odeszły do zboru zielonoświątkowego, on poszedł za swoimi owieczkami – i został w zborze. Dziś jest pastorem Kościoła zielonoświątkowego. Odejścia księży z grup Odnowy do wspólnot zielonoświątkowych (lub innych, im pokrewnych) zdarzyły się też w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej w roku 2004. Jeden z tych księży, ks. Jarosław zaczynał w 1998 r. jako wikary w Zielonej Górze, potem był Głogów, wreszcie Żary. Stworzył grupę Odnowy Charyzmatycznej, nazwali się Misericordia. Dziś chce założyć własny kościół[45].

Wymienione wyżej odejścia od Kościoła katolickiego z grup charyzmatycznych lub oazowych zostały wybrane z wielu innych na podstawie jednego tylko kryterium: zostały udokumentowane w druku lub w sieci. Obok nich od lat dziewięćdziesiątych wydarzyło się wiele odejść nigdzie nie opisanych, jak np. na Dolnym Śląsku i w okolicach: odejścia w Gliwicach, Legnicy, Polkowicach, Trzebnicy, Boguszowie-Gorcach, Ząbkowicach, Żarach oraz inne (nie wspomniane tu) odejścia ze wspólnot wrocławskich. A przecież także w innych regionach Polski były takie rozłamy.

3. Kto pyta, nie błądzi

Obok szczegółowych wspomnień lub obserwacji dotyczących odejść z Kościoła w konkretnej wspólnocie charyzmatycznej znaleźć można uwagi ogólniejsze, podsumowujące zjawiska typowe dla takich odejść z Kościoła katolickiego.

a. Czy właściwie prowadziliśmy ekumenizm?

„W [protestanckich] zborach ewangelikalnych i zielonoświątkowych można spotkać wiernych, którzy wcześniej byli katolikami i zetknęli się z RŚŻ [Ruchem Światło-Życie] lub nawet pełnili w nim funkcje animatorów. Brak jest dokładnych danych statystycznych, wiadomo jednak o przypadkach «dezercji» z katolicyzmu w Warszawie, Wrocławiu, Bielsku-Białej, Gliwicach, Krakowie, Lublinie i wielu innych ośrodkach. Obok pojedynczych konwersji zdarzały się też grupowe wystąpienia z Kościoła katolickiego. Znany jest kazus postoazowej grupy […] Lubelskie Stowarzyszenie Chrześcijańskie «Pojednanie». Wydarzenia te rzucają jakiś cień na ekumenizm, który był realizowany w RSŻ”[46].

b. Głosy duszpasterzy

„Głos kościelnego asystenta szkoły ewangelizacji (Kraków 1982/83) oddaje klimat, jaki panował w RŚŻ [Ruchu Światło-Życie] wokół współpracy z ruchem CCC [Campus Crusade for Christ] […]: «Zwracam uwagę na pewne niebezpieczeństwa […]: całość przygotowanych przez [braci odłączonych] materiałów drukowanych, pogadanek, atmosfery, miała wydźwięk protestancki, w niektórych momentach obcych katolickiej tradycji. Mogło to powodować niepokój. Dla młodych zachłystujących się oryginalnością i nowością mogło to spowodować podświadomie nawet odrzucenie pewnych tradycji katolickich, np. form duchowości, modlitwy, przekazu wiary»”[47].

c. Niepokój wewnętrzny ruchu Odnowy w Duchu Świętym

„Charyzmat w Kościele poddany jest posłudze pasterzy. Lekceważenie tej zasady przynosiło w przeszłości i przynosi współcześnie bolesne dla Kościoła skutki rozdarcia, odpadania grup i jednostek od jedności Kościoła”[48].

„Zdarza się, że grupy Odnowy w Duchu Świętym powodują podziały i zamieszanie, stają się zarzewiem zgorszenia […]. Są też grupy, które już odpadły od Kościoła […]. Tworzenie własnej wizji «Kościoła otwartego», ponadkonfesyjnego, dla wielu wspólnot stało się początkiem ich upadku. […] Krytykowanie Kościoła hierarchicznego (księży, biskupów, papieża), wprowadzanie indyferentyzmu religijnego, brak właściwej katechezy oraz uprawianie ekumenizmu «na własną rękę» zaprowadziło już kilka grup charyzmatycznych do zerwania więzi z lokalną wspólnotą parafialną, a co za tym idzie, z całym Kościołem.

Przykładem takiego postępowania mogą być byłe grupy Odnowy, znane dziś jako wolne kościoły, do których należą m.in. Kościół Chrześcijański «Nowe Przymierze», wspólnota «Wieczernik», Apostolski Kościół Wolnych Chrześcijan «Kanaan», Kościół Chrześcijański «Miecz Ducha» w Kaliszu, Wspólnota Chrześcijańska «Pojednanie» czy Chrześcijański Kościół «Dobra Nowina»”[49].

W Ruchu Odnowy w Duchu Świętym „wylicza się jeszcze jedno [zagrożenie]. Polega ono na odejściu od Kościoła katolickiego. Nie ma wprawdzie szczegółowych danych statystycznych co do osób, które opuściły Kościół katolicki. Przyznaje się jednak, że zjawisko takie istnieje”[50].

d. Refleksje Ruchu Światło-Życie

„Można nadto z bólem wykazać, że odejściom niektórych wspólnot najpierw z ruchu oazowego, a później nieraz nawet z Kościoła – towarzyszyła niechęć do czci maryjnej”[51].

e. Spojrzenie z zewnątrz, spoza Kościoła katolickiego

„Liczne zarejestrowane obecnie wspólnoty protestanckie to byłe wspólnoty ruchu Odnowy w Duchu Świętym. […] Choć biograficzne korzenie wielu liderów ewangelikalnych zborów tkwią w katolickiej Odnowie charyzmatycznej, to nie tylko ona jest «źródłem» dla nowych ewangelikalnych wspólnot. Wiele z nich działało aktywnie także w Ruchu Światło-Życie[52].

„Zaangażowani [w Ruch Światło-Życie i w ruch Odnowy w Duchu Świętym] katolicy często czytają ewangelikalną literaturę pobożnościową, przejmują często najnowsze nowinki religijne, o czym świadczy tło wielu z przytaczanych podziałów, jak i fakt, że odłączone wspólnoty katolickie znajdujemy wśród najnowszych przebudzeń ewangelikalnego świata (np. Toronto czy Ruch Wiary)”[53].

„Choć ze środowiska oaz wywodzi się minimalna liczba konwersji (można mówić o liczbie od pięciuset do tysiąca «oazowiczów», którzy przeszli na protestantyzm różnych konfesji), jednak zjawisko to potraktowane zostało jako kluczowy argument przeciwko kontynuacji związków z protestantami”[54].

„Można by się spodziewać, że członkowie społeczności ewangelikalnych będą kształtować swoją tożsamość przez odwołanie się do tradycji protestanckiej. Okazuje się jednak, że znacznie częściej budują ją jedynie w oparciu o negację Kościoła katolickiego”[55].

f. Próby uchwycenia dynamiki wydarzeń prowadzących do odejścia od Kościoła

„Kilka osób pojechało na spotkanie «ekumeniczne» [do Gdańska]. Po kilku latach od tych wydarzeń, z perspektywy czasu widać zarówno pozytywne, jak i negatywne strony takiego ekumenizmu. Wiele osób z różnych katolickich grup Odnowy pod wpływem charyzmatyków pochodzących z tzw. wolnych kościołów lub zielonoświątkowców opuściło Kościół katolicki. W połowie lat 90. słynne były rozłamy i odejścia całych grup katolickiej Odnowy. Ci, którzy zostali, zrewidowali swoje poglądy i zrozumieli, że odnowa polega nie na protestantyzacji katolicyzmu, ale na odnowie, umocnieniu i pogłębieniu dziedzictwa wiary i Tradycji Kościoła”[56].

„Powstałe podczas trzeciej fali przebudzenia także w naszym kraju nowe Kościoły charyzmatyczne zrzeszają najczęściej byłych gorliwych katolików, którzy odeszli z Kościoła pod wpływem natarczywej propagandy ukazującej katolicyzm jako niebiblijny. […] W mentalności tych ludzi opuszczenie Kościoła nie jest niczym dramatycznym ani nawet specjalnie niestosownym, odbierają to jak katolik zmianę parafii albo przejście z jednej wspólnoty przyparafialnej do innej. Uważają takie postępowanie za krok postępu na drodze duchowego rozwoju. Jeżeli macierzysty Kościół nie odpowiada już ich oczekiwaniom, zakładają sobie nowy! […] Ekumenizm odnosi się do wyznań powstałych setki lat temu i winni podziałów dawno już nie żyją. Jeśli jednak mamy do czynienia z grupami, które całkiem niedawno opuściły Kościół katolicki i beztrosko zgłaszają swój akces do kontaktów ekumenicznych, to słowo «ekumenizm» jest w tym przypadku dość niestosowne”[57].

„Dostrzegłem, czemu służą tzw. konferencje ekumeniczne. Praktycznie są one adresowane (przynajmniej w Polsce) głównie do nawróconych, ale jeszcze niedojrzałych w wierze katolików (młodzież katolicka jest na takich spotkaniach większością). Te konferencje głoszą Jezusa, który żyje i uzdrawia, ale jednocześnie zaszczepiają nieufność wobec Kościoła, hierarchii, dogmatów i całego nauczania katolickiego. Zamiast umocnić, osłabiają więc gorliwość w pracy dla Kościoła. Młodzi, nie ugruntowani w wierze ludzie, oddalają się wówczas od nauczania Kościoła, od jego dogmatów, które są fundamentem ciągłości Kościoła, i zwracają się ku nauczaniu ludzi, za którymi nie stoi żaden duchowy autorytet”[58].

„Niektórzy nawet zaczęli przezywać nas sektą w Kościele. [W 1993 r. ] coraz bardziej zaczęło nas niepokoić to, co dzieje z grupą. Matka jednej z dziewcząt przyszła z awanturą, że na spotkaniach naucza się, by zdejmowano obrazy itp. Stopniowo ujawniały się niekatolickie poglądy lidera i animatorów tej grupy […]. Nikt jednak nie zdobył się na wyraźny sprzeciw i upomnienie, gdy dało się jeszcze coś zaradzić. Późniejsze próby ugody nie przyniosły żadnych owoców”[59].

„W Polsce «Odnowa w Duchu Świętym» oderwała od Kościoła w ciągu kilku lat prawie tysiąc młodych, pobożnych katolików, którzy z kolei poważyli się na szaleństwo utworzenia swojego własnego kościoła”[60].

4. Czy ktoś wie dlaczego?

Nie jest łatwą rzeczą stwierdzić, czy w ruchu Odnowy w Duchu Świętym tkwi coś, co sprzyja odchodzeniu niektórych uczestników od Kościoła katolickiego. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze, granice ruchu „odnowy charyzmatycznej” są często nieformalne, a więc płynne. Po drugie, wszędzie zdarzają się odejścia od Kościoła, więc dlaczego nie miałyby zdarzać się także wśród ludzi z Odnowy w Duchu Świętym?

Najpierw więc powód pierwszy: odnowa charyzmatyczna rozpowszechniła się w Polsce początkowo głównie przez Ruch Światło-Życie. Do dzisiaj istnieją grupy oazowe o typowo charyzmatycznym sposobie modlitwy: w tym sensie też są w odnowie w Duchu Świętym. Są też charyzmatyczne zrzeszenia innego rodzaju, które także trzeba by zaliczyć do szeroko rozumianej odnowy.

A teraz powód drugi: jeśli na przykład w Polsce mamy około dwustu tysięcy Świadków Jehowy, to znaczy, że jakiś ułamek procenta katolików tak czy inaczej odchodzi od Kościoła, a przecież trudno powiedzieć, by w samym Kościele tkwiło coś, co do tego zachęca. A jednak, chociaż ruch Odnowy w Duchu Świętym nie jest liczebnie specjalnie imponujący (liczy obecnie ok. 20 tys. osób zaangażowanych w grupach modlitewnych), to w tysiące można liczyć byłych katolików, którzy obecnie są członkami tzw. wolnych kościołów lub zborów zielonoświątkowych. Gdyby były charyzmatyk katolicki był tam, powiedzmy: jedną osobą na sto, cóż, problemu by nie było, to się zawsze może zdarzyć. Ale jeśli często w takim zborze większość stanowią byli członkowie katolickiej Odnowy charyzmatycznej, to rodzi się pytanie o przyczynę. Skoro byli charyzmatycy katoliccy bywają tam tak licznie nadreprezentowani, to może przyczyna tkwi w sposobie, w jaki odnowę charyzmatyczną przedstawiano im w ruchu Odnowy w Duchu Świętym albo w jaki ją praktycznie przeżywali?

Powyższa garść przykładów wskazuje na to, że charyzmatycy katoliccy mają znacznie większe szanse znaleźć się w niekatolickim (a często wyraźnie antykatolickim) zborze niż przeciętny parafianin nie należący do ruchu charyzmatycznego. A przecież dodatkowo trzeba doliczyć jeszcze tych katolików-charyzmatyków, którzy nie utworzyli żadnych nowych zrzeszeń kościelnych, ale po prostu zasilili istniejące już wcześniej parafie zielonoświątkowe, baptystyczne i inne im podobne. W skali Polski liczba ta idzie w tysiące.

Co więc robić? Oto jest pytanie. Mam nadzieję, że usłyszymy głosy naszych czytelników, którzy mają w tej sprawie wartościowe opinie.

PRZYPISY:

[1] Por. M. Gajewski SJ, Charyzmatyczni liderzy i ich kościoły, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym”, 71 (2004) nr 2 (marzec – kwiecień), s. 63-64.

[2] Z. Pasek, Wspólnoty ewangelikalne we współczesnej Polsce, w: Ewangelikalny protestantyzm we współczesnej Polsce u progu XXI stulecia, red. T.J. Zieliński, Warszawa – Katowice 2004, s. 32.

[5] M. Libiszewska-Żółtkowska, Konwertyci nowych ruchów religijnych, Lublin (wyd. UMCS) 2003, s. 165.

[6] Tamże, s. 166.

[7] M. Dymarczyk, Na kamyku imię nowe, „Gazeta Wyborcza” z 25 marca 1998, s. 20-23.

[8] Por. M. Gajewski SJ, Charyzmatyczni liderzy i ich kościoły, art. cyt. s. 65-66.

[9] Z. Pasek, Wspólnoty ewangelikalne we współczesnej Polsce, dz. cyt., s. 32.

[10] Por. Świadectwo wygłoszone przez byłego księdza D. Suszka: http://jonasz2000.webpark.pl/mp3.html (XI 2003) [strona już nie istnieje].

[11] Homilia ks. bpa K. Ryczana z 16 II 1994, http://petrus.ns.net.pl/bp-wiecz.htm (XI 2003); por. też „Biuletyn KAI” z 5 VII 1994; por. M. Gajewski SJ, Charyzmatyczni liderzy i ich kościoły, art. cyt., s. 61-63; por też: br. Tymoteusz, Kościół chrześcijański Wieczernik, „Sekty i Fakty” nr 20 (1/2004), s. 14n.

[12] www.rhema.jezus.pl/MS-y/2001-2(14)/ [strona już nie istnieje] (XI 2004).

[13] M. Libiszewska-Żółtkowska, Konwertyci nowych ruchów religijnych, dz. cyt., s. 149.

[14] A. Sikora, T. Patora, M. Stelmasiak, Bóg chce dziesięć procent. Sekta dla bogatych, „Gazeta Wyborcza – Duży Format” z 3 I 2005 r.; http://serwisy.gazeta.pl/df/1,34471,2470718.html (3 I 2005).

[15] M. Pasicka, Dwa doświadczenia: rozmowa z Wojciechem Włochem, „W drodze” 368 (2004) nr 4, s. 8-29.

[16] Z. Pasek, Wspólnoty ewangelikalne we współczesnej Polsce, dz. cyt., s. 32.

[17] Por. M. Gajewski SJ, Charyzmatyczni liderzy i ich kościoły, art. cyt., s. 67.

[19] Z. Pasek, Wspólnoty ewangelikalne we współczesnej Polsce, dz. cyt., s. 31.

[20] M. Libiszewska-Żółtkowska, Konwertyci nowych ruchów religijnych, dz. cyt., s. 160-161; por. M. Gajewski SJ, Charyzmatyczni liderzy i ich kościoły, art. cyt., s. 67.

[21] Z. Pasek, Wspólnoty ewangelikalne we współczesnej Polsce, dz. cyt., s. 22.

[22] M. Ross, „Filadelfia” – miłość braterska, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” 67 (2003) nr 6, s. 87.

[23] Por. M. Gajewski SJ, Charyzmatyczni liderzy i ich kościoły, art. cyt., s. 67.

[24] Por. tamże, s. 65. Por. też: Z. Pasek, Wspólnoty ewangelikalne we współczesnej Polsce, dz. cyt., s. 29.

[25] A. Sikora, T. Patora, M. Stelmasiak, Bóg chce dziesięć procent. Sekta dla bogatych, art. cyt.

[28] G. Fels, Pseudo-Odnowa w Duchu Świętym: Nietykalni II, „Sekty i Fakty” nr 20 (1/2004), s. 4-10.

[29] M. Kowalski, Panie, przyjdź!, „Gazeta Wyborcza – Duży Format” nr 13/577 z 29 III 2004 r., s. 6-11.

[30] Por. M. Gajewski SJ, Charyzmatyczni liderzy i ich kościoły, art. cyt., s. 67; por. G. Fels, Pseudo-Odnowa w Duchu Świętym: Nietykalni I, „Sekty i Fakty” nr 19 (2003); tenże, Pseudo-Odnowa w Duchu Świętym: Nietykalni II, art. cyt., s. 4-10.

[31] Z. Pasek, Wspólnoty ewangelikalne we współczesnej Polsce, dz. cyt., s. 27.

[32] Za: „Absolutnie Fantastyczne”, http://www.af.com.pl/ (XI 2003).

[33] A. Stepanow, Krótka historia Kościoła „Spichlerz”, http://www.af.com.pl/ (XI 2003).

[34] M. Jernajczyk, Miałam takie wielkie pragnienie Boga, data publikacji: 11 VI 2003, http://www.reporter.id.uw.edu.pl/article/articleview/587/1/278 (28 XII 2003).

[35] [Za:] ks. W. Okrasa, Kapłan. Po co?, http://www.odnowa.plock.opoka.org.pl/kaplan/okrasa_4.htm (I 2005).

[36] „List otwarty do wszystkich wspólnot i grup modlitewnych”, dzięki życzliwości periodyku „Ku wspólnocie”, Biuletyn Odnowy w Duchu Świętym Archidiecezji Warszawskiej i Diecezji Warszawsko-Praskiej, www.ee.pw.edu.pl/~jaszulc/kuwspol.htm (w XII 2004 – adres już nieaktualny).

[37] M. Miszewski, Świadectwo, „Zjednoczeni w Duchu” (do użytku wewnątrzparafialnego, List wspólnoty Ruchu Światło-Życie przy parafii św. Ignacego Loyoli we Wrocławiu) czerwiec 1997, rok VIII, nr 5 (78).

[38] Czas rozstania – wywiad z o. Januszem Śliwą SJ, „Zjednoczeni w Duchu” (do użytku wewnątrzparafialnego, List wspólnoty Ruchu Światło-Życie przy parafii św. Ignacego Loyoli we Wrocławiu) czerwiec 1998, rok VIII, nr 5.

[39] Z. Pasek, Wspólnoty ewangelikalne we współczesnej Polsce, dz. cyt., s. 32.

[40] Tamże, s. 27.

[41] Por. M. Gajewski SJ, Charyzmatyczni liderzy i ich kościoły, art. cyt., s. 64-65; por. też: Z. Pasek, Wspólnoty ewangelikalne we współczesnej Polsce, dz. cyt., s. 27.

[42] Por. A. Siemieniewski, Pluralizm wspólnot w parafii: postulaty i realia, „Wrocławski Przegląd Teologiczny” 11 (2003) nr 1, s. 137-147.

[43] E. Głowicka, Bądź posłuszny i dziel się, „Gazeta Wyborcza – Wieża Ciśnień” (Wrocław) z 7 I 2005 r., s. 3; http://miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,35769,2482831.html (7 I 2005).

[44] Tamże.

[45] Por. K. Bonda, Pocałuj mnie, Jezu, Newsweek-Polska, 12 czerwca 2005, s. 84-87.

[46] D. Cupiał, Na drodze ewangelizacji i ekumenii, Lublin 1996, s. 131.

[47] Za: tamże, s. 88.

[48][ ]Ks. W. Nowacki, Dlaczego zanikają charyzmaty?, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” 74 (2004) nr 5, s. 74.

[49] M. Gajewski SJ, Wspólnota na manowcach, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” 70 (2004) nr 1, s. 42-50.

[50] Ks. G. Polok, W objęciach Ducha Świętego, Bytom – Katowice 2001, s. 178.

[51] Ks. H. Bolczyk, Co dalej, Ruchu Światło-Życie?, http://jaceksdb.koszalin.opoka.org.pl/oaza21.htm (XI 2003).

[52] Z. Pasek, Wspólnoty ewangelikalne we współczesnej Polsce, dz. cyt., s. 29.

[53] Tamże, s. 38.

[54] T. Zieliński, Ruch oazowy obszarem zbliżenia katolicko-protestanckiego, http://www.magazyn.ekumenizm.pl/article.php?story=20030303093902692&query=zieli%F1ski (3 III 2003).

[55] N. Modnicka, Polskie społeczności ewangelikalne jako „Kościoły wyboru”, w: Ewangelikalny protestantyzm we współczesnej Polsce u progu XXI stulecia, dz. cyt., s. 74.

[56] Kronika wspólnoty „Zwiastowanie”, http://www.republika.pl/janasout/grupa/zwiastow.html (11 X 2004).

[57] A. Kowal, Ekumenizm czy obrona jedności?, „W drodze” 342 (2002) nr 2.

[58] J. Dudziak, Odnalazłem się w Kościele katolickim, „ZOwDŚ” nr 6.

Cz.St. Bartnik, Dotknąć Boga Żywego (rozdz.: Odnowa w Duchu Świętym), Lublin 2004, s. 143. Zdanie to odnosi się do początków Odnowy w Polsce.

ROZŁAMY I JEDNOŚĆ WEDŁUG PIERWSZEGO LISTU DO KORYNTIAN

Katecheza została wygłoszona w katolickiej wspólnocie charyzmatycznej HALLELU JAH. Nauczanie ks. Siemieniewskiego można również wysłuchać w formacie MP3. Zalogowani czytelnicy naszego serwisu moga pobrać plik dźwiękowy z [tego] miejsca.

Dzisiaj zaczniemy od najprawdziwszego w świecie pokarmu biblijnego. Nie pokarmu rozumianego przenośnie i metaforycznie („słowo Boże jest pokarmem”), ale pokarmu całkiem dosłownego. Pismo Święte mówi o różnych pokarmach – o przepiórkach, o mannie – ale takich pokarmów nie miałem pod ręką, natomiast odkryłem, że Pismo Święte mówi między innymi o plackach figowych. Tak się złożyło, że akurat mam ze sobą kawałek placka figowego. Niestety nieduży, dlatego nie będę mógł poczęstować wszystkich – starczy tylko dla Tomka. W Starym Testamencie kilka razy czytamy o takich plackach. Czytamy na przykład o bardzo dobrych ciastkach figowych, które upiekła Abigail.

Proszę bardzo, wszyscy mogą popatrzeć, jak Tomek je placek figowy. Bardzo mu smakuje. Zjadł… Zaraz! Co on robi?! Zjadł nadzienie, a resztę zostawił! Co to za moda: wyjeść z keksu rodzynki i zostawić resztę ciasta?! Wyjeść z ciastka figowego najlepsze kąski, a zostawić resztę?! Co to ma znaczyć?! Kto to widział?!

Niestety, dzieje się tak nie tylko przy degustacji placka figowego albo keksu z rodzynkami. Niestety, dzieje się tak często również przy czytaniu Pisma Świętego, przy spożywaniu tego pokarmu, jakim jest słowo Boże.

Dla odnowy charyzmatycznej szczególnie ważnym tekstem, do którego się szczególnie często odwołujemy, jest Pierwszy List do Koryntian. Ale niestety, często przypomina to degustację ciasta figowego metodą, którą przed chwilą widzieliśmy: wyjeść słodkie nadzienie, a to, co jest mniej przyjemne, choć bardziej pożywne, odrzucić. Wyjeść rodzynki z keksu, a resztę uznać za rzecz niepotrzebną.

Pytałem niedawno w charyzmatycznym gronie, o czym jest Pierwszy List do Koryntian. I usłyszałem odpowiedź: o charyzmatach – o językach, o proroctwach i o uzdrowieniach – właśnie o tym.

Czy to prawda, że Pierwszy List św. Pawła Apostoła do Koryntian jest o charyzmatach? To jest prawda w takim samym sensie jak zdanie, że keks składa się z rodzynków albo że ciasto figowe składa się ze słodkiego nadzienia. To jest prawda, ale prawda częściowa. A jeżeli uznajemy tylko prawdę częściową, to prawda staje się nagle nieprawdą.

Otóż Pierwszy List św. Pawła Apostoła do Koryntian, który bardzo słusznie jest szczególnie ulubionym tekstem w odnowie charyzmatycznej, mówi o czymś więcej niż tylko o charyzmatach. Prawda, o której list św. Pawła mówi z większą powagą i z większym naciskiem, to prawda o jedności Ciała Chrystusa.

W Pierwszym Liście do Koryntian św. Paweł w kilku miejscach wyraźnie zachwyca się wielkim skarbem jedności. Na przykład w rozdziale dziesiątym pisze tak:

„Kielich błogosławieństwa, który błogosławimy, czyż nie jest udziałem we Krwi Chrystusa? Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa?” (1 Kor 10,16).

I dalej, gdzie słyszymy jak gdyby hymn na cześć jedności:

„Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba” (1 Kor 10,17).

Albo mówi nam św. Paweł Apostoł, po co zostaliśmy ochrzczeni w Duchu Świętym:

„Wszyscyśmy w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało” (1 Kor 12,13).

Kiedy św. Paweł rozglądał się po Kościele i oglądał skutek chrztu w Duchu Świętym: mnogość i rozmaitość charyzmatów, to też wprawiało go w zachwyt. Kiedy widział, jak różnorodne funkcje zaczynają ludzie spełniać w Kościele pod wpływem działania Ducha Świętego, napisał tak:

„Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami” (1 Kor 12,27).

Dużo jest w Liście św. Pawła o jedności Kościoła, którą porównuje z jednością ciała. Ciało oczywiście jest tylko jedno, chociaż bardzo różnorodne. Najróżniejsze części ciała spełniają rozmaite role: słyszenia, widzenia, chodzenia, chwytania, dotykania, ale tworzą jedno ciało.

Jednak obok zachwyconych słów św. Pawła o jedności Ciała Chrystusa, które zapisał w swoim Pierwszym Liście do Koryntian, są też niestety głosy negatywne. Na przykład tuż obok w rozdziale dwunastym napisał tak:

„Jeśliby noga powiedziała: «Ponieważ nie jestem ręką, nie należę do ciała» – czy wskutek tego rzeczywiście nie należy do ciała?” (1 Kor 12,15).

Zastanówmy się, jaki może być powód pisania takich słów. Musiała się zdarzyć jakaś smutna okazja, którą św. Paweł tak właśnie skomentował. Ktoś zachował się właśnie w ten sposób wobec jedności Ciała Chrystusa, że św. Paweł musiał wołać: Popatrzcie, to tak jakby ręka powiedziała: „Nie należę do ciała”. Albo – mówi św. Paweł – jakby ucho powiedziało: „Nie jestem okiem, nie należę do ciała”. To nie są rozważania teoretyczne ani dywagacje teologiczne. To są komentarze do wydarzeń, które zaszły w Koryncie, i to do wydarzeń niewesołych.

Św. Paweł w rozdziale trzecim pisze tak:

„Ciągle jeszcze jesteście cieleśni” (1 Kor 3,3).

Ciekawa jest motywacja, jaką podał. Dlaczego uznał, że Koryntianie są cieleśni? Jest to tym bardziej intrygujące, że przy początku Listu do Koryntian napisał:

„Nie brakuje wam żadnego daru łaski” (1 Kor 1,7).

To bardzo ciekawe: z jednej strony pisze: „nie brakuje wam żadnego daru łaski”, a z drugiej – o tych samych ludziach wyrokuje: „ciągle przecież jeszcze jesteście cieleśni”. I tłumaczy to tak:

„Jeżeli bowiem jest między wami zawiść i niezgoda, to czyż nie jesteście cieleśni i nie postępujecie tylko po ludzku? Skoro jeden mówi: «Ja jestem Pawła», a drugi: «Ja jestem Apollosa», to czyż nie postępujecie tylko po ludzku?” (1 Kor 3,3n).

Pierwszy List św. Pawła do Koryntian, który bardzo słusznie jest naszym ulubionym listem, niech stanie się biblijnym sztandarem ruchu charyzmatycznego, ale łącznie z surowymi upomnieniami, które również zawiera. Na samym początku, jako zapowiedź głównego tematu tego Listu, św. Paweł tak uroczyście i surowo napomina chrześcijan z Koryntu:

„Upominam was, bracia, w imię Pana naszego, Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni i by nie było wśród was rozłamów” (1 Kor 1,10).

Warto zauważyć, że św. Paweł używa tu dwóch ważnych słów. Jedno słowo greckie to schizma, a drugie to hairesis. Od greckiego schizma pochodzi słowo tak samo brzmiące po polsku, a od hairesis po spolszczeniu powstało słowo „herezja”. Mówi nawet św. Paweł do człowieka wprowadzającego rozłamy (anthropos hairetikos – Tt 3,10):

„Upominam was, bracia […], by nie było wśród was rozłamów, byście byli jednego ducha i jednej myśli” (1 Kor 1,10).

Niestety, św. Paweł nie pisał tego zapobiegawczo. To była reakcja na coś, co w Koryncie się wydarzyło. Pisze dalej Apostoł tak:

„Doniesiono mi bowiem o was, bracia moi, przez ludzi Chloe, że zdarzają się między wami spory. Myślę o tym, co każdy z was mówi: «Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa»” (1 Kor 1,11n).

Upomnienie św. Pawła nie było profilaktyczne, lecz było lekarstwem na już zaistniałą sytuację. Koryntianie – zamiast tworzyć jeden Kościół w Koryncie – stworzyli kilka stronnictw, grup, pewnie po prostu kilka kościołów. Jeden z takich kościołów brał imię od Apollosa, którego znamy z Dziejów Apostolskich. Inni mówili: A my jesteśmy z kościoła Kefasa. A jeszcze inni: my – z kościoła Pawła. Szczególnie ciekawe, że jedno z tych stronnictw twierdziło: a my jesteśmy z kościoła Chrystusa. Takie stronnictwo w Koryncie też było. Po oddzieleniu się, po rozłamie (schizma, hairesis), mówili: My jesteśmy kościołem Jezusa Chrystusa. Tak wygląda opisana przez św. Pawła sytuacja: „Ja jestem Pawła, ja Apollosa, ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa”.

Warto postawić pytanie: Dlaczego w Pierwszym Liście do Koryntian, w którym o charyzmatach jest więcej niż gdziekolwiek indziej w Nowym Testamencie, jednocześnie jest tak dużo o potrzebie jedności i o rozłamach? To ciekawe, dlaczego jeden list porusza akurat te dwa tematy: charyzmaty i rozłamy.

Niech ten znak zapytania przez chwilę nam towarzyszy, niech nas intryguje, a w poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie przenieśmy się z połowy I wieku (1 Kor powstał w 56 roku) o prawie dwadzieścia wieków później – i mamy rok 2004. Rozejrzyjmy się po sytuacji w Kościele polskim i zobaczmy, czy dzisiaj znajdziemy jakieś wskazówki, które nam pozwolą odgadnąć, dlaczego przed dwudziestoma wiekami św. Paweł połączył te dwa tematy.

Zajrzyjmy do fragmentu, który znalazłem kiedyś w wysokonakładowym dzienniku. Czytamy tam tak:

„Kaliska wspólnota opuściła Kościół rzymskokatolicki, a teraz nabożeństwa odprawia w sali wynajmowanej od Kościoła zielonoświątkowego i liczy blisko pięćset osób”.

Ciekawe, co to może być za wspólnota? Czy to może jest jakaś parafia kaliska? Nie. Czy to może jest Neokatechumenat? Też nie. Czy to może jest lokalne kółko różańcowe? Też nie. W tym dzienniku możemy przeczytać, że jest to wspólnota ruchu Odnowy w Duchu Świętym.

Przeglądałem kiedyś „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym”, materiały formacyjne Odnowy charyzmatycznej, i znalazłem tam taką wzmiankę:

„Nowosądecka wspólnota w ciągu dwudziestu lat swojego istnienia przechodziła różne koleje aż po bolesne doświadczenie rozłamu, kiedy duża część grupy odeszła od Kościoła katolickiego”.

Może ktoś pomoże nam zgadnąć, co to mogła być za grupa: Czy to była jakaś parafia nowosądecka, czy może to był nowosądecki Neokatechumenat, a może Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży w Nowym Sączu? Nie. Była to – jak czytamy w „Zeszytach Odnowy” – nowosądecka wspólnota Odnowy w Duchu Świętym.

Jeśli rozejrzymy się po mapie wyznaniowej naszego kraju i zauważymy grupy, które kiedyś były katolickie, a od dwóch, trzech, pięciu, czy dziesięciu lat, nie są katolickie, bo wystąpiły z Kościoła, zauważymy coś intrygującego. Chociaż takich grup jest dużo i są rozsiane po całej Polsce – od Wrocławia przez Szczecin, Gdynię, Warszawę, Kraków, Kielce, Kalisz, Nowy Sącz i wiele innych miejscowości – rzecz ciekawa: to zjawisko nie jest rozsiane po wszystkich wspólnotach i wszystkich ruchach kościelnych w Polsce. To zjawisko jest skoncentrowane w jednym ruchu – i nie jest to ani Droga Neokatechumenalna, ani nie są to lokalne koła różańcowe, ani nie są to parafie. Jest to ruch odnowy charyzmatycznej.

Rzut oka na współczesną panoramę wyznaniową w Polsce być może ułatwi nam odgadnięcie, dlaczego św. Paweł nie pisał o rozłamach do Rzymian, nie pisał o rozłamach do Galatów, nie pisał o rozłamach do Tesaloniczan, lecz pisał akurat do Koryntian. Nie pisał ani do Rzymian, ani do Galatów, ani do Tesaloniczan, bo tam była jedność. Pisał o rozłamach do Koryntian z bardzo prostego powodu: bo tam były rozłamy. Podobnie, nie ma potrzeby wygłaszać katechezy o rozłamach w żadnej parafii wrocławskiej. Jeżeli urządza się adwentowe albo wielkopostne rekolekcje parafialne, nie ma potrzeby podejmowania tematu rozłamów, bo takich zjawisk w parafiach wrocławskich nie ma. Jeżeli się głosi homilię w Neokatechumenacie albo w Stowarzyszeniu Brata Alberta, albo w Duszpasterstwie Akademickim „Wawrzyny”, nie ma potrzeby poruszać takich tematów, natomiast w odnowie charyzmatycznej – owszem. Z jakiego powodu? Z takiego samego powodu, z jakiego ten temat poruszał św. Paweł lat temu prawie dwa tysiące. Otóż nie jest to „problem katolicki” (w sensie: ogólnokatolicki) – jest to problem ruchu odnowy charyzmatycznej. Tak wyglądają realia wyznaniowe w Polsce ostatnich kilkunastu lat.

Dlaczego spośród tylu gmin, do których św. Paweł pisał listy – Rzym, Kolosy, Tesalonika – dlaczego akurat do najbardziej charyzmatycznej wspólnoty, do Kościoła w Koryncie, pisał tyle o darach duchowych oraz tyle o rozłamach i potrzebie jedności? Obdarowanie jest wielkim błogosławieństwem, ale stwarza też pokusy. Weźmy przykład z życia. Czy żebrak ma pokusę defraudowania pieniędzy? Nie. On ma inne pokusy, ale akurat pokusy defraudowania pieniędzy – nie. A teraz wyobraźmy sobie, że żebrak został obdarowany stanowiskiem kasjera. Teraz owszem, pokusę niewydania reszty już może mieć. A teraz wyobraźmy sobie, że będąc na stanowisku kasjera, został jeszcze bardziej obdarowany: został konwojentem. Teraz, być może, ma już nawet pokusę pożyczenia sobie bez wiedzy właścicieli walizki z dolarami. A wyobraźmy sobie, że został jeszcze bardziej obdarowany: został szefem banku. Teraz może go kusić już nie tylko walizka z dolarami, ale może się zastanawiać, ile zer dopisać do swojego konta.

Obdarowanie jest błogosławieństwem, ale obdarowanie przynosi też pokusy. Charyzmaty są wielkim błogosławieństwem i ciągle trzeba nam wracać do Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian, żeby odkrywać, jak wielkim są darem dla budowania Kościoła. Trzeba też jednak do tego Listu wracać, żeby odkrywać, że obdarowanie wraz z błogosławieństwem przynosi pokusę, ponieważ obdarowanym jest człowiek, a człowiek bywa grzeszny i słaby. Człowiek nieobdarowany przez Ducha Świętego może mieć inne pokusy, ale nie będzie miał pokusy rozłamu. Człowiek nieobdarowany przez Ducha Świętego może mieć pokusę lenistwa, może mieć pokusę gnuśności, może mieć mnóstwo innych pokus, ale akurat pokusa rozłamu go ominie.

Kiedy przyjrzymy się listom św. Pawła, to zauważymy, że obdarowanie charyzmatyczne jest rodzajem ryzyka ze strony Pana Boga. Pan Bóg dar, skarb, składa w ręce grzesznych ludzi, a grzeszni ludzie miewają pokusy. Często przyczyną takiej pokusy jest fakt, że trwanie w jedności w Kościele bywa trudne. Ktoś, kto otrzymał nadzwyczajne dary duchowe, jest podatny, jak się okazuje, na pokusę, aby przebywać wyłącznie wśród ludzi podobnie obdarowanych. Kto nie jest aktywny, nie jest zaangażowany w życie Kościoła, nie zauważy, że trwanie w jedności jest trudne. Podobnie jak kawaler nie zauważy, że trwanie w jedności małżeńskiej wymaga trudu, tak samo człowiek, który w Kościele zachowuje się biernie i jest tam rzadko obecny, nie zauważy, że trwanie w jedności kościelnej jest trudne.

Często rozłamy mają taką przyczynę, że trwanie w jedności w Kościele bywa trudne i niewygodne. To prawda, ale dla chrześcijanina drogowskazem, który pokazuje dobro i zło, nie jest wygoda, drogowskazem nie jest to, co łatwe. Dobro i zło to jest inne rozróżnienie niż wygodne – niewygodne. Chrześcijanin nie dowiaduje się, co jest dobre, a co jest złe, patrząc na siebie: Czy to jest dla mnie wygodne? Chrześcijanin dowiaduje się, co jest dobre i co jest złe, po pierwsze: z sumienia, a po drugie – i pewnie w sprawach jedności kościelnej jest to nawet źródło bardziej podstawowe – z Pisma Świętego.

Rzecz ciekawa, że ludzie skądinąd bardzo zaangażowani i bardzo na swój sposób rozmodleni, potrafią nie zauważać wymagań dotyczących dobra i zła spisanych w Piśmie Świętym. Jest pewne miejsce w Liście do Galatów, do którego teraz sobie zajrzymy:

„Jest rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą” (Ga 5,19-21).

Przyjrzymy się przez chwilę tej liście i zobaczymy, czy ona nam nie pomoże w ocenie problemu, którym się dzisiaj zajmujemy. Więc po kolei. Pisze św. Paweł tak: „Jest rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała”, i zaczyna od grzechów, które często nazywamy grzechami cielesnymi – albo według nowszego sposobu mówienia – grzechami seksualnymi: nierząd, nieczystość, wyuzdanie. Już tutaj warto zauważyć, że chociaż bardzo jasno jest napisane w wielu miejscach Nowego Testamentu, na czym polega chrześcijańska czystość, i dla każdego powinno być jasne, czym wobec tego jest nierząd, nieczystość i wyuzdanie, to są tacy chrześcijanie, którzy się z tym nie zgadzają. Mają inną opinię. Na przykład w dalekich Stanach Zjednoczonych pewna grupa chrześcijan wybrała sobie homoseksualistę na biskupa i radośnie świętowała jego ordynację. To była podniosła uroczystość wśród śpiewów, uśmiechów i robionych przy okazji fotografii, które miały to wydarzenie udokumentować. Obecny był oczywiście także partner owego biskupa. Próba dialogu z takimi ludźmi skończyła się na niczym. Powiedzieli, że mają takie właśnie przekonania i tak rozumieją Biblię.

Druga grupa grzechów to grzechy, które można by nazwać grzechami religijnymi: uprawianie bałwochwalstwa i czary. Tu znowu można znaleźć ludzi, choćby na Haiti, gdzie często rano świętują w Kościele, a wieczorem na zebraniach celebrują pogańską religię voodoo. I znowu, dialog z takimi ludźmi jest bezowocny. Mówią: My tak to czujemy, my tak to przeżywamy, takie jest nasze doświadczenie – rano się modlimy w Kościele, a wieczorem praktykujemy religię voodoo.

Są też takie grzechy, które dotyczą relacji międzyludzkich w życiu codziennym: nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie. Tu chyba już nie trzeba tak daleko sięgać po przykłady, bo kto wie, czy i nam czasem nie udaje się godzić takich postaw ze świętowaniem, i to często radosnym.

Są też na tej liście z piątego rozdziału Listu do Galatów grzechy dotyczące nałogów: pijaństwo i hulanki. Wiemy, że są ludzie, którzy łączą jedno z drugim. Często na pasterce w kościele można spotkać pijanych. I próba dialogu z takim człowiekiem, że nie jest rzeczą właściwą przychodzić pijanym na świętowanie, skończy się na niczym. On powie: Ja tak to przeżywam, ja tak to czuję.

Specjalnie zostawiłem na koniec jeszcze grupę grzechów, które są grzechami przeciwko jedności kościelnej. Mianowicie: niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, zazdrość i rozłamy.

O ile inne grzechy częściej zobaczymy raczej gdzie indziej, to być może nie trzeba bardzo daleko szukać, żeby w Odnowie znaleźć ludzi, którzy dobrze się czują w gronie tych, którzy odeszli od Kościoła katolickiego i często razem z nimi świętują. Próba dialogu z nimi kończy się na niczym. Powiedzą: My tak to rozumiemy, my tak to czujemy; nie wiemy, dlaczego nie mielibyśmy świętować, chwalić Boga z tymi, którzy dokonali rozłamu i odeszli z Kościoła – bo przecież łączy nas charyzmatyczny sposób uwielbienia!

Dochodzi do tego, że z tekstu biblijnego wybiera się to, co jest wygodne, to, co jest przyjemne. Ponieważ świąteczne celebrowanie ma w sobie też wiele przyjemnych cech, to przyjmujemy to chętniej, natomiast zastanawianie się nad tym, co jest grzeszne, bywa trudne i wymagające – i to potrafimy zostawić jak pokarm, który nam nie odpowiada. My wolimy rodzynki. My wolimy słodkie nadzienie. Więc jeszcze raz niech zabrzmią poważne i surowe słowa z Listu do Galatów. Św. Paweł pisze tak:

„Jest rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą” (Ga 5,19-21).

Patrząc praktycznie na Odnowę charyzmatyczną w Polsce, a mam z Odnową kontakt przy różnych okazjach i w różnych diecezjach – w ciągu ostatnich czterech tygodni byłem na czterech różnych szkołach animatorów lub liderów w różnych diecezjach w Polsce – myślę, że doszło do ocenzurowania Pisma Świętego. Bardzo często charyzmatyk jest nieświadomy istnienia takiego grzechu jak rozłam. Nie wie o takim grzechu, a nawet kiedy jego wzrok pada w Piśmie Świętym na słowo „rozłam”, wówczas mu się to z niczym nie kojarzy. Co najwyżej może mu się to kojarzyć z wydarzeniami sprzed dwudziestu wieków, ale nie z czymś, z czym się spotkał, z czymś, co zna.

Celowo przytoczyłem przykład również innych środowisk, bo inne środowiska chrześcijańskie potrafią cenzurować Pismo Święte w innych aspektach. Ale zostawmy innym ich własny rachunek sumienia, a my zróbmy sobie nasz rachunek sumienia. Otóż rozłam – jak wskazuje rzut oka na panoramę wyznaniową Polski ostatnich kilkunastu lat – jest specjalnością charyzmatyczną. To jest zjawisko, które prawie się nie zdarza poza szeroko rozumianą odnową. Może też zdarzyć się w Ruchu Światło-Życie, ale wtedy, jeśli dotarły tam specyficzne formy zachowań czy modlitwy charyzmatycznej. Poza tym gremium taki grzech praktycznie się nie zdarza. Jest to więc nasz problem, a jeżeli to jest nasz problem, to ktoś go powinien rozwiązać, ktoś się powinien za niego zabrać. I kto się powinien zabrać za nasz problem? Może ktoś ma jakąś propozycję, kto powinien rozwiązywać nasze problemy?

Czasem mamy pokusę powiedzieć: Niech oni rozwiążą nasze problemy. Tymczasem postawa chrześcijańska, jeżeli już poważnie się zastanawiamy, oczywiście zakłada: To jest nasz problem, dlatego my powinniśmy się tą sprawą zająć. To nie jest sprawa, która jest omawiana w Piśmie Świętym w kontekście jakichś rad, dodatkowych uwag, dopowiedzeń. To jest sprawa poważna, która w Piśmie Świętym pada w kontekście słów: „Ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą”. Ma to znaczyć, mówiąc dzisiejszym językiem teologicznym, że rozłam jest grzechem, i to grzechem ciężkim. Dlatego nie jest powodem do świętowania i nie jest powodem do uwielbiania Boga, lecz – jak każdy grzech zresztą – jest powodem do pokutowania i nawracania się. Ci, którzy wyświęcili biskupa-homoseksualistę, powinni pokutować. Czy to znaczy, że my potępiamy tych ludzi? Nie. Za ludzi to my się modlimy, żeby weszli przed nami do królestwa niebieskiego. Pan Jezus mówi, że kiedy spotykamy celnika, nieuczciwego urzędnika państwowego, to mamy się modlić i tak mu głosić Ewangelię, żeby on wszedł do królestwa przed nami. Albo kiedy słyszymy o prostytutce, to mamy się za nią modlić i – gdyby taka okazja się zdarzyła – tak głosić Ewangelię, żeby weszła przed nami w bramy królestwa. To dotyczy każdego grzechu. Więc oczywiście ocenę ludzi zostawiamy Panu Bogu, ale ocenę czynów Pan Bóg zostawił nam. Dlatego św. Paweł mówi o uczynkach: „wiadomo, jakie uczynki rodzą się z ciała”, a jednym z takich uczynków jest rozłam.

To jest nasz problem, nasz w sensie Odnowy w Duchu Świętym. Jeżeli ktoś w Odnowie charyzmatycznej jest dłużej niż kilka lat, to zna ludzi, którzy są w grupach, które kiedyś były katolickie, a teraz są poza Kościołem katolickim. Możecie zrobić eksperyment. Zapytajcie kogoś, kto nigdy nie miał kontaktu z Odnową – może babcię, może sąsiadkę, która mieszka obok, może panią na targu – czy zna kogoś, kto był w katolickiej grupie modlitewnej, a dzisiaj ta grupa jest poza Kościołem katolickim. Taki człowiek prawie na sto procent powie: nie, nawet nie słyszałem, że takie problemy istnieją. Powie nam: O Świadkach Jehowy to słyszałem, ale o grupach, które były w Kościele, a potem odeszły od Kościoła, nawet nie słyszałem.

A teraz ten eksperyment powtórzcie w gronie ludzi, którzy w Odnowie charyzmatycznej są trzy, cztery, pięć lat. Jeśli są odpowiednio długo, to nie tylko wam powiedzą, że słyszeli o takich problemach, ale każdy wyliczy nam znajomych, swoich kolegów, przyjaciół, z którymi ma dalej kontakt i może się dalej przyjaźni, ale już nie w jednym Kościele. O czym to świadczy? Że jest to problem charyzmatyczny! Aby być wiernym językowi biblijnemu, nie powinno się nawet określać tego jako problem charyzmatyczny, lecz jako charyzmatyczny grzech. W listach Apostoła Pawła próżno by szukać takich określeń, jak „problem”, „kłopot”, „zjawisko”, „fenomen”, „nurt”, „prąd” czy „trend”. Św. Paweł nazywał rzecz po imieniu: rozłam jest grzechem, a „ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą”.

Jest jeszcze jedno bardzo ważne zdanie w Piśmie Świętym, które podkreśla wagę tego, o czym mówię, i podkreśla przyczynę, dlaczego św. Paweł pisał o rozłamach i o jedności. To zdanie znajduje się w Ewangelii według św. Jana. Czytamy tam o tym, dlaczego Jezus umarł na krzyżu. Na pewno moglibyśmy wymieniać różne powody: aby nas zbawić, aby odkupić nasze grzechy, aby nas ocalić od piekła, aby otworzyć nam drogę do nieba. Na pewno można by z różnych stron te powody opisywać, ale w Ewangelii św. Jana czytamy akurat tak:

„Jezus miał umrzeć […], by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno” (J 11,51n).

Dlatego grzech przeciw jedności jest grzechem przeciwko krzyżowi Chrystusa. Tak pisze św. Paweł: „czyż Chrystus jest podzielony?”, a Ewangelia: „Jezus miał umrzeć […], by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno”.

Dlatego zapraszam do spożywania Bożego pokarmu w całości, do spożywania nie tylko nadzienia z figowych ciastek. Byśmy nie musieli zasłużyć na surowe upomnienie św. Pawła:

„Mleko wam dałem, a nie pokarm stały, boście byli niemocni; zresztą i nadal nie jesteście mocni” (1 Kor 3,2).

Ale myśmy zasłużyli na pochwałę, że naszym pokarmem, chlebem, jest wszelkie słowo. Nie przebrane – wszelkie słowo, które pochodzi z ust Bożych.

MODLITWA W JĘZYKACH – CUD, BOŻY CHARYZMAT CZY POBOŻNE JODŁOWANIE?

Trwa charyzmatyczne spotkanie modlitewne, wspaniałe śpiewy wychwalające Boga, wzniesione ręce… Nagle przez głośniki zaczynają płynąć nowe dźwięki: kuara-ririii kuara-ruruuu. To „modlitwa w językach”. Często porywa obecnych do włączenia się w nią; bywa, że staje się wtedy katalizatorem podobnych „języków” dla innych. Niekiedy jednak trudno oprzeć się przed postawieniem pytania: Czy kilka monotonnie powtarzających się niezrozumiałych sylab, czasem powracających w tej samej formie raz, drugi i trzeci w ciągu spotkania, czasem powracających po raz dziesiąty – to naprawdę taka modlitwa, której oczekuje od nas Bóg?

W Odnowie charyzmatycznej powszechnie mówi się o „językach”: o „modlitwie w językach”, o „śpiewie w językach” czy też o „proroctwie w językach”. Wydaje się, że określenie to bywa używane w kilku różnych znaczeniach, co prowadzi do znacznych nieporozumień. Wielu uczestników Odnowy charyzmatycznej ma wrażenie, że dostępuje udziału w tym samym biblijnym charyzmacie, który został udzielony Apostołom lub ich uczniom. Tak bywają formowani:

– „dar języków […] pojawił się po zesłaniu Ducha Świętego”
– „po zasłaniu Ducha Świętego dar się rozpowszechnia na innych wiernych”
– „wśród wspólnot Koryntian dar języków był powszechny”
– „teologowie zauważają dar języków m.in. u św. Pachomiusza, św. Teresy z Avila, św. Teresy od Dzieciątka Jezus, św. Proboszcza z Ars, św. Franciszka z Asyżu, św. Franciszka Ksawerego, św. o. Pio, bł. Matki Teresy z Kalkuty i wielu innych”
– „dar języków […] rozbudził się szczególnie na początku XX wieku”: np. „wielebny Parham modlił się nad osobami”, które „otrzymały dar języków
– „od 1967 roku począwszy, „wspólnoty charyzmatyczne dotykające […] glosolalii (czyli daru języków) rozszerzały się w Kościele katolickim”[1].

Zdecydowanie, na podstawie takich nauczań (typowych dla Odnowy), członkowie naszych grup charyzmatycznych utwierdzają się w przekonaniu, że dostępują tego samego daru, który udzielony był Apostołom w dniu Pięćdziesiątnicy a potem ich uczniom. Czy wszyscy współcześni charyzmatycy mają w tej sprawie słuszność?

Przyjrzyjmy się czterem podstawowym znaczeniom słowa „języki” (w sensie modlitewnego daru), aby stwierdzić, czy opisują one to samo zjawisko modlitewne. Najpierw przypomnijmy sobie, na czym polegał dar udzielony Apostołom w dniu Pięćdziesiątnicy, potem – dar opisany w następnych miejscach Dziejów Apostolskich oraz w Pierwszym Liście do Koryntian. Na końcu przyjrzymy się przykładom traktowania „modlitwy w językach” we współczesnej Odnowie charyzmatycznej jako możliwej do wyuczenia techniki tworzenia niezrozumiałych dźwięków.

1. „Języki” budzą zdumienie!

„Zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić. Każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku: mówili pełni zdumienia i podziwu: «Jakżeż każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty?». Zdumiewali się wszyscy i nie wiedzieli, co myśleć: «Co ma znaczyć?» – mówili jeden do drugiego” (por. Dz 2,4-12).

Czytelnika uderza w tym opisie przede wszystkim to, że „języki” są tu darem niespodziewanym i zaskakującym. Elementem budzącym zdumienie słuchaczy jest fakt, że chociaż mówiący „językami” to miejscowi Żydzi, to ich przemowę rozumieli ludzie rozmawiający na co dzień w najrozmaitszych językach.

Pierwsi zielonoświątkowcy na początku XX wieku inspirowali się tym właśnie tekstem. Wielebny Ch. Parham uczył, że w czasie modlitwy na początku 1900 roku studenci jego szkoły otrzymali dar modlitwy m.in. po chińsku, szwedzku, rosyjsku, bułgarsku, japońsku, norwesku, francusku, węgiersku, włosku i hiszpańsku. Parham do końca życia w 1928 roku uczył niezłomnie, że zielonoświątkowi misjonarze nie muszą uczyć się obcych języków, gdyż mają głosić Ewangelię w językach otrzymanych na modlitwie o „dar języków”. Nie dał się nigdy zrazić brakiem jakichkolwiek dowodów potwierdzających to nauczanie.

2. „Języki” przekonują o działaniu Ducha

Zajrzyjmy do następnych rozdziałów Dziejów Apostolskich. Znajdziemy tam dwa przykłady opisów, jak wyglądał „dar języków” udzielony uczniom Apostołów.

„Kiedy Piotr jeszcze mówił o tym, Duch Święty zstąpił na wszystkich, którzy słuchali nauki. I zdumieli się wierni pochodzenia żydowskiego, którzy przybyli z Piotrem, że dar Ducha Świętego wylany został także na pogan. Słyszeli bowiem, że mówią językami i wielbią Boga” (Dz 10,44-46).

Także tutaj języki są darem niespodziewanym i zaskakującym. Elementem budzącym zdumienie słuchaczy jest sam fakt ich pojawienia się. Piotr i jego towarzysze, będąc Żydami, nie spodziewali się, że takie zjawisko modlitewne może pojawić się u ludzi pogańskiego pochodzenia.

Nie jest natomiast jasne, czy te języki były zrozumiałe dla słuchaczy. Może tak, a może nie: może wyrażenie „wielbią Boga” odnosi się do modlitwy występującej obok języków, które byłyby wtedy niezrozumiałe.

A oto drugi przykład:

„Paweł znalazł jakichś uczniów […]. Kiedy włożył na nich ręce, Duch Święty zstąpił na nich. Mówili też językami i prorokowali” (Dz 19,1-6).

Tu też nie jest jasne, czy prorokowanie to odbywa się „w językach”, czy też jest czymś obok nich. W każdym razie wydaje się, że „mówienie językami” i prorokowanie zostało tu odczytane jako znak przyjścia Ducha Świętego.

W późniejszych tekstach Dziejów Apostolskich (Dz 10,44-46 i Dz 19,1-6) „modlitwa w językach” nie tylko, że jest związana z wylaniem Ducha, ale nawet wydaje się przynajmniej w kilku sytuacjach pewnym znakiem rozpoznawczym Jego początkowego działania.

Pierwsi zielonoświątkowcy na początku XX wieku inspirowali się także tymi tekstami. Uczyli na ich podstawie, że modlitwa w językach jest koniecznym dowodem chrztu w Duchu Świętym: kto nie modli się w językach, ten nie otrzymał Ducha.

3. „Języki” wchodzą w zwyczaj: Korynt

Przy lekturze Pierwszego Listu do Koryntian zauważamy, że „języki” przestały być czymś zaskakującym. Wydaje się, że są one stałym elementem modlitwy (przynajmniej tej jednej wspólnoty chrześcijan apostolskiego Kościoła): „Chciałbym, żebyście wszyscy mówili językami” (1 Kor 14,5), pisze Paweł. Apostoł wyznaje nawet: „Dziękuję Bogu, że mówię językami lepiej od was wszystkich” (1 Kor 14,18).

„Języki”, którymi modlono się w Koryncie, prawie na pewno są niezrozumiałe: „Jeśli pod wpływem daru języków nie wypowiadacie zrozumiałej mowy, któż pojmie to, co mówicie? Na wiatr będziecie mówili” (1 Kor 14,9). „Ty wprawdzie pięknie dzięki czynisz, lecz drugi tym się nie buduje” (1 Kor 14,17).

Fakt ich niezrozumiałości wyjaśnia, dlaczego potrzebują tłumaczenia: „Jeżeli korzysta ktoś z daru języków, to niech mówią kolejno dwaj, najwyżej trzej, a jeden niech tłumaczy!” (1 Kor 14,27).

Tekst 1 Kor 12 i 14 stał się ważną podstawą nauczania najpierw zielonoświątkowców, a potem ruchu charyzmatycznego na temat modlitwy w językach: uczono niezwykłych pożytków płynących z praktykowania takiej modlitwy, czy to osobiście, czy też wspólnotowo.

4. Każdy może to robić: nie musi być ochrzczony w Duchu!

Po krótkim spojrzeniu na przykłady biblijnego nauczania na temat „języków” powróćmy teraz na znany nam teren Odnowy charyzmatycznej. Czy to, co nazywa się dziś w Odnowie „językami”, rzeczywiście przypomina to, co określano tą nazwą w Biblii oraz w stuletniej historii ruchu charyzmatycznego? Pewnie czasem tak, a czasem nie.

Ruch Odnowy charyzmatycznej jest dziś niezmiernie zróżnicowany i niełatwo wypowiadać się o całej Odnowie. Sięgnijmy więc tylko po jeden przykład. Niech będzie on w miarę reprezentatywny – wypowiedź o. R. Faricy’ego.

O. Robert Faricy to jezuita, wykładowca na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, od lat związany z Odnową. Występował na Ogólnopolskim Czuwaniu Odnowy w Duchu Świętym w Częstochowie w 1992 r. Głosił też konferencje w 1998 r. na sesji formacyjnej Strumienie Wody Żywej organizowanej przez Stowarzyszenie „M” – Centrum Formacji i Kultury Chrześcijańskiej. Te doroczne sesje cieszą się wielkim uznaniem w Odnowie w Duchu Świętym. Materiały z sesji zostały opublikowane w „Zeszytach Odnowy w Duchu Świętym” (ZODŚ), najbardziej wpływowym czasopiśmie polskiej Odnowy.

O. Faricy nauczał o językach tak:

„Sposobem modlitwy kontemplacyjnej jest modlitwa w językach […].
– Kto umie modlić się w językach? Wszyscy mogą modlić się w językach!
Czy muszę być do tego ochrzczony w Duchu Świętym? Nie! […]
– Więc jak modlę się w językach?
– Otwieram usta, patrzę na Jezusa oczami wiary i śpiewam, używając sylab, które nie mają sensu. Jak małe dziecko, które nie umie mówić. Potem pozwalam, aby te sylaby tworzyły całość. I śpiewam do Jezusa jak małe, gaworzące dziecko.
Czy to prawdziwy język? Nie!
Jest to modlitwa kontemplacyjna – bez myślenia, bez słów […]. Modlitwa w językach jest wyższym stopniem modlitwy kontemplacyjnej”[2].

Jak łatwo zauważyć, określenie „modlitwa w językach” wydaje się tu oznaczać coś innego niż w Piśmie Świętym. Pierwsza różnica polega na tym, że nie niesie ze sobą żadnej treści możliwej do wyrażenia słowami. Nie tylko więc, że nikt z obecnych nie może jej zrozumieć (jak rozumiano „języki” w Dz 2,4-12), ale jest to w ogóle niemożliwe: próżno byłoby czekać na tłumaczenie (jak w 1 Kor 14), skoro jest to rodzaj gaworzenia „bez myślenia i bez słów”. Jako przykład podaje się, że „matka «rozmawia» ze swoim malutkim, zaledwie gaworzącym dzieckiem”, a „kibice sportowi wydobywają z siebie jęki zawodu”[3].

Druga różnica to brak związania tego rodzaju modlitwy z jakimś specjalnym, nadzwyczajnym działaniem Ducha Świętego. Nie trzeba być do tego nawet „ochrzczonym w Duchu Świętym” i dlatego każdy może to robić.

Trzecia różnica wymaga dalszej lektury tekstu o. Faricy’ego:

„Teraz wszyscy będziemy śpiewać w językach.
– Czy to jest łatwe?
– To zależy! Jeżeli jesteście ludźmi młodymi, to jest to bardzo łatwe”[4].

Kolejna różnica polega więc na tym, że nazwa „śpiew w językach” oznacza coś, do czego wszyscy – choćby nigdy wcześniej tego nie robili – są zdolni po krótkim ćwiczeniu. Przeszkody wydają się głównie natury psychologicznej: dlatego młodszy wiek, sprzyjający eksperymentowaniu i nowatorstwu, jest gwarancją powodzenia śpiewanej modlitwy w „językach”.

A oto jak wygląda praktyczne wprowadzenie do modlitwy językami. Wbrew temu, czego moglibyśmy oczekiwać, nie jest to skupiona otwartość na Ducha Świętego i oczekiwanie na niespodziankę: nie, jest to rodzaj wokalnego ćwiczenia:

„Proszę wstać. Będziemy teraz śpiewać «Alleluja» i po ostatnim «Alleluja» zaczniemy śpiewać w językach. Alleluja, Alleluja…[5].

Bywalcy takich zgromadzeń wiedzą, czego skrótem są owe trzy kropki w tekście: w śpiewanym wyrazie Alleluja przedłuża się ostatnią sylabę „a”, która zmienia się w aaaaaaa, a potem zachęca się ludzi do jej modyfikowania w sylaby bez znaczenia, np. aaa-alala-lalala, a potem do kolejnych modyfikacji: aaa-alala kalala-kalala-balaba.

Taka „modlitwa językami” na pewno bywa piękna i wartościowa. Na pewno też wywiera niekiedy wielkie wrażenie swoim majestatem i wzniosłą siłą uczucia. Czy jednak nazwa „języki” odnosi się w tym przypadku do tego samego, co „języki” w Biblii? Wydaje się, że ten typ współczesnych „języków” jest bardziej podobny do naturalnych sposobów wyrazu stosowanych w muzyce świeckiej (zwłaszcza ludowej) niż do zaskakującego daru biblijnej modlitwy. Te sposoby to wokaliza, śpiewanie skatem lub jodłowanie.

Wokaliza to solowy utwór wokalny bez tekstu. Zrozumiały tekst zastępuje śpiewanie samogłosek lub pewnych sylab: tra-la-la-la; ram-pam-pam (lub bardziej swojskie tara-rira). Możliwe są oczywiście najróżniejsze zestawy dźwiękowe: w muzyce jidysz znane były na przykład dźwięki jom-pom-pom.

Scat singing to technika śpiewania używana w ragtimach i w jazzie, polegająca na śpiewie sylab bez znaczenia. Upowszechniona została przez Louisa Armstronga w latach trzydziestych XX wieku. Armstrong, śpiewając, modyfikował fantazyjnie słowa (np. słowo Daddy zmieniało mu się w Ding Dong Daddy), a nawet tworzył długie utwory śpiewane za pomocą dźwięków w ogóle pozbawionych znaczenia.

Podobnie ma się rzecz z jodłowaniem (niem. jodeln): jest to śpiew popularny w Tyrolu i okolicznych krainach, utworzony z sylab bez znaczenia, np. hol-la-la di-o, lub di-ri di-ri a-ha. Sylaby takie można tworzyć na bieżąco w miarę potrzeby śpiewaka.

5. Czy takie języki to na pewno języki?

Cztery podstawowe znaczenia słowa „języki” używanego we współczesnej Odnowie charyzmatycznej (w sensie modlitewnego daru) są więc takie:

– dar udzielony Apostołom w dniu Pięćdziesiątnicy: cudowny znak zrozumiały w wielu językach świata; opisywany niekiedy, choć rzadko, w późniejszej historii Kościoła
– dar opisany w następnych miejscach Dziejów Apostolskich: znak, po którym rozpoznawano zstąpienie Ducha; wspominany także w czasach późniejszych
– dar opisany w Pierwszym Liście do Koryntian 14: dar modlitewny; oczekiwany często przy dzisiejszej modlitwie o wylanie Ducha
– „modlitwa w językach” jako możliwa do wyuczenia modlitewna technika tworzenia niezrozumiałych dźwięków bez potrzeby chrztu w Duchu Świętym; często proponowana dzisiaj w Odnowie forma „modlitwy w językach”.

W świetle tak zróżnicowanego zastosowania nazwy „języki” warto zastanowić się wobec tego nad używaniem tego samego określenia „modlitwa w językach” (mówiona lub śpiewana) w związku z tak różnymi zjawiskami. W Odnowie charyzmatycznej kojarzą się z tą nazwą najpierw rozmaite zjawiska biblijne: dlatego „języki” mogą oznaczać ewidentny cud (Dz 2,4n); mogą opisywać jeden ze znaków przekonujących o zstąpieniu Ducha Świętego (Dz 10,44n); mogą opisywać charyzmat modlitwy wprawdzie aktualnie niezrozumiałej, ale możliwej do przetłumaczenia (1 Kor 14).

Czy warto do tej mnogości znaczeń dodawać jeszcze kolejne: wspólnotowe wokalizy, bez specjalnego związku z chrztem w Duchu Świętym, a nawet w ogólne niespecjalnie związane z jakimś szczególniejszym, aktualnym działaniem Ducha Świętego? Wokalizy, w które może włączyć się każdy bez wyjątku, jeśli tylko nie ma specjalnych zahamowań w tej mierze?

Pytanie to jest o tyle ważne, że rozszerzanie znaczenia terminu „języki” utrudnia zrozumienie historii ruchu charyzmatycznego. U początków tego ruchu ludzie wyczekiwali miesiącami i latami na dar języków. Jeden z najważniejszych inicjatorów nowożytnego pentekostalizmu, William J. Seymour, głosiciel słynnej Azusa Street Mission w Los Angeles, przez długi czas tak właśnie uczył o modlitwie w językach, choć sam tego daru jeszcze nie dostąpił. Trudno ukryć wrażenie, że gdyby Seymour był w Odnowie charyzmatycznej dzisiaj, nie musiałby czekać: otworzyłby po prostu usta śpiewając halleluu-uujah, przedłużyłby samogłoskę „u” w uuuuuu, potem by ją zmodyfikował uuuu-rururu-kuru i problem języków rozwiązałby się w dziesięć minut. Najwidoczniej więc sto lat temu ta sama nazwa „języki” oznaczała coś innego niż dziś. Nie przesądzając o tym, czy była to na pewno taka sama modlitwa, o której mówił Apostoł Paweł, możemy z całą pewnością orzec, że nie była to taka sama modlitwa, do której niekiedy zachęca się dziś na dużych charyzmatycznych spotkaniach modlitewnych: może to robić każdy, choćby nigdy wcześniej tego nie robił; nie musi być do tego ochrzczony w Duchu; jeśli raz się tego nauczy, ta umiejętność już nigdy ni zaniknie[6].

Oczywiście, nie chodzi o pomniejszanie wartości wokalizy modlitewnej. Podobnie jak wyuczony śpiew pieśni bywa budujący i duchowo pożyteczny, tak samo wyuczona wokaliza o różnym stopniu spontaniczności i improwizacji może spełniać wspaniałą rolę na spotkaniach modlitewnych Odnowy charyzmatycznej. Może to być wokaliza śpiewana („śpiew w językach”) lub recytowana („modlitwa w językach”). Problemem jest tylko to, że jeśli używamy określenia „modlitwa w językach” w tak szerokim znaczeniu, to po pierwsze, niezrozumiały staje się nieoczekiwany i cudowny charakter wielu wydarzeń w Nowym Testamencie związanych z modlitwą językami. Po drugie, zagubi nam się znaczenie potrzeby modlitwy o charyzmaty (w tym charyzmat „języków”), skoro „języki” nabywa się drogą ćwiczeń w spontaniczności charyzmatycznego jodłowania. Po trzecie wreszcie, przestaniemy rozumieć prawdziwą historię „języków” w pentekostalizmie, czyli nowożytnym ruchu charyzmatycznym.

Chyba jednak nie wszystko da się w nim sprowadzić do szczerej modlitwy wewnętrznej połączonej ze śmiałością w głośnym wypowiadaniu jom-pom-pom lub oj, di-ri di-ri, u-ha! Jeśli banalizacja „modlitwy w językach” będzie trwać, to wkrótce staniemy przed pytaniem, czy wzbudzenie pobożnej intencji i śpiewanie oj, dana, dana to już modlitwa w językach? Właściwie: dlaczego nie…?

PRZYPISY:

[1] O. M. Wrzos OMI, Dar języków, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” wrzesień-październik 2004, nr 5 (74), s. 47-56.

[2] O. R. Faricy, Konferencja Potrzeba uzdrowienia wewnętrznego na sesji Strumienie Wody Żywej ‘98, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” luty 1999, nr 1 (31), s. 11.

[3] Ks. A. Sapieha, Modlitwa w językach, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” wrzesień-październik 2004, nr 5 (74), s. 62-63.

[4] O. R. Faricy, Konferencja Potrzeba uzdrowienia wewnętrznego na sesji Strumienie Wody Żywej ‘98, art. cyt., s. 12.

[5] Tamże.

[6] O. M. Wrzos OMI, Dar języków, „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym” wrzesień-październik 2004, nr 5 (74), s. 55.

PROROCZE UWIELBIENIE

Osoby zalogowane mogą pobrać plik dźwiękowy, który jest źródłem dla tego artykułu (Menu użytkownika –> Pobieralnia). Plik dostępny tylko czasowo!

W ciągu ostatnich kilkunastu lat niebywałą karierę w ruchu charyzmatycznym zrobiło słowo „uwielbienie”. To, co w latach 80. nazywano modlitwą śpiewem, dziś często nazywa się uwielbieniem; to, co nazywano najpierw scholą, a potem diakonią muzyczną, dziś zwykle nazywa się diakonią uwielbienia; nawet dawniejsze spotkania modlitewne doczekały się zmiany terminologicznej – często są zwane po prostu spotkaniami uwielbieniowymi. Przez uwielbienie rozumie się śpiew zawierający takie zwroty, jak „uwielbiam Cię, Panie” albo inne podobne wyrażenia; uwielbienie to także wspólne, zwykle głośne modlitwy wychwalające Boga i opiewające wspaniałe uczucia, jakie napełniają ludzi świadomych Jego obecności. Uwielbienie to także coraz częściej muzyka bez słów, pozwalająca wejść w ekstatyczny kontakt z Bogiem bez pośrednictwa pojęć, a często nawet w ogóle bez słów. Wychwalanie i wysławianie Boga przez śpiewanie i granie w konwencji popularnej i lubianej muzyki uchodzi za kulminacyjny moment chrześcijańskiej pobożności, za szczyt modlitwy zgromadzonych wiernych, a niekiedy nawet za cel istnienia Kościoła.

modlitewna estrada

Ciekawe wnioski na ten temat można wysnuć z porównania wystroju pomieszczeń modlitewnych. W tradycyjnym Kościele katolickim w centrum przestrzeni modlitewnej stoi ołtarz i miejsce czytania Pisma Świętego: dwa centra emanujące obecnością Bożą w czasie sprawowania Eucharystii. Obecni na liturgii stoją nieustannie twarzą w twarz z lektorem czytającym słowo Boże, wraz z kapłanem zwracają się też ku ołtarzowi ofiary dziękczynnej. W świątyni luterańskiej ołtarz, choć też obecny, bywa przyćmiony dominującą amboną zwiastowania słowa. Interesujące jest przypatrzenie się w tym kontekście najczęstszym dziś sposobom zorganizowania przestrzeni modlitewnej w ruchu charyzmatycznym na spotkaniu modlitewnym. Intryguje zwłaszcza centralne miejsce, jakie zajmuje ekipa muzyczna. Jest to wystrój estradowy, koncertowy: wszyscy obecni nieustannie mają przed oczami muzyków. Zwykle jest to zespół złożony z wokalistów, wszechobecnych gitar, niekiedy perkusji. Muzycy zajmują centralne miejsce na sali. Bywa i tak, że nawet kiedy czuwanie modlitewne odbywa się w kościele, szuka się miejsca w okolicach prezbiterium, by modlący się wierni mogli zawsze widzieć grające i śpiewające osoby prowadzące modlitwę. Jest to istotna nowość, która tym bardziej rzuca się w oczy, kiedy przypomnimy sobie, gdzie tradycyjnie umieszczano organy: dyskretnie, za ludem, tak by dochodził ich dźwięk, ale by nie widać było organisty. Tradycyjnie też obok organów zajmował skromniejsze miejsce chór i stąd to miejsce, galeria nad wejściem do kościoła, wzięło swoją nazwę i nazywa się „chórem”: chór śpiewa „na chórze”. Wspomniana innowacja w ruchu charyzmatycznym jest więc znamienna. W ten sposób w języku symbolu przestrzennego wyraża się dziś wiara w nową, centralną, dominującą rolę muzyki popularnej wyrażającej uwielbienie Boga. Na pytanie: „gdzie mieszka Bóg”, wydaje się padać jednoznaczna odpowiedź: „Bóg mieszka w chwałach Izraela” (jak niektóre tłumaczenia oddają werset Ps 22,4).

Intryguje również porównanie spotkania charyzmatycznego z typowym spotkaniem modlitewnym w innych ruchach. W ruchu neokatechumenalnym w centrum przestrzeni modlitewnej na liturgii słowa stoją symbole: zwycięski krzyż i ambona czytania słowa, do tego w odpowiednim okresie liturgicznym paschał. W Ruchu Światło-Życie stawiano w centrum przestrzeni zapaloną świecę: „światło Chrystusa”. Spotkania animowane przez wspólnotę z Taizé mają w centrum przestrzeni modlitewnej ikony i płomienie świec. Natomiast w ruchu charyzmatycznym oczekujących na spotkanie wita rząd mikrofonów i wzmacniaczy oraz baterie głośników, a wejście artystów jest widomym znakiem rozpoczęcia modlitewnego przeżywania obecności Bożej. Idzie za tym też katecheza na temat roli muzyki i artysty w modlitwie:

„Muzyk jest odpowiedzialny za objawienie się Chwały Bożej w zgromadzeniu. Chwała Boża się objawi i bracia będą uwolnieni od grzechu i chorób. Gdy wierzący dostroją się w jednym Duchu, otrzymują jedną wiarę, jeden umysł, jedno serce, a Bogu podoba się przebywać w takim zgromadzeniu”[1].

Nauczanie o decydującej roli muzyki w bezpośrednim kontakcie człowieka z Bogiem rozwija się i radykalizuje. Dlatego muzyka, nawet czysto instrumentalna, a może zwłaszcza taka, zasługuje na nazwę „proroczego uwielbienia”: są to dźwięki „wprost z serca Boga”. Zdanie z Ewangelii: „Jeśli Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni” (J 8,36), zaczyna oznaczać zachętę do muzycznej improwizacji, w czasie której „Bóg w odczuwalny sposób dotyka swoją obecnością zgromadzone osoby”[2]. Interesujący jest w tym względzie magazyn muzyczny „Ruah”, mający duży autorytet również w środowiskach charyzmatycznych. Magazyn przekazuje na różne sposoby teologię muzycznego uwielbienia. Oto dla ilustracji zestaw kilku wybranych fragmentów:

„Czyż dzisiejsi muzycy chrześcijanie nie mają tej samej misji, co prorocy z Księgi Samuela”, którzy „grając otoczyli Saula i skutek był taki, że stał się on nowym człowiekiem?”.

„Nie czytamy, że prorocy przekazali Saulowi jakieś werbalne przesłanie; wiemy, że mieli instrumenty”, a „Bóg sam wytłumaczył wszystko Saulowi i przemienił jego serce”.

„Liderzy uwielbienia w świątyni Salomona prorokowali dźwiękiem: oni grali OD Boga”[3].

„W uwielbieniu chodzi o to, aby pozwolić Bogu grać i śpiewać w nas”, o „wyrażanie dźwiękami rzeczywistości duchowej”[4].

Czyżby wyrażenie „prorocy rocka” przestawało już mieć sens metaforyczny, skoro „poproszono 24 duchownych różnych Kościołów i wspólnot chrześcijańskich o napisanie homilii nawiązujących do tekstów U2”, by w ten sposób wykorzystać „najkonkretniejsze w świecie ślady obecności Bożego słowa”, które „pojawiają się wszędzie, a może szczególnie w tekstach zespołu”[5]?

jedność w Duchu Świętym

Wewnętrzna, duchowa jedność Kościoła w Duchu Świętym tradycyjnie wyrażała się w jednej nauce i w jedności pasterzy. Owa nauka to doktryna, której prawdziwość gwarantowana jest przez Ducha, a nauką tą żyje się na co dzień w pastoralnej jedności biskupów i w ich zjednoczeniu z biskupem Rzymu. W ruchu charyzmatycznym zachodzą zjawiska stopniowo przesuwające pojęcie „jedności w Duchu Świętym” w stronę „jedności w przeżywaniu odczuwalnych manifestacji Ducha Świętego”. Niekiedy następuje wręcz utożsamienie jedności Kościoła z takim właśnie przeżyciem: tam gdzie na spotkaniach modlitewnych przeżywa się odczuwalne dowody działania Ducha, tam miałaby panować już pełna jedność Kościoła, choćby przeżywający manifestacje duchowe pochodzili z tak różnych wyznań, jak katolicy, zielonoświątkowcy czy „wolni chrześcijanie”; więcej: nawet jeśli katolicy modlą się razem z ludźmi, których wspólnoty całkiem niedawno oddzieliły się od Kościoła katolickiego. Tam natomiast, gdzie takich manifestacji brak – jedności miałoby nie być, choćby dotyczyło to ludzi z tego samego wyznania, na przykład katolickiego.

Przytoczmy przykład wskazujący na taką ewolucję. Oto wspólnota, niegdyś katolicka, która potem wystąpiła z Kościoła katolickiego i założyła tak zwany wolny kościół chrześcijański, organizuje cykl nauczań na temat uwielbienia. Jest to wspólnota, o której miejscowy biskup katolicki powiedział: „przynależność do tego stowarzyszenia religijnego oraz uczestnictwo w zgromadzeniach religijnych wspólnoty jest równoznaczne z dobrowolnym odejściem od Kościoła katolickiego”[6]. W publikacjach tej odłączonej od Kościoła katolickiego wspólnoty znajdujemy nauczania znanego muzyka na temat uwielbienia: zostały wygłoszone na nabożeństwach tej ekskatolickiej wspólnoty. Ten sam autor publikuje podobne nauczania o uwielbieniu w czasopiśmie redagowanym przez szanowanego i cenionego ojca ze zgromadzenia zakonnego.

Najwidoczniej problem odejścia od Kościoła jawi się jako wybitnie drugorzędny wobec nadrzędnej, jednoczącej roli muzycznego uwielbienia. Problem odrzucenia wiary katolickiej i autorytetu biskupa wydaje się mało znaczący, a więcej waży talent do przewodzenia w śpiewanym uwielbienia i do przewodzenia w modlitwie uwielbienia na dużych spotkaniach, gdzie zgromadzeni będą się oddawać takiemu uwielbieniu. Jeśli taki talent jest, to mało ważna staje się przynależność wyznaniowa, odchodzenie od katolickiej jedności, negowanie dogmatów i autorytetu biskupów. Ów talent jest powodem, z którego osoby takie uważa się za jak najbardziej godne zaufania w kształceniu i formowaniu innych katolików, którzy z kolei będą prowadzić uwielbienie we wspólnotach charyzmatycznych w całej Polsce[7]. Powołanie grup Odnowy do szerzenia ekumenicznej jedności często rozumie się jako gest zapomnienia o rozłamach i odejściach:

„Pragniemy, aby uwielbienie, które organizujemy, było znakiem jedności chrześcijan – zostawiamy różnice i to, co nas dzieli, a łączymy się w śpiewie i w uwielbieniu”[8].

„Uwielbienie Pana to najlepsza droga do ekumenizmu, jedności. Żadnych trudnych teologicznych tematów. Naszym wspólnym «mianownikiem» jest miłość Boża”[9].

Podczas gdy my pragniemy „zasypywać Boga pozornie istotnymi pytaniami, sporami między Kościołami”, to „Jezus kieruje nasz wzrok wyżej, na uwielbienie Ojca w Duchu i w Prawdzie […]. Bóg pragnie, aby nasze wspólnoty były miejscem wprowadzenie ludzi w uwielbienie w Duchu i w Prawdzie, w intymność obecności Boga. […] Uwielbiając Boga, upodabniamy się do Niego”[10].

„Gdy cały kościół uwielbiał Boga z wielkim oddaniem i mocą, to wielu ludzi czuło się wręcz wewnętrznie przymuszonymi do wejścia do tego kościoła i przyłączenia się do uwielbienia Boga […]. Powrót do zagubionej jedności to niezwykły dar. Wypada już tylko na zakończenie oczekiwać, aby ci wszyscy, którzy zostali odnowieni w darze jedności, potrafili przekazać go czy też go uprosić wszystkim zwaśnionym środowiskom w Polsce”[11].

Niekiedy problem ten rozszerza się także na wspólnoty innych ruchów eklezjalnych. Także uwielbienie na spotkaniach ewangelizacyjnych organizowanych przez Ruch Światło-Życie mogą prowadzić te same osoby, które tuż przedtem prowadziły takie samo uwielbienie na spotkaniach organizowanych przez byłych katolików, którzy odeszli z Kościoła, wywołując publiczne napomnienia ze strony biskupów po tym, jak kilka lat temu założyli swoje własne, niekatolickie kościoły. Jednak trudno znaleźć wśród liderów Oazy lub w materiałach formacyjnych Ruchu Odnowy Charyzmatycznej komentarz do tej sytuacji. Jest ona traktowana jako temat znikomej wagi, wręcz nieistotny wobec wspaniałości przeżywania jedności w charyzmatycznej modlitwie ekstatycznego uwielbienia. Wydaje się, że w ten sposób jedność w Duchu Świętym rozumiana jako jedność w przeżywaniu śpiewanego, granego i modlitewnego uwielbienia bierze niekiedy górę nad jednością katolickiej wiary i struktury pasterskiej i w praktyce jest stopniowo wprowadzana w kolejnych ośrodkach charyzmatycznych.

solidarność proroczego uwielbienia

Problem potęgowany jest przez niechęć środowiska charyzmatycznego do publicznego poruszania tych spraw. W Kielcach w 1994 r. doszło do odejścia ponad stuosobowej grupy Odnowy w Duchu Świętym z Kościoła katolickiego; w Kaliszu rozłamowa grupa liczyła w chwili odejścia 500 osób; pod koniec lat 90. spora grupa Odnowy odeszła w Warszawie. We wszystkich tych sprawach, podobnie jak w wielu innych pomniejszych, materiały formacyjne ruchu, czyli „Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym”, zachowały aż do bieżącego roku absolutne milczenie. Zauważmy przy tym, że liczba stałych członków grup modlitewnych Odnowy to zaledwie ok. 20 tys. ludzi, więc procent, tych, którzy opuścili Kościół katolicki jest raczej spory. Wydaje się więc, że także tu zadziałała zasada: nie warto nazywać opuszczania Kościoła katolickiego burzeniem jedności, skoro dalej trwa uwielbianie Boga w wewnętrznej, ekstatycznej jedności ducha. Może nawet zwycięża myśl, że prawdziwym zamachem na jedność byłoby dopiero publiczne mówienie o rozłamach, gdyż stwarzałoby to wrażenie, że coś zakłóca głos pieśni uwielbienia.

PRZYPISY

[1] Por. Piotr Płecha, Serce Dawida – Rockmana Pana, http://nowezycie.gdansk.pl/gazeta/sonda01-07.htm (XI 2004); por. Serce Dawida, czyli teologia rocka, „Fronda. Pismo Poświęcone” nr 15/16.

[2] P. Płecha, Podążać za Bogiem, „Ruah” 26 (2004), s. 43.

[3] Tenże, Nowe dźwięki z serca Boga, „Ruah” 25 (2003), s. 24.

[4] Tenże, Misterium Uwielbienia, „Ruah” 27 (2004), s. 39.

[5] M. Nolywajka, Prorocy rocka, tamże.

[6] Homilia bpa Kazimierza Ryczana ze środy popielcowej 16.02.1994, http://petrus.ns.net.pl/bp-wiecz.htm (XI 2004).

[7] „W dniach od 30 września do 2 października w Siemianowicach Śląskich, w parafii św. Michała Archanioła odbędzie się po raz kolejny ewangelizacja Trzy dni dla Jezusa organizowana przez wspólnoty Ruchu Światło-Życie dekanatu Siemianowic oraz Odnowę w Duchu Świętym. Gościem głównym tej ewangelizacji będzie Piotr Płecha, lider uwielbienia, muzyk chrześcijan i radykalny chrześcijanin”, http://www.katolik.pl/index1.php?st=news&id=250 (XI 2004).

„DARY I POWOŁANIA: Konferencja UWIELBIENIE – WYKŁADY – WARSZTATY (10-12.12.2004).
Prowadzić warsztaty i usługiwać Słowem będą: Pastor Adam Piątkowski – Wspólnota Chrześcijańska „Wrocław dla Jezusa”; […] Pastor Bartłomiej Robel – Kościół Zielonoświątkowy w Zdzieszowicach; Pastor Jacek Matlakiewicz – Kościół „Chrystus dla Wszystkich” w Toruniu; ; Piotr Płecha – uwielbienie – warsztaty proroczego uwielbienia”, http://www.ekumenizm.pl/index.php?page=3 (XI 2004).

„W dniach 7-9 listopada 2003 w Piotrowicach koło Lublina odbędą się rekolekcje dla zespołu i chóru Gospel Rain. Poprowadzi je Piotr Płecha i Wspólnota Odnowy w Duch Świętym Miłosierny Samarytanin. Zwieńczeniem rekolekcji będzie radosne uwielbienie, które Gospel Rain poprowadzi w Amfiteatrze Kościoła OO. Kapucynów na Poczekajce w Lublinie”, http://ruah.pl/comments.php/dD0xJmlkPTEwOTk (XI 2004).

[8] T. Nowak PO, Pospolite ruszenie ku chwale Bożej, „Ruah” 23 (2003), s. 23.

[9] L. Twardowski, Pospolite ruszenie ku chwale Bożej, tamże.

[10] P. Płecha, Uwielbienie w Duchu i Prawdzie, tamże.

[11] M. Zalewska, tekst na temat spotkania w Rytychbłotach, „Ruah” 20 ( 2002), s. 12.

UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE – KONKRETNE PYTANIA

Od września na łamach naszego internetowego Serwisu Apologetycznego trwa burzliwa polemika. Jej materiałem wyjściowym był artykuł Uzdrowienie wewnętrzne – znaki zapytania. Powierzono mi opracowanie tematu uzdrowienia wewnętrznego i wygłoszenie go w ramach naszej III Sesji Apologetycznej w Gdańsku we wrześniu 2003 r. Że wybór tematu był strzałem w dziesiątkę, pokazała już wielogodzinna dyskusja po moim wystąpieniu. Okazało się, że jest to żywotny temat dla Odnowy Charyzmatycznej, i skoro wzbudza takie emocje, to rozpoczęcie otwartej i publicznej dyskusji jest sprawą palącą. Siłą rzeczy ta praca nie była wyczerpująca, ścisła ani wolna od niedoskonałości. Tym bardziej osobiście, ale też jako przedstawicielka redakcji Serwisu Apologetycznego pragnę wyrazić gorące podziękowanie wszystkim, którzy zabrali głos w naszej polemice, pomagając sprecyzować niektóre pojęcia, naświetlając problemy z różnych punktów widzenia, wyjaśniając nieścisłości i jednostronność spojrzenia. Jednym słowem, dziękuję wszystkim, którzy biorąc czynny udział w dyskusji, dali świadectwo swojego zaangażowania w sprawy Odnowy i Kościoła.

Nie uważam bynajmniej tej dyskusji za zamkniętą. Mam nadzieję, że nasz wspólny wysiłek skłoni osoby odpowiedzialne za Odnowę Charyzmatyczną do podjęcia wyzwania i zmierzenia się z zasygnalizowanymi problemami.

W tym artykule chciałabym odnieść się do kilku kwestii, które spowodowały szczególne wątpliwości i na zakończenie każdego punktu postawić konkretne pytanie.

Najwięcej kontrowersji wzbudził chyba sam termin „uzdrowienie wewnętrzne” i jego zakres znaczeniowy. Dzięki temu, że jednym z owoców dyskusji było dotarcie do materiałów międzynarodowego kolokwium w Rzymie (XI 2001), zorganizowanego przez ICCRS (Międzynarodowe Służby Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej) we współpracy z Papieską Radą do spraw Laikatu, i zamieszczenie na naszej stronie tłumaczenia fragmentów wystąpienia o. Raniero Cantalamessy[1], możemy obecnie oprzeć się na opinii tego teologa, kaznodziei Domu Papieskiego. Jego wystąpienie na temat modlitwy o uzdrowienie w ramach „okrągłego stołu” podczas tego kolokwium wyjaśnia pojęcie „uzdrowienia duchowego”:

„Uzdrowienie duchowe oznacza, na pierwszym miejscu, uzdrowienie z grzechu. Sam grzech widzieć należy jako chorobę, zranienie (vulnus) duszy, oraz często jako przyczynę niemocy ciała […]. Jednak ten rodzaj uzdrowienia lepiej nazywać nawróceniem, oczyszczeniem z grzechu, pojednaniem […]. W istocie sakrament specjalnie z tym związany nazywa się «sakramentem pojednania»”.

Pod nazwą uzdrowienia duchowego czy wewnętrznego w najszerszym znaczeniu rozumie się więc szacowne biblijne pojęcie nawrócenia. Potrzeba oczyszczenia z grzechu i biblijne przepisy na to oczyszczenie, stosowane w Kościele, nie budziły wśród uczestników naszej dyskusji żadnych wątpliwości.

O. Cantalamessa wyjaśnia dalej, że: „Określenie uzdrowienie wewnętrzne albo duchowe zwykle oznacza uzdrowienie z czegoś, co – choć samo grzechem nie jest – ma związek z grzechem albo jako jego skutek, albo jego przyczyna, albo jako podnieta do grzechu; albo oznacza uzdrowienie stanu czy sytuacji, która nie ma nic wspólnego z grzechem, ale jednak przeszkadza w pełnym rozkwicie życia łaski”; oraz wymienia przykładowe czynniki negatywne, które są przedmiotem uzdrowienia duchowego. Są to m.in.: uzależnienia i zniewolenia, głęboko zakorzenione zranienia, bolesne wspomnienia, nieakceptowanie siebie albo zaniżony obraz samego siebie, lęk, brak przebaczenia, zaburzenia relacji.

Rzeczywiście są to źródła „zaburzeń osobowości i nienormalnych reakcji”, a więc raczej dotyczące psychiki człowieka, które mogą mu utrudniać wzrost duchowy. Uzdrowienie wewnętrzne byłoby w tym przypadku uzdrawianiem obolałej psychiki. W wielu grupach Odnowy Charyzmatycznej modlitwę o uzdrowienie wewnętrzne proponuje się wszystkim bez wyjątku uczestnikom w ramach Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym (Rekolekcje Ewangelizacyjne Odnowy) albo podczas osobnych rekolekcji uzdrowienia wewnętrznego, pomyślanych jako nieodzowny stopień formacji chrześcijańskiej. Jeżeli taka modlitwa staje się punktem programu Rekolekcji Ewangelizacyjnych, które mają na celu ogłoszenie kerygmatu (co sprawia wrażenie, że staje się ona jakby punktem dodatkowym kerygmatu, niezbędnym dla wszystkich nawracających się), to chyba zasadne wydaje się postawienie następującego pytania: Czy takie uzdrowienie ma podstawy w Piśmie Świętym? Czy nasz Pan i jego Apostołowie przekazali nam naukę, że uzdrowienie wewnętrzne jest warunkiem przyjęcia miłości Bożej?

Nawiasem mówiąc, nasza dyskusja wzbudziła również twórczy ferment w postaci analizy postaci głoszonego kerygmatu. Rozważania te, na razie w gronie współpracowników serwisu, mogą stanowić twórczy wkład w wysiłek ewangelizacyjny środowiska Odnowy w Duchu Świętym.

Następnie zatrzymajmy się chwilę nad zagadnieniem, czy rzeczywiście bez uzdrowienia wewnętrznego – a nawet stawiając sprawę ostrzej – czy bez zdrowia psychicznego możliwy jest wzrost w łasce.

Oczywiście, nikt nie neguje, że wszystkie wymienione wyżej czynniki negatywne utrudniają relację z Bogiem i innymi ludźmi. Jak każde cierpienie, warte jest tego, aby z miłością się nad nim pochylić, a nieodłącznym przejawem tej miłości będzie modlitwa wstawiennicza za osobę dotkniętą cierpieniem.

Z doświadczenia wiemy, że każdy bez wyjątku człowiek doświadcza zranień. I tu jest pora na kolejne konkretne pytanie: Czy każdy człowiek potrzebuje modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne?

Odpowiedź wcale nie jest oczywista (przynajmniej wśród członków Odnowy), nawet na pytanie pozornie prostsze: Czy każdy potrzebuje uzdrowienia fizycznego?

Tu chciałabym przytoczyć osobiste świadectwo, które ilustruje, w jakim kierunku prowadzi charyzmatyczna formacja. W mojej parafii odbyła się kiedyś specjalna Msza św. z sakramentem uzdrowienia chorych animowana przez moją macierzystą Oazę (o duchowości charyzmatycznej). Oczywiście wspólnota w większości była obecna. Po katechezie naszego księdza moderatora wszyscy członkowie mojej wspólnoty – oprócz mnie – wówczas w większości bardzo młodzi ludzie, wyszli do sakramentu uzdrowienia chorych (dla wyjaśnienia: od kilkunastu lat cierpię na ciężkie schorzenie polegające na samoistnym niszczeniu własnych tkanek przez organizm).

Wydaje się, że zdrowa psychika powinna sobie z niewielkimi codziennymi urazami poradzić, tak jak nieznacznie skaleczona skóra goi się samoistnie. Problem zaczyna się, gdy psychika jest osłabiona albo gdy urazy są w silniejszym stopniu traumatyczne. Wtedy czasami potrzebna jest pomoc psychologa, może psychiatry, w niektórych wypadkach nawet egzorcysty. Pomoc modlitewna przynosi na pewno nieocenione usługi, jednak nie można modlitwy pomylić z terapią. Prowadzi to czasami do niekończących się seansów modlitewnych w oczekiwaniu na upragniony skutek. Stąd rodzi się pytanie: Czy oczekiwania skuteczności modlitwy o uzdrowienie są realistyczne? Czy zasadne jest oczekiwanie, że każdy chory – czy to fizycznie, czy w inny sposób – wskutek odpowiednio gorliwej modlitwy o uzdrowienie wyzdrowieje?

Podczas dyskusji podjęto również zagadnienie, czy w ogóle można dzielić uzdrowienie na zewnętrzne i wewnętrzne, skoro człowiek stanowi niepodzielną całość. Można by je streścić w następujący sposób: Bóg pragnie leczyć całego człowieka. Nie da się oddzielić poszczególnych warstw. Człowiek to nie kanapka. To oczywiste, że różne sfery osoby wpływają jedna na drugą. Szpecące blizny mogą spowodować depresję, zaś załamaniu nerwowemu towarzyszą objawy somatyczne. To jednak nie znaczy, że nie należy tych sfer odróżniać i traktować w odmienny sposób. Człowieka nadpobudliwego nie poddaje się dializie (nerki są biblijnym siedliskiem uczuć), zaś lecząc niedokrwienie mięśnia sercowego, nie wpłynie się na moralność człowieka. Dlatego stawiam pod rozwagę ważne, jak się wydaje, pytanie: Jak uniknąć pomieszania psychologicznych technik terapeutycznych z troską o wzrost duchowy?

Wiele emocji wzbudziło kategoryczne stwierdzenie, że miłość samego siebie nie jest nakazem ewangelicznym. Po prostu nigdzie w Ewangelii takiego nakazu nie znajdziemy. Pan Jezus naprawdę nigdy nie nakazał nam miłować samych siebie, co nie znaczy, że szacunek dla własnej osoby nie jest postawą pozytywną. Po prostu dbanie o własną osobę wchodzi w skład instynktu samozachowawczego i jeśli osoba jest zdrowa psychicznie, to nakazywać tego nie trzeba. Natomiast miłość bliźniego, nie mówiąc już o miłości nieprzyjaciół, jest tak trudna dla upadłej natury, że bez łaski Bożej człowiek nie jest do niej zdolny. Na wszelki wypadek jednak postawię pytanie następujące: Czy formacja Odnowy prawidłowo akcentuje postawę uprawnionej miłości samego siebie?

Dokładniejszego potraktowania wymagałby zapewne wątek przebaczenia. Od nas Bóg wymaga decyzji przebaczenia innym krzywd, które nam wyrządzili, nie jesteśmy odpowiedzialni za uczucia, często jednak nadal negatywne w stosunku do tych osób. Oczywiście, powinniśmy usilnie modlić się o łaskę przebaczenia i uzdrowienia także tych negatywnych emocji. Efekt tych modlitw nie zależy już jednak tak od nas, jak od łaski Bożej. Niemniej chciałabym podkreślić, na podstawie swojego doświadczenia, że zamiast modlić się o łaskę przebaczenia innym, najczęściej skłania się ludzi do wyszukiwania i przypominania krzywd, jakie inni wobec nich popełnili. Byłam świadkiem naprawdę niekończących się modlitw o uzdrowienie ze zranień spowodowanych przez innych ludzi, nieproporcjonalnie częstych w stosunku do wysiłku podjęcia pokuty za zranienia, jakie my wyrządziliśmy innym ludziom: Czy problem przebaczenia nie przesłonił problemu pokuty?

W niektórych przypadkach modlitwa o uzdrowienie wewnętrzne przybiera postać swoistego seansu psychoteraupeutycznego, polecając „powrót do przeszłości” i wyobrażanie sobie uzdrawiającego Jezusa. Starałam się ukazać w swoim artykule korzenie tego specyficznego podejścia. Właśnie praktyka „podróży w czasie”, powtórnego przeżywania przeżytych zranień, hipnozy, sugestii jest utożsamiana np. w Stanach Zjednoczonych z pojęciem uzdrowienia wewnętrznego i właśnie tam przybrała ona postać potężnego ruchu zapoczątkowanego przez A. Sanford – ruchu, który wydał całe zastępy „uzdrowicieli”. O. Canatalmessa o takim sposobie modlitwy w ogóle nie wspomina. Niestety, okazuje się, że Odnowa czerpie bezkrytycznie z wszelkich źródeł, najchętniej z amerykańskich, byleby tylko były najświeższej daty.

Przykład propagowania takiej metody można znaleźć chociażby w zamieszczonym po naszej dyskusji w dziale WARTO PRZECZYTAĆ artykule „Słowa wśród nas” pt. W świecie pełnym zranień[2]:

„Po wypowiedzeniu zranienia przychodzi czas na modlitwę. Poproś osobę, która się z tobą modli, aby pomogła ci powrócić wyobraźnią do tego momentu, kiedy wydarzyła się bolesna sytuacja. Przypomnij ją sobie ze wszystkimi możliwymi szczegółami, ale tym razem poproś Jezusa, aby był z tobą i towarzyszył ci w tym wydarzeniu. Przeżywając na nowo raniącą sytuację, patrz na obecnego w niej Jezusa. Obserwuj pełen miłości wyraz Jego twarzy.

Następny krok to wyobrażenie sobie Jezusa, który siada z tobą bezpośrednio po zakończeniu bolesnej sytuacji. Tu znowu wpatruj się w wyraz Jego twarzy, zauważ Jego współczujący wzrok, Jego krzepiący uśmiech. Może nawet zobaczysz, jak przytula cię do siebie, bierze cię za rękę, patrzy w oczy. W dalszym ciągu modlitwy proś Jezusa – powtarzając tę prośbę wiele razy – aby usunął twój ból. Pozwól Mu swobodnie czynić wszystko, co trzeba, aby uzdrowić twoją pamięć. Jezus wie, co przeżyłeś, i jest w stanie powrócić wraz z tobą do przeszłości, by usunąć jej piekące żądło”.

Tę metodą reklamuje się zachęcająco: „To naprawdę działa!”. A jednak jest wiele metod, które choć skuteczne, żadną miarą nie są do pogodzenia z życiem chrześcijańskim, np. przekupstwo bywa skuteczne w osiągnięciu wymarzonego stanowiska: to działa! Do nich na pewno należy zaprezentowana socjotechniczna metoda wizualizacji, wykorzystywana np. w sieciach typu „Amway”. Być może jest skuteczna, ale jest nie do pogodzenia z postawą dziecka Bożego wobec Jedynego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. Warto więc może przy okazji tego problemu postawić pytania: Czy powyższa technika uzdrowieńcza jest godna polecenia? oraz: Jakim celom służy chrześcijańska modlitwa zwana rozmyślaniem?

Wszyscy na ogół zgodzili się z możliwością różnych nadużyć. Szczególnie wymieniano tu możliwość wyrządzenia szkód przez osoby nieprzygotowane, które biorą się za modlitwę o uzdrowienie wewnętrzne, brak kontroli nad nimi, zagrożenie pogwałcenia prywatności, nacisk psychologiczny, pranie mózgu itd. Czy jest możliwość anonimowego składania skarg w tej sprawie? (jeśli w Odnowie nie ma takiego forum, to „Apologetyka” chętnie udostępni swoje łamy).

Oprócz krytyki i odnotowania zjawisk niepożądanych zauważono również potrzebę opracowania pozytywnych norm modlitwy wstawienniczej, także tej o uzdrowienie wewnętrzne. Pierwszym krokiem w tym kierunku są wnioski z sesji zamieszczone w Serwisie Apologetycznym. Jest to zadanie, jak się wydaje, odpowiednie dla wiodących ośrodków Odnowy w Duchu Świętym w Magdalence, w Łodzi i w Krakowie. Czy podjęto wysiłek opracowania norm modlitwy wstawienniczej obowiązujących w Odnowie?

Rzeczowa dyskusja na temat uzdrowienia wewnętrznego jest bardzo potrzebna. Utrudnia ją na pewno wieloznaczność i nieokreśloność pojęcia. Proponuję więc za o. Raniero Catalamessą przyjąć, że uzdrowienie duchowe (wewnętrzne) polega na uzdrowieniu z grzechu oraz na walce z tymi okolicznościami, które przeszkadzają w pełnym rozkwicie życia łaski. Właściwą drogą uzdrowienia jest chrześcijańska droga nawrócenia, którą wytycza życie sakramentalne, czytanie Pisma Świętego, praktyki ascetyczne oraz modlitewne – oczywiście w tym również modlitwa wstawiennicza. Kaznodzieja Domu Papieskiego uważa, że takie uzdrowienie jest długotrwałym, stopniowym procesem – metoda wyobrażeniowa nie jest w tym aspekcie w ogóle wspomniana.

Być może więc nacisk w rozwoju życia duchowego trzeba położyć na nawrócenie, a nie na uzdrowienie; oraz na to, że nawrócenie nie jest wydarzeniem jednorazowym, lecz drogą (por. Dz 9,2).

Tu przytoczę anegdotyczne wydarzenie, które ilustruje potoczne pojęcie nawrócenia w środowisku Odnowy: Na Święta Narodzenia Pańskiego złożyłam znajomemu życzenia nawrócenia. Zaniepokojony odpisał: „Co masz na myśli?”. Takie życzenia wydają się wśród charyzmatyków wręcz obraźliwe! Ktoś, kto przyjął chrzest w Duchu Świętym, uważa się za nawróconego, ale tak naprawdę to jest dopiero wejście na drogę nawrócenia. Nikt nie może powiedzieć o sobie, że jest już nawrócony, że posiada wiarę w pełni dojrzałą, że nosi w sobie doskonały obraz Chrystusa – i nawrócenia nie potrzebuje.

Na zakończenie chciałabym życzyć wszystkim czytelnikom uzdrowienia duchowego w pierwszym rzędzie jako nawrócenia, czyli wzrostu w wierze, nadziei i miłości.

Aleksandra Kowal

P R Z Y P I S Y :
[1] http://www.apologetyka.katolik.pl/polemiki/charyzmania/rc_uzdrowienie_duchowe/index.php
[1] http://www.apologetyka.katolik.pl/marianie/10-03/art-2.php

UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE – KONKRETNE PYTANIA

Od września na łamach naszego internetowego Serwisu Apologetycznego trwa burzliwa polemika. Jej materiałem wyjściowym był artykuł Uzdrowienie wewnętrzne – znaki zapytania. Powierzono mi opracowanie tematu uzdrowienia wewnętrznego i wygłoszenie go w ramach naszej III Sesji Apologetycznej w Gdańsku we wrześniu 2003 r. Że wybór tematu był strzałem w dziesiątkę, pokazała już wielogodzinna dyskusja po moim wystąpieniu. Okazało się, że jest to żywotny temat dla Odnowy Charyzmatycznej, i skoro wzbudza takie emocje, to rozpoczęcie otwartej i publicznej dyskusji jest sprawą palącą. Siłą rzeczy ta praca nie była wyczerpująca, ścisła ani wolna od niedoskonałości. Tym bardziej osobiście, ale też jako przedstawicielka redakcji Serwisu Apologetycznego pragnę wyrazić gorące podziękowanie wszystkim, którzy zabrali głos w naszej polemice, pomagając sprecyzować niektóre pojęcia, naświetlając problemy z różnych punktów widzenia, wyjaśniając nieścisłości i jednostronność spojrzenia. Jednym słowem, dziękuję wszystkim, którzy biorąc czynny udział w dyskusji, dali świadectwo swojego zaangażowania w sprawy Odnowy i Kościoła.

Nie uważam bynajmniej tej dyskusji za zamkniętą. Mam nadzieję, że nasz wspólny wysiłek skłoni osoby odpowiedzialne za Odnowę Charyzmatyczną do podjęcia wyzwania i zmierzenia się z zasygnalizowanymi problemami.

W tym artykule chciałabym odnieść się do kilku kwestii, które spowodowały szczególne wątpliwości i na zakończenie każdego punktu postawić konkretne pytanie.

Najwięcej kontrowersji wzbudził chyba sam termin „uzdrowienie wewnętrzne” i jego zakres znaczeniowy. Dzięki temu, że jednym z owoców dyskusji było dotarcie do materiałów międzynarodowego kolokwium w Rzymie (XI 2001), zorganizowanego przez ICCRS (Międzynarodowe Służby Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej) we współpracy z Papieską Radą do spraw Laikatu, i zamieszczenie na naszej stronie tłumaczenia fragmentów wystąpienia o. Raniero Cantalamessy[1], możemy obecnie oprzeć się na opinii tego teologa, kaznodziei Domu Papieskiego. Jego wystąpienie na temat modlitwy o uzdrowienie w ramach „okrągłego stołu” podczas tego kolokwium wyjaśnia pojęcie „uzdrowienia duchowego”:

„Uzdrowienie duchowe oznacza, na pierwszym miejscu, uzdrowienie z grzechu. Sam grzech widzieć należy jako chorobę, zranienie (vulnus) duszy, oraz często jako przyczynę niemocy ciała […]. Jednak ten rodzaj uzdrowienia lepiej nazywać nawróceniem, oczyszczeniem z grzechu, pojednaniem […]. W istocie sakrament specjalnie z tym związany nazywa się «sakramentem pojednania»”.

Pod nazwą uzdrowienia duchowego czy wewnętrznego w najszerszym znaczeniu rozumie się więc szacowne biblijne pojęcie nawrócenia. Potrzeba oczyszczenia z grzechu i biblijne przepisy na to oczyszczenie, stosowane w Kościele, nie budziły wśród uczestników naszej dyskusji żadnych wątpliwości.

O. Cantalamessa wyjaśnia dalej, że: „Określenie uzdrowienie wewnętrzne albo duchowe zwykle oznacza uzdrowienie z czegoś, co – choć samo grzechem nie jest – ma związek z grzechem albo jako jego skutek, albo jego przyczyna, albo jako podnieta do grzechu; albo oznacza uzdrowienie stanu czy sytuacji, która nie ma nic wspólnego z grzechem, ale jednak przeszkadza w pełnym rozkwicie życia łaski”; oraz wymienia przykładowe czynniki negatywne, które są przedmiotem uzdrowienia duchowego. Są to m.in.: uzależnienia i zniewolenia, głęboko zakorzenione zranienia, bolesne wspomnienia, nieakceptowanie siebie albo zaniżony obraz samego siebie, lęk, brak przebaczenia, zaburzenia relacji.

Rzeczywiście są to źródła „zaburzeń osobowości i nienormalnych reakcji”, a więc raczej dotyczące psychiki człowieka, które mogą mu utrudniać wzrost duchowy. Uzdrowienie wewnętrzne byłoby w tym przypadku uzdrawianiem obolałej psychiki. W wielu grupach Odnowy Charyzmatycznej modlitwę o uzdrowienie wewnętrzne proponuje się wszystkim bez wyjątku uczestnikom w ramach Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym (Rekolekcje Ewangelizacyjne Odnowy) albo podczas osobnych rekolekcji uzdrowienia wewnętrznego, pomyślanych jako nieodzowny stopień formacji chrześcijańskiej. Jeżeli taka modlitwa staje się punktem programu Rekolekcji Ewangelizacyjnych, które mają na celu ogłoszenie kerygmatu (co sprawia wrażenie, że staje się ona jakby punktem dodatkowym kerygmatu, niezbędnym dla wszystkich nawracających się), to chyba zasadne wydaje się postawienie następującego pytania: Czy takie uzdrowienie ma podstawy w Piśmie Świętym? Czy nasz Pan i jego Apostołowie przekazali nam naukę, że uzdrowienie wewnętrzne jest warunkiem przyjęcia miłości Bożej?

Nawiasem mówiąc, nasza dyskusja wzbudziła również twórczy ferment w postaci analizy postaci głoszonego kerygmatu. Rozważania te, na razie w gronie współpracowników serwisu, mogą stanowić twórczy wkład w wysiłek ewangelizacyjny środowiska Odnowy w Duchu Świętym.

Następnie zatrzymajmy się chwilę nad zagadnieniem, czy rzeczywiście bez uzdrowienia wewnętrznego – a nawet stawiając sprawę ostrzej – czy bez zdrowia psychicznego możliwy jest wzrost w łasce.

Oczywiście, nikt nie neguje, że wszystkie wymienione wyżej czynniki negatywne utrudniają relację z Bogiem i innymi ludźmi. Jak każde cierpienie, warte jest tego, aby z miłością się nad nim pochylić, a nieodłącznym przejawem tej miłości będzie modlitwa wstawiennicza za osobę dotkniętą cierpieniem.

Z doświadczenia wiemy, że każdy bez wyjątku człowiek doświadcza zranień. I tu jest pora na kolejne konkretne pytanie: Czy każdy człowiek potrzebuje modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne?

Odpowiedź wcale nie jest oczywista (przynajmniej wśród członków Odnowy), nawet na pytanie pozornie prostsze: Czy każdy potrzebuje uzdrowienia fizycznego?

Tu chciałabym przytoczyć osobiste świadectwo, które ilustruje, w jakim kierunku prowadzi charyzmatyczna formacja. W mojej parafii odbyła się kiedyś specjalna Msza św. z sakramentem uzdrowienia chorych animowana przez moją macierzystą Oazę (o duchowości charyzmatycznej). Oczywiście wspólnota w większości była obecna. Po katechezie naszego księdza moderatora wszyscy członkowie mojej wspólnoty – oprócz mnie – wówczas w większości bardzo młodzi ludzie, wyszli do sakramentu uzdrowienia chorych (dla wyjaśnienia: od kilkunastu lat cierpię na ciężkie schorzenie polegające na samoistnym niszczeniu własnych tkanek przez organizm).

Wydaje się, że zdrowa psychika powinna sobie z niewielkimi codziennymi urazami poradzić, tak jak nieznacznie skaleczona skóra goi się samoistnie. Problem zaczyna się, gdy psychika jest osłabiona albo gdy urazy są w silniejszym stopniu traumatyczne. Wtedy czasami potrzebna jest pomoc psychologa, może psychiatry, w niektórych wypadkach nawet egzorcysty. Pomoc modlitewna przynosi na pewno nieocenione usługi, jednak nie można modlitwy pomylić z terapią. Prowadzi to czasami do niekończących się seansów modlitewnych w oczekiwaniu na upragniony skutek. Stąd rodzi się pytanie: Czy oczekiwania skuteczności modlitwy o uzdrowienie są realistyczne? Czy zasadne jest oczekiwanie, że każdy chory – czy to fizycznie, czy w inny sposób – wskutek odpowiednio gorliwej modlitwy o uzdrowienie wyzdrowieje?

Podczas dyskusji podjęto również zagadnienie, czy w ogóle można dzielić uzdrowienie na zewnętrzne i wewnętrzne, skoro człowiek stanowi niepodzielną całość. Można by je streścić w następujący sposób: Bóg pragnie leczyć całego człowieka. Nie da się oddzielić poszczególnych warstw. Człowiek to nie kanapka. To oczywiste, że różne sfery osoby wpływają jedna na drugą. Szpecące blizny mogą spowodować depresję, zaś załamaniu nerwowemu towarzyszą objawy somatyczne. To jednak nie znaczy, że nie należy tych sfer odróżniać i traktować w odmienny sposób. Człowieka nadpobudliwego nie poddaje się dializie (nerki są biblijnym siedliskiem uczuć), zaś lecząc niedokrwienie mięśnia sercowego, nie wpłynie się na moralność człowieka. Dlatego stawiam pod rozwagę ważne, jak się wydaje, pytanie: Jak uniknąć pomieszania psychologicznych technik terapeutycznych z troską o wzrost duchowy?

Wiele emocji wzbudziło kategoryczne stwierdzenie, że miłość samego siebie nie jest nakazem ewangelicznym. Po prostu nigdzie w Ewangelii takiego nakazu nie znajdziemy. Pan Jezus naprawdę nigdy nie nakazał nam miłować samych siebie, co nie znaczy, że szacunek dla własnej osoby nie jest postawą pozytywną. Po prostu dbanie o własną osobę wchodzi w skład instynktu samozachowawczego i jeśli osoba jest zdrowa psychicznie, to nakazywać tego nie trzeba. Natomiast miłość bliźniego, nie mówiąc już o miłości nieprzyjaciół, jest tak trudna dla upadłej natury, że bez łaski Bożej człowiek nie jest do niej zdolny. Na wszelki wypadek jednak postawię pytanie następujące: Czy formacja Odnowy prawidłowo akcentuje postawę uprawnionej miłości samego siebie?

Dokładniejszego potraktowania wymagałby zapewne wątek przebaczenia. Od nas Bóg wymaga decyzji przebaczenia innym krzywd, które nam wyrządzili, nie jesteśmy odpowiedzialni za uczucia, często jednak nadal negatywne w stosunku do tych osób. Oczywiście, powinniśmy usilnie modlić się o łaskę przebaczenia i uzdrowienia także tych negatywnych emocji. Efekt tych modlitw nie zależy już jednak tak od nas, jak od łaski Bożej. Niemniej chciałabym podkreślić, na podstawie swojego doświadczenia, że zamiast modlić się o łaskę przebaczenia innym, najczęściej skłania się ludzi do wyszukiwania i przypominania krzywd, jakie inni wobec nich popełnili. Byłam świadkiem naprawdę niekończących się modlitw o uzdrowienie ze zranień spowodowanych przez innych ludzi, nieproporcjonalnie częstych w stosunku do wysiłku podjęcia pokuty za zranienia, jakie my wyrządziliśmy innym ludziom: Czy problem przebaczenia nie przesłonił problemu pokuty?

W niektórych przypadkach modlitwa o uzdrowienie wewnętrzne przybiera postać swoistego seansu psychoteraupeutycznego, polecając „powrót do przeszłości” i wyobrażanie sobie uzdrawiającego Jezusa. Starałam się ukazać w swoim artykule korzenie tego specyficznego podejścia. Właśnie praktyka „podróży w czasie”, powtórnego przeżywania przeżytych zranień, hipnozy, sugestii jest utożsamiana np. w Stanach Zjednoczonych z pojęciem uzdrowienia wewnętrznego i właśnie tam przybrała ona postać potężnego ruchu zapoczątkowanego przez A. Sanford – ruchu, który wydał całe zastępy „uzdrowicieli”. O. Canatalmessa o takim sposobie modlitwy w ogóle nie wspomina. Niestety, okazuje się, że Odnowa czerpie bezkrytycznie z wszelkich źródeł, najchętniej z amerykańskich, byleby tylko były najświeższej daty.

Przykład propagowania takiej metody można znaleźć chociażby w zamieszczonym po naszej dyskusji w dziale WARTO PRZECZYTAĆ artykule „Słowa wśród nas” pt. W świecie pełnym zranień[2]:

„Po wypowiedzeniu zranienia przychodzi czas na modlitwę. Poproś osobę, która się z tobą modli, aby pomogła ci powrócić wyobraźnią do tego momentu, kiedy wydarzyła się bolesna sytuacja. Przypomnij ją sobie ze wszystkimi możliwymi szczegółami, ale tym razem poproś Jezusa, aby był z tobą i towarzyszył ci w tym wydarzeniu. Przeżywając na nowo raniącą sytuację, patrz na obecnego w niej Jezusa. Obserwuj pełen miłości wyraz Jego twarzy.

Następny krok to wyobrażenie sobie Jezusa, który siada z tobą bezpośrednio po zakończeniu bolesnej sytuacji. Tu znowu wpatruj się w wyraz Jego twarzy, zauważ Jego współczujący wzrok, Jego krzepiący uśmiech. Może nawet zobaczysz, jak przytula cię do siebie, bierze cię za rękę, patrzy w oczy. W dalszym ciągu modlitwy proś Jezusa – powtarzając tę prośbę wiele razy – aby usunął twój ból. Pozwól Mu swobodnie czynić wszystko, co trzeba, aby uzdrowić twoją pamięć. Jezus wie, co przeżyłeś, i jest w stanie powrócić wraz z tobą do przeszłości, by usunąć jej piekące żądło”.

Tę metodą reklamuje się zachęcająco: „To naprawdę działa!”. A jednak jest wiele metod, które choć skuteczne, żadną miarą nie są do pogodzenia z życiem chrześcijańskim, np. przekupstwo bywa skuteczne w osiągnięciu wymarzonego stanowiska: to działa! Do nich na pewno należy zaprezentowana socjotechniczna metoda wizualizacji, wykorzystywana np. w sieciach typu „Amway”. Być może jest skuteczna, ale jest nie do pogodzenia z postawą dziecka Bożego wobec Jedynego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. Warto więc może przy okazji tego problemu postawić pytania: Czy powyższa technika uzdrowieńcza jest godna polecenia? oraz: Jakim celom służy chrześcijańska modlitwa zwana rozmyślaniem?

Wszyscy na ogół zgodzili się z możliwością różnych nadużyć. Szczególnie wymieniano tu możliwość wyrządzenia szkód przez osoby nieprzygotowane, które biorą się za modlitwę o uzdrowienie wewnętrzne, brak kontroli nad nimi, zagrożenie pogwałcenia prywatności, nacisk psychologiczny, pranie mózgu itd. Czy jest możliwość anonimowego składania skarg w tej sprawie? (jeśli w Odnowie nie ma takiego forum, to „Apologetyka” chętnie udostępni swoje łamy).

Oprócz krytyki i odnotowania zjawisk niepożądanych zauważono również potrzebę opracowania pozytywnych norm modlitwy wstawienniczej, także tej o uzdrowienie wewnętrzne. Pierwszym krokiem w tym kierunku są wnioski z sesji zamieszczone w Serwisie Apologetycznym. Jest to zadanie, jak się wydaje, odpowiednie dla wiodących ośrodków Odnowy w Duchu Świętym w Magdalence, w Łodzi i w Krakowie. Czy podjęto wysiłek opracowania norm modlitwy wstawienniczej obowiązujących w Odnowie?

Rzeczowa dyskusja na temat uzdrowienia wewnętrznego jest bardzo potrzebna. Utrudnia ją na pewno wieloznaczność i nieokreśloność pojęcia. Proponuję więc za o. Raniero Catalamessą przyjąć, że uzdrowienie duchowe (wewnętrzne) polega na uzdrowieniu z grzechu oraz na walce z tymi okolicznościami, które przeszkadzają w pełnym rozkwicie życia łaski. Właściwą drogą uzdrowienia jest chrześcijańska droga nawrócenia, którą wytycza życie sakramentalne, czytanie Pisma Świętego, praktyki ascetyczne oraz modlitewne – oczywiście w tym również modlitwa wstawiennicza. Kaznodzieja Domu Papieskiego uważa, że takie uzdrowienie jest długotrwałym, stopniowym procesem – metoda wyobrażeniowa nie jest w tym aspekcie w ogóle wspomniana.

Być może więc nacisk w rozwoju życia duchowego trzeba położyć na nawrócenie, a nie na uzdrowienie; oraz na to, że nawrócenie nie jest wydarzeniem jednorazowym, lecz drogą (por. Dz 9,2).

Tu przytoczę anegdotyczne wydarzenie, które ilustruje potoczne pojęcie nawrócenia w środowisku Odnowy: Na Święta Narodzenia Pańskiego złożyłam znajomemu życzenia nawrócenia. Zaniepokojony odpisał: „Co masz na myśli?”. Takie życzenia wydają się wśród charyzmatyków wręcz obraźliwe! Ktoś, kto przyjął chrzest w Duchu Świętym, uważa się za nawróconego, ale tak naprawdę to jest dopiero wejście na drogę nawrócenia. Nikt nie może powiedzieć o sobie, że jest już nawrócony, że posiada wiarę w pełni dojrzałą, że nosi w sobie doskonały obraz Chrystusa – i nawrócenia nie potrzebuje.

Na zakończenie chciałabym życzyć wszystkim czytelnikom uzdrowienia duchowego w pierwszym rzędzie jako nawrócenia, czyli wzrostu w wierze, nadziei i miłości.

Aleksandra Kowal

P R Z Y P I S Y :
[1] http://www.apologetyka.katolik.pl/polemiki/charyzmania/rc_uzdrowienie_duchowe/index.php
[1] http://www.apologetyka.katolik.pl/marianie/10-03/art-2.php

UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE – ZNAKI ZAPYTANIA

„Nie płaczę już nad sobą, nad mymi ranami”…
(słowa pieśni Błogosławiona wina
z I kasety Wspólnoty Miłości Ukrzyżowanej
pt. Dotyk ognia)

Istnieje dzisiaj w środowiskach charyzmatycznych praktyka nazywana uzdrawianiem wewnętrznym. Polska Odnowa w Duchu Świętym poświęca mu nawet specjalną stronę internetową[1]. Organizuje się rekolekcje uzdrowienia wewnętrznego, modlitwy i kursy. Wydano wiele książek i publikacji na ten temat. Można śmiało powiedzieć, że to zjawisko przybrało postać potężnego ruchu. Chciałabym zastanowić się nad przydatnością tej praktyki dla chrześcijańskiej duchowości.

Postać założycielki

Książka dr Jane Gumprecht Abusing Memory (Przeklęta pamięć) przedstawia historię ruchu oraz ujawnia jego założycielkę, Agnes Sanford.

Nowy międzynarodowy słownik ruchów pentekostalnych i charyzmatycznych podaje na jej temat między innymi następujące informacje: „Agnes Mary SANFORD (1897–1982), prekursorka posługi uzdrawiania (healing ministry). Córka prezbiteriańskich misjonarzy, Agnes White, spędziła młodość w Chinach, oprócz lat szkoły średniej, które spędziła w USA. Wyszła za mąż za episkopalnego duchownego, Edgara Sanforda, w 1923 roku, w roku 1925 razem wrócili do Stanów Zjednoczonych.

Zainteresowanie pani Sanford uzdrawianiem rozwinęło się, gdy sama została uzdrowiona z przewlekłej depresji. Studiując Pismo, odkryła u siebie dar uzdrawiania. Jej posługa na szerszą skalę rozpoczęła się, gdy w 1947 r. została wydana jej pierwsza książka, The Healing Light (Uzdrawiające światło), która stała się bestsellerem. Około 1953–54 Sanford przeżyła ostateczne umocnienie w Duchu Świętym i wtedy po kontakcie z charyzmatykami otrzymała dar języków. Sanford była główną prekursorką uzdrawiania pamięci, co dla niej było tym samym, co odpuszczenie grzechów”[2].

Jeżeli samo pojęcie uzdrowienia wewnętrznego oraz pomysł takiej praktyki zrodził się dopiero 50 lat temu, to NIE MOŻE mieć, jak się wydaje, swoich źródeł w Piśmie Świętym, Tradycji i nauce Kościoła. Jednak ciężar obowiązku znalezienia takich źródeł pozostawiam zwolennikom i znawcom tego ruchu.

Definicja uzdrowienia wewnętrznego

Na czym, w istocie, polega uzdrawianie wewnętrzne (inner healing)? Na stronie Odnowy w Duchu Świętym poświęconej uzdrowieniu wewnętrznemu znajdujemy kilka definicji tego procesu. Autor strony, Wojciech Godlewski, za najciekawszą uważa definicję podaną przez Jima McManusa. Według McManusa uzdrowienie wewnętrzne jest:

„przeżyciem uzdrawiającej miłości Boga, przez co dana osoba uświadamia sobie, że jest kochana (uzdrowienie obrazu samego siebie), że jest zdolna kochać i przebaczać (uzdrowienie relacji), że może dziękować Bogu nawet za trudne doświadczenia ze swej przeszłości, z wdzięcznością korzystając z nich w teraźniejszości (uzdrowienie pamięci)”[3].

Wojciech Godlewski komentuje tę definicję następująco: „[…] uzdrowienie obejmuje trzy etapy. Najpierw poznajemy prawdę o samym sobie, że jesteśmy kochani i akceptowani przez Boga. Następnie przebaczenie, które otrzymujemy od Boga, przekazujemy innym osobom. Na koniec łaska uzdrowienia pamięci daje nam siłę do wyrażania wdzięczności Bogu za wszystkie wydarzenia dotychczasowego życia”.

Zacieranie prawdy o grzechu

Prawda o miłości Bożej względem człowieka stanowi pierwszą, pozytywną część orędzia wiary. Jednak istnieje też jego część druga – negatywna. Takie ujęcie kerygmatu zaciera prawdę o grzeszności człowieka i konieczności wyznania grzechów. Właśnie dla Agnes Sanford uzdrowienie pamięci, czyli przyjęcie miłości Bożej, było tym samym, co przebaczenie grzechów, ale nam, katolikom, nie wolno zapomnieć, że odpuszczenie grzechów następuje przede wszystkim poprzez chrzest, a grzechy popełnione po chrzcie trzeba wyznać: z ciężkich grzechów oczyszcza nas Chrystus w sakramencie pojednania, grzechy powszednie wystarczy wyznać np. podczas spowiedzi powszechnej albo prywatnie przed Bogiem.

Jedynym prawdziwym zranieniem człowieka, o którym mówi Biblia, jest rana grzechu. A jedynym uzdrowieniem z grzechu jest wyznanie grzechów, pokuta i nawrócenie. Wiele przytoczonych na stronie Odnowy definicji istotnie to podkreśla, ale nieporozumienia pojawiają się, gdy ten aspekt pozostanie pominięty, jak np. w definicji McManusa.

Charakterystyczny dla osób zajmujących się uzdrawianiem wewnętrznym pogląd: „Brak miłości własnej jest korzeniem każdego grzechu”[4], który zaczerpnęłam z książki braci Dennisa i Matthew Linnów.

Natomiast Pismo Święte ma inną diagnozę, np. taką: „korzeniem wszelkiego zła jest chciwość pieniędzy” – a więc upadła natura ludzka (1 Tm 6,10).

Psychologia opisująca uzdrowienie wewnętrzne zamazuje poczucie grzechu, mówiąc o akceptacji samego siebie. Stara się w ten sposób usunąć poczucie winy, które drąży grzesznika, i powinno go drążyć, jeśli nie jest pozbawiony sumienia. Na czym oparty jest pogląd, że człowiek powinien akceptować samego siebie?

Psychologia taka uczy: Czy nasz Pan nie powiedział, że przede wszystkim trzeba miłować samego siebie? – powołując się na słowa Ewangelii według św. Marka: „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” (Mk 12,31). Wielu rozumie to w ten sposób, że przede wszystkim należy kochać swoją osobę. Np. Philippe Madre napisał książkę pt. Najpierw pokochaj siebie[5]. Czy Jezus rzeczywiście nakazał nam miłować samego siebie? NIE! On nie powiedział: „Będziesz miłował samego siebie”, On powiedział: „Będziesz miłował bliźniego swego”. To drugiego człowieka nakazuje miłować Jezus. I mało że „jak samego siebie” (to był cytat ze starotestamentowego Prawa – Kpł 19,18), ale tak, jak On nas umiłował, czyli aż do ofiary z życia, znacznie bardziej niż samego siebie (por. J 15,12). Co więc oznacza to „jak samego siebie” w tym przykazaniu? Otóż to znaczy to samo, co zostało nazwane przez redaktorów Pisma Świętego „złotą zasadą postępowania”: „Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie” (Mt 7,12).

O miłości samego siebie nie ma wiele w Nowym Testamencie, tyle że: „nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz [każdy] je żywi i pielęgnuje” (Ef 5,29). To odnosi się do ciała, natomiast na temat duszy słowa Pisma są o wiele bardziej twarde: „Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26). A więc chodzi o pewne oderwanie się nie tylko od więzów krwi, ale również od swojego Ja. Punkt ten budzi zwykle wielki sprzeciw, tak bardzo jesteśmy przywiązani do myśli, że powinniśmy siebie samego kochać, np. dlatego, że człowiek jest wspaniałym dziełem Boga obdarzonym przez Niego godnością i chwałą (por. np. Ps 8,5-9; Ps 139,14), a chrześcijanin w sposób specjalny posiada godność dziecka Bożego i stanowi świątynię Ducha Świętego (por. np. Rz 8,16-18; 1 Kor 6,19). Jednak wysławianie wielkich dzieł Bożych to nie to samo, co zachwyt dla swojej własnej osoby. Gdyby nie wiem jak usiłować tłumaczyć i obłaskawiać przytoczoną wypowiedź Jezusa z Ewangelii według św. Łukasza, w żaden sposób nie uda się słowa NIENAWIŚĆ zamienić na słowo MIŁOŚĆ.

Wydaje się, że psychologia tego rodzaju niepostrzeżenie zamieniła ewangeliczny nakaz miłości w zasadę egoistyczną: „będziesz miłował SAMEGO SIEBIE, a bliźniego swego DLA siebie samego”. Na tym właśnie polega niebezpieczeństwo psychologicznego zwiedzenia. Psychologia (w sensie ogólnym) formułuje prawdy na pozór podobne do prawd naszej wiary, niepostrzeżenie je modyfikuje, zamieniając je w karykaturę chrześcijaństwa. Ten proces jest tak subtelny, że naprawdę wiele osób nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa ani z tego, że dało się uwieść „kultowi swojego Ja”, jak to precyzyjnie nazwał kard. Suenens. Jednym z przejawów „kultu własnego Ja” jest nieustanne wpatrywanie się z upodobaniem w swoje wnętrze.

Przebaczenie

Zwolennicy uzdrowienia wewnętrznego twierdzą, że jednym z warunków relacji z Bogiem jest przebaczenie innym ich win wobec nas. Ale życie chrześcijańskie nie wymaga przecież żadnych warunków wstępnych! Wszystkim, którzy przyjmują Słowo, daje Ono moc, aby się stali dziećmi Bożymi (por. J 1,12). Przebaczenie nie jest warunkiem wstępnym życia chrześcijańskiego, jakimś rzadkim i trudnym do zdobycia darem, ale NAKAZEM. Myślę, że pewne nieporozumienia mogą się brać z nieznajomości terminów semickich. Ewangelia św. Mateusza zawiera następujące ostrzeżenie: „Podobnie uczyni wam Ojciec [tj. wyda was katom – przyp. A.K.], jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu” (Mt 18,35). Przebaczenie jest decyzją człowieka, gdyż serce jest w mentalności żydowskiej siedliskiem woli i osobowości, a nie uczuć. Pojmowanie sentymentalne tego nakazu powoduje oskarżanie się, że ciągle – mimo przebaczenia – pojawiają się we mnie wrogie uczucia. Uczucia nie zależą od mojej woli, więc nie jestem za nie odpowiedzialny, odpowiedzialny jestem, co zrobię z tymi uczuciami. W tym wypadku ma zastosowanie surowy nakaz konieczności zaparcia się samego siebie: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 16,24-25).

Dennis i Matthew Linnowie precyzują pojęcie uzdrowienia wewnętrznego w ten sposób:

„Jesteśmy uzdrowieni nie wtedy, gdy potrafimy powiedzieć: «w porządku», ale «Przebaczam ci, że mnie zraniłeś, gdyż obdarzyło mnie to wzrostem i jestem wdzięczny, iż tak się stało»”[6].

To by znaczyło: Przebaczam ci, bo – koniec końców – OPŁACIŁO mi się to. To nie jest chrześcijańskie podejście. Chrześcijanin przebacza, dlatego że sam jest grzesznikiem, któremu Bóg przez ofiarę Chrystusa przebaczył wszystkie grzechy: „Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg wam przebaczył w Chrystusie” (Ef 4,32).

Jednak ta ogólna definicja nic nie mówi nam o tym, jakich technik właściwych dla uzdrawiania wewnętrznego używa się w celu „przeżycia uzdrawiającej miłości Boga”. Gdyby uzdrowienie wewnętrzne nie różniło się od tego biblijnego pojęcia, to nie miałoby sensu wprowadzanie jakiejś innej, niebibijnej terminologii.

Co zatem jest istotą uzdrowienia wewnętrznego?

Technika stosowana w uzdrowieniu wewnętrznym

W książce opracowanej przez Zbigniewa Lityńskiego, wydanej przez Centrum Formacji Odnowy w Duchu Świętym „Wieczernik” w Magdalence, znajdujemy takie zalecenie:

„Aby otworzyć się na łaskę uzdrowienia wspomnień, trzeba:
1. dokonać podróży w czasie poprzez historię naszego życia, prześwietlając każdy szczegół, wyciągając na światło dzienne to, co wydaje się bolesne, raniące, co jest źródłem niepokoju, co negatywnie na nas wpłynęło;
2. poprosić Pana Jezusa, aby uzdrowił skutki bolesnych przeżyć, uzdolnił do przebaczenia i wylał balsam swojej miłości, wprowadził radość i pokój w miejsce zranień”[7].

Ten pierwszy punkt jest chyba najbardziej kontrowersyjny. Co mówi Biblia na temat odnoszenia się do przeszłości?

  • „Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. Oto Ja dokonuję rzeczy nowej: Pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?” (Iz 43,18-19). Słowa te odnoszą się do wyjścia z Egiptu, które nieustannie jest wspominane z wdzięcznością przez Żydów, podczas gdy obecnie Bóg chce uczynić dla nich coś nowego: sprowadzić ich z powrotem z niewoli babilońskiej. Skoro nawet wielkie dzieła Boże mają ustąpić temu, co Bóg dla nas przygotował, czy watro w ogóle wspominać zdarzenia niepomyślne?

  • „Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już to zdobyłem [Apostoł Paweł mówi o doskonałości chrześcijańskiej – przyp. A.K.], ale to jedno [czynię]: zapominając o tym, co za mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie” (Flp 3,13-14). Apostoł Paweł również wpatruje się raczej w to, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują (por. 1 Kor 2,9).

  • „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego” (Łk 9,62). To są słowa Jezusa Chrystusa: powołany przez Pana uczeń należy całkowicie do Niego i postępuje w nowości życia, w oderwaniu od wszelkich innych spraw, również przeszłych.

Nie wydaje się więc, aby Pismo Święte taką „podróż w czasie” zalecało.

Tak na marginesie przyznam otwarcie, że jest mi trudno zrozumieć, w jaki sposób psychice człowieka może pomóc powracanie do jakichś zadawnionych przeżyć, zabliźnionych ran.

W swojej książce Psychologiczne uwiedzenie (Psychological Seduction)[8], z której zaczerpnęłam wiele refleksji natury ogólnej, William Kilpatrick przytacza wyniki badań, które dowodzą, że ludzie poddani psychoterapii oraz ludzie pozostawieni sami sobie jednakowo szybko przychodzili do równowagi psychicznej po traumatycznych wydarzeniach. Wydaje się więc, że czas oraz serdeczna troska najbliższych są w takich wypadkach, jak np. śmierć bliskiej osoby, najlepszym lekarzem i że powracanie po latach do tego rodzaju przeżyć może wyłącznie równowadze człowieka zaszkodzić. Warto zauważyć, że angielskie słowo seduction użyte w tytule oznacza uwiedzenie, jak i zwiedzenie.

Przypomnę: Sama technika zasadza się na przekonaniu, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, z powodu tego, „co wydaje się bolesne, raniące, co jest źródłem niepokoju, co negatywnie na nas wpłynęło”, czyli zranień w przeszłości, które muszą zostać uzdrowione poprzez cofnięcie się do przeszłości i wprowadzenie Osoby Jezusa do wydarzeń z przeszłości. Jest to typowa wiara w psychologię. Technikę operującą na psychice człowieka próbuje się stosować jako duchową. Natomiast w rozumieniu św. Pawła świat uczuć i przeżyć, czyli psychika człowieka, jest częścią jego natury wymagającą zbawienia. Psychika jest więc tym, co CIELESNE w rozumieniu św. Pawła. W V Dokumencie z Malines Kult mojego Ja i moja wiara kard. Suenens zwraca uwagę na to rozróżnienie:

„Kiedy mowa jest o wytyczaniu dróg, jakie musi przebyć pragnący swego wzrastania chrześcijanin, to ważną rzeczą jest rozstrzygnięcie, co pochodzi ze zdobyczy psychologii, a co z dziedziny wiary chrześcijańskiej. Postępowanie drogą mającą na celu pogłębienie życia wewnętrznego nie może być utożsamiane z pogłębianiem duchowym”[9].

Świat uczuć i przeżyć, czyli życie wewnętrzne człowieka właściwe jego naturze, nie jest tym samym, co życie duchowe, Boży dar życia nadprzyrodzonego. Praktyka „rekolekcji uzdrowienia wewnętrznego” miesza te dwie sfery. Dlaczego zatem nie organizujemy rekolekcji odzwyczajania od nałogów albo rekolekcji zapobiegających chorobie wrzodowej?

Przez pomieszanie technik psychologicznych uzdrowienie wewnętrzne staje się złudną mieszanką psychologii freudowskiej, okultystycznej wizualizacji i chrześcijaństwa. Osoba prowadząca modlitwę o uzdrowienie (wspomnień, pamięci, wnętrza – te terminy są stosowane zamiennie) podziela przekonanie, że obecne problemy są przejawem ran, które muszą zostać uzdrowione, aby człowiek przezwyciężył codzienne problemy i zaczął radzić sobie z życiem.

Wizualizacja, wyobrażanie sobie przebaczenia Jezusowego

Osoba prowadząca modlitwę o uzdrowienie wnętrza poprzez różne techniki zachęca człowieka, aby przypomniał sobie wypadki z przeszłości i powiązał je z obecnymi problemami lub cierpieniem. Może użyć hipnozy albo tylko zasugerować, co mogło się wydarzyć. Podobne sugestie często działają tak samo jak hipnoza na ludzi, którzy są podatni na sugestię lub mają rozwiniętą wyobraźnię. „Uzdrowiciel” może poprowadzić daną osobę ponownie wstecz poprzez przeszłe wydarzenia – które mogły się wydarzyć albo i nie – stosując metodę wizualizacji.

„Uzdrowiciel” nie tylko pomaga tej osobie przeżyć na nowo rzeczywistą czy wyimaginowaną przeszłość, ale także odczuć ten sam ból i cierpienie. Ten wysoce emocjonalny moment uzdrowienia wewnętrznego jest podobny do wprowadzonego przez Freuda pojęcia odreagowania. Albo uprzednio, albo w tym momencie emocjonalnej intensywności zostaje wprowadzona na scenę postać Jezusa, aby przyniósł uzdrowienie[10].

Przyjrzyjmy się konkretnej metodzie uzdrowienia na przykładzie zaczerpniętym z książki formacyjnej Odnowy. Autor proponuje do rozważenia scenę ewangeliczną z Mk 4,35-41 (Jezus ucisza burzę na jeziorze):

„Wyobraź sobie wydarzenia opisane w tekście biblijnym […]. A potem przeżyj te wydarzenia jeszcze raz, tym razem uczestnicząc w nich. Teraz to ty jesteś jednym z Apostołów […]. Zobacz, co czyni Pan […]. Wyobraź sobie, co Jezus ci mówi”[11].

Proponowana metoda odbiega znacząco od klasycznej medytacji scen biblijnych polecanej np. przez św. Ignacego w Ćwiczeniach duchownych. Tutaj medytuje się sceny „ewangelii pocieszenia” własnego pomysłu. Cały proces wydaje się dziełem wyobraźni człowieka. Czy ten Jezus, którego powołaliśmy do działania mocą swojej wyobraźni, który żyje dzięki procesowi wizualizacji, który jest w istocie naszym własnym dziełem, czy to jest na pewno ten sam Jezus, Pan panów i Król królów, któremu dana jest wszelka władza na niebie i na ziemi? Nie jestem w stanie mocą swojej wyobraźni sprawić, aby Jezus Chrystus uczynił to czy tamto. Ponadto wydarzenia, która tak naprawdę dzieją się wyłącznie w mojej wyobraźni, nie mogą w żaden sposób wpłynąć na rzeczywistość. Należy również podkreślić, że wszelkie próby oddziaływania na rzeczywistość według własnej woli są ni mniej, ni więcej tylko okultyzmem, nie mają zaś nic wspólnego z chrześcijaństwem.

Jezus działa w cudowny sposób w najskrytszej głębi naszego wnętrza poprzez słowo Boże oraz przez działanie Ducha Świętego i przez to powoduje coś, co można by nazwać „uzdrowieniem wewnętrznym”. Ale tutaj kończy się podobieństwo tego, czego dokonuje Jezus, a co robi osoba prowadząca uzdrawianie. Podobieństwo istnieje wyłącznie przez użycie słów „uzdrowienie wewnętrzne”, i właśnie dlatego jest to takie zwodnicze. Ludzie sądzą, że ponieważ to Jezus działa we wnętrzu, wszystkie osoby zajmujące się tym uzdrawianiem niezawodnie muszą pochodzić od Niego. Niemniej jednak, chociaż ruch uzdrowienia wewnętrznego uważa się za chrześcijański – w dużej mierze posługując się Pismem Świętym oraz stosując wizualizację czy tylko wyobrażanie sobie Jezusa – ruch ten pochodzi „ze świata” i „z ciała”. Polega na ideach psychologicznych i technikach zebranych i wchłoniętych ze świata. Cały proces przemawia do „ciała”, ponieważ to właśnie „ciało” może być „uzdrowione”, a nie potępione z powodu grzechu[12]. Należy poddać pod rozwagę, czyim dziełem jest to zwiedzenie.

Drugi przykład pochodzi z książki braci Linnów:

„Teraz pozwól, aby Chrystus wszedł w scenę zranienia, i obserwuj, w jaki sposób ci odpowiada. Jakie słowa kieruje do ciebie Chrystus i co czyni, aby cię uzdrowić? Jakie dobro widzi w tobie i w jaki sposób się modli, by ono wzrosło? […] W jaki sposób Chrystus bierze cię w ramiona takiego, jaki jesteś, i nie żąda zmiany, a jedynie prosi cię o szansę miłości?”[13].

Cały proces uzdrawiania ma na celu, jak się wydaje, aby dana osoba poczuła się lepiej. Czy Pan Jezus jest Wielkim Terapeutą? Jak to się ma do wymagania np.: „W całym swoim postępowaniu stańcie się również świętymi na wzór Świętego, gdyż jest napisane: Świętymi bądźcie, bo Ja jestem Święty” (1 P 1,16, cytat z Kpł 11,44)?

Cele metody

Zgodnie z zaleceniem kard. Suenensa, które zawarł w rozdziale Metody wzrastania w chrześcijańskiej analizie cytowanego już V Dokumentu z Malines, zbadamy cele uzdrawiania wewnętrznego: „Każda metoda formacji i wzrostu winna […] jasno ukazywać cel, ku któremu dąży, oraz rozeznawać drogi i środki, którymi będzie się posługiwała. Ku czemu kieruje się chrześcijanin? Jaki jest ostateczny cel, ku któremu zmierzają jego wysiłki mające na celu rozwój?”[14].

Aby przyjrzeć się celom metody uzdrowienia wewnętrznego, znowu posłużę się fragmentem książki opracowanej przez Zbigniewa Lityńskiego:

„Nasze zranienia, w szczególności te nieuświadomione, sprawiają, że nie potrafimy być szczęśliwi […], postępujemy egoistycznie”[15].

A zatem pragniemy osiągnąć szczęście. Tymczasem żeby być szczęśliwym, paradoksalnie trzeba przestać o to zabiegać, trzeba zapomnieć o sobie i o swoich uczuciach, przestać nieustannie wpatrywać się w swoje wnętrze, ale skierować się ku innym ludziom, ku innym sprawom, przeżywać coś całą swoją osobą. Analizowanie własnych uczuć odbiera wszelki autentyzm przeżyciom i powoduje, że w istocie kontemplujemy tylko własne niezaspokojone wnętrze. Np. całkowicie uszczęśliwiające może być przebywanie w towarzystwie ukochanej osoby, natomiast skupienie się w tym samym czasie na własnych odczuciach doświadczanych w tej sytuacji szczęścia żadną miarą przynieść nie może.

Na cele rozpatrywanej metody pewne światło rzuca następujący cytat z tej samej książki: „Dobrze, jeśli prośba o uzdrowienia fizyczne poprzedzona jest modlitwą o uzdrowienie duchowe (wyzwolenie z grzechu) i wewnętrzne (emocjonalne, uzdrowienie wspomnień), ponieważ często uzdrowienie duchowe i uzdrowienie wewnętrzne są warunkiem otwarcia na łaskę uzdrowienia fizycznego”[16].

A zupełnie już kuriozalny wydaje się tytuł jednego z rozdziałów w książce Linnów: „Zapobieganie nowotworom i ich leczenie poprzez uzdrawianie gniewu i poczucia winy”[17].

Niejawnym celem całego procesu staje się po prostu wyleczenie człowieka z konkretnej choroby lub zapobieganie następnym. Czy to nazwiemy wzrostem duchowym? W takim razie chrześcijaństwo niewiele różniłoby się od nauki zwanej higieną.

Ocena metody

Aby dokonać próby oceny metody uzdrawiania wewnętrznego, oprę się ponownie na autorytecie kard. Suenensa: „Osąd, jaki będziemy musieli podjąć co do konkretnej metody, będzie zależał także w dużej mierze od sposobu, w jaki jest ona przedstawiana. Jeśli reklamuje się ona jako taka, bez której i Bóg sobie nie poradzi (samowystarczalność) […], to są powody, by obawiać się zawyżonej oceny […]. Źle również czujemy się wobec takiej metody, która głosi swoją uniwersalność”[18] .

Tak właśnie się głosi: Bóg nie ma przystępu do ciebie ze swoją miłością, dopóki nie zostaną uleczone twoje zranienia (samowystarczalność metody). Ponadto ta metoda w praktyce jest stosowana do wszystkich bez wyjątku (uniwersalność), głosi się: „Na potrzebę uzdrowienia wewnętrznego mogą wskazywać między innymi: kompleks niższości, nienawiść do samego siebie, poczucie bycia niekochanym przez Boga i ludzi, nienawiść do innych, nieprzebaczenie sobie lub innym, skoncentrowanie się na sobie, złe nastroje, reakcje agresywne, brak opanowania, nadmierny krytycyzm, skrępowanie z powodu trudności fizycznych, emocjonalnych i umysłowych, samotność, odrzucenie, uporczywy smutek, problemy lękowe, chore poczucie winy, doświadczenie bezradności, inercji, trudności w kontaktach z ludźmi, nieśmiałość, zahamowanie, poczucie odrzucenia”[19].

Wymienionych wskazań jest tak wiele, i prawie wszystkie bez wyjątku subiektywne, że każdy może znaleźć coś dla siebie i usprawiedliwić konieczność poddania się uzdrowieniu. Z tym że przyczyna nazwana powyżej „skoncentrowaniem się na sobie” wydaje się stanowić następstwo uzdrawiania wewnętrznego, które do takiej postawy zachęca i wychowuje, powodując w rezultacie niekończące się seanse uzdrowieńcze, skutkiem których owo „skoncentrowanie się na sobie” sukcesywnie się pogłębia.

Porównajmy tezę o. Roberta DeGrandisa zacytowaną w książce wydanej przez ośrodek w Magdalence: „Bolesne wspomnienia i te o negatywnym wydźwięku nastawiają nas nieprzychylnie do świata i czynią nas nieszczęśliwymi”[20] – z Kazaniem na Górze: „Błogosławieni (szczęśliwi) ubodzy w duchu, którzy się smucą, którzy cierpią prześladowania, błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie!” (Mt 5,3-12); oraz: „Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne” (Łk 6, 22). Kontrast jest porażający!

Celem życia chrześcijańskiego nie jest też błogostan i poczucie bezpieczeństwa. „Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię” (Mt 10,34).

O pokoju w ten sposób pisze prorok Jeremiasz:: „Dlaczego wszyscy przewrotni zażywają pokoju?” (Jr 12,1); ale też: „wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień, nurtujący w moim ciele. Czyniłem wysiłki, by go stłumić, lecz nie potrafiłem” (Jr 20,9). Słowo Boże nie zawsze przynosi pocieszenie, czasem jest trudne i wymagające. Zwolennicy uzdrowienia wewnętrznego zdają się zapominać o tym, że życie chrześcijanina jest nieustanną walką duchową: walką ze swoim grzechem.

Zagrożenia

V Dokument z Malines ostrzega przed niebezpieczeństwami związanymi ze wszystkimi metodami wzrostu: „Skoro już metoda zostanie zastosowana, [należy przewidzieć], w jaki sposób stanąć na straży psychologicznej wolności tych, którzy się jej poddają, jak uniknąć niebezpieczeństwa infantylizmu, służalczości, prania mózgu, złudzenia wolności, w subtelny sposób manipulowanej nawet przez nieświadomego swojej władzy animatora”[21].

To nie są błahe problemy. Wiele osób poważnie ucierpiało wskutek przeprowadzonych modlitw o uzdrowienie. Nie ma nad tym prawie żadnej kontroli. Biorą się za to osoby zupełnie nieprzygotowane. Wystarczy szczery zapał i prywatne objawienie misji uzdrawiania. A szkód niekiedy nie da się już nigdy naprawić. Uważam, że wywieranie nacisku na osoby przychodzące na modlitwę o uzdrowienie, aby ujawniały intymne szczegóły ze swojego życia, grzechy swoje i cudze, powinno być surowo zabronione.

Przyczyny uciekania się do metod psychologicznych

Co sprawia, że nie wierzymy, że formacja prowadzona przez Kościół jest całościową i pełną formacją osoby, że szukamy ratunku w naukach humanistycznych, między innymi w psychologii? Diagnoza kard. Suenensa jest prosta:

Dzieje się to, gdy „słabnie wiara i rozwija się duchowa letniość[22]. Czy Słowo Boże, które przychodzi do nas z całą swoją mocą w Eucharystii, nie wystarczy, aby podźwignąć każde życie, nawet pogrążone w największej rozpaczy i zmiażdżone grzechem? Modlimy się: Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja.

W 22. niedzielę zwykłą słuchaliśmy słów Listu św. Jakuba (Jk 1,21): „przyjmijcie w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze”. Czy my w to wierzymy?

Podsumowanie

Uzdrawianie wewnętrzne jest metodą skierowaną bardziej na wzrost życia wewnętrznego, czyli skupia się na psychice, na uczuciach, na subiektywnych doznaniach, dotyczy więc sfery natury, sfery przyrodzonej. Natomiast nie dotyczy wzrostu życia duchowego, jest ślepym zaułkiem, wynikającym z osłabienia wiary w moc sakramentów i samego Jezusa Chrystusa.

Uzdrawianie wewnętrzne przypomina jedną wielką psychoterapię.

 

PROWADZĄCY I UCZESTNICY SESJI WYPRACOWALI KILKA ZASAD, KTÓRYMI POWINNI KIEROWAĆ SIĘ PROWADZĄCY REKOLEKCJE Z MODLITWĄ O UZDROWIENIE WEWNĘTRZNE:
1. Uczestnikami takowych powinny być osoby pełnoletnie
2. Rekolekcje powinny być prowadzone przez wykwalifikowaną kadrę z psychologiem z misją kanoniczną
3. Rekolekcje powinny być prowadzone przez jeden ośrodek (uczestnicy sugerowali Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym w Magdalence)
4. Osoby zainteresowane rekolekcjami powinny być kierowane do Ośrodka w Magdalence
5. Należy przypominać we wspólnotach i grupach modlitewnych o miejscu i godzinie dyżurów psychologa w parafii lub Diecezjalnych Poradniach Rodzinnych

Ostatni wniosek sugerowany przez prowadzących i uczestników brzmiał: Osoby potrzebujące szczególnej terapii i modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne to niezmiernie rzadkie przypadki i może się okazać, że właściwie – przy odpowiednim ukierunkowaniu ludzi na poradnie rodzinne i rozmowy z psychologiem – specjalne rekolekcje mogłyby odbywać się raz na rok w jednym miejscu dla całej Odnowy Charyzmatycznej. Z obserwacji piszącego te słowa wynika że TYLKO uczestnicy Odnowy Charyzmatycznej dostrzegają potrzebę uzdrowienia wewnętrznego…

Jacek Jureczko

 

P R Z Y P I S Y :
[1] http://uzdrowienie-wew.webpark.pl
[2] Hasło: SANFORD, Agnes Mary, New International Dictionary of Pentecostal and Charismatic Movements, red. S.M. Burgess, G.B. Mc Gee, Grand Rapids (Mi.) 1995, s. 1039 (tłum. własne).
[3] http://strony.wp.pl/wp/uzdrowienie-wew/definicja.htm
[4] D. i M. Linn, Uzdrawianie ludzkich zranień poprzez pięć etapów przebaczenia, Wydawnictwo „M”, Kraków 1993, s. 86.
[5] P. Madre, Najpierw pokochaj siebie, Wydawnictwo „M”, Kraków (b.r.).
[6] D. i M. Linn, Uzdrawianie ludzkich zranień…, dz. cyt., s. 9.
[7] Modlitwa o uzdrowienie duchowe, wewnętrzne, fizyczne, opr. Z. Lityński, Centrum Formacji Odnowy w Duchu Świętym „Wieczernik”, Magdalenka 2000, s. 42.
[8] W.K. Kilpatrick, Psychologiczne uwiedzenie. Czy psychologia zastąpi religię?, „W drodze”, (b.m.r.).
[9] Przyjdź, Duchu Święty – Dokumenty z Malines pod redakcją kard. Léona Josepha Suenensa. Podstawowe dokumenty dotyczące Odnowy w Duchu Świętym w Kościele katolickim, Dokument V: Kult mojego Ja i moja wiara, Wydawnictwo „M”, Kraków (b.r.), s. 533.
[10] PsychoHeresy Awareness Ministries – strona autorstwa Martina i Deidre Bobganów, Inner Healing, http://www.psychoheresy-aware.org/inner82.html
[11] Z. Lityński, dz. cyt., 94-95.
[12] http://www.psychoheresy-aware.org/inner82.html
[13] D. i M. Linn, Uzdrawianie ludzkich zranień…, dz. cyt., s. 264.
[14] V Dokument z Malines: Kult mojego Ja i moja wiara, dz. cyt., s. 510.
[15] Z. Lityński, dz. cyt., s. 39.
[16] Tamże, s. 64.
[17] D. i M. Linn, Uzdrawianie ludzkich zranień…, dz. cyt., s. 56.
[18] V Dokument z Malines: Kult mojego Ja i moja wiara, dz. cyt., s. 522.
[19] Z. Lityński, dz. cyt., s. 37.
[20] Tamże, s. 40.
[21] V Dokument z Malines: Kult mojego Ja i moja wiara, dz. cyt., s. 524.
[22] Tamże, s. 512.