SZTURM NA SYNAGOGĘ SZATANA, CZYLI DAVID WILKERSON WE WROCŁAWIU

1. Okazja do ekumenicznej modlitwy?

W dniach 16-18 czerwca 2005 roku zawitał do Wrocławia słynny pastor zielonoświątkowy, David Wilkerson. Trudno spotkać katolickiego charyzmatyka dbającego o solidną znajomość ostatnich dziesięcioleci historii ruchu charyzmatycznego na świecie, który nie znałby tego nazwiska. Jego zasługi ewangelizacyjne są powszechnie znane. Nawet w fundamentalnym dla duchowości katolickiej francuskim słowniku Dictionnaire de spiritualité pod hasłem pentekostalizm znajdziemy nazwisko pastora Wilkersona.

Ale obecność tej postaci w polskim ruchu Odnowy w Duchu Świętym nie ogranicza się wyłącznie do słowników i podręczników. W początkach lat osiemdziesiątych, jak pamiętam, kiedy po polsku dostępnych było w ogóle zaledwie kilka pozycji na temat dwudziestowiecznej odnowy charyzmatycznej, do obowiązkowego zestawu lektur początkującego katolickiego charyzmatyka należała u nas książka Krzyż i sztylet. Ta najbardziej znana publikacja wiązana z nazwiskiem Wilkersona to porywająca relacja o tym, jak pięćdziesiąt lat temu Bóg potrafił rozpalić serce tego młodego pastora zielonoświątkowego pasją niesienia Dobrej Nowiny osobom uzależnionym od narkotyków. A jakież wspaniałe wspomnienia wiążą się z chwilą, kiedy w połowie lat osiemdziesiątych doczekaliśmy się spotkania z Davidem Wilkersonem w Polsce, do tego we Wrocławiu, w Hali Ludowej! A potem – z drugim najważniejszym bohaterem książki Krzyż i sztylet, z Nicky Cruzem, który także odwiedził nasze miasto. To były czasy! Prawdziwy karnawał ekumenizmu…

I oto po dwudziestu latach ogłoszono, że ten sławny kaznodzieja, który nie tylko słowem, ale także czynem pokazał, co znaczy skuteczna miłość do ludzi potrzebujących zbawienia, zawita do Wrocławia po raz kolejny. Rzeczywiście, w czerwcu 2005 r. zorganizowano konferencję we wrocławskiej hali Orbita, w której uczestniczyło około 2,5 tysiąca pastorów, liderów i członków wspólnot zielonoświątkowych, innych wyznań protestanckich, a także katolickich wspólnot charyzmatycznych. Zapowiedzianym tematem tego spotkania było odnowienie pasji dla Chrystusa. Czyż może być lepsza propozycja hasła zachęcającego do ekumenicznej współpracy? Przecież tematy doktrynalne mogłyby wzbudzać kontrowersje, gorące dyskusje i polemiczne debaty. A pasja dla Chrystusa powinna łączyć wszystkich noszących imię chrześcijan. Nie dziwiło więc, że przy końcu konferencji zabrzmiał okrzyk: „Bóg ma tu swoje Ciało!”. Brzmiało także odważne wezwanie do konkretnego ekumenizmu od zaraz: Trzeba zburzyć mury między prawdziwymi chrześcijanami: zielonoświątkowcami, baptystami, metodystami!

Co jednak mogłoby wzbudzić zdziwienie: w Polsce – w kraju, gdzie zielonoświątkowców jest kilkadziesiąt tysięcy, baptystów kilka tysięcy a metodystów mniej niż baptystów – na otwartej ekumenicznej konferencji, pośród kandydatów do ewentualnej przyszłej jedności nie wymieniono katolików. Dlaczego, skoro liczy się ich w miliony? Za chwilę zrozumiemy, że nie była to kwestia przypadku ani niedopatrzenia. Była to konsekwencja jasno wyłożonej na konferencji wizji ekumenizmu i równie jasno wyjaśnionych poglądów Wilkersona na naturę katolicyzmu.

Pragnienie odnowienia pasji do Chrystusa rzeczywiście przejawiło się we wrocławskim spotkaniu w postaci relacji o Bogu, który ratuje narkomanów i alkoholików, o Jezusie, który zwycięża w sytuacjach beznadziejnych, o Duchu Świętym udzielającym zadziwiającej miłości, która wszystko przetrzyma. Dużo o tym wszystkim było w czasie nauczań, podczas wzajemnego dzielenia się i w modlitwach głośno zanoszonych do Boga. Ale niestety, nie tylko o tym. Było też o zniewalających doktrynach głoszonych w kościołach i w katedrach; było też o synagodze szatana…

2. Zatrzaśnięte bramy doktryny

Co to jest „synagoga szatana”? I gdzie ją można znaleźć, na przykład w Polsce? Odpowiedź na te intrygujące pytania zastała przedstawiona dnia 17 czerwca na konferencji dla pastorów i liderów wspólnot. Było to bardzo specjalne, uroczyste i przejmujące poselstwo pastora Davida Wilkersona.

Punktem wyjścia jego nauczania stał się biblijny list podyktowany przez Jezusa Chrystusa do Kościoła w Filadelfii, zawarty w księdze Apokalipsy (Ap 3,7-11). David Wilkerson skoncentrował swoją uwagę szczególnie na wersecie 9:

„Oto ja ci daję [ludzi] z synagogi szatana,
spośród tych, którzy mówią o sobie, że są Żydami – a nimi nie są, lecz kłamią.
Oto sprawię, że przyjdą i padną na twarz do twych stóp,
a poznają, że Ja cię umiłowałem” (Ap 3,9).

Od tego biblijnego początku mówca szybko jednak przeszedł do innej nauki, nie pochodzącej już ze słowa Bożego. Jak wyjaśnił to zebranym pastor Wilkerson, odczytał ją na sposób duchowy w swoim własnym wnętrzu. Oto odczuł i rozeznał, że Duch Święty osobiście przemówił do niego w pewnym pokoju hotelowym na temat przyszłości Kościoła w Polsce. Wilkerson przyjął to przesłanie w głębokim przekonaniu, że „to jest dobre słowo”. Zapisał sobie nawet to objawienie, aby nic z niego nie uronić, nic nie zmienić: „abym nic nie powiedział z ciała”. Wspomniane duchowe orędzie zawierało trzy części.

Pierwsza część była swoistą interpretacją tekstu Ap 3,7 („Aniołowi Kościoła w Filadelfii napisz: To mówi Święty, Prawdomówny, Ten, co ma klucz Dawida, Ten, co otwiera, a nikt nie zamknie, i Ten, co zamyka, a nikt nie otwiera”).

Interpretacja ta biegła następującym torem: także w Polsce w naszych czasach Jezus ma klucz Dawida i ten klucz otworzy zamknięte drzwi, które są na razie zamknięte. Co to za drzwi? Mają coś wspólnego z sercem człowieka. A nawet z sercami tłumów ludzi. Są bowiem u nas tłumy ludzi zamkniętych za bramami i za murami, podobnie jak dzieje się to w wielu innych krajach.

I tu nastąpiła prawdziwa niespodzianka. Bramy nie pozwalające doświadczyć zbawienia w Jezusie Chrystusie i napełnienia Duchem Świętym to na pierwszym miejscu nie – jak moglibyśmy jako katolicy przypuszczać – pijaństwo milionów Polaków, narkomania młodych, miliony rozbitych rodzin, natarczywa pornografia, bezrobocie i wyzysk, obojętność na wiarę głoszoną przez Kościół katolicki. Otóż nie, osobiste doświadczenie duchowe Davida Wilkersona w pokoju hotelowym podpowiedziało mu, że serca Polaków są zamknięte przede wszystkim przez… doktryny, kościelną filozofię, przez system kościelny. Ten stan rzeczy Polacy mieli odziedziczyć po poprzednich pokoleniach: przecież ojcowie i dziadkowie nie znali niczego innego, trwali w tych religijnych systemach. To właśnie są owe zatrzaśnięte drzwi, to właśnie jest ta główna przeszkoda w ewangelizacji Polski. To właśnie usłyszeli i entuzjastycznie przyjęli tłumnie zgromadzeni pastorzy, liderzy i członkowie wspólnot zielonoświątkowych oraz innych wyznań protestanckich. Byli tam zresztą obecni również członkowie katolickich wspólnot charyzmatycznych.

Dalsza część wystąpienia pastora Wilkersona przybrała charakter ogłaszania słowa proroczego. Oto Pan daje proroctwo – mówił – które odnosi się nie tylko do zboru w Filadelfii, ale szczególnie odnosi się teraz do tego kraju: do Polski. Przywołał przykład krajów Ameryki Środkowej: „50-60 proc. mieszkańców w niektórych krajach jest tam teraz chrześcijanami, a 50 lat temu byli związani przez system religijny”. Co to za system? Dalszy wywód nie pozostawił wątpliwości: w tych krajach „były świątynie i katedry, i wydawało się, że nigdy się tam nic nie zmieni; ale Bóg zaczął otwierać drzwi i serca”. Każdy, kto zna realia wyznaniowe Ameryki Łacińskiej wie, że ów „system zamykający serca ludzi na ewangelię” to katolicyzm. Powołując się w ten właśnie sposób na przykład krajów Ameryki Łacińskiej (niektóre z nich w ciągu ostatnich 20 lat z katolickich stały się w znacznej mierze protestanckie), David Wilkerson snuł dalej swoje proroctwo dla Polski: „Pan chce, byście wiedzieli: drzwi, które były zamknięte, są otwierane; Pan mówi: byliście wierni, pogardzani, ale wierni słowu; Ja mam klucz i otworzę serca ludzi; będą miliony ludzi, których serce otworzy się na prostą Ewangelię Jezusa Chrystusa”.

3. Im gorzej, tym lepiej

Drugą częścią wystąpienia pastora Wilkersona było duchowe zastosowanie do polskiej sytuacji kolejnego biblijnego wersetu – Ap 3,9 („Oto ja ci daję [ludzi] z synagogi szatana, spośród tych, którzy mówią o sobie, że są Żydami, a nie są nimi, lecz kłamią”). Nastąpiło wyjaśnienie, gdzie jest owa synagoga szatana. „Nie jest to tylko jakaś denominacja”, usłyszeli zebrani, ale „każdy system religijny, niezależnie od tego, że może to nawet być ogólnoświatowy system”. Później można było usłyszeć klasyczny zestaw niesłusznych zarzutów powtarzanych od czasów XVI-wiecznej reformacji przez protestantów wobec katolicyzmu. Chodziło więc o „każdy religijny system, który dodaje coś do doskonałego dzieła Jezusa Chrystusa”; „głosi zbawienie zapracowane przez uczynki”; „jest religią lub kultem uczącym o innych pośrednikach niż Jezus Chrystus”.

„Teraz Bóg chce uporać się z tą synagogą! – brzmiało dalej prorocze orędzie – a jest nią Kościół! Każdy system legalizmu, religia trzymająca ludzi w twierdzy warownej! Bóg mówi: zniszczę tę twierdzę! Bóg mówi: ci, co byli zniewoleni przez tradycję, zostaną wyzwoleni!”.

Obserwowane w całej Europie – a po części, choć słabiej, również w Polsce – odchodzenie od tradycyjnego chrześcijaństwa, fakt przysparzający tylu trosk pasterzom Kościoła katolickiego, został ogłoszony przez Wilkersona jako stan pożądany, a nawet zbawienny. „Sekularyzm przychodzi, aby odebrać moc religii tradycji! Pan mówi: Ja ich wyprowadzę. Będą pragnęli uwielbienia Boga; przyjdą i pokłonią się przed tobą!” Wniosek jest jasny: im gorszy duchowy stan członków tradycyjnych Kościołów, tym lepiej. Tym łatwiej ludzie opuszczą swoje dotychczasowe duchowe środowisko i staną się kandydatami do nowej ewangelizacji, ale już na pewno nie w ramach katolickich diecezji i parafii, sakramentów i katechizmu, na pewno nie pod zwierzchnictwem papieża i biskupów. „Będzie potok ludzi: widzieliśmy to Ameryce Środkowej – brzmiały dalej prorocze zapewnienia – przez lata systemy religijne trzymały ludzi w niewoli; a Jezus powiedział: Ja uporam się z tymi systemami. Bóg dopuszcza sekularyzację, aby przyniosło to pustkę w ludziach”.

W trzeciej części proroctwa przekazanego przez Wilkersona można było się dowiedzieć, co zgodnie z jego duchowym doświadczeniem oznacza werset: „Ja cię zachowam od próby, która ma przyjść na cały obszar zamieszkany, by wypróbować mieszkańców ziemi” (Ap 3,10). Według mówcy to właśnie teraz nadchodzi zapowiedziana godzina wielkiej próby. Świat będzie coraz gorszy i nastanie ogólnoświatowy system religijny, który zacznie się w Europie. Spoiwem tego systemu będzie wprawdzie Jezus, ale nie Chrystus. Będzie to jedynie człowiek Jezus. Wszyscy – zapewniał Wilkerson – muzułmanie, katolicy i protestanci zaakceptują Jezusa, ale tylko jako człowieka. „To będzie wielkie zwiedzenie; to będzie godzina próby: apele o zjednoczenie wokół historycznego Jezusa”.

Kiedy wreszcie przy końcu padł apel: „trzeba burzyć mury, bo nadchodzi potok ludzi!”, rozległy się w sali Orbita długie i gromkie oklaski. Powitano nową wizję dla Polski: „Pan ma klucz, otworzy drzwi i zburzy warownie trzymające w niewoli ten lud”.

4. Co z tego wynika?

Zielonoświątkowy pastor David Wilkerson nie jest kimś marginalnym w światowym ruchu zielonoświątkowym. Jest to jedna z postaci na tyle centralnych, że zapewne jest reprezentatywny dla ważnych środowisk w głównych nurtach światowej protestanckiej odnowy charyzmatycznej. Jeśli chcemy być ekumenicznymi realistami, a nie marzycielami, to trzeba stawić czoło trudnym faktom: zrozumienie dla katolicyzmu u tak wiodącego lidera środowiska zielonoświątkowego jak słynny pastor David Wilkerson nie postępuje naprzód. W ciągu ostatnich dziesięcioleci nastąpił widoczny regres. Takie są fakty. I chociaż są to fakty trudne i bolesne, to chrześcijaninowi, katolikowi, przystoi żyć w trudnej rzeczywistości, a nie w przyjemnej iluzji.

Nazwa „synagoga szatana” poddana przez Wilkersona jako naczelne misyjne hasło rozesłania dla polskich pastorów i liderów wspólnot zielonoświątkowych, baptystycznych, metodystycznych i wolnokościelnych nie zwiastuje dla katolickich charyzmatyków w naszym kraju ani łatwej, ani zbyt owocnej współpracy ekumenicznej w najbliższej przyszłości. Hasło „synagoga szatana” wzywające do dzieła tych naszych entuzjastycznych niekatolickich braci chrześcijan, którzy tłumnie wzięli udział we wrocławskiej konferencji, i zapewne wielu z nich uskrzydlające na najbliższe lata do głoszenia w Polsce swojej wersji chrześcijaństwa, nie wróży na razie równie owocnych kontaktów katolicko-zielonoświątkowych, jak było to dawniej. Na razie katolik w kontakcie z tak uformowanym i zachęconym pastorem czy liderem może spodziewać się raczej tego, że będzie się go próbować „uwolnić” od katolicyzmu pojmowanego jako coś niepotrzebnego, złego, a nawet demonicznego. Cóż, mówi się: trudno. Ze współpracą z takimi środowiskami stanowczo wypada nam jeszcze poczekać. Nie można uprawiać ekumenizmu z kimś, kto nie uważa katolików za chrześcijanin. Czekajmy więc na lepszą ekumeniczną przyszłość. Poczekajmy, aż nasza dłoń wyciągnięta do pojednania spotka się z taką samą odpowiedzią, a nie z dekretem mobilizacji wojennej.

CHRZEŚCIJAŃSTWO BEZWYZNANIOWE I MIĘDZYWYZNANIOWE

SZKIC POWSTAŁ POD KĄTEM AUDYCJI W RADIO MARYJA NA TEMAT „CHRZEŚCIJAŃSTWO BEZ KOŚCIOŁA”

Fakty:

1. Należy bardzo wyraźnie rozdzielić dwa nurty reprezentowane w tzw. wolnych Kościołach (mimo że niekiedy same usiłują wchodzić sobie wzajemnie w kompetencje): chrześcijaństwo bezwyznaniowe i międzywyznaniowe.

2. „Bezwyznaniowi”:

a. Są bardzo agresywni wobec Kościoła katolickiego w szczególności, a w stosunku do wyznań chrześcijańskich w ogóle.

b. Sprawiają wrażenie kompletnie „impregnowanych” na argumenty (właściwie rozmowa z nimi przypomina do złudzenia dyskusję ze świadkami Jehowy). Zwykle zresztą nie odpowiadają na argumenty (nawet biblijne), powtarzając po prostu swoje twierdzenia i od czasu do czasu opatrując je stwierdzeniami, że adwersarz „tego nie rozumie, gdyż nie jest człowiekiem duchowym”.

c. Z jednej strony próbują uzasadniać swoje twierdzenia za pomocą karkołomnej interpretacji Biblii, z drugiej – dezawuują argumenty biblijne, pod pozorem że „Biblią wszystko można udowodnić”.

d. Na wszystkie wyznania patrzą jedynie przez pryzmat pieniędzy.

e. Niektórzy posuwają się do stwierdzenia, że jakiekolwiek nauczanie w ogóle jest zbędne, bo każdy dojrzały chrześcijanin jest nauczycielem dla swojej rodziny, i to wystarczy.

f. Wysuwają ostre oskarżenia wobec istniejących wyznań, ze względu na to, że w przeszłości ich członkowie dopuszczali się złych czynów (im tego nie można zarzucić, bo wówczas… jeszcze nie istnieli! Co więcej, gdyby dziś któryś z nich popełnił jakąkolwiek zbrodnię, też nie zostałby z nimi skojarzony, bo brak jest sprecyzowanych warunków uczestnictwa.

3. „Międzywyznaniowcy”:

a. Z reguły werbalnie deklarują się jako ci, którzy mimo różnic chcą wspólnie głosić Jezusa.

b. Choć znane są ujawnione przypadki wysyłania do Polski (już w latach 80.) osób, które miały pod pozorem współpracy ekumenicznej przeciągać katolików na protestantyzm, jednak w większości intencje międzywyznaniowców wydają się być szczere. Problem w tym, że przyjmują oni formułę redukcjonizmu, a więc przyjmowania najmniejszego wspólnego mianownika w sprawie wiary, co świetnie działa w kontaktach międzyprotestanckich, lecz stanowi rażące naruszenie zasad w kontaktach z katolicyzmem.

Aby rzecz zrozumieć, należy wziąć pod uwagę następujące fakty:

–  Protestantyzm jest nie tyle alternatywnym (wobec katolicyzmu) wyznaniem chrześcijaństwa, co po prostu katolicyzmem zredukowanym (żeby podać garść przykładów: z trójki liturgia – Tradycja – Pismo wybrano jedynie Pismo, z Biblii odrzucono księgi deuterokanoniczne, ze środków zbawczych odrzucono sakramenty, wyznanie wiary ogołocono z wielu ważnych elementów itd.

Przyjęcie części wspólnej wyznania wiary jest w praktyce przyjęciem stanowiska protestanckiego, gdyż protestantyzm to właśnie katolicyzm minus to, co protestanci odrzucili.

–  Nauka Chrystusa nie składa się z izolowanych twierdzeń, lecz stanowi pewien spójny system. Przyjęcie „wspólnej części” powoduje, że system ten traci spójność, stając się zbiorem akademickich tez lub co najwyżej zbiorem praw czy systemem filozoficznym.

c. Niezależnie od tego, co zostało powiedziane powyżej, w „wyznaniach wiary” organizacji międzywyznaniowych bardzo często obecne są stwierdzenia lansujące naukę stricte protestancką (patrz CHSI, CHSA, RNŻ). Trudno powiedzieć, czy jest to wynikiem niewiedzy, czy też świadome lansowanie pewnych założeń (w rodzaju sola Scriptura, sola gratia czy predestynacja), jednak sądzę, że wyraźnie nie są to stwierdzenia przypadkowe.

d. Niektóre ruchy (np. RNŻ) powołują się na współpracę z ruchem oazowym. To prawda, rzeczywiście taka współpraca istniała. Jednak:

–  Miała charakter współpracy pomiędzy uformowanymi partnerami. Ks. Blachnickiemu nie groziło, że jego katolicyzm zostanie zniekształcony nauką protestancką – przeciwnie, materiały protestanckie wykorzystywał jako element konstrukcji pastoralnej, a nie teologicznej. Program oazowy został napełniony treściami liturgicznymi, osadzony w roku liturgicznym i ustawiony w kontekście maryjnym. Inaczej ma się sytuacja wielu katolików werbowanych dziś do Ruchu Nowego Życia – spotykają się tam (mimo werbalnych zapewnień o międzywyznaniowości) z nauką protestancką. Co z tego, że większość ruchu tworzą w Polsce katolicy (najczęściej o znikomej wiedzy na temat wiary), skoro nauczanie, obyczajowość i klimat są protestanckie?

Nic dziwnego, że RNŻ bywa nazywany największą baptystyczną organizacją przeznaczoną dla katolików.

–  Należy się poważnie zastanowić nad istotą wpływu RNŻ (dawniej Agape) na ruch oazowy. Mimo bowiem pozytywnej publikacji na ten temat (która to publikacja jest zresztą bez opamiętania wykorzystywana przez RNŻ dla jej legitymizacji w środowiskach katolickich), wiele elementów budzi duże wątpliwości (wystarczy przypomnieć losy tzw. Wielkiej Ewangelizacji, koncepcję tzw. wspólnot kominowych itp. zdarzenia, a także zwrócić uwagę na niejednoznaczne owoce formacji oazowej w niektórych środowiskach. Należy także zauważyć, że Ruch Światło-Życie dostrzegł te zagrożenia, rezygnując z współpracy z RNZ.

e. Należy też zwrócić uwagę, że formuła bezwyznaniowości jest dla protestantów bardzo ważnym sposobem dotarcia do katolików. Powiem więcej – w stosunku do części z nas tylko taka „miękka” formuła umożliwia zaistnienie protestantów w przestrzeni idei. A ponieważ aby móc traktować członków Kościoła katolickiego, największego w Polsce, jako „łowisko” – niezbędne jest w ogóle zaistnienie; wszelkie działania międzywyznaniowe działają de facto na korzyść protestantów.

f. Z powyższego powodu nie dziwmy się, że protestanci są tacy „ekumeniczni” w Polsce – leży to w ich interesie (oczywiście znam całą masę szczerych protestantów – ale nie o nich dziś tu piszę.

g. Wracając do organizacji międzywyznaniowych – wieloletnie doświadczenie rozmów z katolickimi członkami tych organizacji upoważnia mnie do pewnej generalizacji: otóż w olbrzymiej większości są oni „katolikami… ale” – nie uznającymi części nauki Kościoła.

Spotkałem się z organizacją założoną przez katolika, członka etatowego RNŻ, której zasady były protestanckie, teologia protestancka, a jedynymi polecanymi tekstami katolickimi były prace ks. Blachnickiego (oczywiście, te „bezpieczne”). Jest to, niestety, wypadek typowy.

h. Rzeczą bolesną jest autoryzowanie ruchów międzywyznaniowych przez niektórych księży. Przyczyny są różne: źle rozumiana gorliwość, brak wiedzy na ten temat, a niekiedy problemy z własnym miejscem w Kościele. Ten ostatni przypadek jest najbardziej tragiczny, gdyż katolicy, spotykając księdza, spodziewają się jakiegoś oparcia, znajomości wiarygodnej wykładni – zaś „chwiejny publicznie” ksiądz powoduje olbrzymi zamęt, zwłaszcza gdy oczekuje od grupy odpowiedzi na własne wątpliwości. Jeśli jednocześnie w grupie znajdzie się zdecydowany lider protestancki (może nie mieć dużej wiedzy – wystarczy, że będzie zdecydowany) – skutek duszpasterski jest łatwy do przewidzenia.

Czy kapłan nie może mieć wątpliwości? Musi, jeżeli jest człowiekiem. Ale winien je rozwiewać w innym gronie niż ci, dla których ma stanowić oparcie.

4. Nie powinno się, moim zdaniem, podejmować tzw. czynnego ekumenizmu bez dość gruntownej znajomości nauki Kościoła (z Pismem Świętym włącznie) oraz pewnego przygotowania apologetycznego. Jest to konieczne dlatego, że o ile katolicy, idąc na spotkanie ekumeniczne, przeważnie mają na celu faktycznie cele ekumeniczne, o tyle protestanci (w Polsce – innych nie znam) starają się je wykorzystać do argumentacji służącej „przeciąganiu”). Za samo to trudno nawet ich winić: uważają nas za błądzących – ale problemem jest rozbieżność między celami deklarowanymi a wykonywanymi. Nie można więc być naiwnym (a to utrudnia z kolei porozumienie, zmuszając do wyważania pomiędzy konieczną ostrożnością a pożądaną otwartością). OCZYWISCIE nie zawsze i nie wszyscy – ale niestety jest to codzienność tzw. organizacji ponadwyznaniowych.

Proszę was jeszcze, bracia, strzeżcie się tych, którzy wzniecają spory i zgorszenia przeciw nauce, którą otrzymaliście. Strońcie od nich” (Rz 16,17).

Zapewniam, że dyskusja z osobą, która nie słucha, przynosi więcej szkody niż pożytku, niezależnie jaki jest kierunek jej odstępstwa.

5. Strategią niewielkich grup braci odłączonych jest wywoływanie dyskusji poprzez kontrowersyjne, wywołujące zamęt wypowiedzi, nie wytrzymujące jednak krytyki ani w świetle nauki Kościoła, ani w świetle tzw. zdrowego rozsądku.

Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia” (2 Tm 1,7).

Dyskusje takie mają stworzyć wrażenie, że mała grupka jest równoważnym partnerem teologicznym, naukowym czy etycznym dla Kościoła katolickiego.

UWAGI DO 17 PUNKTÓW RUCHU NOWEGO ŻYCIA

Postanowiłem przeanalizować 17 punktów doktrynalnych Ruchu Nowego Życia. Ta analiza ma, niestety, pewne ograniczenia, ze względu na sam analizowany tekst, ponieważ część z 17 punktów RNZ jest bardzo niejasnych i trudno jest bez ich wykładni jednoznacznie ustosunkować się do ich treści. Ta wieloznaczność jest poniekąd zrozumiała, gdyż owe punkty są zapewne owocem kompromisu, który jednak pozostawia otwartą interpretację dla kilku fragmentów.

Problemem istotnym jest kwestia tego, jaką funkcje pełnią owe „podstawy programowe” w RNZ. Czy są podstawą ewangelizacji, czy wewnętrznej organizacji Ruchu? Rozstrzygnięcie tej kwestii mogłoby uczynić bezzasadnymi niektóre punkty krytyki.

1. Przedmiot analizy

Najpierw muszę tu rozstrzygnąć kwestię… ile jest owych punktów doktrynalnych RNZ. Jest ich 17, a nie 14, jak pisano swego czasu. Ale nie dosyć na tym. Nie sposób bowiem nie zauważyć, że do 17 punktów dochodzą także dwa dodatkowe, będące jednocześnie wprowadzeniem do pozostałych 17. Mam tu na myśli dwa początkowe akapity strony: http://www.rnz.org.pl/ruch/doktryna.htm. Owe akapity zawierają sentencje budzące moje wątpliwości.

2. Podejście interpretacyjne

Z racji braku jakichkolwiek tekstów objaśniających 17 punktów, postanowiłem bazować na fragmentach Pisma Św., które zawiera każdy punkt (oprócz 2 początkowych akapitów). Poza tym staram się uwzględnić płaszczyzny sporów doktrynalnych między wyznaniami chrześcijańskimi. Chciałbym dodać, że to, co napiszę, stanowi wyraz moich przemyśleń i analiz, które nie będą wyczerpujące. Ograniczę się bowiem do kwestii, które wydały mi się najbardziej znaczące.

3. Akapity wprowadzające

A. Akapit pierwszy brzmi następująco:

Jedyną podstawą, na której opieramy nasze przekonania, jest Biblia, niezawodne słowo Boga. Wierzymy, że było ono w wyjątkowy sposób (werbalnie i w pełni) inspirowane przez Ducha Świętego i że w oryginalnym manuskrypcie było napisane bez błędu. Jest ono najwyższym i ostatecznym autorytetem we wszystkich sprawach, o których mówi.

Poruszone tu zostały dwa zagadnienia: Biblii jako jedynej podstawy przekonań oraz Biblii jako słowa Prawdy. Zacznę od drugiej kwestii – od tego, czym jest Pismo i na czym polega jego Prawda. Ostatecznie Słowem Boga jest nie jakiś tam zwój, ale Słowo – boski Logos (por. J 1,1-14). To On jest pełnią wyrażającego się Boga, który w istocie wypowiada w Nim jedno tylko Słowo, swe jedyne Słowo, którym sam jest (por. Hbr 1,1-3; KKK 102). Słowo, które było „między nami”, objawiło się ludziom, a przede wszystkim Apostołom, którzy Dobrą Nowinę o królestwie Bożym (istotę przesłania Słowa) przekazywali innym – najpierw słowem mówionym, potem spisanym przez Apostołów lub ich uczniów. Księgi Pisma Świętego, z Ewangelią na czele, wpisują się w całość apostolskiego świadectwa o Chrystusie i Jego Dobrej Nowinie o królestwie – i jako takie powinny być interpretowane (por. DV 9). Pismo Św. (NT) jest więc spisaną częścią apostolskiego świadectwa o Słowie życia, które się objawiło ludziom (por. 1 J 1,1-4; Łk 1,1-4; J 20,31; 21,24; zob. 2 Tes 2,15; J 20,30). Stary Testament jest integralną częścią Biblii, jako element ekonomii zbawienia i stopniowego objawiania się Boga (por. Hbr 1,1-2; Łk 16,17).

Owo świadectwo Słowa – „Prawdy przez Boga objawione, które są zawarte i wyrażone w Piśmie Świętym, spisane zostały pod natchnieniem Ducha Świętego” (DV 1; por. 2 Tm 3,16; 2 P 1,19.21; 3,15-16). Świadectwo to – spisane w Księgi – jest prawdziwe (J 21,24) jako owoc otwarcia i napełnienia Duchem. Hagiografowie, przekazując Boże Orędzie, „jako prawdziwi autorowie przekazali na Piśmie to wszystko i tylko to, co On chciał” (DV 11). Pamiętać przy tym jednak należy, że chrześcijaństwo nie jest „religią Księgi” (jak np. islam), lecz religią Słowa Bożego: „Słowa nie spisanego, lecz Słowa Wcielonego i żywego” – jak pisał św. Bernard z Clairvaux (por. KKK 108). Niestety, sformułowania zawarte w cytowanym akapicie z doktryny RNZ sugerują, że Biblia nie tyle stanowi część apostolskiego świadectwa powstałego pod natchnieniem Boga, ale raczej że jest ona Księgą świętą w islamskim lub wschodnim tych słów znaczeniu (jaki występuje w tzw. religiach Księgi), jakoby boskie autorstwa Pisma polegało na magicznym przekazaniu ksiąg ludom i wykluczało ludzki charakter Biblii. Tymczasem znajomość okoliczności powstania Ksiąg wyklucza biblijny monofizytyzm, a natchnienie Boże nie ujmuje nic prawdziwemu ludzkiemu autorstwu Pisma Św. (por. DV 11). Pismo nie jest więc ostatecznym autorytetem jako sam tekst, ale jako przesłanie Boże głoszone przez ludzi na mocy autorytetu Słowa Wcielonego, a Jego [Pisma, tj. Biblii] interpretacja powinna odbywać się zgodnie z tym, co autorzy Pisma chcieli przekazać (por. 2 P 1,20; DV 12; KKK 110-111), ponieważ każde świadectwo posiada sens ze względu na Świadczącego.

Pismo Św. stanowi centrum Objawienia Boga, które jednak nie ogranicza się do Biblii. Jak już powiedziałem, Pismo to spisana część świadectwa o Słowie Wcielonym. Jednak poza Nim Bóg objawia się przez Stworzenie, poprzez natchnienia Ducha Świętego. Ten ostatni nie ogranicza się do Pisma, ale działa w ludziach w sposób swobodny (por. J 3,8). Czy zatem można ograniczać przekonania do tych, które z Pisma samego wynikają? Sygnalizuję tu problem, który zaistnieje podczas analizy drugiego akapitu.

B. Drugi akapit wygląda następująco:

Przyjmujemy te duże obszary nauczania doktrynalnego, co do którego była historycznie zgoda wśród wszystkich prawdziwych chrześcijan. Z powodu specyfiki powołania naszego ruchu pragniemy dać wolność przekonań w dziedzinie doktryn, pod warunkiem że każda interpretacja jest oparta tylko na Biblii i że interpretacja taka nie staje się czynnikiem przeszkadzającym w służbie, do której powołał nas Bóg.

Problematyczny zapis stanowi zdanie: „pragniemy dać wolność przekonań w dziedzinie doktryn, pod warunkiem że każda interpretacja jest oparta tylko na Biblii”. (Przypomina mi się zdanie H. Forda, który mawiał podobno, że jest w stanie wyprodukować samochód w dowolnym kolorze, pod warunkiem że będzie to kolor czarny.) Problem polega na tym, że owa wolność przekonań jest pozorna, jeśli z góry narzuca się tu protestancki punkt widzenia. Można bowiem domniemywać, że „interpretacja jest oparta tylko na Biblii” oznacza zasadę sola Scriptura (jeśli jest inaczej, autorzy tego sformułowania powinni wyeliminować dwuznaczności). Jednak takie stawianie sprawy jest de facto redukowaniem Objawienia Bożego do spisanej Jego części, a interpretacja taka abstrahuje od powstania Biblii jako Księgi eklezjalnej. Biblia pozostaje dziełem ludzi (pod natchnieniem Boga) i nie może być interpretowana niezależnie od intencji tych, którzy ją spisali. Jako część Świadectwa apostolskiego powinna być interpretowana ze względu na owo Świadectwo (por. 2 P 1,19-21; 2 Tes 2,15), czyli to, co katolicy nazywają Tradycją. Zasada Sola scriptura, abstrahując od okoliczności powstania Biblii i jej charakteru, jest alienacją tekstu względem autorów i jako taka nie powinna być narzucana nieprotestantom w Ruchu, który ma ekumeniczne aspiracje. Zatem ograniczanie podstawy przekonań do Biblii (o którym mówi pierwszy akapit), przy jednoczesnym oddzieleniu tej ostatniej od organicznej całości Objawienia, stanowi odejście od całościowego podejścia do Słowa, które się Apostołom objawiło.

4. 17 punktów doktrynalnych

Zanim przejdę do meritum, chciałbym poruszyć kwestię funkcji 17 punktów. Problem stanowi to, czy owe punkty funkcjonują jako norma pozytywna określająca podstawy programowe ewangelizacji, czy też funkcjonują jako norma negatywna i mają na celu utrzymanie z dala od RNZ różnych sekt czy ruchów wyznaniowych o doktrynie zdecydowanie odbiegającej od prawd Ewangelii. Rozstrzygnięcie tej kwestii uczynić może bezprzedmiotową poniższaą krytykę w niektórych punktach. Będę się starał uwzględnić obie możliwości.

Z 17 punktów zamieszczonych na stronie http://www.rnz.org.pl/ruch/doktryna.htm tylko niektóre budzą moje wątpliwości. Poza tym owe wątpliwości też są zróżnicowane co do swej wagi. Jedne dotyczą bowiem niejasnych sformułowań (i te można by po części pominąć, ze względu na ekumeniczny charakter ruchu), inne zaś dotyczą zapisów, które w jednoznaczny sposób nie są, według mnie, do zaakceptowania. Poza tym niektóre punkty budzą zastrzeżenia natury teologicznej – inne zaś filozoficznej (dwa nawet natury logicznej). Przy analizie pomijam punkty, które nie wymagają, według mnie, w deklaracjach tego typu dookreślania.

Punkt 3 brzmi następująco:

Żył On [Chrystus] życiem bez grzechu i dobrowolnie zadośćuczynił za grzechy ludzi, umierając na krzyżu w ich zastępstwie, w ten sposób zaspokajając Bożą sprawiedliwość i osiągając zbawienie tych, którzy wierzą tylko w Niego. 1 Jana 3,5; 1 Piotra 3,18; Jana 10,17-18; 2 Koryntian 5,21; 1 Jana 4,10; Rzymian 3,24-26.

Moje wątpliwości co do tego punktu dotyczą niejasności sformułowania „umierając na krzyżu w ich zastępstwie, w ten sposób zaspokajając Bożą sprawiedliwość”. Można bowiem zinterpretować ten fragment tak, że Chrystus umarł za nas, aby zaspokoić Boże poczucie sprawiedliwości, że Bóg Ojciec domaga się ofiary z ludzi, a Chrystus („w zastępstwie”) tę chęć zaspokaja.

Tymczasem zbawienie świata jest aktem całej Trójcy – Boga Jedynego (por. J 3,16-17; 5,20-22; 12,49; 20,21; 2 Kor 5,19; Ef 1,3; 1 J 4,14). Bóg nie chce ofiary, ale miłosierdzia i sam jest miłosierny (por. Mt 9,13; Łk 6,36; 2 Kor 1,3; 1 P 1,3). Przytoczone w punkcie 3 fragmenty Pisma Św. nie mówią nic o zaspakajaniu sprawiedliwości, lecz o „stawaniu się sprawiedliwością Bożą w Nim” (2 Kor 5,21), składaniu Syna w ofierze (1 J 4,10) i usprawiedliwianiu przez tę ofiarę z Siebie (Rz 3,25-26).

Punkt budzi wątpliwości, ale możliwe, że jest to wynikiem sformułowania, a nie zamierzonej treści.

A. Punkt 7 brzmi następująco:

Natura człowieka jest zepsuta i z tego powodu nie może on podobać się Bogu. Każdy człowiek potrzebuje odrodzenia i odnowienia od Ducha Świętego. Rzymian 3,9-20; Efezjan 2,1-7; Marka 7,20-23; Jana 3,1-21; Tytusa 3,5-7.

Sformułowanie „natura człowieka jest zepsuta” jest dwuznaczne. Może bowiem oznaczać zarówno grzeszność człowieka i pozbawienie go chwały Bożej (por. Rz 3,23), jak i tezę, że „natura ludzka jest zła”. Nie sposób jednak się z tym drugim zgodzić, ponieważ człowiek został stworzony jako dobry (por. Rdz 1,31), na obraz Boga, ku nieśmiertelności (por. Rdz 1,26; Mdr 2,23; zob. Ps 8,5-7) i jest powołany do życia w Bogu, będąc Nań otwartym (capax Dei; KKK 27). Grzeszność nie oznacza złej natury, ale wynika z tego, że Bóg pozostawił człowieka jego wolności (por. Syr 15,14.11-17; GS 17).

Poza tym, fragment Mk 7,20-23 nie stanowi poparcia dla punktu 7, ponieważ ma zupełnie inny kontekst.

Podobnie jak w poprzednim przypadku, punkt budzi wątpliwości, ale możliwe, że jest to wynikiem sformułowania, a nie zamierzonej treści.

B. Punkt 8 brzmi następująco:

Zbawienie człowieka jest w całości dziełem dobrowolnie udzielonej łaski Bożej i nie jest – w całości ani w części – dziełem ludzkich uczynków, ludzkiej dobroci ani ceremonii religijnych. Bóg udziela swojej sprawied1iwosci tym, którzy pokładają ufność co do swojego zbawienia wyłącznie w Chrystusie i w ten sposób usprawiedliwia ich w swoich oczach. Efezjan 2,8-10; Rzymian 3,21-26; 9,30-33; Galatow 3,1-14; 22-24.

O ile zarzuty do punktów 3 i 7 dotyczyły sformułowań, o tyle tu wyraźnie treść punktu jest według mnie nie do zaakceptowania. Punkt budzi sprzeciw niezależnie od tego, czy traktujemy go jako normę pozytywną, czy też negatywną (w tym przypadku ruch musiałby ograniczać swój wymiar ekumeniczny do protestantyzmu, wykluczając Kościół katolicki i Kościół prawosławny).

Problematyczne jest pierwsze zdanie: Zbawienie człowieka jest w całości dziełem dobrowolnie udzielonej laski Bożej i nie jest – w całości ani w części – dziełem ludzkich uczynków, ludzkiej dobroci (sic!) ani ceremonii religijnych. Zdanie to jest wynikiem manipulacji, jakiej dokonano na fragmentach listów św. Pawła.

Św. Paweł w swych listach kreśli jakościową zmianę, jaka dokonała się w Chrystusie. Oto odchodzi stare Prawo, Prawo nakazów i przepisów (por. Pwt). Było ono jedynie przygotowaniem do Ewangelii, a Chrystus nie przyszedł, aby przekreślić stare Prawo, ale aby je wypełnić (por. Mt 5,17; Ga 3,17-24; KKK 1964). Jednak stare Prawo polegało na postępowaniu w zgodzie z przepisami (por. Ga 3,12), tymczasem nowe Prawo nie jest prawem przepisów, ale serc (por. Hbr 8,8-10; KKK 1965), tym Prawem, które było zapowiedziane (por. Jr 31,31-34; Mt 12,18). To nowe Prawo nie bazuje na zewnętrznych przepisach, ale na ludzkim sercu (por. Mt 15,18-19; KKK 1968). Zewnętrzne przepisy, czynności podejmowane „aby się ludziom pokazać” nie mogą jednak zbawić (por. Rz 3,20; Mt 6,1-6; 16-18). Chrystus przekracza literę starego Prawo, objawiając jego istotę, którą jest miłość (por. Rz 13,10; Mt 7,12; J 13,34; 15,12; Ga 5,14; KKK 1970). Nowe Prawo jest prawem miłości, a nie bojaźni; jest prawem laski i wolności (por. Jk 1,25; 2,12; J 1,17; KKK 1972). Dlatego też Apostoł Paweł pisze, że doskonale wypełnianie Prawa, które jest dobre (Rz 7,12; 1 Tm 1,8), czyni wartościowymi wypełnianie przepisów, ale same przepisy Prawa nie stanowią jego właściwego wypełnienia (por. Rz 2,25-27; 2,13; 8,40). Stare Prawo przepisów było przygotowaniem (Ga 3,24) do nowego Prawa Łaski. Samo wypełnianie przepisów prawa nie udoskonala (por. Hbr 10,1; Rz 3,20), ale życie z wiary (por. Ga 2,16) – ono czyni nas sprawiedliwymi (por. Flp 3,9).

Jednak nie można odczytywać słów Pawła tak, że akt wiary (credo) bez czynnej miłości i dobroci jest źródłem zbawienia. NT podkreśla wielokrotnie (w tym także ustami Pawła) zasadniczą wagę czynów miłości (por. Mt 5; 25,31-46; 22,37-39; Mk 12,33; J 13,34-35; 15; Rz 12,9-10; 1 Kor 13; Ga 5,22-23; Kol 3,14; 2 Tes 3,5; 1 Tm 1,5; 2 Tm 1,7; 2,22; Hbr 10,24; 13,1; 1 P 4,8; 1 J). Miłość jest „celem” wiary, bo „Bóg jest miłością” (1 J 4,16); jest z nią zespolona i ją przewyższa (1 Kor 13,2.13).

Nie można zatem interpretować słów Apostola Pawła jako negacji zbawczej wartości czynu, który pochodzi z Ducha, z miłości (por. Ga 5,6.16-21). Nie można przeciwstawiać działalności – wierze (por. Mt 3,8), ponieważ wiara bez czynów miłości nie istnieje. Paweł podważa zbawczy sens zewnętrznego wykonywania przepisów Prawa, ale nigdy czynów jako takich. Przed taką mylną interpretacją jasno i wyraźnie przestrzega Jakub (por. Jk 2,14-26).

Człowiek jest usprawiedliwiany przez Miłość, przez żywa wiarę, której owocem jest dobro w człowieku (por. Ga 5,22-23; Łk 6,49). Twierdzenie, że zbawienie nie zależy od uczynków, jest manipulacją, a już sugestia, że nie zależy od dobroci (!?) świadczy o zupełnym odejściu od Ewangelii Miłości (por. Rz 2,4-5).

Dlatego więc uważam, że omawiany punkt nie stanowi płaszczyzny zgody międzywyznaniowej (jak sugeruje drugi akapit wprowadzający), więc charakteryzuje się zbyt dużą mocą odrzucania z RNZ tych wszystkich chrześcijan, którzy nie mogą się zgodzić na zasadę sola fide.

C. Punkt 9 brzmi następująco:

Przywilejem wszystkich, którzy narodzili się na nowo z Ducha, jest posiadanie pewności zbawienia, od chwili kiedy zaufali Chrystusowi jako swojemu Zbawicielowi. Pewność ta nie wypływa z ludzkich zasług, ale jest dziełem świadectwa Ducha Świętego, który potwierdza w wierzącym świadectwo zapisanego słowa Bożego. I Tesaloniczan 1,5; Jana 1,12; 1 Jana 5,9-13; Rzymian 8,14-17.

Problematyczna jest teza o „pewności zbawienia”. Nie sposób nie zauważyć, że nie znajduje ona potwierdzenia w Piśmie, a przytoczone przez autorów punktu 9 cytaty nie mówią nic o pewności zbawienia. Teza ta jest więc niczym nie uzasadniona.

Pismo Święte wielokrotnie wspomina o potrzebie czujności (por. Mt 24,42; 25,13; 26,41; Mk 13,33-35; 14,38; 1 Kor 16,13), czujności przed diabłem (1 P 5,8) i upadkiem, który nieustannie grozi wyznawcom Chrystusa (por. Jk 3,2; Rz 14,13; 1 Kor 10,12; 1 Tm 4,16; Ga 6,1; Hbr 3,12; 2 P 3,17; 2 J 8), dlatego też Apostołowie nawołują do umacniania w wierze, w Bogu (por. 2 P 1,10; Ef 6,10-20; 1 Kor 16,13; 1 Tm 4,16). Poza tym w Pismo Św. wielokrotnie mówi się o potrzebie nawrócenia (gr. metanoia), które pozostając zasadniczym wezwaniem Chrystusa (por. Mk 1,15; zob. Dz 17,30), jest zarówno wezwaniem skierowanym do wszystkich ludzi (por. 2 P 3,9), jak i do tych, którzy już odeszli od bożków(por. 1 Tes 1,9) i uwierzyli w Boga (por. Jk 5,19-20). Szczególnie widoczne jest to w wezwaniu do nawrócenia, jakie Chrystus kieruje do Kościołów (por. Ap 2-3). Metanoia nie jest więc tylko konwersją (zob. 1 Tes 1,9), ale jest nieustanną przemianą grzesznego człowieka, który dzięki tej przemianie odnawia w sobie obraz Boży.

Ten punkt doktryny RNZ nie jest do pogodzenia już nie tyle z katolicyzmem (jako jednym z wyznań), ale z chrześcijaństwem w ogóle.

D. Punkt 13 brzmi następując o:

Bóg napomina swój lud, aby spotykał się regularnie na wielbieniu, w celu uczestniczenia w obrządkach, dla zbudowania przez Pismo i dla wzajemnej zachęty. Hebrajczykow 10,23-25; Dzieje 2,42; 20,7; 1 Koryntian 12,20-28; 16,1-2; Efezjan 4,11-16; 1 Tymoteusza 4:13; 2 Tymoteusza 3,16; 4,2.

Najpierw parę uwag formalnych. O ile wersety Hbr 10,25; Dz 2,42;20,7 rzeczywiście dotyczą zgromadzeń ludu Bożego, o tyle:

— 1 Kor 12,20-28 mówi o Kościele jako takim, a nie o gromadzeniu się,

— 1 Kor 16,1-2 mówi o zbiorze darów (gr. logeia), a nie wiernych,

— Ef 4,11-16 (podobnie jak 1 Kor 12,20-28) mówi o służbie w Kościele, a nie konkretnie o zgromadzeniach wiernych,

— 1 Tm 4,13 jest wezwaniem Tymoteusza do „odczytywania, zachęty i nauki”, ale w kontekście ogólnym, a nie zgromadzeń, o jakich mówi Dz 20,7,

— 2 Tm 3,16 mówi o Piśmie i jego roli, ale też nie dotyczy to konkretnie zgromadzeń,

— 2 Tm 4,2 dotyczy głoszenia słowa w ogóle, a nie konkretnie „na zgromadzeniach”.

Zatem użycie wymienionych wersetów w celu poparcia dla omawianego punktu jest nieco niedorzeczne. Oczywiście fragmenty te można interpretować w kontekście „wspólnotowości” Kościoła, ale nie dotyczą one „regularnych spotkań”, o których mówi punkt i wersety Hbr 10,25; Dz 2,42; 20,7.

Punkt mówi o spotkaniach w celu „wielbienia” i „uczestnictwa w obrządkach”. Innymi słowy, mówi się tu o spotkaniach modlitewnych i liturgicznych. Dziwi jednak brak w punkcie 13 tego, co wyraźnie zostało podkreślone w (przywołanych nota bene) fragmentach: Dz 2,42; 20,7, czyli brak wzmianki o „łamaniu chleba” odbywającym się w pierwszym dniu po szabacie (20,7). Tymczasem Eucharystia jest integralnym elementem „zgromadzeń”, który nie może być pominięty (por. 1 Kor 11,17-21.23-26; zob. SC 47). Stanowi ona bowiem centrum życia chrześcijańskiego (por. LG 11).

Punkt 13 w lakoniczny sposób mówi o „obrządkach”, nie wspominając przy tej okazji „łamania chleba”. Jest to niezrozumiale, tym bardziej że np. luteranizm (przy wielu różnicach i sporach szczegółowych z katolicyzmem) Eucharystię uznaje (por. Konfesja Augsburska XXXIV). Dlatego też, biorąc jednocześnie pod uwagę nie najlepszy dobór fragmentów z Pisma Św., uważam, że punkt ten powinien zostać przeformułowany.

E. Punkt 14 brzmi następująco:

W chwili śmierci fizycznej osoba wierząca natychmiast wchodzi w wieczną, świadomą wspólnotę z Panem i oczekuje zmartwychwstania swojego ciała do wiecznej chwały i błogosławieństwa. 2 Koryntian 5,8; Filipin 1,23-24; Łukasza 23,39-43; 1 Koryntian 15,12-58; 1 Tesaloniczan 4,13-18; 1 Jana 3,2; Filipin 3,21.

Znów kwestia formalna: wersety 2 Kor 5,8; Flp 1,23-24 nie odnoszą się bezpośrednio do omawianych kwestii eschatologicznych, a dotyczą jedynie chęci zjednoczenia z Bogiem. Niemniej ich przywołanie może być pomocne przy analizowaniu treści punktu.

Wątpliwości budzą słowa o „natychmiastowym” wejściu we wspólnotę z Panem i „oczekiwaniu” wiecznej chwały. Na czy polega owa przyszła chwała, jak nie na byciu z Panem, na trwaniu w zjednoczeniu z Bogiem? (por. J 14,3; Flp 1,23; 1 Tes 4,17; Ap 2,17; KKK 1024-1026), na oglądaniu Go „takim, jakim jest” (1 J 3,2; por. 1 Kor 13,12; Ap 22,4; KKK 1023). Przyszła komunia z Bogiem stanowi tajemnicę, gdyż „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”(1 Kor 2,9 [BT]; zob. KKK 1027-29).

Czy zatem mówienie o „natychmiastowym” zjednoczeniu, a następnie o „oczekiwaniu” nie jest odrobinę nielogiczne? Ta „natychmiastowość” i „oczekiwanie” nie znajdują wspólnego potwierdzenia w przywołanych fragmentach Pisma (zob. 1 Kor 15,22-26; Łk 23,39-43), a cale sformułowanie wydaje się wątpliwe metafizycznie (dziwna koncepcja czasu).

Można domniemywać, że takie sformułowanie jest po części wynikiem chęci uniknięcia problemu tzw. czyśćca, czyli oczyszczenia, jakie dokonuje się przed zjednoczeniem z Bogiem (por. 1 Kor 3,13-15; KKK 1030-1032). Trudno znaleźć argumenty potwierdzające brak takowego oczyszczenia, które jest według mnie logicznym elementem przygotowania na zjednoczenie z Bogiem. Poza tym podkreślenie „natychmiastowości” zjednoczenia z Bogiem z punktu widzenia metafizyki nic w sprawie czyśćca nie zmienia.

F. Punkt 15 brzmi następująco:

W chwili śmierci fizycznej osoba niewierząca natychmiast wchodzi w wieczne, świadome oddzielenie od Boga i oczekuje zmartwychwstania swojego ciała na wieczny sąd i potępienie. Łukasza 16,19-31; Jana 5,23-29; Apokalipsa 20,10-15; Mateusza 13,40-43.

W tym przypadku jeszcze bardziej widoczna staje się nielogiczność sformułowania o „natychmiastowości” i „oczekiwaniu”, jeśli uznamy, że potępienie polega właśnie na oddzieleniu od Boga. Piekło (jak określa się oddzielenie od Boga) polega właśnie na oddzieleniu od Miłości, od odejściu od miłowania (por. 1 J 3,14-15; Mt 25,31-46; 13,41-42; KKK 1035).

W obu przypadkach (punkty 14 i 15) te niejasności „oczekiwania” mogą wynikać z chęci uwzględnienia Sądu Ostatecznego (zob. KKK 1038-1041) i tego, co na nastąpić po „końcu świata” (zob. KKK 1042-1050). Adekwatne ujęcie zarówno perspektywy ogólnej, jak i perspektywy jednostki w rozważaniach eschatologicznych może rzeczywiście być problemem. Dlatego krytykę w tych dwóch punktach (poza kwestia czyśćca) należy odnieść raczej do ich formy niż treści.

5. Podsumowanie

Uważam, że zarówno dwa początkowe akapity strony http://www.rnz.org.pl/ruch/doktryna.htm, jak i niektóre punkty (szczególnie 8 i 9) doktryny są nie do przyjęcia jako podstawa działań ekumenicznych. Nie stanowią bowiem „obszarów nauczania doktrynalnego, co do których była historycznie zgoda wśród wszystkich prawdziwych chrześcijan”, jak mylnie sugeruje akapit 2.

Punkty 3 i 7 można by przeformułować, unikając dwuznaczności, natomiast punkt 13 – poza podkreśleniem wagi lektury Pisma, modlitwy i dzielenia się wiarą – nie powinien sugerować, że do tego sprowadzają się „zebrania”, o których mówi Pismo. Jeśli członkowie RNZ ze względu na różnice w pojmowaniu Eucharystii nie są w stanie wspólnie w niej uczestniczyć, nie powinni określać jej w doktrynie RNZ, jeśli ta stanowi normę pozytywną działalności Ruchu. Jeśli natomiast stanowi ona normę negatywną (w znaczeniu omawianym na początku części 4. niniejszej analizy), powinno się podkreślić zasadniczą rolę „łamania chleba” we wzajemnych „zgromadzeniach”.

Punkty 14 i 15 po usunięciu słów „natychmiast” i przeformułowaniu drugiej części zdania mogłyby być zaakceptowanie przez członków wielu wyznań, w tym także katolików. Rozwiązanie takie nie narzucałoby idei czyśćca tym, którzy się na nią nie mogą zgodzić, ale jednocześnie nie wykluczałoby takiej możliwości.

Jak na początku napisałem, moje analizy nie stanowią podstawy ostatecznych sądów na temat doktryny RNZ, ponieważ takowe mogłyby być formułowane dopiero po wyjaśnieniu przez autorów tej doktryny niejasności, jakie towarzyszą części punktów. Dlatego też zachęcam wszystkich do dyskusji, a przede wszystkim członków RNZ, którzy mogliby owe niejasności wyjaśnić.

Krzysztof Hubaczek

Artykuł pochodzi ze strony http://republika.pl/sopelekwojtek/glos/rnz.htm

NOWE WYZNANIE WIARY?

Z zainteresowaniem przeczytałem uwagi dotyczące moich refleksji na temat doktryny Ruchu Nowego Życia.

Z pewnością warto wyjaśniać dalej następujące kwestie:

A. Jeśli „uznanie tekstu 17 punktów Doktryny nie jest ani warunkiem współpracy z RNŻ ani nawet warunkiem zaangażowania w działania RNŻ” to warto zapytać, co jest takim warunkiem, oraz jaki jest cel formułowania tych 17 punktów Doktryny i umieszczenia ich na stronie internetowej RNŻ?

B. W uwagach przeczytałem też: „Przedstawiony przez Ks. Andrzeja Siemieniewskiego komentarz przypisuje autorom „Doktryny” rozumienie wiary jako czegoś niezależnego od uczynków”. Myślę, że takie rozumienie zbawczej wiary zawarte jest w tych 17 punktach. Czytamy tam na przykład: „Zbawienie człowieka jest w całości dziełem dobrowolnie udzielonej łaski  Bożej i nie jest – w całości ani w części – dziełem ludzkich uczynków,  ludzkiej dobroci, ani ceremonii religijnych. Bóg udziela swojej  sprawiedliwości tym, którzy pokładają ufność co do swojego zbawienia  wyłącznie w Chrystusie i w ten sposób usprawiedliwia ich w swoich oczach; Przywilejem wszystkich, którzy narodzili się na nowo z Ducha jest posiadanie pewności zbawienia od chwili, kiedy zaufali Chrystusowi jako swojemu Zbawicielowi. Pewność ta nie wypływa z ludzkich zasług”. Myślę, że wiara jest tu właśnie przeciwstawiona ludzkim zasługom i ludzkim uczynkom i że nie jest to moja nadinterpretacja, tylko intencja autorów „Doktryny”.

To dobrze, że w uwagach możemy zapoznać się z fragmentami listów św. Pawła na temat wiary i uczynków (Ef 2,8-9); (J 5,24). Szkoda jednak, że nie ma tam komentarza do takich tekstów, jak Mt 7, 21-23 lub Mt 25, 31-46. W ich świetle wspomniane punkty Doktryny wydają się bardzo trudne do pogodzenia z duchem Ewangelii Jezusa Chrystusa.

C. W sprawie opinii: „Musimy sobie zdawać sprawę, że wielu podaje się za chrześcijan, negując pewne podstawowe dla chrześcijaństwa prawdy wiary, że choćby wspomnę o Arianach z IV wieku, czy o współczesnych Mormonach lub Świadkach Jehowy”.

Właśnie – dlatego myślałem, że 17 punktów doktryny służy do takiego rozróżnienia. ale, jak widać, byłem w błędzie. Pozostaje więc dalej problemem, w jaki sposób RNŻ selekcjonuje kandydatów do współpracy, jeśli uznawanie 17 punktów do tego nie służy? Dlaczego jednak Świadek Jehowy – nie? A współcześni arianie (są tacy na Dolnym Śląsku)? A zielonoświątkowcy wyznający tylko jedną osobę Bożą (Oneness Pentecostals – jest ich mnóstwo na świecie, a trochę także w Polsce)?

D. W sprawie rozumowanie: „Lecz czy możemy twierdzić, że [Mojżesz i Abraham] nie znali oni Chrystusa? […] Apostoł Paweł pisał do Galatów: „W taki sam sposób Abraham uwierzył Bogu i to mu poczytano za sprawiedliwość”. Hmm… czy więc RNŻ uważa, że taka wiara, jaką miał Abraham, to właśnie ta wiara w Chrystusa, o której mówi Nowy Testament? Że nie trzeba nic wiedzieć o krzyżu ani o zmartwychwstaniu historycznej postaci Jezusa z Nazaretu i że to wystarczy?

E. „Nie możemy więc odrywać znaczenia chrztu od wiary”. Bardzo słusznie. Tylko czy tu nie kryje się sugestia, że ja w moich pytaniach oderwałem chrzest od wiary? Nie wydaje mi się, abym tak uczynił.

F. Bardzo ciekawe są fragmenty, takie jak (J 10,27-29), (1J 5,10-13); (J 3,18). Ale metoda polegająca najpierw na postawieniu tezy (np. „wiara w Jezusa jako kryterium zbawienia bądź potępienia”), a potem na szukaniu cytatów, które pasowałyby do tej tezy, może łatwo wprowadzić w błąd. Właściwa metoda polega najpierw na zebraniu wszystkich cytatów mówiących o jakimś zagadnieniu (np. „kryteria zbawienia bądź potępienia”), a dopiero potem dobieranie tezy, która do tych cytatów by pasowała. Przy tej drugiej metodzie, nietrudno zuważyć, że najważniejszy tekst Biblii mówiący o kryteriach zbawienia bądź potępienia to Mt 25, 31-46. Najważniejszym autorem tekstów chrześcijańskich jest jednak Jezus Chrystus, a nie Apostoł Paweł, i to Pawła mamy rozumieć w świetle Jezusa, a nie Jezusa w świetle Pawła.

G. Ciekawa jest opinia: „Wobec różnic w podejściu do tradycji w różnych denominacjach chrześcijańskich wydaje się być naturalne, by w ruchu międzywyznaniowym odwoływać się raczej bezpośrednio do Pisma świętego, niż do tradycji”. Powstają tu dwa pytania: to po co tych 17 punktów umieszczonych na stronie RNŻ, przecież to nie katolicy je tam umieścili, tylko protestanccy twórcy RNŻ? A po drugie: Świadkowie Jehowy (oraz Oneness Pentecostals oraz …. i tu długa, dłuuuuga  litania) odwołują się tylko do Biblii, by uzasadniać swoje nauki doktrynalne, więc potrzeba nam jeszcze czegoś, do odróżnienia wartości ich przekonań od przekonań – powiedzmy – baptystów.

Wydaje mi się, że bez tego fundamentu deklaracja „Właśnie współpraca w głoszeniu Ewangelii jest głównym zadaniem Ruchu Nowego Życia” może wiązać się z powracaniem pewnych kłopotów, które już w przeszłości tu i ówdzie na świecie wynikły.

ODPOWIEDŹ NA ARTYKUŁ KS. A. SIEMIENIEWSKIEGO «DOKTRYNA RUCHU NOWEGO ŻYCIA»

Niniejszy list otrzymaliśmy 23 lutego 2002

Dziękuję za zainteresowanie Ruchem Nowego Życia i za opisane w powyższym tekście pytania i wątpliwości. Chciałbym pokrótce się do nich odnieść.

A. Zacytowany tekst 17 punktów „Doktryny” nie stanowi „konkurencji” dla wyznań wiary Kościoła pierwszych wieków, będących wspólnym dziedzictwem całego chrześcijaństwa. Punkty te są tylko częścią charakterystyki międzywyznaniowej organizacji, jaką jest Ruch Nowego Życia. Ich uznanie nie jest ani warunkiem współpracy z RNŻ ani nawet warunkiem zaangażowania w działania RNŻ.

B. Przedstawiony przez Ks. Andrzeja Siemieniewskiego komentarz przypisuje autorom „Doktryny” rozumienie wiary jako czegoś niezależnego od uczynków. Przeczytajmy jednak choćby punkt 11: „Każdy wierzący jest powołany do życia w mocy zamieszkującego w nim Ducha Świętego, aby nie postępował według pożądliwości ciała, lecz przynosił owoc na chwałę Bożą.”

Fakt, że ze zbawczej wiary wypływa przemiana życia, widzimy wyraźnie w Nowym Testamencie.

„Tak jak ciało bez ducha jest martwe, tak też jest martwa wiara bez uczynków” (Jk 2,26).

Apostoł Paweł stwierdziwszy dobitnie „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił” – dodaje zaraz: „Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2,8-10).

W innym miejscu zaś pisze: „Nauka ta zasługuje na wiarę, i chcę, abyś z całą stanowczością o tym mówił, że ci, którzy wierzą w Boga mają starać się usilnie o pełnienie dobrych czynów” (Tt 3,8).

Życie w wierze jest życiem Chrystusa w nas: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne moje życie jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie.” (Gal 2,20)

Nie zmienia to wymowy tych fragmentów Nowego Testamentu, które właśnie wierze, a nie uczynkom, przypisują rolę zbawczą; przykładowo:

„Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę (…) nie z uczynków” (Ef 2,8-9)

czy też, według słów samego Jezusa: „Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie na sąd, lecz za śmierci przeszedł do życia” (J 5,24).

Podkreślając tu rolę wiary pamiętamy cały czas, że wiara zbawiająca jest to wiara przemieniająca życie, radykalnie wpływająca na całość życia człowieka. To nie tylko intelektualne przekonanie – wiara w istnienie Boga, ale wiara będąca całkowitym zawierzeniem Bogu.

C. Zwrot ze wstępu omawianego tu tekstu mówiący o „wszystkich prawdziwych chrześcijanach” rzeczywiście jest niefortunny, gdyż wielu prawdziwych (na tyle, na ile my, ludzie, możemy tego być pewni) chrześcijan miało odnośnie niektórych z tych punktów inne zdanie. Z drugiej strony musimy sobie zdawać sprawę, że wielu podaje się za chrześcijan, negując pewne podstawowe dla chrześcijaństwa prawdy wiary, że choćby wspomnę o Arianach z IV wieku, czy o współczesnych Mormonach lub Świadkach Jehowy.

D. Ks. Andrzej Siemieniewski pisze o problemach wynikających z przedstawionego w „17 punktach” obrazu zbawienia. Pierwszy z nich dotyczy zbawienia szeregu postaci Starego Testamentu. Czy Enoch, Abraham, Mojżesz, Eliasz są zbawieni? Oczywiście, że tak. Znali obietnicę o przyjściu Bożego Mesjasza – w różnym stopniu, gdyż była ona stopniowo objawiana przez Boga. Ale pierwszy raz, jeszcze w niejasnej formie, Bóg zarysował ją wobec Adama i Ewy, mówiąc przy nich do węża: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę” (Rdz 3,15). Adam i Ewa zrobili sobie przepaski z gałązek figowych– ale „Pan Bóg sporządził dla mężczyzny i dla jego żony odzienie ze skór i przyodział ich” (Rdz 3,21) – a to wymagało zabicia zwierzęcia – czy nie była to więc pierwsza zapowiedź krwawej ofiary Zbawiciela?

Przez dalsze wieki Bóg na różne sposoby objawiał, kim będzie Chrystus i przyniesione przez Niego zbawienie. My patrzymy na ofiarę Jezusa na krzyżu jako na coś już dokonanego – zaś bohaterowie Starego Testamentu patrzyli na nią jako na wydarzenie stopniowo coraz dokładniej zapowiadane, mające dopiero nadejść.

Lecz czy możemy twierdzić, że nie znali oni Chrystusa? Czytamy o Mojżeszu: „Przez wiarę Mojżesz, gdy dorósł, odmówił nazywania się synem córki faraona, wolał raczej cierpieć z ludem Bożym, niż używać przemijających rozkoszy grzechu. Uważał bowiem za większe bogactwo znoszenie zniewag dla Chrystusa niż wszystkie skarby Egiptu” (Hbr 11,26)

A w jaki sposób został usprawiedliwiony przed Bogiem Abraham? Apostoł Paweł pisał do Galatów: „W taki sam sposób Abraham uwierzył Bogu i to mu poczytano za sprawiedliwość”.

E. A co z chrztem? Jako ruch międzywyznaniowy nie komentujemy praktyk chrzcielnych Kościołów. Rozważając jednak chrzest w kontekście wiary, zwróćmy uwagę na dwa fakty.

– w opisach chrztów wodnych w Nowym Testamencie widzimy, że następowały one bezpośrednio po uwierzeniu w Jezusa;

– w Katechizmie Katolickim chrzest też jest powiązany z wiarą, na przykład:

1226: „Chrzest zawsze wiąże się z wiarą: "Uwierz w Pana Jezusa, a zbawisz siebie i swój dom" – oświadcza św. Paweł strażnikowi w Filippi.”

1236: „Głoszenie słowa Bożego oświeca kandydatów i zgromadzenie prawdą objawioną i pobudza ich do udzielania odpowiedzi wiary, nieodłącznej od chrztu.”

1253: „Chrzest jest sakramentem wiary. Wiara jednak potrzebuje wspólnoty wierzących. Każdy wierny może wierzyć jedynie w wierze Kościoła. Wiara wymagana do chrztu nie jest wiarą doskonałą i dojrzałą, ale zaczątkiem, który ma się rozwijać.”

Nie możemy więc odrywać znaczenia chrztu od wiary.

(Nawiasem mówiąc – w tradycji rozumiano „wodę” z J 3,5 na co najmniej pięć różnych sposobów: jako symbol naturalnych narodzin, symbol Ducha Świętego, słowa Bożego, chrztu Janowego lub chrztu chrześcijańskiego)

F. Kolejny problem dotyczy tzw. „pewności zbawienia”. Wydaje się, że przekonanie iż osoba wierząca w Jezusa może „posiadać pewność zbawienia” było obecne już w pierwszym wieku. Bo jak inaczej możemy rozumieć takie stwierdzenia z różnych ksiąg Nowego Testamentu:

„Moje owce słuchają mego głosu, a ja je znam. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki Mego Ojca” (J 10,27-29)

„Kto wierzy w Syna Bożego, ten ma w sobie świadectwo Boga; kto nie wierzy Bogu, uczynił Go kłamcą, bo nie uwierzył świadectwu, jakie Bóg dał o swoim Synu. A świadectwo jest takie: że Bóg dał nam życie wieczne, a to życie jest w Jego Synu. Ten, kto ma Syna, ma życie, a kto nie ma Syna Bożego, nie ma też i życia. O tym napisałem do was, którzy wierzycie w imię Syna Bożego, abyście wiedzieli, że macie życie wieczne.” (1J 5,10-13)

„Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego” (J 3,18)

To ostatnie stwierdzenie Jezusa ukazuje też wiarę w Niego jako kryterium zbawienia bądź potępienia.

G. Wobec różnic w podejściu do tradycji w różnych denominacjach chrześcijańskich wydaje się być naturalne, by w ruchu międzywyznaniowym odwoływać się raczej bezpośrednio do Pisma świętego, niż do tradycji.

Na zakończenie – możemy oczywiście skupiać się na tym, co dzieli chrześcijan. Intencją wierzących z różnych Kościołów, zaangażowanych w Ruchu Nowego Życia, jest wspólne służenie Bogu, niezależnie od przynależności denominacyjnej.

„Karta Ekumeniczna”, przedstawiona na jednej z podstron „Apologetyki”, mówi:

„Najważniejszym zadaniem Kościołów w Europie jest wspólne głoszenie Ewangelii słowem i czynem dla zbawienia wszystkich ludzkich istot. Wobec braku wspólnych odniesień, wobec oddalenia się od wartości chrześcijańskich, lecz także wobec różnobarwnego poszukiwania sensu, chrześcijanki i chrześcijanie są szczególnie wezwani do dawania świadectwa swojej wierze.”

Właśnie współpraca w głoszeniu Ewangelii jest głównym zadaniem Ruchu Nowego Życia.

Z pozdrowieniami dla wszystkich czytelników „Apologetyki” –

– Andrzej Zabołotny
Ruch Nowego Życia
azab@chello.pl

DOKTRYNA RUCHU NOWEGO ŻYCIA: GŁÓWNE PUNKTY WIARY RUCHU NOWEGO ŻYCIA

1. Główne punkty wiary Ruchu Nowego Życia zaprezentowane przez sam Ruch w postaci „Doktryny” brzmią następująco:

„Jedyną podstawą na której opieramy nasze przekonania jest Biblia, niezawodne Słowo Boga. Wierzymy, że było ono w wyjątkowy sposób (werbalnie i w pełni) inspirowane przez Ducha Świętego i że w oryginalnym manuskrypcie było napisane bez błędu. Jest ono najwyższym i ostatecznym autorytetem we wszystkich sprawach, o których mówi. Przyjmujemy te duże obszary nauczania doktrynalnego, co do którego była historycznie zgoda wśród wszystkich prawdziwych chrześcijan. Z powodu specyfiki powołania naszego ruchu pragniemy dać wolność przekonań w dziedzinie doktryn, pod warunkiem, że każda interpretacja jest oparta tylko na Biblii i że interpretacja taka nie staje się czynnikiem przeszkadzającym w służbie, do której powołał nas Bóg. Potwierdzamy wprost nasze przekonania co do nauk Biblijnych odnośnie następujących rzeczy:

1. Jest jeden prawdziwy Bóg, wiecznie istniejący w trzech osobach – Ojciec, Syn i Duch Święty. Każda z tych trzech osób w równej mierze posiada wszystkie atrybuty boskości i cechy osobowości. Powtórzonego Prawa 6,4; Mateusza 28,18; Jana 1,1-3; Dzieje 5,3-4.

2. Jezus Chrystus jest Bogiem, żywym Słowem. Stał się On ciałem przez cudowne poczęcie z Ducha Świętego i narodziny z dziewicy. Jest On więc doskonałą boskością i prawdziwym człowiekiem, połączonym na zawsze w jednej osobie. Jana 1,1, 14; Mateusza 1,18-25; Łukasza 1,30-37; Kolosan 2,9; Filipian 2,6-11.

3. Żył On życiem bez grzechu i dobrowolnie zadośćuczynił za grzechy ludzi, umierając na krzyżu w ich zastępstwie, w ten sposób zaspokajając Bożą sprawiedliwość i osiągając zbawienie tych, którzy wierzą tylko w Niego. 1 Jana 3,5; 1 Piotra 3,18; Jana 10,17-18; 2 Koryntian 5,21; 1 Jana 4,10; Rzymian 3,24-26.

4. Powstał On z martwych w tym samym ciele – chociaż uwielbionym – w którym żył i zmarł. 1 Koryntian 15,4; Łukasza 24,36-43; Jana 20,24-29.

5. W ciele wstąpił do nieba i zasiadł po prawicy Boga Ojca. Stamtąd, jako jedyny pośrednik między Bogiem a ludźmi, nieustannie wstawia się za swoim ludem. Dzieje 1,9-11; Efezjan 1,20; 1 Tymoteusza 2,5; Hebrajczyków 7,24-25; 1 Jana 2,1-2.

6. Człowiek został na początku stworzony na obraz Boży. Człowiek zgrzeszył przez nieposłuszeństwo Bogu i z tego powodu został oddzielony od swojego Stwórcy. Ten historyczny upadek sprowadził Boże potępienie na całą ludzkość. Wyjścia 1,26-27; 2,15-17; 3,1-24; Rzymian 5,12-21; 1 Koryntian 15,21-22.

7. Natura człowieka jest zepsuta i z tego powodu nie może on podobać się Bogu. Każdy człowiek potrzebuje odrodzenia i odnowienia od Ducha Świętego. Rzymian 3,9-20; Efezjan 2,1-7; Marka 7,20-23; Jana 3,1-21; Tytusa 3,5-7.

8. Zbawienie człowieka jest w całości dziełem dobrowolnie udzielonej łaski Bożej i nie jest – w całości ani w części – dziełem ludzkich uczynków, ludzkiej dobroci, ani ceremonii religijnych. Bóg udziela swojej sprawiedliwości tym, którzy pokładają ufność co do swojego zbawienia wyłącznie w Chrystusie i w ten sposób usprawiedliwia ich w swoich oczach. Efezjan 2,8-10; Rzymian 3,21-26; 9,30-33; Galatów 3,1-14; 22-24.

9. Przywilejem wszystkich, którzy narodzili się na nowo z Ducha jest posiadanie pewności zbawienia od chwili, kiedy zaufali Chrystusowi jako swojemu Zbawicielowi. Pewność ta nie wypływa z ludzkich zasług, ale jest dziełem świadectwa Ducha Świętego, który potwierdza w wierzącym świadectwo zapisanego Słowa Bożego. I Tesaloniczan 1,5; Jana 1,12; 1 Jana 5,9-13; Rzymian 8,14-17.

10. Duch Święty przyszedł na ziemię aby objawić i uwielbić Chrystusa i zastosować zbawcze dzieło Chrystusa w życiu ludzi. On przekonuje i przyprowadza grzeszników do Chrystusa, On umieszcza w nich nowe życie, zamieszkuje w nich nieustannie od chwili duchowego narodzenia i pieczętuje ich do dnia ich odkupienia. Wierzący przez wiarę otrzymują Jego pełnię, moc i kierownictwo. Jana 16,7-15; Tytusa 3,5; Jana 3,5-8; Rzymian 8,9; Efezjan 1,13-14; 4,30; 1 Koryntian 6,19; Galatów 3,2-3; Rzymian 8,24.

11. Każdy wierzący jest powołany do życia w mocy zamieszkującego w nim Ducha Świętego, aby nie postępował według pożądliwości ciała, lecz przynosił owoc na chwałę Bożą. Galatów 5,16-25; Efezjan 5,18.

12. Jezus Chrystus jest Głową Kościoła, swojego Ciała, które składa się ze wszystkich ludzi żywych i umarłych, którzy zostali przyłączeni do Niego przez zbawczą wiarę. Kolosan 1,18; Efezjan 1,22-23; 5,23-32; 1 Tesaloniczan 4,13-18.

13. Bóg napomina swój lud aby spotykał się regularnie na wielbieniu, w celu uczestniczenia w obrządkach, dla zbudowania przez Pismo i dla wzajemnej zachęty. Hebrajczyków 10,23-25; Dzieje 2,42; 20,7; 1 Koryntian 12,20-28; 16,1-2; Efezjan 4,11-16; 1 Tymoteusza 4:13; 2 Tymoteusza 3,16; 4,2.

14. W chwili śmierci fizycznej osoba wierząca natychmiast wchodzi w wieczną, świadomą wspólnotę z Panem i oczekuje zmartwychwstania swojego ciała do wiecznej chwały i błogosławieństwa. 2 Koryntian 5,8; Filipian 1,23-24; Łukasza 23,39-43; 1 Koryntian 15,12-58; 1 Tesaloniczan 4,13-18; 1 Jana 3,2; Filipian 3,21.

15. W chwili śmierci fizycznej osoba niewierząca natychmiast wchodzi w wieczne, świadome oddzielenie od Boga i oczekuje zmartwychwstania swojego ciała na wieczny sąd i potępienie. Łukasza 16,19-31; Jana 5,23-29; Apokalipsa 20,10-15; Mateusza 13,40-43.

16. Jezus Chrystus przyjdzie ponownie na ziemię – osobiście i w ciele – aby wypełnić historię i wieczny plan Boży. Dzieje 1,9-11; Apokalipsa 19,1-22; 21.

17. Pan Jezus polecił wszystkim wierzącym głosić Ewangelię na całym świecie i czynić uczniami ludzi z każdego narodu. Wypełnienie Wielkiego Posłannictwa wymaga tego, by wszystkie światowe i osobiste ambicje zostały poddane w pełnym oddaniu Temu, "który nas umiłował i wydał za nas siebie samego". Mateusza 28,18-20; Marka 16,15-16; Łukasza 24,46-49; Dzieje 1,7-8; Rzymian 12,1-2; Galatów 2,19-20; Filipian 3,7-21.”

Komentarz:

Wydaje się, że z punktów 6-16 tej „Doktryny” wynika następujący obraz drogi prowadzącej do zbawienia:

a. Od początku świata cała ludzkość jest potępiona (pkt 6), co oznacza, że wszyscy ludzie (z wyjątkiem ludzi odrodzonych) w chwili śmierci wchodzą w oddzielenie od Boga i czekają na potępienie (pkt 14).

b. Wyjątkiem są odrodzeni. Odrodzenie polega ze strony człowieka tylko na „położeniu ufności co do zbawienia wyłącznie w Chrystusie” (pkt 8) i – równocześnie – ze strony Boga na usprawiedliwieniu (pkt 8). Od człowieka nie wymaga się niczego więcej, aby mógł dostąpić zbawienia.

c. Skutkiem odrodzenia jest posiadanie pewności zbawienia, która jest niezależna od rodzaju prowadzonego potem życia (nawet, gdyby to było złe życie) (pkt 9).

d. Zbawienie wieczne dokonuje się tylko według jednego kryterium: wiary. Wierzący w Chrystusa są zbawieni (całkowicie niezależnie od rodzaju życia, jakie prowadzili przed odrodzeniem i po nim, niezależnie od grzechów czy zaniedbań), a niewierzący są potępieni, znowu niezależnie od prowadzonego życia, dobrego, czy złego) (pkt 14 i 15). W szczególności kryterium zbawienia na pewno nie są w żadnej mierze ani dobre, ani złe czyny.

Autorzy 17 punktów twierdzą, że z Biblii wynika tylko taki obraz zbawienia, i że „była historycznie zgoda wśród wszystkich prawdziwych chrześcijan” co do tego obrazu zbawienia.

Tu powstają problemy:

Takiej historycznej zgody nie było, chyba, że „prawdziwi chrześcijanie” ma oznaczać „pewna grupa amerykańskich protestantów”.

ad a. Jak w świetle pkt 6 odpowiedzieć na pytanie, czy tacy ludzie jak Enoch, Abraham, Mojżesz i Eliasz są zbawieni? Według tradycyjnych chrześcijan – tak. Jeśli tak, to jakim sposobem, skoro nie znali oni Chrystusa??

ad b. Co w świetle pkt 6-8 z chrztem? Odrodzenie w Biblii kojarzone jest z „obmyciem wodą” (J 3, 5; Tt 3, 5; Ef 5, 26) i nigdy w tradycyjnym chrześcijaństwie nie było oddzielane od chrztu.

Przeciwstawianie „ufności co do swojego zbawienia wyłącznie w Chrystusie” – „ceremoniom religijnym” (np. sakramentowi chrzczeniu wodą) nie należy do ogólnego dziedzictwa wiary chrześcijańskiej. Takie przeciwstawienie znane jest tylko w niektórych odłamach nowożytnego protestantyzmu (por. J 3, 5; Tt 3, 5; Ef 5, 26).

ad. c. Sformułowanie „pewność zbawienia”, którą chrześcijanina cieszy się „od chwili odrodzenia”, która to pewność nie zależy od postępowania człowieka, wydaje się nie różnić specjalnie od znanej z historii XVI-wiecznego protestantyzmu wiary w „nieutracalność zbawienia”.

Wiara, że absolutnie nigdy nie można utracić zbawienia, nawet wskutek popełniania najgorszych grzechów, była niespotykana w chrześcijaństwie aż do XVI wieku.

Przeciwstawianie „ufności co do swojego zbawienia wyłącznie w Chrystusie” – „ludzkim uczynkom i ludzkiej dobroci” nie należy do ogólnego dziedzictwa wiary chrześcijańskiej, a znane jest tylko w niektórych postaciach protestantyzmu. Co do takiego przeciwstawienia nie było historycznie akceptacji ani w starożytności, ani w średniowieczu, ani dziś wśród prawosławnych, katolików i wielu protestantów.

Do dziedzictwa chrześcijaństwa – poza pewnymi postaciami protestantyzmu – wręcz przeciwnie, należy raczej wymóg „ludzkich uczynków i ludzkiej dobroci” dla osiągnięcia zbawienia wiecznego (por. Mt 25, 31-46).

ad. d. Każdy tradycyjny chrześcijanin starożytności, średniowiecza i każdy współczesny katolik lub prawosławny powie, że sąd Boży nie ogranicza się do sprawdzenia wiary. Powie, że o czymś przeciwnym mówią teksty:

Mt 7, 21: „Nie każdy, który Mi mówi «Panie, Panie», wejdzie do królestwa, lecz ten, kto spełnia wolę Ojca mego”.

Mt 25, 31-46: różnica między zbawionymi „sprawiedliwymi” i potępionymi niesprawiedliwymi polega na tym, co kto uczynił, a nie tylko na tym, w co kto wierzył.

Dodatkowe problemy powstają w związku z biblijnym uzasadnieniem 17 punktów „Doktryny”:

Skąd pochodzi informacja, że „Bóg napomina swój lud, aby spotykał się regularnie na wielbieniu, w celu uczestniczenia w obrządkach, dla zbudowania przez Pismo i dla wzajemnej zachęty”, skoro żaden z przytoczonych fragmentów (Hbr 10, 23-25; Dz 2, 42 i 20, 7; 1 Kor 12, 20-28 i 16, 1-2; Ef 4, 11-16; 1 Tm 4, 13; 2 Tm 3, 16 i 4, 2) nie mówi nic o „wielbieniu”, „obrządkach” ani „zbudowaniu przez Pismo”? Jedynie Hbr 10, 23-25 wzywa „zachęcajmy się” – ale za to nie mówi, aby to było celem spotkania!

Rodzi się więc pytanie:

Dlaczego przyjęto „Doktrynę” złożoną z tych ułożonych naprędce 17 punktów, zamiast przyjąć tradycyjne wyznania wiary, jak choćby pochodzące z IV wieku „Credo” („Wierzę w Boga Ojca”)? Można odnieść wrażenie, że powodem było zagwarantowanie baptystyczno-protestanckiego oblicza Ruchu Nowego Życia i ustrzeżenie się przed przybraniem oblicza katolickiego. Warto zapytać członków Ruchu, jak odpowiedzą na taką wątpliwość.

Pytanie rodzi się też ze spojrzenia na Preambułę do „Doktryny”. Czytamy w niej:

Jedyną podstawą, na której opieramy nasze przekonanie jest Biblia […] pragniemy dać wolność przekonań w dziedzinie doktryn, pod warunkiem, że każda interpretacja oparta jest tylko na Biblii”.

Powstaje tu problem historyczny:

Takie sformułowanie jest niespotykane w historii tradycyjnego chrześcijaństwa. Oto kilka przykładów:

– „Powinniśmy wierzyć tylko w tę prawdę, która pod żadnym względem nie różni się od tradycji kościelnej i apostolskiej” (rok 220, Orygenes, O zasadach, ks. I, pkt 2, s. 52).

– „Z doktryn i nauczania strzeżonych przez Kościół, jedne pochodzą z pisemnego nauczania, drugie przekazane nam jako misterium przejęliśmy z tradycji apostolskiej. Jedne i drugie mają tę samą moc w prawowitej wierze […] gdybyśmy usiłowali odrzucić niepisane zwyczaje jako mające niewielkie znaczenie, bezwiednie narazilibyśmy na szkodę Ewangelię w jej zasadniczych punktach” (rok 375, św. Bazyli, O Duchu Świętym, rozdz. XXVII, pkt 66, s. 175).

– „Tradycją Apostolską nazywamy Słowo Boże przenikające za sprawą Ducha Świętego do serc Apostołów i przekazane przez tego samego Ducha do świadomości Kościoła” (rok 2001, Katechizm Kościoła Prawosławnego, cz. VII, s. 401).

– „Kościół osiąga pewność swoją co do wszystkich spraw objawionych nie przez samo Pismo święte […] Święty depozyt wiary zawarty w świętej Tradycji i Piśmie świętym, został powierzony przez Apostołów wspólnocie Kościoła” (rok 1994, Katechizm Kościoła katolickiego, pkt 82 i 84).

Trzeba by więc wyjaśnić z członkami Ruchu Nowego Życia, czy wyznawcy przytoczonych wyżej opinii (Orygenes, Bazyli, współcześni prawosławni, współcześni katolicy) mogą być w oczach członków Ruchu Nowego Życia uznani za prawdziwych chrześcijan? Czy też przystąpienie do Ruchu wymaga zmiany katolickiej (lub prawosławnej) wiary na wiarę uzgodnioną z 17-punktową „Doktryną”?

Byłoby bardzo ciekawe poznać zdanie członków Ruchu na tych kilka pytań i wątpliwości.

Campus Crusade for Christ został zarejestrowany w Polsce jako Ruch Nowego Życia w 1992 roku, chociaż historia jego działania w naszym kraju sięga połowy lat siedemdziesiątych. Początkowo, pod nazwą Agape, działalność ta polegała przede wszystkim na wspomaganiu katolickiego Ruchu Światło-Życie (Oaza). W 1979 roku przyszła kolej na rozpoczęcie własnej pracy wśród studentów wyższych uczelni, najpierw w Warszawie i Krakowie, następnie w Poznaniu (1984), Gdańsku (1986), Wrocławiu (1992), Łodzi (1994), Katowicach (1996) i Bydgoszczy (1997). Oprócz pracy wśród studentów organizowane są działania pomagające dotrzeć z ewangelią do innych środowisk polskiego społeczeństwa (do rodzin, do uczniów szkół średnich, itp.).

[Notka pochodzi z internetowej strony ruchu – red.]

INNE OWCE – INNE OWCZARNIE

Przeczytaj KOMENTARZ Jacka Jureczko


Potrzebujemy odwagi, aby się przyznać, że czasami my, protestanci, jesteśmy zbyt zarozumiali lub nie jesteśmy zdolni, aby przemyśleć pewne, przybyłe z daleka wartości. Euforyczny, z powodu rezultatów religijnego spisu ludności, który ukazuje liczebny spadek katolików i wzrost protestantów, informator „Panorama”, należący do Misji Narodowych Brazylijskiej Konwencji Baptystów, stwierdza, że istnieje „około 150 milionów Brazylijczyków bez Chrystusa; z tego 12 milionów nie wyznaje żadnej religii”.

To misyjne wyzwanie, stwierdza raport w sposób jednoznaczny, informując iż wyłącznie protestanci posiadają Chrystusa, nikt poza protestanckimi szeregami Chrystusa nie posiada, dlatego, w konsekwencji, nie posiada wiecznego życia, nie jest zbawiony, gdyż nie istnieje zbawienie w nikim innym poza Chrystusem Jezusem (Dz. 4,12).

Osąd ten jest zuchwały z dwóch powodów. Po pierwsze, nie wszyscy protestanci posiadają Chrystusa. Po drugie, nie wszyscy katolicy nie posiadają Chrystusa.

Nawet ci, którzy nie przyznają się do przynależności do żadnej religii, mogą należeć do Chrystusa, mimo ze ich nazwisko nie znajduje się na żadnej liście jakiegokolwiek widzialnego kościoła. Zanim złożymy podobne oświadczenie powinniśmy przypomnieć sobie pewne słowa samego Jezusa, jak, dla przykładu, ów fragment, który powiada: „Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni” (J 10,16).

Któż powiedział, ze owce, za które Jezus umarł i zmartwychwstał, a których On jest Dobrym Pasterzem, znajdują się wyłącznie w owczarni protestanckiej? Przed Soborem Watykańskim II, Kościół Katolicki uważał się za jedynie prawdziwa owczarnie z prawdziwymi owcami.

Inny fragment Pisma, bardzo poważny i zawsze aktualny, powiada tak: „Nie każdy, który Mi mówi: ‚Panie, Panie’ Wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wole mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7,21).

Trzeba rozróżnić Kościół widzialny od niewidzialnego. Nie wszyscy członkowie widzialnego kościoła posiadają swe imiona zapisane w Kościele niewidzialnym lub w tak zwanej Księdze Życia. Podobnie, nie wszyscy członkowie niewidzialnego Kościoła są zapisani w kościele widzialnym.

Dalej nie mamy pewności, czym w rzeczywistości jest ewangelizacja. W Kościele Katolickim, takim jak nasz brazylijski, często ewangelizacja polega na wyciągnięciu jakiejś osoby stamtąd i przyprowadzeniu jej tutaj, jakby poza kościołem protestanckim nie istniało zbawienie. Popełniamy ten sam błąd, co katolicy, którzy powiadali lub jeszcze powiadają, ze poza Kościołem Rzymskokatolickim nie istnieje zbawienie.

Podczas zrealizowanej w 1986 roku w Amsterdamie konferencji międzynarodowej, Leighton Ford usiłował tłumaczyć, że głoszenie ewangelii jest skierowane do „jakiejkolwiek osoby, która nie przyjęła Jezusa Chrystusa jako swego Pana i Zbawiciela, chociażby byłby nią jakiś muzułmanin, rzymski katolik czy nawet rozentuzjazmowany baptysta z południa Stanów Zjednoczonych”.

Lubiany powszechnie pisarz, pieśniarz i kompozytor, ksiądz José Fernandes de Oliveira, bardziej znany jako ksiądz Zezinho (Józek), napisał w ubiegłym roku w lipcowym numerze katolickiego czasopisma „Família Crsta” („Chrześcijańska Rodzina”): „Istnieje wiele osób, które nazywają siebie katolikami, ale nie są praktykujący, jak tez i wiele osób, które nazywają siebie samych protestantami i również nie są praktykujący”. Nawet nie czytając „Panoramy” z 17 maja 2002 r., zwrócił się do protestantów z posłaniem: „Sadze, ze protestanci są chrześcijanami. Chciałbym, aby oni również byli na tyle subtelni by przyznać, ze my również nimi jesteśmy”.

Z języka portugalskiego tłumaczył ks. Mirosław Kropidlowski.

Autor jest emerytowanym pastorem Brazylijskiego Kościoła Prezbiteriańskiego; założycielem i dyrektorem wydawnictwa i czasopisma „Ultimato”; autorem wielu książek i artykułów; uczestnikiem licznych konferencji i spotkań, zwłaszcza o charakterze misyjnym; inspiratorem i twórca Protestanckiego Ośrodka Misyjnego (Centro Evangélico de Missoes – CEM), w którym przygotowują się przyszli misjonarze z różnych protestanckich kościołów do pracy misyjnej wśród innych kultur, i gdzie można również studiować misjologię z obrona pracy magisterskiej włącznie.

© «Ultimato», wrzesień-październik 2002 (Nr. 278); str. 27

Dziękujemy redakcji Semper Reformanda & Kosciol.pl za zgodę na zamieszczenie tego materiału w naszym serwisie

Komentarz do zamieszczonego artykułu:

Nie rzadko spotykamy protestantów krytykujących Kościół katolicki i zachęcających nas do opuszczenia jego szeregów. Wielu protestantów posuwa się nawet do stwierdzenia, że od opuszczenia Kościoła katolickiego uzależnione jest nasze zbawienie. Poniższy głos potraktujmy jako „wyznanie przewinień” i chciejmy z serca przebaczyć modląc się o naszych braci porozrzucanych po różnych wspólnotach kościelnych

Powyższy głos powinien również skonfrontować nasze sądy o braciach odłączonych. Ze smutkiem muszę wyznać, że jako odpowiedzialny za Serwis Apologetyczny spotykam się z częstymi atakami nie tylko na KRK, ale również na wspólnoty protestanckie. Bądźmy świadomi, że nie wszyscy protestanci odmawiają nam zbawienia. Są i tacy, którzy mimo dzielących nas granic widzą w nas braci i traktują nas jako współwyznawców Jezusa Chrystusa (przykładem niech tu będzie protestancka część redakcji Semper Reformanda).

Od samego początku Serwis Apologetyczny przeciwny był prozelickim praktykom niekatolickich wspólnot i Kościołów. Nigdy nie akceptowałem i nie będę akceptował namawiania jakiegokolwiek katolika świadomego swojej wiary do opuszczenia Kościoła katolickiego. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że każdy człowiek ma prawo do wyboru swojej drogi życiowej i ma prawo wyznawać taką wiarę na jaką wyraża zgodę jego sumienie. Jednakże nie możemy się zgodzić na ewangelizację przez zanegowanie Kościoła katolickiego.

W swoim świadectwie napisałem:
Wierzę, że wielu z nas potrzebuje jasno i prosto zadanego pytania. Pytanie to kieruję do tych wszystkich, którzy wahają się w wierze i nie wiedzą, czy może warto odejść z Kościoła katolickiego do bardziej atrakcyjnej grupy, czy trwać tam, gdzie Pan, Bóg, nas zasadził. Proszę o stanięcie w prawdzie i zadanie sobie tego pytania: Czy bycie katolikiem przeszkadza mi w całkowitym pójściu za Bogiem i czy mogę w Kościele katolickim zostać zbawiony? Jeżeli odpowiedź brzmi „TAK”, to po co zmieniać Kościół? Pozwólcie mi na przekazanie jeszcze jednej myśli: protestanci twierdzą, że zbawienie jest z łaski. Co oczywiście jest prawdą, a skoro jest to prawdą, to czy nie mogę być zbawiony z łaski w Kościele katolickim? Czy też muszę spełnić jakiś warunek (uczynek), aby dostąpić zbawienia?

Mam nadzieję, że zamieszczony artykuł pozwoli nam krytycznie spojrzeć na swoje poczynania.

Jacek Jureczko

THE SHAKERS

Zwiastun nowej książki
ks. Andrzeja Siemieniewskiego
„Ochrzczeni w jednym Duchu”: Perspektywy integracji mistycyzmu pentekostalnego z duchowością katolicką
prezentujemy (na razie bez przypisów) treść drugiego fascynującego rozdziału.

Losy najpierw angielskiej, a potem amerykańskiej wspólnoty Shakers są przejmującym świadectwem, jak nadmierne zaufanie do zewnętrznych manifestacji branych za przejawy działania Ducha Świętego może doprowadzić do teologicznej katastrofy i ostatecznej destrukcji wspólnoty…

związki z tradycją pentekostalną

Shakers to ruch religijny wywodzący się z silnie przeżyciowych form protestantyzmu brytyjskiego XVIII wieku, przeniesiony pod koniec owego stulecia na kontynent amerykański. Jednym z istotnych elementów duchowości społeczności Shakers było pojęcie darów duchowych. Ostatecznym darem był oczywiście Bóg-w-Chrystusie dający samego siebie, tak aby wierzący mogli zostać namaszczeni Bożą naturą i w ten sposób otrzymać życie Chrystusowe. Osobowy dar Boży był możliwy pod warunkiem autentycznej metanoi człowieka, obejmującej prawdziwe nowe narodzenie: śmierć starego „ja” i powstanie do jedności z Chrystusem. Na określenie odnowionej więzi z Bogiem używano terminu „chrzest w Duchu Świętym” lub nawet „chrzest i ogień z nieba”, mówiono też o przebudzeniu (revival) duchowości. Jakże znajomo dla kogoś osłuchanego z tradycją pentekostalną brzmią takie sformułowania, jak na przykład stwierdzenie: „dary Bożego Ducha uznałem za owoce mojego chrztu w duchu tego przedziwnego przebudzenia, które zdarzyło się w New Lebanon i w sąsiednich miastach”. Żywo przypomina to terminologię współczesnego pentekostalizmu; podobieństw tych jest, jak zobaczymy, znacznie więcej. Jedno z nich dotyczy nawet nazwy: członek społeczności Shakers, O.C. Hampton, potrafił wyrazić się: „nasza wspólnota pentekostalna” (our Pentecostal community), a także pisać o „pentekostalnych darach” (Pentecostal gifts) takich, jak natchnienia, prowadzenie przez świat duchowy, proroctwa, modlitwa w językach lub uzdrawianie z chorób. Brat Samuel Johnson przez wiele lat był dręczony gorączką, po czym został natychmiast uzdrowiony i uzdolniony do udania się w podróż na spotkanie Matki Anny Lee, jednej z postaci centralnych dla ruchu Shakers. Wtedy jego dusza otrzymała „namaszczenie od Świętego Bożego”, czyli „chrzest w Duchu Świętym”, a także wiele „darów niebiańskich i wiele działań Bożej mocy”.

Zdarzało się, nawiasem mówiąc, rozumienie choroby podobne to tego, jakie znamy ze współczesnego Ruchu Słowa Wiary: „Świat duchowy jest światem przyczyn i skutków. Umysł jest główną przyczyną wszelkiego bytu materialnego. Nasz byt fizyczny jest podporządkowany całkowicie duchowi, jaki go ożywia, i dlatego przyczyna chorób jest duchowa”. Inne podobieństwo terminologiczne możemy odkryć na przykład w następującej relacji z 1837 roku: „Przybyli posługujący z domu Mt. Lebanon i przepowiadali o «niezwykłym wylaniu Ducha», polegającym na wzroście światłości, życia i mocy duchowej”.

Jeden dar osobowego spotkania z Chrystusem objawiał się przez wiele różnych darów – charyzmatów. Shakers mieli szeroko rozbudowane nauczanie o darach duchowych, oparte w dużej mierze na praktyce ich codziennego doświadczania. Wspólnotowy wymiar darów obejmował na pierwszym miejscu dar uwielbienia (worship), który prowadził wszystkich uczestników do poczucia jedności. Wśród darów duchowych przejawiały się takie dary entuzjastyczne, jak wirowanie, drżenie i trzęsienie się, tańce, dźwięki w nieznanych językach i ekstatyczne, natchnione przesłania. Obok nich przeżywano dar „odczuwanej ciszy”, czyli Bożej obecności, jako „doświadczenie całkowitego Chrystusa”. Obok darów wyróżniano też Boże zarządzenia (orders), jak na przykład zarządzenie, by opuścić wąskie ramy „życia jako stworzenie” i wejść w „egzystencję Bożą”. Używano gestu rąk oznaczającego zarówno przekazywanie, jak i przyjmowanie darów duchowych.

Zdawano sobie sprawę z możliwości fałszywych natchnień, ale na ogół uważano, że dar rozeznania znakomicie ułatwi ich rozpoznanie i w praktyce zabezpieczy przed nimi. Mówiono, że: „w [naszej] wspólnocie przeważa wyższa klasa natchnień, a fałszywe duchy można z łatwością rozeznać i odrzucić”. Troszczono się też o to, by nie przesadzić ze zbytnim zaufaniem do subiektywnych odczuć duchowych, skoro deklarowanym celem była równowaga między „arktycznymi górami lodowymi intelektualnego bieguna północnego a Saharą równikową emocjonalnego entuzjazmu”.

Podobnie jak we współczesnych formach pentekostalizmu, często zauważano, że Kościół oddany prawidłowemu uwielbianiu Boga musi być Kościołem żywym, co miało znaczyć zerwanie z rutyną form i ceremonii, które „nie mają mocy ożywczej” dla przemiany zgromadzenia we wspólnotę czcicieli w Duchu i w prawdzie. Jeśliby komuś brakowało „przejścia przez wielkie przebudzenie i przemianę mocy duchowej”, to brak stosownego doświadczenia stanowiłby przeszkodę w wypełnieniu zadania ewangelizacji świata.

zjawiska charyzmatyczne

Historia chrześcijańskiej społeczności Shakers od samych początków, jeszcze w Anglii, była związana z dwoma kardynalnymi punktami: z przekonaniem o rychłym powrocie Chrystusa i z doświadczaniem darów duchowych. Obecność darów według zapatrywań wiernych potwierdzała rychłą paruzję, a były to takie obdarowania duchowe, jak modlitwy w językach, śpiewy w językach, proroctwa, spontaniczne tańce radości, nieoczekiwane a niekontrolowane ruchy ciała, drżenie, popadanie w ekstazę i odczucie niesamowitej mocy Ducha działającej pośród wiernych. Wykształciła się w ten sposób fundamentalna teologiczna zasada obowiązująca przez całą historię Shakers, a mianowicie: traktowanie doświadczenia duchowego jako dynamicznej normy autentyczności wiary. Było to wyraźnym przeciwstawieniem się tradycyjnemu porządkowi kościelnemu, gdzie doświadczenie było zawsze oceniane i normowane uprzednio przyjętymi zasadami religijnymi. Takie stawianie sprawy przyciągało do tej wspólnoty wielu chrześcijan poszukujących odnowienia wiary, zwłaszcza anglikanów, ale też baptystów i metodystów. „Shakers wierzą, dlatego że doświadczają”. Zasada ta była sformułowana na bardzo podobnej bazie jak poglądy dwudziestowiecznych entuzjastów separujących się od „martwych Kościołów”: „gdzie nie ma mocy Ducha Bożego i nie ma przekazywania mocy”, tam „Chrystus nie może być obecny”.

Sposób modlitwy i uwielbienia był uważany w społeczności Shakers za spełnienie zapowiedzi Jezusa o tym, że prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i w prawdzie (por. J 4,22-23), za kult oddawany nie według pomysłów ludzkich, ale całkowicie zależny od Boga. Istotną rolę w kulcie przypisywano tak zwanym praktykom (exercise – terminem tym posługiwali się powszechnie od XVIII wieku uczestnicy przebudzeń protestanckich w Ameryce na oznaczenie modlitwy w językach, jęków, świętego śmiechu, drgawek, tarzania się po ziemi itp.). Harmonia tych praktyk unaoczniała uczestnikom istotę jedności ludu Bożego i fakt ochrzczenia w jednym Duchu Świętym, przy czym uważano za rzecz normalną, że „przebudzenie duchowości często spowoduje zewnętrzne zachowania”. Kiedy w jednej ze wspólnot Shakers zdarzyło się głoszenie Dobrej Nowiny o „niezwykłym wylaniu Ducha, polegającym na wzroście światłości, życia i mocy duchowej”, to naturalnym i oczekiwanym skutkiem tego przepowiadania były „wirowania, wstrząsy ciała i śpiewy”, ocenione jako „osobiste poruszenia w Duchu”. Pojawiły się też wizje, do tego „personifikowane” (personated): oznaczało to, że prorokująca osoba wypowiadała się w imieniu ducha, który w niej działał. Liczono na przejawy mocy (power) i prorokowano o jej rychłym wylaniu w pełni: „Brat Giles przybył z posługą mocy przyszłego wieku. Głosił: «Zadziwicie się przejawami mocy Pana! Ze świata Ducha Świętego promieniuje już światło, które dowiedzie spełnienia proroctw przekazanych wspólnotom Shakers»”.

Im silniejsze były takie oddziaływania na ciało, tym pewniej uważano je za niezbity dowód otrzymania chrztu w Duchu Świętym. Nieco dłuższy fragment wspomnień weteranki ruchu Shakers zilustruje to znakomicie:

„Gdy byłam młoda, widywałam często braci i siostry pod kontrolą wpływu duchowego, i nie mogłam pojąć przez długi czas, w jaki sposób Duch może poruszać ciałem niezależnie od woli człowieka. Oddałam to w modlitwie. Pewnego razu, gdy byłam sama i głęboko rozmyślałam nad tym, odczułam przejawy Ducha Bożego w moim ciele – i wtedy poznałam, czym to jest. Tyle mi wystarczyło. Otrzymałam chrzest duchowy i już nigdy więcej nie przysporzyło mi to zmartwień”.

W relacji z 1785 roku donoszono o modlitwie obejmującej między innymi śpiew w językach, który kończył się gwałtownym oddychaniem. Modlitwie tej towarzyszyły niezwykłe ruchy całego ciała, które szokowały każdego, kto po raz pierwszy się z tym zetknął. W tej samej relacji czytamy o poważnym kaznodziei, który dzielił się swoim przekonaniem o rychłym powrocie Chrystusa i dowodził, że doświadczane manifestacje na modlitwie są dziełem Bożym. Przypominał też, że jakkolwiek wielu gardzi tą formą wiary, to przecież podobnie ludzie wyśmiewali się z Noego, proroków, a nawet z Jezusa. Obficie cytował przy tym Pismo Święte, na przykład twierdząc, że tekst św. Pawła: „zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem” (Flp 2,12) odnosi się do modlitewnej praktyki wstrząsów ciała (przypomnijmy, że nazwa Shakers pochodzi od angielskiego to shake – drżeć, trząść się). Z kolei wezwanie „nawróćcie się” oznaczać miało – według tego samego nauczyciela – zachętę do obracania się w kółko na pięcie. Skutkiem owego kazania były grupowe wzdychania i konwulsje, a kiedy wspomniano o Dawidzie tańczącym przed Arką, rozpoczęto bezładne „gwałtowne tańce” (violent dancing), przy czym niektórzy wirowali z niewiarygodną prędkością (przez 18 minut, jak odnotował skrupulatny obserwator). Pląsy, śpiewy, klaskanie trwały długo, aż w pewnym momencie doszło do gestu „przekazania daru” i jedna z uczestniczek zgromadzenia „popadła w największe wstrząsy przewyższające wszelkie możliwe napady konwulsji”. Mężczyzna, który „udzielił daru”, polecił zwrócić uwagę na to zjawisko i „podziwiać potężne dzieła Boga pośród Jego ludu”. Inny autor zauważył takie „działania charyzmatyczne” (charismatic acts), jak spontaniczne i bezładne krzyki, śpiewy, nauczania i tańce, a także rodzaj śpiewu, który określił jako „pieśń uroczysta” (solemn song): śpiew ten to nic innego, jak znany w wieku XX śpiew w językach.

Takie niezwykłe „działania w Duchu” zdarzały się regularnie także później, kiedy to na przykład w roku 1825 pojawiły się znowu „dary skłonów i wirowania”, a u niektórych nawet tarzanie się po podłodze: to ostatnie było praktykowane w większości przez ludzi młodych. W czasie spotkań nazwanych „profetycznym dziełem Eliaszowym” modlono się śpiewami, tańcami, w językach, poprzez napomnienia duchowe oraz lamentacje. Niekiedy „cały dom wydawał się oddany pomieszaniu języków”, kiedy „bracia i siostry, gromadząc się w małych kręgach i złączywszy ręce, modlili się wśród skłonów, konwulsji i [daru] języków”. Zachowania takie łączono z rodzącym się „przebudzeniem” (revival): „wybuchy gorliwości cechowały zwłaszcza zaangażowanych w przebudzenie (revivalists)”, a polegały one między innymi na „krzyczeniu i potężnych manifestacjach w ciele (bodily operations)”.

Przywódczyni ruchu Shakers, Matka Anna, zachęcała do starania się o dary języków, wizji, o dar wirowania ciała w modlitwie, a wszystko to w celu upiększenia uwielbienia Boga. Ludzi obdarzonych takimi darami, jak taniec czy wirowanie, uważano za pozostających „pod działaniem fizycznym” (under physical operations), a tych, którzy „pod działaniem fizycznym” nie byli, zachęcano do tego, aby przynajmniej podnieśli jedną rękę w modlitwie i co pewien czas machali nią. Mówiono też o rozwijaniu darów duchowych: otrzymywano najpierw „dary widzenia i słyszenia” (zapewne proroczego), a także natchnione przekazy, pouczenia, często wygłaszane w imieniu osób ujrzanych uprzednio w wizjach: „wielką różnorodność prezentów otrzymywano z duchowej krainy”. Można było je przekazywać braciom i siostrom: „dary te możecie dawać, kiedy i komu uznacie za stosowne”. Co ciekawe, uważano je też za rodzaj wstępnego przygotowania duchowego do bardziej poważnych zasad wiary: „mają one naturę podobną do przedszkola we współczesnych zasadach edukacyjnych” (przywodzi to na myśl analogiczne skojarzenia uczestników „przebudzenia w Toronto”: „Bóg bawi się z tymi dziećmi”).

Oczekiwania niezwykłości nie ograniczały się do ekstatycznej modlitwy i delirycznych stanów duchowych. Rozciągały się też na przekonanie, że wszelkie cuda opisane w Ewangeliach mogą być udziałem współczesnych wierzących: niekiedy sporej liczbie ludzi podawano niewielkie ilości żywności, wierząc, że tak jak Chrystus nakarmił liczne rzesze, tak uczyni i teraz (podobne „uczty ewangeliczne” odbywały się zresztą już w XVI wieku wśród anabaptystów).

Wielkim poważaniem cieszył się dar tańca duchowego, wspomniany – jak zauważali Shakers – wiele razy w Biblii i nigdy w Piśmie Świętym nie krytykowany. Dar tańca uznano w roku 1880 za dar czasowy (gift for-a-season), a nie za dar stały (gift forever), co zresztą było częścią wizji profetycznej zmarłego w 1797 roku Ojca Józefa dotyczącej siedmiu cykli takich zmian (warto zauważyć, że siedem cykli, choć dotyczących innych aspektów życia Kościoła, opisał „profetycznie” także W. Branham w książce Wykład siedmiu wieków Kościoła).

Ważna dla Shakers była idea natchnień duchowych: ich Kościół powstał wskutek objawienia Bożego, a późniejsi liderzy byli uznawani za natchnionych duchem. Powstawały pieśni inspirowane Duchem Bożym, a nawet dłuższe teksty i całe książki natchnione przez rozmaite byty duchowe. Część z tych tekstów była przekazywana „w językach, których nie można było [w normalny sposób] zrozumieć”. Dary te były uważane za tak potrzebne, że wołano: „potrzebujemy przebudzenia […], potrzebujemy szkół proroków!”.

Podobne do dwudziestowiecznych Marszy dla Jezusa były marsze procesyjne (używano zresztą nazwy „praktyki marszowe” – marching exercise) na otwartych przestrzeniach, połączone z bardzo podobnym do współczesnego zamysłem modlitewnym. Tak jak współczesne Marsze miały się przyczynić do zdobywania dla Boga terenu i wyzwalania go z władztwa złych duchów, podobnie we wspólnocie Shakers „duchowe zamiatanie polegało na rytualnej procesji przez wszystkie budynki dla oczyszczenia ich z wszelkiego nieporządku, podczas gdy śpiewano «pieśni zamiatające»„. Idea walki duchowej pojawiała się także w innych formach. Brat starszy H.C. Blinn odnotował w roku 1844 zwyczaj noszenia opasek z załączoną kartką z napisem: „Bóg Niebios wydał wojnę Bestii i z pomocą świętych Bożych na ziemi Bestia zostanie powalona”.

dewiacje doktrynalne

Wszystkie te „manifestacje duchowe”, „praktyki cielesne”, ekstatyczne modlitwy w językach i śpiewy w językach, „pieśni zamiatające”, cuda powtarzające sceny z Ewangelii i wiele, wiele innych, łączyły się z najbardziej jaskrawymi odstępstwami od tradycyjnej wiary chrześcijańskiej, jakie tylko były możliwe. Wynikały one ze swoistej zasady ponaddenominacyjnej: „wszystkie formy przemijają – i nikt nie może trzymać się ich bezkrytycznie, jeśli chce być prawdziwie wierny [Bogu]”, dlatego członkowie wspólnoty uważali się po prostu za prawowitych spadkobierców „wszelkiej prawdziwej religii [chrześcijańskiej], jaka kiedykolwiek istniała w Kościele Boga”. W ten sposób miała powstać wspólnota jednego wielkiego Kościoła, opartego nie na strukturach i hierarchii, ale na zasadach braterstwa wiary i życia, a konkretnie niesprecyzowanego bliżej „prawdziwego chrześcijaństwa”, które powinno być „bezwyznaniowe” (unsectarian), jako że „wyznaniowe mury zagradzają drogę do jedności, pokoju i braterstwa i oddzielają jednych religijnych wyznawców i czcicieli od drugich”. Na szczęście – zauważył jeden z wyznawców – mury te „znikają, w miarę jak światło Bożej prawdy i moc miłości Chrystusa roztacza się nad ludzką duszą”, a „wielkoduszni przywódcy wiary często oddają Bogu cześć w jednym i tym samym przybytku, choć wykształceni według innej teologii”. Krytyka istniejących wyznaniowych form chrześcijaństwa brzmi jak dosłowny niemal cytat ze spotykanych dzisiaj głosów wzywających do ponaddenominacyjnej społeczności wierzących:

„Kościoły usiłują czerpać siły ze starej i zużytej teologii i dlatego głodzą ludzi z powodu braku żywego natchnienia i współczesnego objawienia światła i prawdy. Dlaczego nie miałyby przeminąć i ustąpić miejsca czemuś lepszemu? Poza odnowieniem natchnień Ducha Świętego i nieustannego objawiania Bożej prawdy – i ścisłego im posłuszeństwa – nic innego nie podtrzyma Kościoła przy życiu i nie wzmocni jego wzrostu i chwały”.

Tak rozumiana bezwyznaniowość jest treściowo bliska, jak się wydaje, pojęciu chrześcijaństwa ponaddenominacyjnego.

„Niech będzie tylko jeden Kościół chrześcijański, który wchłonie wszystkie poprzednie babilońskie wyznania – Kościół, który będzie prawdziwie powszechnie uznanym Kościołem chrześcijańskim […], a nie prowadzony przez wymyślne matactwa księży”.

Idea chrześcijaństwa wspartego zewnętrznymi strukturami i sformalizowanymi wyznaniami wiary wydawała się członkom grup Shakers odrażająca, stąd teologie innych nurtów chrystianizmu jawiły się jako „obmierzły Babilon”, który zasługiwał na jedno: „tak zwane chrześcijańskie teologie należy spalić i zastąpić je prostym i nienagannym życiem Chrystusa jako przewodnikiem, przynosząc wyzwolenie z klerykalnej ułudy, wywodów z ambony i wszelakich wydatków na wydziały i akademie dla celów teologicznych”. Skutkiem tego wyznawcy byli przekonani, że obecna forma chrześcijaństwa przeminie i nie zostanie z niej kamień na kamieniu.

Pożytki, które mogłyby płynąć z istnienia porządku kościelnego i z przemyślanych wyznań wiary, stawały się jednak widoczne, gdy wspólnota Shakers zaczynała mówić konkretniej o tym, co znaczyła według nich owa prosta i jasna nauka Ewangelii. Shakers twierdzili na przykład, że „nic w Piśmie Świętym nie wskazuje na to, aby Apostołowie sprawowali jakikolwiek sakrament zewnętrzny jako Wieczerzę Pańską w jakiś inny sposób niż po prostu codzienny zwyczaj wspólnego jedzenia i picia”. Najlepszy dowód, że tak być musiało, stanowiło następujące rozumowanie: skoro „symbole” Ciała i Krwi Zbawiciela oznaczają śmierć Jezusa, to muszą być znakami Chrystusa nieobecnego, a kiedy jest On prawdziwie obecny, jak w modlitwie społeczności Shakers, wtedy prawdziwym sakramentem jest „duchowa jedność świętych”. Można było też spotkać w kręgach Shakers następującą opinię o małżeństwie: „małżeństwo nie jest instytucją chrześcijańską”.

Teologiczne odstępstwo od chrześcijańskiej normy sięgało o wiele dalej, do samego pojęcia Boga. Bóg Stworzyciel nazywany był „Wiecznym Ojcem”, a Duch Święty „Wieczną Matką”, Jezus nazywany był Chrystusem tylko w tym samym sensie, w jakim prorokini Anna Lee nazywana była Matką. Shakers uznawali więc Boga jako rodzaj „Dwójcy”, dlatego też – paralelnie – „człowiek zwany Jezusem i kobieta zwana Anną są prawdziwie dwoma widzialnymi filarami Kościoła Chrystusa – dwoje namaszczonych, dwoje pierwszych dziedziców obietnicy, pierwszy Ojciec i pierwsza Matka wszystkich dzieci odrodzenia”.

Shakers znajdowali w Piśmie Świętym silne wsparcie dla profetycznego znaczenia swojej wspólnoty. Kiedy czytano w proroctwie Aggeusza (według tłumaczenia angielskiego): „oto wstrząsnę (I will shake) niebiosami”; oraz „oto wstrząsnę (I will shake) narodami”, dostrzegano w tym zapowiedź napełnienia domu wspólnoty Shakers wszelką chwałą.

W późniejszym czasie, radykalizując zasadę opierania się na wewnętrznym świadectwie i minimalizując potrzebę jakiejkolwiek zewnętrznej normy kościelnej, wyznawcy doszli stopniowo do wniosku, że „z punktu widzenia Bóstwa (którą to perspektywę, jak można się domyślić, osiągnęli) wszystko jest duchem na tym świecie”, i dlatego tacy mistrzowie, jak Konfucjusz, Budda, Zoroaster i Jezus, powinni stawać się duchowymi wzorami. Jeszcze bardziej zadziwiające zestawienie wielkich bohaterów duchowego świata znaleźć można w tekście z końca XIX wieku. Otóż obok siebie, jako przykłady „oświeconego zrozumienia”, znaleźli się Jezus, Anna, Budda i Platon. Dla niewtajemniczonych trzeba dodać wyjaśnienie dotyczące drugiej z tych osób: otóż chodzi o Ann Lee (1736-1784), która w roku 1758 przyłączyła się do grupy Shaking Quakers (używana wtedy nazwa łączyła w sobie odniesienie do dwóch modlitewnych praktyk: to shake – trząść się; i to quake – drżeć), a w roku 1770 przeżyła „ogarnięcie obecnością Chrystusa”, by później hojnie udzielać tego przeżycia innym. To dość szczególne łączenie Jezusa z Anną Lee płynęło z przekonania, że Chrystus zaczął swoje drugie objawienie na ziemi w Duchu Świętym właśnie od nawiedzenia Matki Anny.

Zasada zakorzenienia duchowości w bezpośrednim doświadczeniu duchowym, indywidualnym i wspólnotowym, chociaż brzmiała zachęcająco, to jednak doprowadzona do skrajności – przyniosła radykalne zerwanie z teologiczną ortodoksją, aż do przekroczenia wszelkich znanych w historii chrześcijaństwa norm. Pomimo to u progu XX wieku, w roku 1894, kurczącej się już wspólnocie Shakers coraz wyraźniej jawiła się profetyczna rola ich doświadczenia w nadchodzącej przyszłości: „zostawimy te błogosławieństwa innemu pokoleniu, które – jeśli Bóg zechce – będzie bardziej godne”, gdyż „następne poruszenia i przebudzenia ducha […] poprowadzą do utworzenia nowych stowarzyszeń na tych samych podstawowych zasadach”.

WILLIAM BRANHAM

Jako zwiastun nowej książki
ks. Andrzeja Siemieniewskiego
„Ochrzczeni w jednym Duchu”: Perspektywy integracji mistycyzmu pentekostalnego z duchowością katolicką
prezentujemy (na razie bez przypisów) treść jednego z najbardziej fascynujących rozdziałów.

zakorzenienie w pentekostalnej tradycji

Dwudziestowieczny głosiciel pełnej Ewangelii mocy Bożej, William Branham (1909-1965), zasłynął jako osoba obdarzona charyzmatycznymi darami poznania i uzdrawiania. Wskutek gorliwej modlitwy o chrzest w Duchu Świętym otrzymał ten dar, jak sam potwierdza, a wtedy Bóg „zlecił mu wygłaszać kazania i modlić się za chorych, których [Bóg] chciał z każdej choroby uzdrawiać”. Ów dar uzdrawiania chorych otrzymał w 1946 roku, przeżywał też obdarowania na bardzo wiele innych sposobów: dar spostrzegawczości Ducha, widzenia aniołów (podczas pierwszych odwiedzin anioła tenże rozmawiał z bratem Branhamem przez pół godziny) lub dar rozeznawania duchów („fałszywego ducha bardzo szybko można rozszyfrować, jeśli ktoś jest duchowo dobrze usposobiony”). Ten ostatni dar służył do uspokajania wszystkich wątpliwości, jakie mogły pojawiać się w związku z nauczaniem Branhama: nie mógł przecież zostać zwiedziony ktoś, kto ma dar rozeznania. Praktyczne owoce tego wszystkiego były zdumiewające: „głusi i niemi, ślepi, chorzy na najrozmaitsze choroby byli uzdrawiani i zostało spisanych tysiące świadectw”.

Jego zwolennicy widzą w posłudze brata Branhama moment przełomowy dla całego doświadczenia pentekostalnego XX wieku. „Działanie Ducha, które rozpoczęło się w maju 1946 roku, objęło później także wielkie Kościoły ludowe i wszystkie inne chrześcijańskie wyznania”, dlatego właśnie „od tego czasu odbywają się powszechne, ponadwyznaniowe ewangelizacje […] i uroczystości charyzmatyczne”. Wszystko to jest znakiem, że mamy do czynienia z „końcowymi wydarzeniami historii zbawienia”. Jakkolwiek już w czasie reformacji nastąpiło wielkie przebudzenie, to jednak „dopiero po drugiej wojnie światowej ruch zielonoświątkowy stał się najszybciej rosnącą społecznością wiary”, a zbawczą kulminacją tych czasów była niezwykła interwencja Boga w dzieje świata w postaci objawienia się Williama Branhama. „Bóg uczynił coś wykraczającego poza granice zwyczajności […]. Bóg przyszedł znowu do ludzkiego ciała i powiedział: «Muszę im to pokazać jeszcze raz» […]. Zstąpił i posłał więcej niż proroka […]. Jak Jan Chrzciciel został wysłany jako poprzednik pierwszego przyjścia [Jezusa], tak William Branham został wysłany jako poprzednik Jego drugiego przyjścia”.

Szczególną cechą posługi W. Branhama, która od jego czasów rozprzestrzeniła się w zgromadzeniach pentekostalnych (szczególnie spopularyzowana została w stylu nabożeństw J. Wimbera), było publiczne diagnozowanie chorób w czasie masowych spotkań z modlitwą o uzdrowienie. W wydaniu Branhama był to „dar w lewej ręce” (odczuwał specjalne wibracje), za pomocą którego mógł rozpoznawać lub odkryć choroby, na które cierpieli ludzie. Był to „nadnaturalny znak dla zbudowania całego zgromadzenia”. Rozpropagowane później w ruchu pentekostalnym modlitwy o wydłużenie ręki lub nogi też mają swoje precedensy w posłudze Branhama. Stał się on centralną postacią, na której wzorował się cały szereg pentekostalnych ewangelistów uzdrowieniowych. Następnym nadnaturalnym „wyposażeniem mocą” dla skutecznego pełnienia Bożego posłannictwa był „dar odczytywania myśli i rozpoznawania zdarzeń z wcześniejszego życia danej osoby”. Oba dary, „dar w lewej ręce” i „dar odczytywania myśli”, oceniane były przez zwolenników Branhama jako „doskonałe”: „chyba żadna istota ludzka do tej pory tak tego nie wypełniała”. Jego posługa opierała się na tym, że nieustannie odczuwał obecność Ducha Świętego i Jego oddziaływanie. Wydawało się, że sam cudotwórca „pod namaszczeniem”, które uruchamiało duchowe dary, „przenika przez zasłonę swego ciała do świata duchowego”.

Nie mogło zabraknąć elementu ponaddenominacyjnego i eschatologicznego. Jak to zwykle przy takich okazjach bywa, wysłannik nieba zapowiedział Branhamowi, po pierwsze, że owoc jego posługi poruszy wszystkie narody i doprowadzi lud Boży do jedności ducha, tak że będzie „jednym sercem i jedną duszą”, a po drugie, że Jezus niedługo już przyjdzie. Chociaż W. Branham początkowo został ordynowanym kaznodzieją baptystów, to później nie należał do żadnej denominacji, a to dlatego aby w żaden sposób nie ograniczyć swojego wpływu na „wszystkie dzieci Jezusa”. Przyciągał ludzi z rozmaitych wyznań, a „ludzie z wielu Kościołów podczas tych zgromadzeń łączyli się w jedno”. Chętnie uczestniczył w spotkaniach organizowanych przez pastorów rozmaitych wyznań protestanckich, jako że chrześcijanie „powinni zapomnieć o różnicach, a raczej jednoczyć się, być jednego serca i jednej myśli, by w ten sposób przygotować się na bliskie przyjście Chrystusa”, i chociaż chodzą do różnych kościołów, to „równocześnie powinni mieć społeczność między sobą”.

Z drugiej jednak strony Branham przedziwnie zmieniał front, gdy chodziło o publiczne porównanie jego własnej posługi ze „starymi Kościołami”. Wtedy okazywało się, że tam gdzie pobożność jest bardziej tradycyjna, tam panuje „duch Kaina”, czyli „duch religijności”. I chociaż katolicy i protestanci mogą mieć różne wyobrażenia na temat fundamentu Kościoła, to jednak chrześcijaństwo opiera się naprawdę na skale objawienia wewnętrznego: „ludzie będą się temu przeciwstawiać, lecz nic nie są w stanie zrobić”. Deklaracje o jedności chrześcijan przybierały wtedy bardziej konkretne kształty: „Mamy Kościół Kainowy, Kościół cielesny, i mamy Kościół duchowy, do którego trzeba się na nowo narodzić, w którym jest objawienie ze znakami i cudami. Jest duch Kaina i Duch Chrystusa. Musicie sami wybrać”. Głoszona jedność wszystkich uczniów Jezusa zmaterializowała się praktycznie w powstaniu kolejnego ruchu pentekostalnego o ambitnej nazwie „Biblijnie wierzący” (Bible Believers), realizującego prorocze wizje Branhama: prawdziwi apostołowie będą rządzić Kościołem przez zakładanie niezależnych, wolnych Kościołów, oddzielonych od dotychczasowych zdegenerowanych denominacji. Sam Branham nauczał, że zorganizowanie chrześcijaństwa w wyznania jest zapowiedzianym znakiem apokaliptycznej bestii (por. Ap 13,17).

Wpływ Branhama jest jednak szerszy, niż wskazywałyby na to raczej skromne rozmiary grona jego bezpośrednich zwolenników (w tym również w Polsce). Wywarł on znaczące piętno na całym stylu Ruchu „Deszcz Jesienny” (The Latter Rain Movement) drugiej połowy lat czterdziestych, upowszechnił myśl, że proroctwo zawarte w Księdze Joela 2,23 odnosi się do dwudziestowiecznego pentekostalizmu, oddziaływał na takich głosicieli, jak Kenneth Hagin czy Paul Cain, którzy do dzisiaj uważają go za wielkiego męża Bożego i proroka, wprowadził też ideę „objawienia synów Bożych” (Manifest Sons of God), która znalazła tylu amatorów na przełomie XX i XXI wieku. Ciekawe, że przekonania o darze proroczym brata Branhama nie zmienił fakt, że głosił on, że do roku 1977 wszystkie wyznania zostaną wchłonięte przez Światową Radę Kościołów, Rada zaś – przez Kościół rzymski, wtedy nastąpi porwanie sprawiedliwych i zniszczenie grzesznego świata.

W pierwszej fazie swojej działalności Branham kładł silny nacisk na uzdrowienia i cuda w stopniu wcześniej niespotykanym. W nich widział środek do ewangelizacji w mocy: „W jaki sposób poselstwo Ewangelii mogłoby – w tym krótkim czasie przed przyjściem Jezusa – dosięgnąć obecnego pokolenia? Przez manifestację mocy Bożej!”.

dewiacje doktrynalne

Pomimo zdumiewającej liczby świadectw o uzdrowieniach i niespotykanych fenomenach towarzyszących jego posłudze nie mniejszą liczbę świadectw można zebrać o radykalnym odejściu teologicznym od najbardziej nawet liberalnie traktowanej tradycji chrześcijańskiej. Nauki Branhama o naturze Boga dość dobrze odzwierciedlone są w następujących fragmentach jego dzieł:

„Trójca (absolutnie niebiblijne słowo) miała swoją podstawę w rzymskim wielobóstwie, ponieważ Rzymianie mieli wielu bogów, [a przecież] jak mogą być trzy osoby w jednym Bogu? Nie tylko, że nie ma do tego żadnej podstawy w Piśmie, ale wska­zuje to na brak inteligentnego rozumowania”.

W równie wielkim stopniu mogą zdumiewać jego nauki o Kościele katolickim, zdecydowanie wykraczające poza krytyczne niekiedy opinie innych członków ruchu pentekostalnego:

„Kościół upiera się, że jest prawdziwym Ciałem Chrystusowym i że jego papieże są namiestnikami Chrystusa. Jest on całkowicie zwiedziony przez diabła, a nawet stał się zwodzicielem innych. Jest oblubienicą szatana i zrodził swoje fałszywe religie […]. Plądrował i niszczył. Obalał sztukę, niszczył wiedzę i nie stworzył nic prócz śmierci […]. Ten Kościół z Rzymu jest pogański i zły”.

Spadkobiercy Branhama kontynuują pracowicie taki styl prezentacji Kościoła katolickiego. Według jednego z nich, misjonarza Ewalda Franka: „jednostki Hitlera SS były organizowane i prowadzone przez jezuitów w mundurach, do których należał także Goebbels”, a gdy w Oświęcimiu „w niebo unosił się dym z pieców gazowych, w [obozowej] kaplicy unosił się zapach kadzidła i odmawiano modlitwy «w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego»”.

Nie lepiej powiodło się pod względem duchowym, w ocenie Branhama, wyznawcom z niekatolickich Kościołów chrześcijańskich: „życie, które było w Kościołach, zostało zjedzone przez pasożyty i ich teologie; co pozostawili luteranie, zjedli kalwiniści, a co zostawili kalwiniści, zjedli anglikanie […], po metodystach zjedli resztki baptyści [i tak] całe życie uszło z Kościołów”. Obraz całości jest więc niezbyt zachęcający: „Kościół wpadł w totalne ciemności. Tak jest. To jest koniec. To pokolenie nie przeminie, dopóki się wszystko nie wypełni”.

Branham podchodził niekonwencjonalnie także do sprawy formuły chrztu. Nie przejmując się zupełnie opinią dwudziestu wieków chrześcijaństwa, bezceremonialnie stwierdził: „Jeśli ktoś utrzymuje, że otrzymał objawienie, aby chrzcić ludzi w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, to jest to sprzeczne ze słowem”. Branham nie czuł się specjalnie związany opiniami poprzedzających go pokoleń wierzących. W jego mniemaniu do rozeznania prawdy w najistotniejszych nawet kwestiach całkowicie wystarczał mu jego osobisty związek z Bogiem i uzyskana na tej drodze pewność. „Kiedy czytałem słowo, zostałem uzdolniony przez Ducha Świętego, aby oglądać rozwijający się wzór [historii świata]”. Czyż nie miał do dyspozycji objawienia nieomylnego słowa Bożego i daru nieomylnego Ducha Bożego?

„Kościół żywego Boga nie jest zbudowany dzięki wykształceniu uniwersyteckiemu ani na wyznaniu wiary niektórych ludzi, lecz na objawieniu słowa Bożego, na duchowym objawieniu, które przychodzi od Boga z nieba na pojedynczych ludzi”.

Kolejne fragmenty myśli zaczerpnięte z dzieł Branhama ilustrują jego poglądy na tematy bardziej doczesne. Oto przykład kryteriów, jakich używał dla rozeznania moralnej wartości kobiet: „jak długo kobieta obcina swoje włosy, nie dbam o to, jak świątobliwie postępuje i ile ma umiejętności, dla mnie pomimo to jest przewrotna”. Gdy Branham „w czasie wizji widział straszne zepsucie i moralny stan całego świata”, to jednym z przejawów było to, że „niewiasty zaczną opuszczać swoje miejsce i zostanie im udzielone prawo do głosowania”.

„Adam został stworzony na podobieństwo Boże. Jako syn Boży nie mógł być kuszony i upaść. To było niemożliwe. Więc Bóg wyjął z mężczyzny produkt uboczny, aby spowodować upadek. Kobieta nigdy nie wyszła wprost z ręki Bożej jako autentyczny produkt Boży […]. Żadna inna samica w stworzeniu nie mogłaby być [tak] niemoralna”.

Zdumiewają także niecodzienne poglądy Branhama na temat kultury i nauki. Zacząć można od skromnego cytatu: „Teraz człowiek lata samolotami odrzutowymi […]. Zrobiła to nauka, a pochodzi to od diabła”, ale myśli wyrażających podobne intuicje jest znacznie więcej.

„Kain odszedł sprzed oblicza Pańskiego i zaczął pracować naukowo […]. Nauka, wykształcenie, miasta, kultura. To jest od diabła. Kto to rozpoczął? Diabeł. Od kogo to pochodzi dzisiaj? Od diabła”.

Nic więc dziwnego, że jeśli – jak Branham zaobserwował – „kobiety ulegają zwyrodnieniu w tych ostatecznych dniach”, to wyjaśnienie tego zagadnienia jest proste: „Z powodu czego? Ponieważ więcej pracujemy naukowo”.

* * * * *

Historia dwudziestowiecznego fundamentalizmu wraz z nieodłącznym antyintelektualizmem dostarczyła wielu przykładów pogardy dla rozumu i wzajemnego przeciwstawiania wiary i wiedzy ludzkiej. Są to kategorie myślenia, przed którymi przestrzegali w XVIII wieku ojcowie-założycie ewangelikalnych przebudzeń, J. Edwards i J. Wesley. Stopniowo jednak doszło do sytuacji, w której przez długie dziesięciolecia górę brała opcja obskurancka. Stało się tak wskutek systematycznego podważania autorytetu wykształconego duchowieństwa i coraz powszechniejszego traktowania Biblii jako tekstu w sposób oczywisty zrozumiałego i dostępnego dla najprostszego nawet umysłu, otwartego na indywidualne natchnienia i objawienia. Rozpoczęto drogę w kierunku wersji fundamentalizmu zamkniętej na nowoczesny sposób myślenia, czego skutki do dziś nie w pełni zostały przezwyciężone, a jednym z przykładów jest postawa W. Branhama.

HISTORIA JEDNEGO POWROTU – DLACZEGO NIE WARTO PORZUCAĆ KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO

Wstęp

Chciałbym podzielić się z Wami moim osobistym doświadczeniem wystąpienia i powrotu do Kościoła katolickiego. Przy tej okazji chciałbym zwrócić się do moich braci odłączonych, którzy są karmieni nauką antykatolicką właśnie na podstawie świadectwa osób odchodzących z Kościoła katolickiego.

Współczuję protestantom urodzonym nie w katolickim Kościele. Współczuję, ale nie z powodu inności, ale z powodu mylnych informacji, jakie rozgłaszają byli katolicy. Wiem, że jeden czy drugi protestant wychowany we wspólnocie protestanckiej posiada obraz katolicyzmu zaczerpnięty od byłych katolików, którzy o doktrynie Kościoła wiedzą niewiele. Jako przykład niech posłuży publikacja książki ex-księdza Luisa Padrosy Dlaczego wystąpiłem z Kościoła katolickiego? Owa pozycja doczekała się publikacji internetowej w serwisie jakoby chrześcijańskim «Jezus.pl». O czym traktuje owa pozycja? Otóż ks. Padrosa to były ksiądz-zakonnik nie pozostawiający na Kościele katolickim suchej nitki. Jedną z ciekawostek tej książki jest to, że opisywany jest Kościół przed soborowy (kapłan tyłem do ludu, msza św. w j. łacińskim itp.). Mam nadzieję, że autorzy serwisu – z nazwy chrześcijańskiego – zdążyli się dowiedzieć, że Msza św. od kilku lat odprawiana jest już w języku ojczystym. Jeżeli autorzy serwisu zdobędą się na odrobinę dociekliwości, to bez trudu ustalą, w którym roku przeprowadzono reformę liturgiczną i dopuszczono języki narodowe do liturgii. O ile dużą wartość posiada zamieszczanie szacownych dzieł patrystycznych, o tyle publikacja nic nie wnoszącej książki ks. Luisa Padrosy jest chybionym posunięciem, świadczącym o wielkiej niechęci do nas, katolików.

Nawrócenie

Zmieniające życie spotkanie z Panem, Bogiem, przeżyłem podczas… spowiedzi. Dla czytających ten tekst protestantów wychowanych w swojej tradycji muszę zaznaczyć, że ów sakrament (zainteresowani bez trudu odnajdą w słowniku teologicznym słowo „sakrament”) jest spotkaniem z przebaczającym – darmo i bezwarunkowo – Bogiem. Pamiętam jak zupełnie nieoczekiwanie skierowałem swoje kroki do Kościoła. Byłem wychowany w Kościele katolickim, ale zupełnie nie odczuwałem znaczenia tego faktu. Nie wiedziałem, że Jezus Chrystus umarł za mnie. Zwykle za taką postać rzeczy oskarża się księży, twierdząc, że nie głoszą zbawienia w Chrystusie. To fałsz! To moje uszy zamknięte były na nauczanie prawdy. Kilka lat wcześniej zamknąłem swoje serce na cichy głos Ducha Świętego i zatraciłem zdolność trzeźwego myślenia.

Tego dnia chciałem po prostu wyżalić się Panu, Bogu, i choć w niewielkim stopniu odzyskać nadzieję w sens przyjaźni z Nim. Rozpocząłem głośną modlitwę – zanim to uczyniłem, sprawdziłem, czy na pewno nikt oprócz mnie nie przebywa w świątyni: „Panie, jeżeli jesteś…” i nagle zobaczyłem księdza siedzącego w konfesjonale. Pomyślałem: „nic nie masz do stracenia” i poszedłem do spowiedzi. Ktoś powie, że to normalne i nie ma w tym nic szczególnego – i całkowicie się z nim zgodzę, poza jednym małym szczegółem: spotkałem wtedy kochającego Boga.

To jedno wydarzenie zmieniło CAŁE moje życie, a najwspanialszym darem Boga było Jego Słowo. Od tego dnia rozpocząłem gorliwe czytanie Pisma. Szkoda, że nie zachowała się moja pierwsza Biblia, która tak naprawdę dosłownie wiele ode mnie ucierpiała: kreśliłem, podkreślałem, kolorowałem. Żadna na świecie książka długo takich tortur by nie wytrzymała.

Gorliwość o dom Twój pożera mnie…

Każdy gorliwiec gotowy jest na wielkie poświęcenie, wymagając tego samego od innych. To wielki i podstawowy błąd każdego neofity czy, mówiąc biblijnie, „niemowlęcia w wierze”. Zastanawiałem się: „dlaczego inni tak nie czynią, dlaczego księża jakoś nie przejawiają radości z tego, co robią”. Zostałem ministrantem, uczęszczając na trzy Msze św. dziennie!!! Tak, rano o 7:00 i 7:30 oraz o godz. 18:00. Taka aktywność trwała do czasu mojego odejścia z Kościoła katolickiego.

Odejście z Kościoła Bożego, czyli: krok wstecz

Moja gorliwość została wystawiona na dużą próbę. Pragnąłem spotykać się z ludźmi kochającymi Pana. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że kapłan, wybierając stan duchowny, otwarcie wyznaje: „Kocham Cię, Panie, i pragnę służyć Twojemu Kościołowi”.

Moje serce coraz bardziej oddalało się od Kościoła. Poznałem braci i siostry z Kościoła zielonoświątkowego. Imponowali mi znajomością Pisma i bezkompromisowym życiem słowem Bożym. W ten sposób powoli, powoli, szykowano mnie na szok związany z „prawdą” o Kościele katolickim. To ciekawe, na początku nikt nie negował mojego biegania na codzienną Eucharystię, moich wyjazdów do kochanych ojców karmelitów z Czernej do spowiedzi. Chciałem, aby taki stan trwał wiecznie.

W międzyczasie odkryłem małą broszurkę Cztery prawa duchowego życia. W ciągu jednego tygodnia – razem z moim przyjacielem Marcinem – doprowadziliśmy do wyznania Jezusa jako Pana dużą grupę braci i sióstr z Ruchu Światło-Życie. Jednakże ta książeczka mocno mnie zaniepokoiła. Przecież moi rodzice ani księża nie czytali tej broszurki i nie wyznali Jezusa jako Pana i Zbawiciela, a – to już efekt pracy braci zielonoświątkowców – przecież bez takiego wyznania ustami doświadczenie zbawienia jest niemożliwe!

Nie miałem pojęcia, jak kontakt z zielonoświątkowcami zmieni moje życie.

Moją pierwszą protestancką lekturą była rewelacyjna książka Dawida Wilkersona Krzyż i sztylet. To z niej dowiedziałem się, że bardzo potrzebuję „chrztu w Duchu Świętym”. Po raz pierwszy spotkałem się ze słowem „pastor” i dowiedziałem się, że pastor ma żonę i dzieci! Ponieważ nie byłem nigdy na nabożeństwie w zborze, to nie znałem w ogóle protestanckiej terminologii.

Drugą protestancką lekturą była Droga sceptyka do Boga Josha McDowella. Ta lektura pokazała mi, że jako osoba świecka mam do odegrania jakąś rolę w Kościele, ale na to okazało się być już za późno.

Moi parafialni księża zaczęli zauważać – jak to sami określili – moje protestanckie myślenie. Chociaż ja sam nie myślałem o odejściu z Kościoła, który na swój sposób kochałem. Uczciwie przedstawiałem zaprzyjaźnionemu księdzu moje wątpliwości co do pewnych kwestii w Kościele i pokazałem też Biblijne studium dla nowo narodzonych chrześcijan, prosząc o ocenę i uwagi. Niestety, ksiądz odmówił komentowania tych książek, twierdząc, że zawierają protestancką interpretację Pisma. Tego było już za wiele: „jak to – oburzyłem się – przecież tutaj są tylko pytania do poszczególnych wersetów!” Ksiądz nie był na taką dyskusję przygotowany i po tej rozmowie miałem jeszcze większy mętlik w głowie.

„Zieloni” jakby na to czekali – rozpoczęli batalię o mnie. Modlili się w swoich grupach, pokazywali mi protestanckie ulotki typu Katolicka Biblia mówi prawdę itp. Żeby mnie już kompletnie dobić – i tutaj to, czym się z Wami dzielę, ma dużo wspólnego ze wstępem – otrzymałem książkę byłego księdza L. Padrosy Dlaczego wystąpiłem z Kościoła katolickiego.

Myślałem, że jestem w stanie obronić swoją katolickość, ale bardzo się przeliczyłem. Lektura tej książki mocno osłabiła moją wiarę w prawdę w Kościele katolickim.

Być protestantem…

Wraz z odejściem z Kościoła katolickiego radykalnie zmieniła się moja opinia na jego temat. Przestał być dla mnie Kościołem, a stał się „Babilonem Wielkim” i „Wielką nierządnicą”. Każdego dnia pragnąłem spotkać się z biednymi, oszukanymi katolikami i oznajmiać im prawdę. Nie miałem żadnego pojęcia o prawdziwej doktrynie Kościoła katolickiego, ale sprawiałem wrażenie dobrze poinformowanego. Z całą zajadłością atakowałem błędy „nominalnych chrześcijan”, chociaż nawet nie uważałem katolików za chrześcijan. Taką postawę przejawiałem przez kilka lat, co pozwoliło mi zostać liderem młodzieżowym. Kilkanaście młodych osób było moim łupem – choć nie zdobywałem „dla Chrystusa”, ponieważ były to osoby już zdobyte, tzn. zaangażowane w swoim Kościele. Moje „misyjne” zdolności zostały docenione przez radę starszych i pastora i przeniesiono mnie do innego miasta, abym i tam „ratował” ludzi.

„Ni pies, ni wydra”, czyli chrześcijaństwo ponadwyznaniowe

Po jakimś czasie zauważyłem, że jako radykalny zielonoświątkowiec nie mam dostępu do tych kręgów ludzi, do których chciałem dotrzeć. Na szczęście poznałem ChSA (Chrześcijańskie Stowarzyszenie Akademickie) związane z szeroko rozumianym chrześcijaństwem, ale o tradycji ewangelikalnej. ChSA nie utożsamiało się z żadnym z istniejących Kościołów, chcąc być narzędziem w ręku każdego. Zaangażowałem się w służbę wśród młodzieży ze szkół średnich. Zacząłem współpracować m.in. z luteranami, baptystami, metodystami. Mój radykalizm powoli przestawał podobać się Bogu.

ChSA odegrało wielką rolę w moim życiu. Zobaczyłem, że Bóg kocha myślących i wierzących inaczej niż ja. Była to dobra szkoła tolerancji i próby zrozumienia innych tradycji ewangelikalnych.

Niestety, muszę stwierdzić, że o ile ChSA jest organizacją ponadwyznaniową, to niekoniecznie otwartą na katolików. Nie pamiętam, ale zdaje się, że podobnie jak Ruch Nowego Życia czy Chrześcijańska Społeczność Internetu (ChSI związana jest z internetową gazetką „WIATR” tworzoną swego czasu przez… katolicką wspólnotę Koinonia Jan Chrzciciel), ChSA posiada swoje wyznanie wiary wychodzące naprzeciw wszystkim Kościołom, w którym znajdziemy między innym punkt stwierdzający uznawanie 66 ksiąg Pisma Świętego, co oczywiście dla nas, katolików, jest nie do przyjęcia[1].

Tak na marginesie, cała dyskusja o Ruchu Nowego Życia, czy jest sektą, czy nie, jest zupełnie źle ustawiona. Z pewnością nie jest sektą, ale na pewno nie jest dobrym miejscem dla katolika[2].

Byłem świadkiem, że zabroniono katolikom biorącym udział w wakacyjnym obozie udziału w Mszy św., co tłumaczono innymi planami dla całego obozu. Nie uszanowano tożsamości religijnej niektórych osób (o ile pamiętam, we Mszy św. chciały wziąć udział dziewczyny z Makowa Podhalańskiego).

Z powrotem w Kościele katolickim

Nie będę opisywał szczegółów, które doprowadziły mnie do podjęcia nauki w Biblijnym Seminarium Teologicznym we Wrocławiu, ale sam pobyt w seminarium baptystycznym wymaga trochę uwagi.

Podczas nauki w BST Pan otwierał moje oczy. Okazało się, że nauka na uczelni protestanckiej może doprowadzić do Kościoła katolickiego. Oczywiście, nie był to efekt zamierzony i pożądany przez władze i wykładowców BST, ale tak się właśnie stało.

Uświadomiłem sobie, że teologia protestancka jest bardzo relatywna. Każdy z nas, studentów BST, tworzył swój własny „system teologiczny”, którego podstawą miała być tylko Biblia. Zachęcano nas do składania comiesięcznych wyznań wiary (praktycznie dokonywało się to po każdym przerobionym dziale). Muszę przyznać, że była to niezła gimnastyka. Każdy z nas spędzał setki godzin nad Biblią, którą kochaliśmy i studiowaliśmy. Miłość do Słowa, wielki szacunek do prawd objawionych – to wszystko stało się dla mnie wielkim skarbem, który otrzymałem podczas nauki w BST. Uczono nas, że Biblia jest najważniejszą lekturą teologa, że do Biblii trzeba podejść bardzo poważnie i z bojaźnią, obawą o złe odczytanie Objawienia i z pokorą wobec naszych ograniczonych możliwości. Nie pozwolono nam na „wczytywanie” swoich pomysłów do tekstu Pisma. Wiele mógłbym jeszcze o tym napisać, ale streszczę to jednym zdaniem – BST nauczyło mnie, „jak czytać”, a nie „co tam jest napisane”.

Relatywizm zburzył moje podstawy teologiczne. Przestałem być pewny, że znam prawdę, i rozpocząłem lekturę wczesnych pisarzy chrześcijańskich (Didache, dzieła Augustyna, katechezy Cyryla Aleksandryjskiego itp.), co doprowadziło mnie do wniosku, że moja interpretacja Pisma znacznie (to delikatne słowo) odbiega od przedstawianej przez Ojców Kościoła i Tradycji (pisane dużym „T”).

Mój oficjalny powrót do Kościoła katolickiego miał miejsce w I Niedzielę Adwentu 1996 roku w Kościele pw. św. Wojciecha u oo. dominikanów (o. Paweł Maliński).

Co dalej?

To nie koniec mojej duchowej przygody.

Na początku myślałem, że będę tylko „biorcą” w Kościele, ale Pan stosunkowo szybko pokazał mi – choćby przez książkę ks. A. Siemieniewskiego katolickie spojrzenie na wiarę – że moje osobiste doświadczenie może pomóc innym. Od grudnia 2000 wraz z Andrzejem Siemieniewskim rozpoczęliśmy rozmowy o celowości powołania do istnienia Katolickiego Serwisu Apologetycznego, który ruszył 2 lutego 2001. Tak więc minął dokładnie rok od naszego wejścia w wirtualną sieć.

Wierzę, że wielu z nas potrzebuje jasno i prosto zadanego pytania. Pytanie to kieruję do tych wszystkich, którzy wahają się w wierze i nie wiedzą, czy może warto odejść z Kościoła katolickiego do bardziej atrakcyjnej grupy, czy trwać tam, gdzie Pan, Bóg, nas zasadził.

Proszę o stanięcie w prawdzie i zadanie sobie tego pytania:

Czy bycie katolikiem przeszkadza mi w całkowitym pójściu za Bogiem i czy mogę w Kościele katolickim zostać zbawiony?

Jeżeli odpowiedź brzmi „TAK”, to po co zmieniać Kościół?

Pozwólcie mi na przekazanie jeszcze jednej myśli: protestanci twierdzą, że zbawienie jest z łaski. Co oczywiście jest prawdą, a skoro jest to prawdą, to czy nie mogę być zbawiony z łaski w Kościele katolickim? Czy też muszę spełnić jakiś warunek (uczynek), aby dostąpić zbawienia?


[1] Np. Chrześcijańska Społeczność Internetu
[2] Ks. Andrzej Siemieniewski – Doktryna Ruchu Nowego Życia – główne punkty wiary Ruchu Nowego Życia.