PRZECZYTAJ… POMYŚL… POMÓDL SIĘ. ODKRYWANIE BIBLII POPRZEZ ‚LECTIO DIVINA’

Pewnego dnia, kiedy byłam jeszcze zupełną nowicjuszką w życiu zakonnym, poprosiłam siostrę Idę o wyjaśnienie, czym jest lectio divina, czyli „święte czytanie” Biblii. Ponieważ określa się je tajemniczo brzmiącym łacińskim terminem, ludzie często myślą, że ta uświęcona tradycją forma modlitwy jest czymś wielce skomplikowanym i uczonym.

Siostra Ida była bardzo świętą kobietą. Przybyła do naszej benedyktyńskiej wspólnoty z rodzinnych Niemiec i przez całe zycie zajmowała się pracami domowymi. Nigdy nie zapomnę odpowiedzi, jakiej mi udzieliła swoim mocnym niemieckim akcentem: „Cóż, sama za bardzo nie wiem, co to jest to lectio. W każdym razie ja czytam, dopóki nie przyjdzie mi do głowy jakaś myśl, a wtedy zastanawiam się nad tym”. Do dziś uważam te słowa za najlepszą definicję lectio divina – czytaj fragment Pisma świętego, dopóki nie przyjdzie ci do głowy jakaś myśl, a potem zastanów się nad tym.

Nie należy jednak traktować lectio jako narzędzia do wzniecania wzniosłych myśli. Jest ono wielkim darem pozwalającym nam uświadomić sobie, że Pismo święte jest żywe i skuteczne – że jest miejscem, gdzie możemy spotykać się z Bogiem po wszystkie dni naszego życia.

Jak zacząć?

Jedne z najwcześniejszych wskazówek na temat lectio divina odnajdujemy w Regule napisanej w VI wieku przez św. Benedykta. Poleca on mnichom przeznaczać na to święte czytanie dwie do trzech godzin w każdy dzień roboczy – jak również niemal całą niedzielę. Dla Benedykta lectio było czymś niezmiernie ważnym. Zarządza nawet, aby wyznaczono jednego brata, który będzie czuwał nad tym, by pozostali rzeczywiście oddawali się lekturze, a nie drzemali czy rozmawiali miedzy sobą. Co więcej, zamieszcza wszystkie te instrukcje w rozdziale na temat pracy fizycznej!

Dla benedyktyna czy benedyktynki święte czytanie jest więc częścią pracy! Nie mogę wymawiać się: „Miałam dziś tyle do zrobienia, że zabrakło mi czasu na lectio”.

Jednak lectio jest nie tylko dla zakonników. Każdy, z pomocą zaledwie kilku wskazówek, jest w stanie posłużyć się tą prostą metodą w celu pogłębienia swojej modlitwy i umiłowania Pisma świętego.

„Co mam czytać?” – to pytanie nasuwa się jako pierwsze. Odpowiedź kryje się już w samym terminie „święte czytanie” – jego przedmiotem powinna być przede wszystkim Biblia. Chociaż inne dzieła duchowe, a zwłaszcza komentarze do Pisma świętego, mają swoją wartość, żadna książka nie powinna odciągać nas od tego najważniejszego dla nas tekstu, czyli Pisma świętego.

Istotny jest także sam sposób czytania. Wierzymy, że Pismo święte jest naprawdę żywym słowem Boga. Dlatego do każdego fragmentu Biblii należy przystępować z szacunkiem i gotowością słuchania tego, co Bóg nam powie. Lectio zawsze rozpoczyna się w duchu modlitewnego otwarcia.

Następnie wybierz księgę biblijną, która będzie towarzyszyła ci przez kilka kolejnych tygodni czy miesięcy. Silna determinacja rozpoczęcia od Księgi Rodzaju i przeczytania Biblii od deski do deski zwykle nie jest najlepszym pomysłem. Lepiej jest wybrać księgę, która na tym etapie życia przemawia do ciebie w sposób szczególny, lub taką, której nigdy dokładnie nie przeczytałeś, a chciałbyś zapoznać się z nią bliżej. Może na przykład pociąga cię Księga Rut? A może chciałbyś poświęcić nieco czasu Ewangelii według św. Mateusza, którą w tym roku czytamy w niedzielnej liturgii?

Zatrzymuj się i słuchaj

Po wyborze księgi postanów sobie zbyt prędko z nią się nie rozstawać. Pamiętaj, że nie ma powodu się spieszyć. Czy coś się stanie, jeśli dziś przeczytasz dziesięć wersetów, a jutro tylko trzy? A chociaż św. Benedykt umieszcza lectio divina w rozdziale o pracy, to jednak najlepszą postawą jest tu gotowość oddania swego czasu, jak ujmuje to pewien cysters, o. Charles Cummings, w książce Praktyki monastyczne. Twoim celem nie ma być przeczytanie Księgi Izajasza do stycznia, ale zanurzenie się w słowie Boga i słuchanie Jego głosu. Jak powiedziała mi kiedyś siostra Ida: czytaj, dopóki nie przyjdzie ci jakaś myśl, a następnie zastanów się nad tym.

Brat Guigo, XII-wieczny mnich uznawany za eksperta w sprawach lectio, napisał, że w świętym czytaniu można wyróżnić cztery podstawowe kroki. Po pierwsze, przeczytaj wybrany fragment biblijny (lectio). Następnie, zastanów się nad jego znaczeniem – czyli, innymi słowy, rozważ go (meditatio). Medytacja słowa Bożego doprowadzi cię z kolei do modlitwy (oratio). Wreszcie, na głębinach modlitwy, stajesz w niemym podziwie wobec Boga, kontemplując Jego obecność (contemplatio).

Chociaż kroki brata Guigo są pomocne, mogą stać się dla nas pułapką, gdy przyjmiemy je zbyt „instruktażowo” – na przykład pięć minut lektury, pięć medytacji, dziesięć modlitwy i dziesięć kontemplacji. Siostra Ida rozumiała to lepiej. Jednego dnia musisz przeczytać cały rozdział, zanim cokolwiek przyjdzie ci do głowy i dojdziesz co najwyżej do etapu medytacji. Innym razem dochodzisz do wdzięcznej kontemplacji dobroci Boga, zanim zdążysz przeczytać trzy wersety. Jak zauważył o. Kolumban Stewart OSB w konferencji wygłoszonej w 1997 roku w klasztorze św. Jana w Collegeville, w stanie Minessota: „Lectio nie jest metodą”. Jest modlitewnym wsłuchiwaniem się w głos Boga.

Zadanie na życie

Prawdziwy cud lectio nie polega na tym, że pozwala nam ono traktować Pismo święte w sposób bardziej poważny, lecz na tym, że Bóg rzeczywiście chce mówić do nas każdego dnia! Gdybyśmy nawet po wielekroć przemedytowali całą Biblię, nigdy nie wyczerpiemy do końca wszystkiego, co Bóg pragnie nam powiedzieć. Wystarczy tylko znaleźć czas na to, by zasiąść z Biblią i naprawdę posłuchać. „Obyście usłyszeli dzisiaj głos Jego: «Nie zatwardzajcie serc waszych»” (Ps 95,7-8).

Lectio jest więc zadaniem na całe życie, które codziennie musimy podejmować na nowo. Wymaga ono autentycznej wytrwałości, gdyż jego skutki nie muszą być dla nas oczywiste od razu. Przypomina to raczej naukę gry na pianinie. Nasza dzisiejsza gra nie różni się zbytnio od wczorajszej. Jeśli jednak będziemy wytrwale ćwiczyć, to pomyślmy, co osiągniemy za rok czy za kilka lat!

Starożytni ojcowie pustyni ilustrowali tę prawdę z pomocą pewnej historii. Młody mnich przyszedł do swego ojca duchowego zniechęcony, gdyż regularne praktykowanie lectio divina nic mu nie dawało. Mądry abba polecił mu nie porzucać medytacji, a ponadto napełnić kosz piaskiem i po każdym lectio divina wlewać do niego kubek wody. Jakiś czas później młody mnich powrócił i abba zapytał, jak idzie mu lectio.

– Nic się nie dzieje – odparł mnich.

– A co z koszem piasku? – zapytał abba.

– Piasku już nie ma – odparł młody mnich. – Już od jakiegoś czasu wlewam wodę do pustego kosza.

Historia ta odnosi się do każdego z nas. W wybranym przez Boga czasie regularna praktyka lectio divina obmyje nas do czysta. W międzyczasie zaś daje nam sposobność słuchania głosu Boga i otwierania naszych serc na Jego słowo. Codziennie Pan mówi do nas: „Oto jestem!”. Co za wspaniały dar!

DWA STOŁY, JEDNA UCZTA. ŚW. ELŻBIETA ANNA SETON

Było to około 1780 roku. Któregoś dnia pewna protestantka otworzyła Biblię, by zaznajomić swą małą pasierbicę z psalmem 23: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego…”… I choć przygnieciona wieloma troskami kobieta nie potrafiła nawiązać bliskiego kontaktu z dziewczynką, ten moment okazał się wyjątkowo ważny dla życia młodej osoby.

Charlotte Bayley – bo tak nazywała się owa kobieta – byłaby zadziwiona, dowiadując się, jak wielką miłość do słowa Bożego zaszczepiła w sześcioletniej Elżbiecie. Psalm spodobał się dziewczynce od razu i pozostał jej ulubionym tekstem aż do końca życia.

To właśnie z tej małej dziewczynki wyrosła św. Elżbieta Anna Seton, pierwsza kanonizowana święta katolicka rodem ze Stanów Zjednoczonych, a Psalm 23 okazał się proroczą wizją jej życia. Elżbieta rzeczywiście przeszła przez „ciemną dolinę”, a podróż ta doprowadziła ją do „stołu” Pańskiego (Ps 23,4.5).

Sama na świecie

Narodziny Elżbiety zbiegły się w czasie z narodzinami narodu, przyszła bowiem na świat w Nowym Jorku w 1774 roku, zaledwie dwa lata przed ogłoszeniem Deklaracji Niepodległości. W wieku trzech lat straciła matkę, a w kolejnym roku – cztery miesiące po tym, jak jej ojciec ożenił się ponownie – swoją młodszą siostrę. Ich strata napełniła dziewczynkę bolesną tęsknotą. Gdy ciało jej siostrzyczki spoczywało w trumnie, dziecko siedziało na progu patrząc w chmury i myśląc: „Kitty poszła do nieba. Ja także chciałabym tam pójść i być razem z mamą”.

Samotności Elżbiety nie rozproszyła obecność macochy, która wprawdzie troskliwie zajęła się nią i starszą siostrą, jednak wkrótce pochłonęło ją rodzenie i wychowywanie własnych dzieci, których
w kolejnych ośmiu latach przyszło na świat sześcioro. Także ojciec nie był w stanie zapełnić pustki. Chociaż Ryszard Bayley troszczył się o rodzinę, to jednak jego pierwszą miłością była medycyna. Będąc zdolnym i oddanym lekarzem, pracował do późnych godzin, wyjeżdżając od czasu do czasu za granicę na różne konferencje. Jako odpowiedzialny za służbę zdrowia w Nowym Jorku, zajmował się także wieloma imigrantami przybywającymi do miasta. Tę stałą nieobecność w domu rodzinnym miał przypłacić rozpadem swego małżeństwa.

Ze względu na rosnące obowiązki, z którymi borykała się Charlotte, Elżbieta wraz z siostrą zostały odesłane do krewnych ojca. Napięcia rodzinne narastały. W dzienniku kilkunastoletniej Elżbiety znajdujemy wzmianki o „nieporozumieniach rodzinnych” i wrogości. Jeden tajemniczy zapis zdaje się sugerować, że czując się nieszczęśliwa i niepotrzebna, myślała nawet o odebraniu sobie życia.

„Kochane Pismo”

Ponieważ jej kontakty z własnym ojcem były tak rzadkie, Elżbieta zwróciła się do Boga. Pewnego dnia, gdy miała lat czternaście, przeżyła głębokie doświadczenie Bożej miłości: „Myślałam wtedy, że mojemu ojcu zupełnie na mnie nie zależy. Cóż, Bóg był moim Ojcem, moim wszystkim. Modliłam się, śpiewałam hymny, płakałam i śmiałam się, widząc, że On może mnie wynieść ponad wszelki smutek”.

Elżbieta kontynuowała ten dialog z Bogiem, wyznaczając sobie określony czas na spotkanie z Nim w Piśmie świętym. Biblia stała się jej nieodłączną towarzyszką – jej kotwicą, pociechą i światłem na drodze. Czytała wciąż na nowo wszystkie po kolei księgi; biblijne postacie, historie i język stały się wkrótce jej bliskimi przyjaciółmi. Studiowała „kochane Pismo”, a także przepisywała do notesów fragmenty komentarzy biblijnych. Modlitwy zawarte w Biblii stały się jej osobistą modlitwą.

Jak wskazują dwa zachowane po niej egzemplarze Biblii, Elżbieta czytała z piórem w ręku. Podkreślała fragmenty tekstu, stawiała wykrzykniki i robiła notatki na marginesach, a także… mnóstwo kleksów. Lektura i rozważanie Pisma świętego były dla niej ewidentnie ożywioną rozmową z Bogiem. To właśnie tu spotykała „swego Ojca i swego Boga, który pocieszającym głosem swego słowa umacniał jej duszę w nadziei”.

Nawyk codziennej modlitwy i lektury Pisma świętego przetrwał w życiu Elżbiety także po zawarciu w 1794 roku małżeństwa z Wilhelmem Setonem. Pochodził on z majętnej rodziny nowojorskiej, prowadzącej dobrze prosperujące przedsiębiorstwo usług żeglugowych. Był to szczęśliwy czas miłości, nowego życia i pomyślności. Małżeństwo wkrótce doczekało się potomstwa – trzech córek i dwóch synów. Mieli piękny dom, utrzymywali stosunki z Rooseveltami i Vanderbiltami, tańczyli nawet na balu wydanym dla uczczenia Jerzego Waszyngtona.

Elżbieta zaznajomiła z Biblią swoje dzieci, a nawet zdołała zarazić swym entuzjazmem Wilhelma, który nie był zbyt religijny. Jej miłość do Boga i Jego słowa wzrastała pod kierunkiem Johna Henry’ego Hobarta, pastora Kościoła episkopalnego, w którego kazaniach odnajdywała „przedsmak nieba”. Kiedy także i Wilhelm, słuchając interpretacji Ewangelii w wykonaniu tego kaznodziei, zdecydował się uczęszczać do kościoła, Elżbieta nie posiadała się z radości.

W ciemnej dolinie

Wspólna wiara w Chrystusa wkrótce stała się dla Setonów bardzo potrzebnym oparciem. W 1798 roku, po śmierci ojca, na barki Wilhelma spadła odpowiedzialność za siedmioro młodszego rodzeństwa oraz przeżywające kryzys rodzinne przedsiębiorstwo. Ostateczny krach finansowy nastąpił w 1800 roku, kiedy to firma ogłosiła bankructwo, a Setonowie stracili swój dom. Co gorsza, Wilhelm zaczął podupadać na zdrowiu.

W nadziei, że zdrowszy klimat odsunie od niego widmo gruźlicy, małżonkowie umieścili czwórkę dzieci u krewnych i wraz z ośmioletnią Anną Marią pożeglowali do Włoch. Celem ich podróży było portowe miasto Livorno, gdzie mieszkali przyjaciele i partnerzy Wilhelma, Filippo i Antonio Filicchi.

Ponieważ jednak w Nowym Jorku odnotowano właśnie przypadki żółtej febry, po przybiciu do portu Setonowie musieli przejść kwarantannę. Opłakane warunki, w jakich ich umieszczono – ponury, pełen przeciągów budynek o wilgotnych ścianach i zimnej, ceglanej podłodze – przyśpieszyły jedynie śmierć Wilhelma. W swoim smutku Elżbieta czerpała siłę z Biblii oraz zabranych ze sobą komentarzy. W bardzo naturalny sposób, bez popadania w niezdrową dewocję, nadała temu przymusowemu odosobnieniu klimat spokojnych i pogodnych trzydziestodniowych rekolekcji.

19 listopada 1803 – dziesiąta wieczorem: „Mój Wilhelm i Anna śpią twardo na rozpostartych na zimnej podłodze materacach przyniesionych ze statku… Od wiatru, płaczu i zmęczenia oczy pieką mnie tak bardzo, że muszę je zamknąć i wznieść moje serce… Bóg jest z nami, a jeśli cierpienie się wzmaga, to tym bardziej wzmagają się Jego pociechy… Co mamy powiedzieć? To jest godzina próby. Pan nas w niej podtrzymuje i umacnia”.

29 listopada: „Po śniadaniu przeczytałam mojemu Wilhelmowi nasze psalmy i 35 rozdział Izajasza z taką przyjemnością, że rozradowało to nas wszystkich… Śpiewałam hymny, czytałam obietnice biblijne Wilhelmowi, trzęsącemu się w pościeli, czując, że Bóg jest z nami i że On jest naszym wszystkim. Gorączka rośnie, całe posłanie porusza się od jego oddechu – mój Boże, mój Ojcze!”.

1 grudnia: „Często słysząc jak z całej duszy powtarzam psalmy mówiące o triumfie w Bogu i czytam wyznania św. Pawła o jego wierze w Chrystusa, Wilhelm nabiera otuchy do tego stopnia, że utożsamia się z tymi słowami, a wszystkie nasze smutki zamieniają się w radość”.

Pomimo smutku Elżbieta zaliczała ten miesiąc intensywnej modlitwy i lektury Biblii do „najcenniejszych godzin mojego życia”. Był on z pewnością czasem głębokiej przemiany wewnętrznej dla Wilhelma, którego wiara i umiłowanie Pisma świętego doszły do szczytu. Na kilka dni przed jego śmiercią, która nastąpiła 27 grudnia 1803 roku, Elżbieta napisała: „Bardzo często powtarza, że niezależnie od tego, czy będzie żył, czy umrze, ten okres swego życia będzie zawsze uważał za błogosławiony, za jedyny, którego nie zmarnował”.

Wyzwanie i nadzieja

Oczekując na powrót do Ameryki, Elżbieta z Anną Marią spędziły kilka miesięcy w gościnie u rodziny Filicchich – pobożnych katolików. Osamotniona wdowa znajdowała pociechę w odwiedzaniu wraz z nimi różnych kościołów i uczestnictwie w nabożeństwach. Pewnego dnia podczas Mszy świętej Elżbieta dowiedziała się, że katolicy wierzą w rzeczywistą obecność Chrystusa na ołtarzu. Była to dla niej tak nieoczekiwana i przedziwna nowina, że ukryła twarz w dłoniach i zapłakała.

Jako gorliwa członkini Kościoła epis­kopalnego, Elżbieta zawsze przejawiała głęboką cześć dla symboliki chleba i wina. Z utęsknieniem oczekiwała kolejnych „niedziel sakramentalnych” w swoim kościele, kiedy rozdawano wiernym chleb i wino jako pamiątkę śmierci Chrystusa i zadatek życia wiecznego. Choć nie była jeszcze gotowa uwierzyć w rzeczywistą Obecność, już sama myśl o tym poruszyła ją do głębi.

„Jakie byłybyśmy szczęśliwe, wierząc w to, w co wierzą te poczciwe dusze – pisała do swojej szwagierki – że posiadają Boga w sakramencie oraz że On przebywa w ich kościołach i daje się do nich zanosić, kiedy są chorzy!”. A zwracając się do Boga, mówiła: „Jaka byłabym szczęśliwa, gdybym mogła znajdować Cię w kościele tak jak oni. Jak wiele rzeczy miałabym Ci do powiedzenia o smutkach mego serca i grzechach mego życia!”.

Elżbieta stopniowo coraz bardziej przekonywała się do Kościoła katolickiego. Gdy jednak po powrocie do Nowego Jorku zaczęła się zastanawiać nad ewentualną zmianą wyznania, odniosła wrażenie, że odsuwa ją to od tak przez nią umiłowanej Biblii. W poszukiwaniu światła przeczytała „Wykład doktryny katolickiej”, przygoto­wany dla niej przez Antonia Filicchi, wraz z odnośnikami do Pisma świętego. Studiowała również długą na siedemdziesiąt pięć stron odpowiedź pastora Hobarta.

„Ze względu na Twoje słowo”

Pełna wewnętrznego zamętu, Elżbieta stwierdziła, że Pismo święte nie jest już dla niej rozkoszą, lecz źródłem udręki. „Każda strona, na która pada mój wzrok, wprowadza zamieszanie w moją biedną duszę, padam więc na kolana i zalana łzami wołam do Boga, aby On sam mnie pouczył”. Mogła odmawiać co najwyżej psalmy pokutne i psalm 119.

W końcu postanowiła wziąć Jezusa za słowo. Nie bez humoru wyobrażała sobie, jak staje wraz z dziećmi przed Jego obliczem w dzień sądu i tłumaczy, że jej decyzja przejścia na katolicyzm była odpowiedzią na Jego zapewnienie, że pozostanie na zawsze z Kościołem, który założył (Mt 28,20). „A jeśli powie: «wy, głupcy, nie o to mi chodziło», odpowiemy Mu: «To Twoje słowo wprowadziło nas w błąd. Dlatego prosimy, przebacz biednym głupcom ze względu na Twoje słowo»”.

Przyjmując swą pierwszą Komunię świętą 25 marca 1805 roku, Elżbieta nie czuła się już rozdarta pomiędzy Pismem świętym a Kościołem. Powitała Jezusa w swym sercu radosnym wersetem psalmu 68: „Bóg wstaje, a rozpraszają się jego wrogowie”. Był to „triumf radości i szczęścia z przybycia Wybawiciela”.

Z okazji przyjęcia Elżbiety do Kościoła katolickiego Antonio podarował jej najbardziej stosowny z możliwych prezentów – katolickie wydanie Biblii.

Dwa stoły, jedna uczta

Elżbieta Seton przeszła w życiu jeszcze wiele „ciemnych dolin”, stając się wreszcie wychowawczynią i założycielką wspólnoty zakonnej. Cała jej działalność wypływała z więzi z Panem, podtrzymywanej obecnie zarówno przez słowo Boże, jak i przez Eucharystię. Umarła z Biblią w ręku, 4 stycznia 1821 roku, po pobożnym przyjęciu ostatniej w życiu Komunii świętej.

Przyglądając się życiu Elżbiety, możemy zauważyć, że układa się ono w strukturę Mszy świętej – liturgia słowa, a następnie liturgia eucharystyczna. Jak naucza Katechizm Kościoła Katolickiego: „Zastawiony dla nas stół eucharystyczny jest równocześnie stołem słowa Bożego i Ciała Pana” (KKK, 1346). Elżbieta odkryła najpierw pierwszy, a następnie drugi z nich. Jej umiłowanie obu jest dla nas zachętą do rozsmakowania się zarówno w słowie Bożym, jak i w Chlebie życia.

PIELĘGNIARKI BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

11 września 2001 roku grupa pielęgniarek ze szpitala w Bostonie została wezwana przez Amerykański Czerwony Krzyż na pomoc do Nowego Jorku. Miały ratować ofiary zamachu, lecz kiedy wyruszały w drogę, okazało się, że pod gruzami WTC nie było już kogo ratować. Pielęgniarkom polecono zostać w Bostonie. Wówczas to w sercu jednej z nich narodził się pomysł, aby stać się pielęgniarką Bożego miłosierdzia.

arie Romagnano wspomina dziś tamten dzień jako przełomowy. Było za późno, aby uratować życie komukolwiek. Ilu z tych ludzi przekraczało bramę życia ze świadomością, że Bóg jest miłosierny? Dla Marie Romagnano, od wielu lat związanej z mariańskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Stockbridge, było to oczywiste. Lecz tamci? Czy ktoś kiedykolwiek powiedział im, że jest takie zdanie, które w chwili śmierci nabiera całej swej mocy: „Jezu, ufam Tobie!”? Czy gdyby o nim wiedzieli, nie byłoby ono dla nich największą pomocą w starciu z cierpieniem i lękiem tej chwili?

„Być dobrą pielęgniarką – myślała – przynosić ulgę tylko w cierpieniu fizycznym i zręcznie unikać tematu śmierci wobec umierającego człowieka i jego rodziny, to nie tylko za mało, to wręcz mijanie się z prawdą.” W tamtej chwili sprawa stała się dla siostry Marie Romagnano paląca i jednoznaczna. Trzeba znaleźć w sobie odwagę do świadczenia o Bożym miłosierdziu wobec pacjentów szpitala i personelu medycznego. Jest ono przecież lekarstwem nie tylko dla człowieka w sytuacji granicznej, lecz również dla każdego cierpiącego, który zachorował nagle, uległ wypadkowi czy też zmaga się z przewlekłą chorobą. Dlaczego o tym zapominamy? A może raczej dlaczego, jeśli pamiętamy, wstydzimy się lub krępujemy poruszyć ten temat przy łóżku pacjenta? Dlaczego zostawiamy tak ważną sprawę w rękach kapłana, którego rodzina zdąży albo nie zdąży wezwać do chorego lub rannego w wypadku?

Tak właśnie, pod wpływem szoku związanego z zamachem terrorystycznym z 11 września, narodziła się inicjatywa powołania do życia stowarzyszenia o nazwie Pielęgniarki Bożego Miłosierdzia (Nurses for Divine Mercy). „Zaczęłam pytać pielęgniarki, które zgłosiły wraz ze mną gotowość niesienia fizycznej pomocy ofiarom ataków terrorystycznych – wspomina siostra Marie – czy znają orędzie o Bożym Miłosierdziu. Zrozumiałam, że dla wielu ludzi największą pomocą w chwili śmierci jest pomoc duchowa, tym bardziej, że do większości ofiar zamachu nie można było dotrzeć. Opierając się na orędziu o Bożym Miłosierdziu na temat modlitwy za umierających, przekonałam się, że nasz zespół pielęgniarek nie jest całkowicie bezradny, ponieważ mogłyśmy przecież modlić się za ofiary, przygotowując je na śmierć, nawet jeśli znajdowałyśmy się 200 mil od miejsca tragedii. Najpilniejszą sprawą okazało się przybliżenie orędzia o Bożym Miłosierdziu samym pielęgniarkom i pielęgniarzom. Skontaktowałam się więc natychmiast z moim kierownikiem duchowym, który zgodził się poprowadzić rekolekcje dla pielęgniarek zaledwie tydzień po nowojorskiej tragedii. Wzięło w nich udział 40 osób.”

Z czasem intuicje siostry Marie Romagnano przerodziły się w konkretny projekt i zdobyły poparcie części amerykańskiego środowiska medycznego. Opracowany został krótki program szkoleniowy, który włączono już nawet do oficjalnego programu szkół pielęgniarskich w Stanach Zjednoczonych. Wychodzi on z założenia, że należy odnosić się z szacunkiem do religii wyznawanej przez każdego pacjenta i niczego nie wolno mu narzucać ani sugerować w sposób budzący wątpliwość. Marie Romagnano napisała podręcznik pt. Nursing with the Hands of Jesus: A Guide to Nurses for Divine Mercy („Niesienie pomocy rękami Jezusa. Przewodnik dla Pielęgniarek Bożego Miłosierdzia”). Stowarzyszenie Pielęgniarek Bożego Miłosierdzia rozwija się coraz prężniej, jego oddziały powstały już w wielu krajach na świecie. Organizowane są liczne szkolenia nie tylko dla pielęgniarek i pielęgniarzy, ale również dla pozostałego personelu medycznego. W rozwój tej inicjatywy zaangażowali się też księża marianie, którzy wydali między innymi podręcznik Nursing with the Hands of Jesus (na razie jedynie w języku angielskim) i którzy pomagają w organizowaniu konferencji i szkoleń.

Pielęgniarka, która pragnie włączyć się w to dzieło, powinna najpierw sama zapoznać się z treścią orędzia o Miłosierdziu Bożym, przekazanego św. Siostrze Faustynie Kowalskiej. Jej osobista pobożność i przekonanie o ważności i pilności tego orędzia stanowią element kluczowy dla jej przyszłej posługi już jako pielęgniarki Bożego miłosierdzia. Codziennie przed rozpoczęciem pracy powinna ona odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego w intencji wszystkich pacjentów, którym danego dnia będzie posługiwała, szczególnie zaś za tych, którzy być może tego dnia umrą w jej obecności. Ważne jest, aby nie odkładać modlitwy na później, ponieważ z powodu konieczności skupienia uwagi na procedurach medycznych nie ma na to czasu ani możliwości w godzinach pracy. Siostra Faustyna Kowalska otrzymała w tej sprawie wyraźne pouczenie od Boga: „Kiedy przy konającym odmawiają te koronkę, uśmierza się gniew Boży, a miłosierdzie niezgłębione ogarnia duszę, i poruszą się wnętrzności miłosierdzia mojego, dla bolesnej męki Syna mojego” (Dzienniczek, 811), a także: „Córko moja, zachęcaj dusze do odmawiania tej koronki, którą ci podałem … Napisz: Gdy tę koronkę przy konających odmawiać będą, stanę między Ojcem a duszą konającą nie jako Sędzia sprawiedliwy, ale jako Zbawiciel miłosierny” (Dzienniczek, 1541). Pielęgniarka na widocznym miejscu swojego stroju powinna przypiąć znaczek z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego (np. w postaci broszki lub naszywki). Podczas pracy, jeśli zajdzie konieczność, powinna natychmiast ustalić wyznanie pacjenta i sprowadzić kapłana katolickiego bądź innego duchownego. Sama w tym czasie może w intencji pacjenta odmawiać akt strzelisty „Jezu, ufam Tobie!” albo „O Krwi i Wodo, któraś wytrysnęła z Najświętszego Serca Jezusowego jako zdrój miłosierdzia dla nas, ufamy Tobie”. Jeżeli nie da się ustalić wyznania pacjenta, należy sprowadzić kapłana katolickiego, informując go o wątpliwości. Kapłan będzie wiedział, jak należy postąpić. Jeżeli w pobliżu jest rodzina chorego, można zachęcić ją do udania się do kaplicy szpitalnej lub odmawiania Koronki do Miłosierdzia Bożego przy łóżku chorego. W tym celu dobrze mieć zawsze w kieszeni obrazki z nadrukowanym tekstem tej modlitwy dla osób, które jej nie znają bądź w sytuacji silnego stresu nie pamiętają jej.

„Pielęgniarka świadoma znaczenia orędzia o Bożym Miłosierdziu nie uzna niesienia posługi duchowej swoim pacjentom za coś, co wykracza poza jej obowiązki, w przeciwieństwie do tego, co zwykło się uważać w środowiskach zsekularyzowanych. Pielęgniarka Bożego Miłosierdzia stanie się, zgodnie z obietnicą Jezusa, kanałem wielkiej obfitości łask dla swoich pacjentów” – przekonuje siostra Romagnano.

Osoby pragnące bliżej poznać Stowarzyszenie Pielęgniarek Bożego Miłosierdzia mogą skontaktować się bezpośrednio z jego założycielką: marie@nursesfordivinemercy.com

bądź odwiedzić stronę internetową www.nursesfordivinemercy.com

NAJLEPSZE PRZED NAMI. CZYTAJĄC KONSTYTUCJĘ DOGMATYCZNĄ O OBJAWIENIU BOŻYM

W poprzednim artykule przyjrzeliśmy się, jakby z lotu ptaka, Soborowi Watykańskiemu II, który kładąc większy niż dotąd nacisk na Pismo święte, zapoczątkował odnowę w Kościele. W obecnym artykule pragniemy omówić dokładniej stanowisko Ojców Soboru wobec odnowy przez Pismo święte, głównie na podstawie jednego z dokumentów soborowych – Konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym Dei verbum.

Biblia w pozostałych dokumentach soborowych

Zanim przejdziemy do tego dokumentu, zauważmy, że zaangażowanie biskupów – uczestników Soboru – w przywrócenie Biblii należnego jej miejsca jest również widoczne w dwóch innych zasadniczych dokumentach: Konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium oraz Konstytucji o liturgii świętej Sacrosanctum Concilium.

Konstytucja Lumen gentium na początku określa Kościół jako misterium Boga działającego w świecie przez Ducha Świętego, a nie jako instytucję o określonej strukturze hierarchicznej. Następnie przedstawia podstawową definicję Kościoła jako „Ludu Bożego”, a nie hierarchii, złożonej z papieża, biskupów i kapłanów. Jest to bardzo istotne, gdyż oba te określenia zaczerpnięte są bezpośrednio z Pisma świętego, a także odzwierciedlają pragnienie Ojców Soboru, aby każdy członek Kościoła otworzył się na Boga i ofiarowane przez Niego życie według Ducha.

Z kolei konstytucja Sacrosanctum Concilium dowartościowała Stary Testament, czyniąc go integralną częścią czytań Mszy świętych niedzielnych i w dni powszednie oraz zaleciła głoszenie homilii opartych na tekstach czytań. Ojcowie Soboru podkreślili również wzajemną relację pomiędzy „stołem słowa” a „stołem eucharystycznym”. Mówiąc inaczej, liturgia słowa, z czytaniami i homilią, jest tak ściśle związana z liturgią eucharystyczną, „że stanowią jeden akt kultu” (Sacrosanctum Concilium, 56), w którego obydwu częściach Jezus działa z tą samą mocą.

Droga do Soboru

Jak doszło do tego, że Ojcowie Soboru wydali oddzielny dokument poświęcony Pismu świętemu i kwestii Objawienia? Pomoże nam to zrozumieć odrobina historii. W 1943 roku papież Pius XII wydał encyklikę Divino afflante Spiritu, poświęconą rozwojowi katolickich badań nad Biblią. W dokumencie tym Pius XII uchylił restrykcje ciążące nad biblistami katolickimi od niemal osiemdziesięciu lat, które zabraniały im stosowania metod krytyczno-historycznych, popularnych wśród innych uczonych biblistów.

Kiedy więc w 1962 roku zebrał się Sobór Watykański II, wielu wiodących teologów w Kościele prowadziło badania nad Biblią z zastosowaniem najnowszych metod, a ich praca przynosiła obiecujące owoce. Teolodzy ci stali się z kolei doradcami wielu biskupów uczestniczących w Soborze i właśnie przy ich współpracy powstała Konstytucja dogmatyczna o Objawieniu Bożym. O czym więc jest w niej mowa?

Nakreślenie perspektywy

W rozdziale I Ojcowie Soboru zapewniają, że objawienie nie dokonuje się jedynie poprzez słowa. Urzeczywistnia się ono również – i staje się widoczne – poprzez czyny. „Czyny dokonane przez Boga w historii zbawienia ujawniają i potwierdzają doktrynę i sprawy wyrażone w słowach, słowa zaś obwieszczają czyny i rozświetlają zawartą w nich tajemnicę” (Dei verbum, 2). Najwspanialszym przykładem tej prawdy jest sam Jezus. Jego Osoba jest pełnią Bożego objawienia wobec nas, zarówno przez to, co czynił, jak i przez to, czego nauczał.

Dobra nowina tej nauki polega na tym, że Boże Objawienie ma w niej wymiar głęboko osobisty. Bóg nie chce, abyśmy odczytując słowa Biblii, jedynie dowiadywali się czegoś o Nim, lecz pragnie objawiać nam siebie, tak jak uczynił to wobec Abrahama, Mojżesza, Maryi czy Jana. Pragnie ukazywać nam swoją miłość i miłosierdzie, aby prawdy, o których czytamy w Piśmie świętym, nabierały znaczenia dla naszego życia i przemieniały nas na Boże podobieństwo.

W rozdziale II konstytucja porusza zagadnienie Tradycji. Jest to przypuszczalnie najmniej jednoznaczny z rozdziałów dokumentu z tego względu, że temat ten był przedmiotem wielu dyskusji w ramach Soboru. Wielu tradycjonalistów utrzymywało, że Pismo święte i Tradycja to dwa oddzielne, lecz równe sobie źródła Objawienia, podczas gdy progresiści byli zdania, iż Tradycja została całkowicie wyprowadzona z Pisma świętego. Kwestii tej ostatecznie nie rozstrzygnięto, przedstawiono ją jednak w zupełnie nowym ujęciu, które przypisywało Pismu świętemu o wiele większą rolę niż w wielu dotychczasowych orzeczeniach Kościoła.

W rozdziale III dokument zajmuje się problemem interpretacji Pisma świętego. Potwierdza, że to Bóg jest Autorem Biblii, posłużył się jednak ludzkimi autorami, którzy podlegali ograniczeniom ówczesnego stanu wiedzy i kultury. Dlatego ważne jest, byśmy odkrywali, co zamierzali wyrazić i rzeczywiście wyrazili autorzy świętych ksiąg. Naturalnie Bóg jako Autor Biblii pragnie przez nią przemawiać do swych dzieci żyjących we wszystkich epokach. Tak więc, próbując uchwycić intencje ludzkich autorów, powinniśmy także rozpoznawać działanie Ducha Świętego, który przenika ich pisma, sprawiając, że są one w stanie dotrzeć do ludzi wszystkich epok i pokoleń.

W rozdziałach IV i V konstytucja odnosi się do Starego i Nowego Testamentu. W rozdziale IV potwierdza znaczenie Starego Testamentu, który pomaga nam w zrozumieniu Nowego, a także zapowiada w proroctwach i obrazach typicznych nadejście Chrystusa i królestwa mesjańskiego. Rozdział V przedstawia Jezusa, wcielone Słowo Boże, jako centralne przesłanie Nowego Testamentu oraz ukazuje, jak całe Pismo święte wiernie i precyzyjnie prowadzi nas ku ostatecznemu wypełnieniu wszystkich Bożych obietnic w czasie drugiego przyjścia Chrystusa.

„Pobożne czytanie”

Choć już to, co powiedziano do tej pory, ma ogromne znaczenie – zwłaszcza dla biblistów i nauczających w Kościele – prawdy przedstawione w pierwszych pięciu rozdziałach znajdują swój ostateczny sens w rozdziale VI. To właśnie w tym rozdziale, zatytułowanym: „Pismo święte w życiu Kościoła”, Ojcowie Soboru mówią, że Bóg pragnie karmić nas swoim słowem tak samo jak Eucharystią. Pismo święte nazywane jest w tym rozdziale „pokarmem duszy, czystym i trwałym źródłem życia duchowego”. Jest tu mowa o tym, że Kościół ofiarowuje wiernym „chleb życia ze stołu Bożego słowa i Ciała Chrystusowego” (Dei verbum, 21).

W tym także rozdziale znajdujemy zachętę dla wszystkich wierzących, aby podejmowali „pobożne czytanie” (lectio divina) Pisma świętego. „W świętych księgach bowiem Ojciec, który jest w niebie, z wielką miłością wychodzi swoim dzieciom naprzeciw i rozmawia z nimi” (Dei verbum, 21). Dlatego też Sobór apeluje o opracowanie nowych przekładów Pisma świętego na różne języki, aby było ono dostępne dla wszystkich członków Kościoła, oraz „szczególnie usilnie” upomina nas wszystkich, byśmy przystępowali „ochotnie do świętego tekstu” w atmosferze modlitwy. „Wszak z Nim rozmawiamy, kiedy się modlimy, i Jego słuchamy, gdy czytamy Boże słowa” (Dei verbum, 25).

Łącząc troskę i szacunek dla rzetelnych badań biblijnych z wezwaniem do modlitewnej medytacji, Ojcowie Soboru pragnęli przybliżyć Pana współczesnym sobie wierzącym. Rozumieli wagę studiowania Pisma świętego z pomocą komentarzy i innych pomocy biblijnych i pragnęli zachęcić do niego jak najwięcej osób. Jak bowiem mielibyśmy kroczyć Bożymi drogami, nie rozumiejąc tego, co Bóg do nas mówi?

Jednocześnie jednak Ojcowie zdawali sobie sprawę, że bez modlitewnego rozważania Pisma świętego słowo Boże pozostanie na zewnątrz naszych serc, a my nie będziemy w stanie przyjąć zawartej w nim mocy Ducha Świętego, dzięki której „coraz bardziej jaśniejąc, upodabniamy się do Jego obrazu” (2 Kor 3,18). Dlatego tekst konstytucji kończy się ży zeniem: „Przez czytanie i studium ksiąg świętych «słowo Boże niech się rozszerza i rozsławia» (2 Tes 3,1), a skarb Objawienia powierzony Kościołowi niech coraz bardziej napełnia serca ludzi” (Dei verbum, 26). A czyż może być coś ważniejszego niż napełnianie serc mądrością, miłością i znajomością Boga?

Radość pierwszych czterdziestu lat

Na koniec wymieńmy trzy najważniejsze osiągnięcia, czy owoce, Konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym.

Po pierwsze, przeniosła ona główny akcent nauczania Kościoła ze statycznych sformułowań poprzednich soborów na „żywe i skuteczne” objawienie samego Boga (por. Hbr 4,12).

Po drugie, podkreśliła znaczenie badań krytyczno-historycznych nad Pismem świętym dla odkrywania sensu ksiąg biblijnych.

Wreszcie, zachęciła ona osoby świeckie do podejmowania modlitewnej lektury Pisma świętego jako podstawowego sposobu wzrastania w świętości oraz w służbie Panu i Jego ludowi.

Ostatnie czterdzieści lat dało nam zaledwie przedsmak wspaniałych owoców, które nauka Soboru przynosi w Kościele i w świecie. Najlepsze dopiero przed nami!

BOHATEROWIE BIBLIJNI. JAKUB (RDZ 25,19-34; 27,1-35,29)

Jakub, syn Izaaka, kolejny spadkobierca obietnicy danej Abrahamowi, nie od razu jawi się jako postać pozytywna. Obdarzony dużym sprytem życiowym – odziedziczonym, jak wskazują jego fascynujące dzieje, raczej po matce, Rebece, niż po dobrodusznym Izaaku – potrafi w odpowiednim momencie obrócić bieg wydarzeń na swoją korzyść. Zaznaje jednak także wielu porażek – i to właśnie one wydają się najbardziej znaczące w jego dojrzewaniu do Bożego wyboru.

Walka o pierworództwo

Pierwszej porażki doznaje Jakub już w łonie własnej matki – oto jego bliźniaczy brat, Ezaw, przychodzi na świat jako pierwszy. I choć prawie natychmiast rodzi się i Jakub, trzymając brata za piętę, jednak to wydawałoby się symboliczne „starszeństwo” Ezawa ma, według obowiązujących zwyczajów, nie­bagatelne znaczenie. To Ezaw będzie pierworodnym, czyli spadkobiercą ojca, jego następcą, panem swoich pozostałych braci. Stanie się też, zresztą, faworytem ojca, gdyż jako zręczny myśliwy, będzie przyrządzał mu ulubione potrawy z upolowanej przez siebie zwierzyny.

Siła Jakuba, ulubieńca Rebeki, „człowieka spokojnego, mieszkającego w namiocie” (por. Rdz 25,27), leży nie w jego fizycznej zręczności, lecz rozwadze. Jakub myśli – i stanowczo nie podoba mu się fakt, że pierworództwo dostało się człowiekowi, który zdaje się go zupełnie nie doceniać, spędzając cały swój czas w polu, z dala od rodzinnych namiotów. Gdy więc pewnego dnia powracający z pola znużony i głodny Ezaw prosi o przyrządzaną właśnie przez Jakuba potrawę, ten postanawia skorzystać ze sposobności: owszem, odstąpi bratu posiłek, ale w zamian za przywilej pierworództwa. Ezaw zgadza się – co mu po wzniosłych przywilejach, kiedy żołądek skręca się z głodu. Pospiesznie zaprzysięga wszystko, czego życzy sobie Jakub. I choć postępowanie Jakuba pozostawia tu wiele do życzenia, jednak Księga Rodzaju w sposób miażdżący ocenia postawę samego Ezawa: „najadł się i napił, a potem wstał i oddalił się” – ewidentnie bez wyrzutów sumienia. „Tak to Ezaw zlekceważył przywilej pierworództwa” (Rdz 25,34).

Od prywatnego układu z bratem do aprobaty tego układu przez ojca, Izaaka, droga daleka. A czas nagli. Oto Izaak starzeje się i traci wzrok, a czując zbliżającą się śmierć, pragnie udzielić pierworodnemu synowi swego błogosławieństwa. Posyła więc Ezawa na łowy – po powrocie przyrządzi ojcu ulubioną potrawę z upolowanej zwierzyny, a następnie ojciec z serca mu pobłogosławi.

Polecenie męża słyszy Rebeka. Każe Jakubowi przynieść sobie dwa dorodne koźlątka z trzody – przyrządzi Izaakowi potrawę, Jakub ją zaniesie, podszywając się pod Ezawa, i otrzyma błogosławieństwo ojca. Gra idzie o dużą stawkę i Jakub, nie wyrażając zastrzeżeń co do samego pomysłu, obawia się związanego z nim ryzyka. Brat jego, Ezaw, jest owłosiony na całym ciele, on zaś gładki. A jeśli ojciec zechce go dotknąć? „Będzie wyglądało tak – mówi Jakub – jak gdybym z niego żartował, i wtedy mogę ściągnąć na siebie przekleństwo zamiast błogosławieństwa” (Rdz 27,12). Rebeka ma odpowiedź na wszystko – owinie skórami koźląt ramiona i szyję Jakuba, ubierze go w szaty Ezawa, ojciec nie będzie świadom niczego. Tak też się dzieje. I choć Izaak ma pewne wątpliwości, to jednak uspokojony zapachem szat, dotykiem koziej sierści i solennym „Ja jestem” Jakuba w odpowiedzi na pytanie: „Ty jesteś syn mój Ezaw?” (Rdz 27,24), udziela mu swego błogosławieństwa. Jemu to Bóg użyczy żyznej ziemi i obfitości plonów, on będzie panem swoich braci i jemu kłaniać się będą narody.

Gdy Jakub odchodzi od łoża Izaaka, pojawia się Ezaw ze swoją potrawą. „Jam jest syn twój pierworodny, Ezaw!” (Rdz 27,32) – zapewnia przerażonego ojca, choć przecież sam wyrzekł się tego przywileju za chleb i miskę soczewicy. Teraz jednak płacze i lamentuje. A więc stracił wszystko przez tego oszusta, Jakuba, który najpierw pozbawił go pierworództwa, a teraz wyłudził ojcowskie błogosławieństwo. Ojciec nie może odwołać tego, co raz powiedział, toteż ma dla Ezawa już tylko słowa trudne – kraj, w którym zamieszka, nie będzie żyzny, będzie więc żył z miecza, służąc młodszemu bratu, aż wreszcie powodowany pragnieniem wolności, zrzuci jego jarzmo ze swej szyi. Gniew Ezawa z powodu tego niepomyślnego błogosławieństwa skupia się całkowicie na Jakubie – niech tylko ojciec zamknie oczy, niech przeminie okres obrzędowej żałoby, a zabije podstępnego oszusta.

Jakub spotyka Pana

Rebeka wyprawia więc Jakuba do swego brata, Labana, gdzie znajdzie on schronienie, dopóki nie przeminie gniew oszukanego brata. Udaje jej się przekonać do tego pomysłu także samego Izaaka. Ezaw wziął sobie za żony dwie kobiety z miejscowego ludu Chetytów, które przyczyniają wiele zgryzoty jego rodzicom. Jeśli Jakub pójdzie w jego ślady, ona, Rebeka, nie będzie już miała po co żyć. Uznając słuszność tych argumentów, Izaak wzywa Jakuba, błogo­sławi mu i poleca wziąć sobie za żonę którąś z córek Labana. A błogosławieństwo to – udzielone tym razem całkowicie dobrowolnie – posiada dodatkowy rys, który nie pojawił się, gdy jego domniemanym odbiorcą był Ezaw. Otóż udziałem Jakuba ma stać się błogosławieństwo dane niegdyś przez Boga Wszechmogącego Abrahamowi – będzie płodny, stając się pra­ojcem wielu szczepów i otrzyma na własność obiecaną niegdyś Abrahamowi ziemię.

Dziwimy się – skąd u Izaaka ta pewność, że ten jego syn, który walczył o swoje kłamstwem i oszustwem, jest wybranym Boga? A zdziwienie nasze sięga szczytu, kiedy pierwszej nocy tułaczki Jakub, zasypiając z głową wspartą na kamieniu, ogląda we śnie drabinę sięgającą nieba, po której wstępują i zstępują aniołowie Boży, a ze szczytu przemawia sam Pan, Bóg Abrahama i Izaaka, który osobiście potwierdza słowa ojcowskiego błogosławieństwa, obiecując ziemię, potomstwo i swoją opiekę.

Gdy Jakub się budzi, natychmiast przychodzi mu myśl: „Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem” (Rdz 28,16). Jest to myśl przejmująca grozą, której doświadcza każdy, kto po latach obojętności, grzechu czy rutyny nagle odkrywa, że w jego życiu jest obecny Bóg. Naprawdę obecny. Nie tylko w kościele, ale tam, gdzie śpię i gdzie się budzę, gdzie walczę o byt. A choć przed Jego wzrokiem nie ukryje się żadne moje mniejsze czy większe krętactwo, to przecież – o dziwo – nie jest to obecność sędziego, lecz kogoś, kto znając mnie do końca, chce mi błogosławić. Jest to doprawdy wstrząs – przekonać się namacalnie, że Bóg umiłował nas, kiedy jeszcze byliśmy grzesznikami (por. Rz 5,8). Jakub jest tego świadom. Już wie – jego ludzkie życie, jego trudna rzeczywistość to „dom Boga i brama do nieba” (Rdz 28,17). Bóg Abrahama i Izaaka jest gotów stać się także Bogiem grzesznego Jakuba.

Jakub w domu Labana

Jakub postanawia wziąć Boga za słowo. Tak, jeśli szczęśliwie odbędzie podróż i bezpiecznie powróci do domu ojca, Pan będzie Jego Bogiem. Służy Mu też jak potrafi – czyniąc stelę z kamienia, na którym wspierał głowę we śnie i ślubując dziesięcinę ze wszystkiego, czym Bóg go obdarzy. Bóg doprowadza go też bezpiecznie do celu podróży, gdzie – jak niegdyś posłany przez Abrahama sługa szukający żony dla Izaaka – spotyka wybrankę przy studni. Jest nią Rachela, młodsza córka Labana, mająca „piękną postać i miłą powierzchowność” (Rdz 29,17). Wzruszony do łez, Jakub posyła Rachelę do domu z wieścią o swoim przybyciu i wkrótce na jego spotkanie wychodzi sam Laban, przyjmując siostrzeńca z serdeczną gościnnością. Po miesiącu gościny Jakub upewnia się w swoim wyborze i prosi o rękę Racheli – gotów jest służyć za nią wujowi przez siedem lat. Propozycja zostaje życzliwie przyjęta, a siedem lat wydało się Jakubowi „jak dni kilka, bo bardzo miłował Rachelę” (Rdz 29,20).

Tu jednak czeka Jakuba kolejna porażka, gdyż Laban okazuje się godnym bratem swej sprytnej siostry Rebeki. O poranku Jakub w swej ślubnej komnacie odkrywa nie Rachelę, lecz starszą jej siostrę, Leę. Oszukany w sposób równie upokarzający, jak niegdyś Ezaw, czyni wymówki wujowi. Ten tłumaczy – nie ma zwyczaju wydawania młodszej przed starszą, ale skoro Jakub tak się upiera, proszę bardzo, niech bierze i drugą, byleby odsłużył za nią kolejne siedem lat. Skoro tylko minie zwycza­jowy tydzień uroczystości weselnych, otrzyma Rachelę. Jakub, chcąc nie chcąc, przystaje na to. Pracuje uczciwie, pomnażając majątek wuja, który sam odgaduje, że Bóg błogosławi mu ze względu na Jakuba.

Życie Jakuba w domu Labana nie jest sielanką. Trudno o zgodę i dobrą atmosferę w domu, w którym dwie kobiety, rywalizując o względy męża, wiodą ze sobą „nadludzką walkę” (Rdz 30, 8) o zrodzenie mu jak największej liczby synów, czy to osobiście, czy podsuwając mu swoje niewolnice. Jak utrzymać rodzinę, powiększoną już o dziesięciu synów, skoro Jakub wciąż pracuje na konto wuja, któremu niezbyt się uśmiecha usamodzielnienie tego świetnego pracownika? Po narodzinach jedenastego syna, Józefa, pierworodnego umiłowanej Racheli, Jakub decyduje się na poważną rozmowę z Labanem. Musi zatroszczyć się o własną rodzinę – niech jego zapłatą będą cętkowane, pstre i czarne zwierzęta z trzód. I pomimo nieuczciwego postępowania Labana, który natychmiast oddziela wszystkie zwierzęta o należącej się Jakubowi maści od swoich stad i daje je swoim synom, Jakub dzięki błogosławieństwu Boga, a także swej fachowej wiedzy, staje się człowiekiem bardzo zamożnym, budząc tym zawiść rodziny Labana.

Jakub uchodzi do Kanaanu

I tu znów trudne życiowe wyda­rzenia stają się „bramą do nieba” – impulsem do pełnienia woli Bożej, którą jest powrót do ojczyzny. Nieuczciwość Labana i jawna wrogość jego synów skutecznie zniechęcają Jakuba do dalszego przebywania w niegościnnym otoczeniu. Pragnienie to potwierdza Pan, polecając Jakubowi gotować się do drogi. Tak więc Jakub usadza swe dzieci i żony na wielbłądach, zbiera swe stada – a Pismo święte tym razem zaświadcza o jego uczciwości, mówiąc, że był to jego „majątek własny, którego się dorobił” (Rdz 31,18) – i potajemnie uchodzi z domu Labana.

Z rodziną i trzodą szybko uciekać się nie da. Po siedmiu dniach rozgniewany teść wraz ze swymi krewnymi dogania go na wyżynie Gilead. Jednak już tej samej nocy ukazuje mu się we śnie Pan i bierze w obronę Jakuba: „Bacz, abyś w rozmowie z Jakubem niczego od niego nie żądał” (Rdz 31,24). W rozmowie z Jakubem Laban jest już więc nastawiony pojednawczo, pragnie zawrzeć przymierze i rozstać się z zięciem w zgodzie. A choć Jakub wie dobrze, że tę nieoczekiwaną przychylność zawdzięcza jedynie interwencji Boga (por. Rdz 31,42), to jednak przystaje na propozycję, zawiera przymierze, spożywa z krewnymi posiłek i nie niepokojony przez nich dłużej wyrusza w dalszą podróż.

Jest jednak coś, co spędza mu sen z powiek – u celu podróży żyje jego brat, Ezaw, człowiek gwałtowny, który zaprzysiągł mu zemstę. Wyprawieni posłowie powracają z wieścią, na którą ściska się z lęku serce Jakuba – Ezaw idzie na jego spotkanie z czterystoma ludźmi. Jakub dzieli ludzi na dwa obozy, wyprawia kolejne sługi z darami, a przy tym wszystkim modli się do Boga o ocalenie swej rodziny z ręki brata. Czyż Ten, który otoczył go swoim błogosławieństwem, pozwalając powrócić do rodzinnej ziemi człowiekiem zamożnym, może opuścić go w obliczu śmiertelnego zagrożenia (por. Rdz 32,10-13)?

Jakub Izraelem

Nie zaniedbując niczego, co do niego należy, modli się Jakub do Tego, od którego zależy wszystko. A kiedy już uczyni to, co po ludzku leży w jego mocy, przeprawia rodzinę i dobytek przez dzielący go od rodzinnej ziemi potok Jabbok, sam zaś pozostaje w obozowisku, gdzie walczy już nie tylko z własnym lękiem, lecz „z kimś, kto zmagał się z nim aż do wschodu jutrzenki” (Rdz 32,25). Obecność, z którą walczy Jakub, nie jest obecnością wrogą; nie jest to też walka przeciwko komuś, lecz o coś – „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!” (Rdz 32,27). Walczy więc Jakub o błogosławieństwo wprost z Bogiem, jak kiedyś walczył o nie pokrętnymi metodami z ojcem, Izaakiem. Inna jest to walka i inne zwycięstwo – Jakub powraca do swej ro­dziny kulejąc na ciele, lecz silny duchem, pewien błogosławieństwa Bożego i obdarzony nowym imieniem – Izrael, „Bóg walczy”. Nie musi już sromotnie uciekać, jest w stanie stanąć na czele swojej rodziny i stawić czoło bratu. Bóg, który mu błogosławi, zajmie się także konsekwencjami jego dawnego grzechu.

I rzeczywiście inny jest powrót Jakuba niż jego niechlubne odejście. Jakub powraca zwycięski, a spotkanie z Ezawem, którego tak się obawiał, okazuje się rzeczywiście spotkaniem braci, oblanym łzami pojednania. Ziemia Kanaanu stoi przed nim otworem – rozbija swe namioty najpierw w Sychem, a po konflikcie z tamtejszymi mieszkańcami – w Betel. Tam kolejny raz objawia mu się Bóg Jego ojców, potwierdzając jego nowe imię – Izrael. Z niego powstanie „naród i wiele narodów” (Rdz 35,11), z niego zrodzą się królowie, on będzie dziedzicem kraju darowanego Abrahamowi i Izaakowi.

Jakby na potwierdzenie Bożych słów rodzi się Jakubowi – w drodze do Hebronu, gdzie żyje jeszcze sędziwy Izaak – kolejny, dwunasty już syn, który otrzyma imię Beniamin. Przy porodzie umiera umiłowana żona, Rebeka, która zostanie pochowana w pobliżu Efrata – Betlejem. Po pogrzebie Jakub wyrusza w dalszą drogę do Mamre, gdzie dane mu jest zastać jeszcze przy życiu swego ojca, Izaaka, a wkrótce, wraz z bratem Ezawem, oddać mu ostatnią posługę. Odtąd to Jakub-Izrael, staje się głową rodu, a jego dwunastu synów da początek dwunastu pokoleniom izraelskim. Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba wychowa z nich sobie naród, który będzie strzegł Jego słowa, i w którym przyjdzie na świat Ten, który jak drabina z Jakubowego widzenia, stanie się pomostem pomiędzy niebem a ziemią.

I pytamy – czym zasłużył sobie Jakub na taką przychylność Boga? A św. Paweł odpowiada nam, że wybranie „nie zależy od tego, kto chce lub o nie się ubiega, ale od Boga, który okazuje miłosierdzie” (Rz 9,16). Jego miłosierdzie jest odpowiedzią nie na nasze zasługi, lecz na naszą nędzę i porażki. I każdy z nas, kto uznaje się za grzesznika, może odnieść do siebie słowa Jezusa: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego” (J 1,51). Każdy z nas może odkryć, że jego życie – chore i pełne grzechu – jest „domem Bożym i bramą do nieba” (Rdz 28,17), a następnie dać Bogu przemienić się w zwycięzcę, herosa wiary, który odważnie stawia czoło swojemu losowi, przyczyniając się – jak patriarcha Jakub – do wypełnienia wielkich dzieł Bożych.

ŻYWY PO CZTERDZIESTU LATACH. ZNACZENIE SOBORU WATYKAŃSKIEGO II

Czterdzieści lat to długi okres w życiu człowieka, ale niekoniecznie w życiu Kościoła. Weźmy po uwagę choćby fakt, że wcielenie w życie reform Soboru Trydenckiego zajęło ponad sto lat. Zauważmy też, że po ogłoszeniu przez Boga Dziesięciu Przykazań na górze Synaj Izraelici musieli wędrować po pustyni przez czterdzieści lat, zanim stali się gotowi wejść do Ziemi Obiecanej, a wdrożenie się do przestrzegania Prawa zajęło im jeszcze więcej czasu! Ewidentnie każda propozycja zmiany wymaga czasu, zanim wreszcie zostanie zrozumiana, zaakceptowana i wprowadzona w codzienne życie.

Jednak czterdzieści lat, które upłynęły od zakończenia Soboru Watykańskiego II, przyniosło już wiele zmian. Część z nich można przypisać oddziaływaniu dokumentów soborowych poświęconych Kościołowi, liturgii i Pismu świętemu. Ponieważ w tym miesiącu przypada czterdziesta rocznica podpisania Konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym Dei verbum, chcemy przyjrzeć się temu, co napisali Ojcowie Soboru, by uświadomić sobie znaczenie tego dokumentu – jak i całego Soboru – w kształtowaniu naszej postawy wobec Biblii.

W odpowiedzi na potrzeby Kościoła

Patrząc na ostatnie czterdzieści lat, widzimy wiele oznak odnowionego zainteresowania Pismem świętym, a nawet rozmiłowania w nim. Rozwijają się nauki biblijne. Wielu świeckich należy do grup biblijnych. W Kościele pojawiają się modlitwy i nabożeństwa, mające swe źródło w Piśmie świętym. Strony internetowe poświęcone Biblii, a także programy radiowe i telewizyjne o tej tematyce stają się normalną częścią katolickiego pejzażu. Setki książek i czasopism docierają do niezliczonej rzeszy czytelników, umacniając ich pokarmem słowa Bożego. „I to wszystko stało się w ciągu zaledwie czterdziestu lat!” – wołamy z podziwem. Cofnijmy się więc teraz o czterdzieści lat wstecz, aby zobaczyć, jak do tego doszło i dokąd obecnie zmierzamy.

Kiedy papież Jan XXIII zwoływał w 1959 roku Sobór Watykański II, była to zasadniczo jego osobista decyzja, podjęta bez oficjalnych konsultacji z biskupami czy doradcami watykańskimi. Sobór ten był więc o tyle wyjątkowy, że u jego źródeł leżała duszpasterska troska jednego człowieka, a nie potrzeba zażegnania kryzysu dogmatycznego w całym Kościele.

Naturalnie sobory były zawsze odpowiedzią na konkretne potrzeby danej epoki i Sobór Watykański II nie był tu wyjątkiem. Ważne, byśmy dostrzegli, że potrzeby te zmieniały się dramatycznie z biegiem czasu. I tak, na I Soborze Nicejskim, w 325 roku, cesarz Konstantyn wprowadził ścisły związek pomiędzy państwem a Kościołem, by ułatwić rozstrzygnięcia dogmatyczne. Jednak już w XI wieku, na mocy reform papieża Grzegorza VII, ograniczono wpływ świeckich władców, ustanawiając papieża i biskupów jedyną władzą w Kościele. W obu tych przypadkach podjęto skrajnie różne decyzje, odpowiadające sytuacji świata i potrzebom Kościoła danej epoki.

Podobnie, u schyłku XIX i na początku XX stulecia, Kościół pod przewodnictwem Piusa IX, Leona XIII i Piusa X zajmował zdecydowane stanowisko przeciw roszczeniom nauk przyrodniczych i społecznych oraz liberalnej myśli oświeceniowej – poglądom składającym się na „współczesność”. Jednak czterdzieści osiem lat po śmierci Piusa X Sobór Watykański II, formułując swe nauczanie, posługiwał się obficie dorobkiem tych właśnie dyscyplin.

Duch Soboru

Chociaż więc Jan XXIII nie zwołał Soboru w celu przeciwstawienia się jakiejś konkretnej herezji, jak działo się to w wypadku większości poprzednich soborów, pragnął, by Ojcowie Soboru zastanowili się, w jaki sposób Kościół może najskuteczniej głosić Ewangelię światu. Wyraził to jasno, otwierając Sobór w 1962 roku przemówieniem adresowanym nie tylko do biskupów, lecz „do wszystkich ludzi i narodów”. Pod koniec zaś Soboru, w jednym z jego ostatnich dokumentów, Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes, Ojcowie Soboru otwarcie zachęcają do wzajemnego słuchania i pełnego szacunku dialogu z innymi Kościołami, a także z rządami i przywódcami światowymi, naukowcami i artystami, aby w ten sposób docierać do świata z przesłaniem Ewangelii.

Podobnie jak poprzednie sobory, także Sobór Watykański II nie przebiegał w całkowitym spokoju i porozumieniu. Kongregacje watykańskie, którym powierzono przygotowanie harmonogramu obrad oraz propozycji dokumentów soborowych, skupiły się na najbardziej tradycyjnych aspektach przeszłości Kościoła. Wielu pracowników Kurii było zdania, że nie ma potrzeby wprowadzania zmian, a proponowane przez nich teksty odzwierciedlały ich gorącą troskę o zachowanie status quo.

Jednakże już w pierwszym tygodniu trwania Soboru wielu biskupów – w tym także przybyłych z bardzo odległych stron – wyraziło poważne obiekcje co do tych dokumentów i postanowiło przepracować je na nowo. W przeciwieństwie do pracowników Watykanu większość biskupów oraz przełożonych zakonnych z całego świata szukało nowych dróg. Obserwując gwałtowne tempo przemian dokonujących się w społeczeństwie, czuli oni, że tradycyjny sposób mówienia o Chrystusie i Jego Kościele wymaga korekty. Choć prawdy wiary – odwieczne, piękne i doskonałe – pozostawały te same, to jednak język, jakim je głoszono, i sposób ich celebracji powinny zostać dostosowane do epoki.

Pismo święte podstawą dialogu

Jak więc wszystkie te troski i pragnienia wpłynęły na soborowe – a w konsekwencji i nasze – nastawienie do Pisma świętego? Jakie zmiany w Kościele zapoczątkował soborowy nacisk na Pismo święte? Oto lista tych najbardziej radykalnych:

Przede wszystkim potwierdzono centralne znaczenie Biblii w misji Kościoła i przywrócono jej należne miejsce w życiu każdego wierzącego. Drogą ku temu stało się postanowienie Ojców Soboru, aby tekst Pisma świętego, tłumaczony na języki narodowe, stał się dostępny dla wszystkich wierzących. Postanowiono także przetłumaczyć na języki narodowe teksty Mszy świętej, aby wierzący mogli pełniej uczestniczyć w kulcie Kościoła i rozważaniu Pisma świętego podczas liturgii.

W celu podtrzymania dążenia ku pogłębionej świadomości bliblijnej Sobór wezwał do szerszego wykorzystywania badań naukowych nad historią, językami i kulturą, w której powstawały natchnione księgi. Studia biblijne, na które niegdyś patrzono z pewną podejrzliwością, mogły być odtąd prowadzone za akceptacją i poparciem – a także pod opieką i kierunkiem – samych biskupów. Oznaczało to, że już nie tylko kapłani i uczeni bibliści, ale każdy może zgłębiać Pismo święte z aprobatą Kościoła.

Nacisk położony na Pismo święte otworzył także możliwość dialogu z innymi Kościołami i Wspólnotami chrześcijańskimi. Rozdzielone przez całe stulecia Wspólnoty mogły zacząć rozmawiać o tym, co je dzieli, i pokonywać te podziały poprzez wspólne studiowanie Pisma świętego – a więc tego, co łączy je wszystkie. W tym właśnie duchu zaproszono na Sobór także obserwatorów ze Wspólnot prawosławnych i protestanckich, których zachęcano do rozmów z przybyłymi biskupami na temat swoich problemów, potrzeb i nadziei.

Znaki nadziei w trudnych czasach

U podstaw każdej z tych zmian w Kościele leży pierwotne przekonanie papieża Jana XXIII, które zaważyło na jego decyzji o zwołaniu Soboru. Łącząc gorliwość i troskę duszpasterską z doświadczeniem wielu lat pracy w dyplomacji kościelnej, papież Jan pragnął zaoferować mieszkańcom świata jedyne rozwiązanie, które jest w stanie podtrzymać ich nadzieję, uzdrowić podziały i przynieść prawdziwy pokój. Podczas gdy inni upatrywali źródło głównych problemów świata w gwałtownym postępie technologicznym oraz licznych napięciach geopolitycznych, papież, patrząc głębiej, dostrzegł, że problem leży w samym sercu człowieka.

Niezależnie od tego, czy żyjemy w cywilizacji wysoko rozwiniętej pod względem technologicznym, czy też bardziej prymitywnej, mamy te same tęsknoty i pragnienia, przeżywamy podobne pokusy i popełniamy te same grzechy. Także odpowiedź na te tęsknoty i pokusy jest ta sama, niezależnie od sytuacji, w której przyszło nam żyć, a jest nią dobra nowina Ewangelii. Taki właśnie był powód, dla którego Jan XXIII zechciał zwołać biskupów, by wraz z nimi zastanowić się, jak najskuteczniej nieść Chrystusa współczesnym ludziom. Wiedział, że postęp naukowy nie jest sam w sobie rzeczą złą. Upatrywał znaków nadziei w wielu wynalazkach, o których pisano na pierwszych stronach gazet. W swej duszpasterskiej gorliwości pragnął docierać do uczonych, aby wykorzystywali swoje talenty dla dobra i rozwoju całej ludzkości.

Jest to także powód, dla którego Sobór skierował naszą uwagę w stronę Pisma świętego. Im więcej ludzi zacznie żyć słowem Bożym, tym pełniejsza będzie nasza odpowiedź na miłość Boga do całej ludzkości. Odpowiedź ta z kolei stanie się dla nas źródłem większego poczucia bezpieczeństwa i nadziei na przyszłość, a także większej odpowiedzialności w obliczu wojen i konfliktów jawiących się na horyzoncie.

Jan XXIII zrozumiał – wraz ze wszystkimi biskupami – że droga do przemiany świata wiedzie przez przemianę człowieka. Wnosząc w ludzkie serca światło Chrystusa, zmieniamy społeczeństwo. Wnosząc w ludzkie serca słowo Boże, zmieniamy świat.

Odnowa świata

Głębszy udział we Mszy świętej, większe otwarcie na inne Kościoły chrześcijańskie i w ogóle na świat, nowa świadomość Kościoła jako ludu Bożego, mocniejsze zaangażowanie się po stronie sprawiedliwości i pokoju – wszystkie wymienione tu owoce, a także wiele nie wymienionych, można przypisać Soborowi Watykańskiemu II i jego naciskowi na Pismo święte. Czego więc nauczył nas Sobór? Otóż kiedy czytamy Pismo święte z otwartym umysłem i szczerym sercem, spotykamy Jezusa. Z tego spotkania z naszym Odkupicielem i Miłośnikiem naszych dusz zawsze wychodzimy odnowieni. A kiedy my zostajemy odnowieni, odnawia się cały Kościół – a nawet cały świat.

„OBYŚCIE DZISIAJ USŁYSZELI GŁOS JEGO…”

Znamy opowieści o Adamie i Ewie, Kainie i Ablu, Jakubie i Ezawie. Być może, znamy na pamięć wiele fragmentów Pisma świętego: „Bóg tak umiłował świat…”, „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych…”, „Bóg jest miłością”. Znamy też przykazania: „Nie zabijaj”, „Czcij ojca swego i matkę swoją”, „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”.

Wielu z nas zna te teksty od wczesnego dzieciństwa, toteż zdążyły się one już na dobre stopić z naszym życiem. Czy zauważyłeś, jak często pojawiają się na naszych ustach biblijne wersety? Wiele z nich powtarzamy, czasem nie zdając sobie nawet sprawy, skąd pochodzą: „Kto mieczem wojuje, od miecza ginie” (por. Mt 26,52), „Kto nie chce pracować, niech też nie je!” (2 Tes 3,10).

Słowo żywe i skuteczne

Wszystko to jest oczywiście bardzo ważne, jednak w zamyśle Boga Ojca taki poziom znajomości Pisma świętego to dopiero początek dzieła, którego zamierza On w nas dokonać przez swoje słowo. Bóg nie stworzył nas jedynie po to, byśmy byli uczciwymi ludźmi, wiodącymi bogobojny żywot. Biblia nie jest przede wszystkim zbiorem reguł, których mamy przestrzegać, wiedząc, że Bóg obserwuje nas z oddali. Bóg chce nawiązać z nami osobową relację. Chce przemawiać do nas tu i teraz – i czyni to poprzez Pismo święte.

Biblia różni się od wszystkich innych książek tym, że zawarte w niej słowo jest „żywe i skuteczne” (por. Hbr 4,12). Pismo święte, natchnione przez Ducha Świętego, uczy nas dostrzegać w naszym życiu Bożą obecność. Posłuchajmy, na przykład, Mojżesza przemawiającego do Izraelitów na krótko przed ich wejściem do Ziemi Obiecanej. Poucza on lud, że słowo Boże „nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem. Nie jest w niebiosach, by można było powiedzieć: «Któż dla nas wstąpi do nieba i przyniesie je nam, a będziemy słuchać i wypełnimy je». I nie jest za morzem, aby można było powiedzieć: «Któż dla nas uda się za morze i przyniesie je nam, a będziemy słuchać i wypełnimy je». Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie: w twych ustach i w twoim sercu, byś je mógł wypełnić” (Pwt 30,11-14).

Bóg wypisuje swoje słowo w naszych sercach (por. Jr 31,33) i gdy słuchamy Jego głosu w Piśmie świętym, nasze serca odpowiadają nadzieją i ufnością, zapewniając nas, że Bóg jest z nami. Dobrze wyrażają to słowa modlitwy św. Augustyna: „O Panie, przeszyłeś mnie swoim słowem i pokochałem Cię”.

Dzisiaj!

Na wiele stuleci po przemowie Mojżesza jeden z psalmistów przypominał ludowi dramatyczne koleje losu Izraela podczas wędrówki przez pustynię: „Obyście usłyszeli dzisiaj głos Jego: «Nie zatwardzajcie serc waszych jak w Meriba, jak na pustyni w dniu Massa, gdzie Mnie wasi przodkowie wystawiali na próbę»” (Ps 95,7-9).

Dla psalmisty jest rzeczą oczywistą, że ten sam Bóg, który przemawiał jasno i wyraźnie do ich przodków z góry Synaj, chce mówić do nich „dzisiaj” i każdego dnia. Gdyby tak nie było, nie mogłoby być mowy o żadnym „dzisiaj”, a co najwyżej „wówczas”, gdy Bóg przemawiał do Mojżesza – lub, w naszym przypadku, „wówczas”, gdy Jezus chodził po ziemi.

Jak więc możemy dziś usłyszeć głos Boży? Co mamy czynić, abyśmy wstając od modlitwy czy wychodząc ze Mszy świętej, mogli stwierdzić z całą pewnością: „Dziś przemówił do mnie Bóg”? Odpowiedź znajdujemy w Księdze Psalmów, Bożym przewodniku modlitwy. Już na samym jej początku – w pierwszych dwóch wersetach pierwszego psalmu – znajdujemy wskazówkę, jak usłyszeć Boga i zaznać błogosławieństwa Jego obecności: „Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą występnych, nie wchodzi na drogę grzeszników i nie siada w kole szyderców, lecz ma upodobanie w Prawie Pana, nad Jego Prawem rozmyśla dniem i nocą” (Ps 1,1-2).

Kluczem do usłyszenia Boga przemawiającego do nas przez Pismo święte jest więc sztuka medytacji. Polega ona na czytaniu, studiowaniu i modlitewnym rozważaniu fragmentu Pisma świętego, aż usłyszymy Boga, który poprzez te słowa mówi do nas osobiście.

Sztuka (i nauka) słuchania

Na początku może nam się wydawać, że medytacja polega na swobodnym biegu myśli i nie potrzebuje żadnych form. Doświadczenie uczy jednak, że o wiele owocniejsze jest zastosowanie pewnej ustalonej metody, która pomaga nam rzeczywiście skoncentrować się na tym, co robimy. Nie sądźmy, że możemy rozważać Pismo święte prowadząc samochód, załatwiając rożne sprawy czy biegając po parku. Im bardziej skupimy się na Bogu, tym łatwiej będzie nam usłyszeć Jego głos. Wybierz więc czas, kiedy najłatwiej ci się skupić, oraz wygodne miejsce, wolne od rozproszeń i zamieszania.

Wybierając fragment Pisma świętego, postaraj się, aby nie był zbyt długi. Celem medytacji nie jest nauczenie się tekstu na pamięć czy dogłębna analiza danego fragmentu, lecz słuchanie Boga, który przemawia do naszego serca. Krótki fragment łatwiej zapada w serce. Wiele osób wybiera do medytacji jedno z czytań liturgicznych dnia. Inni czytają kolejne fragmenty którejś Ewangelii czy któregoś z listów Nowego Testamentu.

Kiedy już uda ci się zebrać rozbiegane myśli i wyciszyć umysł, przeczytaj wybrany fragment. Nie spiesz się. Czytaj uważnie i z namysłem, najlepiej kilka razy, aż poczujesz, że rzeczywiście udało ci się uchwycić sens czytanych wersetów. Jeśli napotkasz niezrozumiałą frazę czy werset, posłuż się dobrym komentarzem lub znajdź odpowiedni przypis w swojej Biblii. Nie poświęcaj jednak na to zbyt wiele czasu. Po wyjaśnieniu nasuwających ci się wątpliwości powróć do modlitwy.

Nie staraj się robić nic na siłę, ale trwaj w pokoju i słuchaj Bożego głosu. Przyglądaj się też własnym reakcjom na Boże słowo. Czy napełnia twoje serce nadzieją? Czy wskazuje jakiś obszar ciemności, który powinieneś wydobyć na światło w sakramencie pokuty? Czy pociesza, dodaje otuchy, napełnia wdzięcznością i miłością? Czy mobilizuje do podjęcia jakiegoś działania, na przykład walki z nałogiem lub pracy nad relacją z bliską osobą?

Niezależnie od tego, co i w jaki sposób mówi ci Bóg, Jego słowom zawsze towarzyszy klimat bezpośredniości i bliskości. Nie jest to coś, co można wypracować samodzielnie, lecz dar, który należy przyjąć z wdzięcznością, pokorą i miłością. Przychodzi on, gdy decydujemy się wyciszyć nasze galopujące myśli i czekać na to, co Bóg ma nam do powiedzenia.

Dlaczego rozważamy słowo Boże?

W opublikowanej w 1893 roku encyklice Providentissimus Deus papież Leon XIII pisał: „Pismo święte nie jest jak inne książki. Podyktowane przez Ducha Świętego, zawiera sprawy największej wagi, które w wielu przypadkach są bardzo trudne i niejasne. Aby zrozumieć i wyjaśnić te sprawy, zawsze potrzebne jest «przyjście» tego samego Ducha Świętego, czyli inaczej Jego światła i Jego łaski” (5).

Tymi słowami papież Leon nauczał, że kiedy Duch Święty otwiera nasze oczy, objawiając nam prawdy Boże, objawienie to ma moc nas przemienić. Światło i łaska Boga otwierają nasze umysły i serca na Jego obecność i pomagają nam zobaczyć Go w nowym, przedziwnym świetle. Kiedy rozważamy Pismo święte, Duch pozwala nam jakby w przebłysku zobaczyć Boga takim, jaki On naprawdę jest – wszechmocny, absolutnie święty, doskonale mądry, miłujący i sprawiedliwy.

Św. Hieronim, jeden z największych znawców Biblii, w ten sposób opisuje swoje doświadczenie Ducha Świętego w Piśmie świętym: „Jaki pokarm, jaki miód mógłby być słodszy od uczenia się o Opatrzności Bożej, od wchodzenia do Jego sanktuarium, by wpatrywać się w umysł Stworzyciela, by słuchać słów Pana, z których naśmiewają się mędrcy tego świata, lecz które w istocie pełne są duchowej mądrości?” (List do Pauli, 30,13).

Czytając Pismo święte i rozważając je na modlitwie, zaczynamy widzieć Jezusa jako drogocenną perłę i drogę naszego życia (Mt 13,46; Ps 119,105). Odkrywamy w sercu tęsknotę, by trwać przy Jezusie bez względu na cenę. Dzieje się tak, gdyż Duch Święty wchodzi w naszą wiedzę intelektualną – w nasze intuicje skierowane ku Bogu – i napełnia je swoją łaską. To, co kiedyś było tylko w naszym rozumie, przenika do serca, dając nam radość poznania Jezusa, pokój płynący z doświadczenia Jego zbawienia, pragnienie umiłowania Boga w zamian za wszystko, co On dla nas uczynił.

Bracia i siostry, Bóg pragnie przemawiać do najgłębszych zakamarków naszych serc. Pragnie objawiać nam swoją prawdę, zapewniać o swojej miłości i uczyć nas swoich dróg. Obyśmy nigdy nie znużyli się słuchaniem Jego głosu i przyjmowaniem Jego objawienia!

BOHATEROWIE BIBLIJNI – ABRAHAM CZ. IV (RDZ 11,27-25,11)

Po narodzinach Izaaka i odsunięciu Izmaela życie Abrahama toczy się dalej swoją koleją. Jest już jednak inne. Dobrze mieć przy sobie namacalny dowód Bożej łaski, a zarazem gwarancję wypełnienia Bożych obietnic, w postaci zdrowo chowającego się syna. Jak wspaniała czeka go przyszłość. Abraham przecież zna ją dobrze z Bożego objawienia – ma być ojcem wielkiego narodu, który wyda wielu królów. Bóg zawrze z nim swoje przymierze po wszystkie pokolenia. Dobrze jest spokojnie patrzeć w przyszłość ukocha­nego dziecka, wiedząc, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo.

Idź do kraju Moria…

I tu nagle Bóg znów przemawia do Abrahama, a Jego słowo po raz pierwszy nie niesie pokrzepienia, lecz grozę: „Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jaki ci wskażę” (Rdz 22,2).

Biblia nie podaje nam odpowiedzi Abrahama i możemy tylko domyślać się jego reakcji. Niedowierzanie, gorycz, przerażenie. A więc taki ma być los syna obietnicy? A więc to wszystko, co zapowiadał Bóg, jednak się nie ziści, a on, Abraham, przez całe życie wierzył daremnie? I umrze bezpotomnie, na obcej ziemi, wystrychnięty na dudka przez Boga, któremu zaufał?

Jednak wiara wyraża się nie w uczuciach serca, lecz w czynach. A czyny są takie: „Nazajutrz rano Abraham osiodłał swego osła, zabrał z sobą dwóch swych ludzi i syna Izaaka, narąbał drzewa do spalenia ofiary i ruszył w drogę do miejscowości, o której mu Bóg powiedział” (Rdz 22,3). A więc jeśli nawet trapiły go wątpliwości, uczynił to, co polecił mu jego Bóg, który dał mu się poznać jako Przyjaciel, a teraz żąda ofiary niepojętej. Ale skoro tak czyni, to widocznie wchodzi w grę coś ważniejszego nawet niż ludzkie życie i uczucia ojcowskiego serca.

Zaufać do końca

I powie wiele stuleci później św. Paweł: „Jemu [Bogu] on uwierzył jako Temu, który ożywia umarłych” (Rz 4,17). Bo Abraham wciąż wierzy, że to, czego Bóg pragnie, jest dobre, a Ten, który ożywił obumarłe łono starej kobiety, może także przywrócić do życia zabite dziecko. I gdy po odprawieniu sług idzie pod górę z nie podejrzewającym swego losu synem, nie wie, że z każdym krokiem wspina się na takie szczyty wiary, że jego duchowe potomstwo będzie chylić przed nim głowę aż po kres dziejów ludzkości.

A gdy maszerujący z nim Izaak pyta: „Ojcze mój!… Oto ogień i drwa, a gdzież jest jagnię na całopalenie?”, Abraham odpowiada spokojnie: „Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój” (Rdz 22,7). I konsekwentnie czyni to, co do niego należy, aż do końca, aż do momentu, kiedy związany Izaak leży na drwach na ołtarzu, oczekując ciosu noża, po który sięga właśnie ojcowska ręka. Wtedy jednak woła do Abrahama anioł Pański: „Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna” (Rdz 22,12).

Zamiast syna Abraham składa w ofierze zaplątanego w ciernie barana i wraca z dzieckiem do domu, unosząc w sercu obietnicę błogosławieństwa dla wszystkich swych potomków. I pewnie nawet nie podejrzewa, że zdarzyło się coś, co ma wymiar proroczy i jest objawieniem dla całej ludzkości. A w innym miejscu czytamy: „Przez wiarę Abraham, wystawiony na próbę, ofiarował Izaaka… Pomyślał bowiem, iż Bóg mocen jest wskrzesić także umarłych, i dlatego odzyskał go, jako podobieństwo śmierci i zmartwychwstania Chrystusa” (Hbr 11,17.19). Jego czyn stał się więc zapowiedzią tej ofiary, którą miał złożyć ze swego jedynego Syna Bóg Ojciec, aby ocalić wszystkie dzieci Abrahama. A patrząc na Abra­hama, lepiej potrafimy pojąć uczucia Ojcowskiego serca i całą głębię tego poświęcenia, które tak często przyjmujemy jak coś, co nam się należy.

Ziemia na własność

Choć może jednak dane było Abrahamowi pojąć coś z wielkich tajemnic, w których uczestniczył. Bo czyż Ten, który odsłaniał przed nim swoje zamysły co do grzesznej Sodomy, pozostawiłby go w nieświadomości co do swego najwspanialszego planu odkupienia człowieka? W Piśmie świętym czytamy rzeczy dziwne o patriarchach, którzy „w wierze pomarli… nie osiągnąwszy tego, co im przyrzeczono, lecz patrzyli na to z daleka i pozdrawiali, uznawszy siebie za gości i pielgrzymów na tej ziemi” (Hbr 11,13). A Jezus powie wprost: „Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał go i ucieszył się” (J 8,56). Musiał więc Abraham mieć jakiś przynajmniej wgląd w to, co znaczy, że w jego potomstwie błogosławione będą wszystkie ludy ziemi.

Teraz jednak powraca do swoich z ocalonym chłopcem, by znów wędrować ze swą trzodą po okolicznych ziemiach. A kiedy przebywa wśród Chetytów w Hebronie, umiera sędziwa Sara, matka Izaaka. Abraham odbywa obrzędową żałobę, a potem zwraca się do Chetytów z niezwykłą prośbą. Jest tu przybyszem. I choć ma przekonanie, że jest to ziemia, którą daje mu sam Bóg, to przecież według praw ludzkich jest ona własnością innych ludów. Jak złożyć ciało Sary w cudzej ziemi? Dlatego prosi, aby pozwolono mu nabyć od Efrona, syna Sochara, pole i znajdującą się na nim pieczarę, która może posłużyć za grób.

Niezwyczajna to rzecz sprzedawać ziemię cudzoziemcowi – jakże jednak odmówić temu, który „uchodzi wśród nas za człowieka szczególnie zaszczyconego przez Boga” (Rdz 23,6)? I wbrew obowiązującym zwyczajom „posiadłość Efrona w Makpela, w pobliżu Mamre, czyli pole i znajdująca się na nim pieczara, oraz wszystkie drzewa wzdłuż jego granicy, stały się własnością Abrahama w obecności Chetytów i wszystkich, którzy wchodzili w bramę ich miasta” (Rdz 23,17). A Abraham widzi, że na jego oczach zaczyna wypełniać się kolejna obietnica Pana, gdyż posiada już na własność skrawek ziemi obiecanej przez Pana jego potomstwu.

Ostatnie lata

Niewiele już zostało w życiu do zrobienia mocno posuniętemu w latach Abrahamowi. Pragnie jeszcze przed śmiercią zatroszczyć się o odpowiednią żonę dla Izaaka, aby ten nie dał się usidlić obcym kobietom z Kanaanu. Zaufany sługa wyrusza do rodzinnej ziemi Abrahama, by przyprowadzić stamtąd tę, którą przeznaczył Izaakowi sam Bóg. Także i sam Abraham, mimo podeszłego wieku, pojmuje żonę, by jeszcze w starości spłodzić sześciu synów. Zaiste, spełnia się na nim słowo Pańskie: „Wydadzą owoc nawet i w starości, pełni soków i zawsze żywotni, aby świadczyć, że Pan jest sprawiedliwy” (Ps 92,15-16).

Aż do końca swych dni służy Abraham Bogu. Rozporządza swym majątkiem w myśl Bożych obietnic. Całe dziedzictwo ma należeć do Izaaka, z którym Bóg zawrze przymierze, podobnie jak z jego ojcem. Aby uniknąć waśni rodzinnych, pozostali synowie, sowicie obdarowani, jeszcze za życia Abrahama odchodzą do kraju leżącego na wschodzie. A gdy wszystko to już się dokonało, Abraham „zmarł w późnej, lecz szczęśliwej starości, syt życia, i połączył się ze swoimi przodkami” (Rdz 25,7).

Ciało Abrahama zostaje złożone przez Izaaka i Izmaela w pieczarze Makpela, gdzie spoczywa już jego żona, Sara. Pochowani na własnej ziemi przez otrzymane od Boga potomstwo, łączą się z „duchami sprawiedliwych, które już doszły do celu” (Hbr 12,23), pozostawiając nam w dziedzictwie wzór żywej wiary – wiary, która będąc odpowiedzią człowieka na Boże wezwanie, nadaje jego życiu sens i smak nieporównywalny z żadnym innym.

‚DOBRZE O MNIE NAPISAŁEŚ’. HISTORIA ŚW. TOMASZA Z AKWINU

Oto jeden z pierwszych dni zimy w Neapolu, ponad siedemset lat temu. Dwaj zakonnicy w charakterystycznych, czarno-białych, dominikańskich strojach udają się do niewielkiej kaplicy. Jeden z nich to pokaźnej postury, korpulentny mężczyzna o bystrym, inteligentnym spojrzeniu. Jego habit jest wystrzępiony i źle dopasowany. Drugi mężczyzna, młodszy, jest najwyraźniej jego oddanym przyjacielem.

Zgodnie z wieloletnim już zwyczajem, obaj zakonnicy mieli w planie Mszę świętą, a następnie przystąpienie do swoich codziennych zajęć – wykładów, pisania, dalszych modlitw. Jednak tego dnia, 6 grudnia 1273 roku, w liturgiczne wspomnienie św. Mikołaja, wydarzy się coś, co odmieni ich życie. Nigdy już nie powrócą do dotychczasowego planu dnia.

Starszy zakonnik odprawia Mszę świętą, lecz w trakcie modlitwy eucharystycznej zaczyna wypowiadać niezrozumiałe słowa i popada w rodzaj ekstazy. Jego towarzysz nie jest tym zaniepokojony, ponieważ świątobliwemu mistrzowi zdarzało się to dosyć często. Jednak tym razem ekstaza wydaje się o wiele głębsza i trwa dłużej niż zazwyczaj.

Kiedy mistrz wreszcie odzyskuje mowę i kończy Mszę, jest zmęczony i osłabiony. Po raz pierwszy, odkąd zaczęli razem pracować, nie przystępuje do pisania. „Nie mogę” – oznajmia swemu zdziwionemu sekretarzowi.

Istotnie, nie napisze już ani słowa. Trzy miesiące później Tomasz z Akwinu, mający zaledwie pięćdziesiąt lat i cieszący się, jak dotychczas, doskonałym zdrowiem, zakończy życie.

Znakomity początek

Tomasz urodził się około 1225 roku, jako czwarty syn Landolfo D’Aquino, szlachcica rodem z zachodnich wybrzeży Italii, mieszkającego między Rzymem a Neapolem. Ponieważ Tomaszowi nie miała przypaść w udziale rodzinna posiadłość, rodzice już we wczesnym dzieciństwie umieścili go u benedyktynów, w zamożnym i sławnym klasztorze na Monte Cassino.

Tomasz mieszkał tam i kształcił się przez następne dziesięć lat, po czym jako około piętnastoletni chłopiec został posłany na studia na nowo powstały uniwersytet w Neapolu. Tam zetknął się z niezwykle żywotną wspólnotą Zakonu Braci Kaznodziejów, założoną zaledwie przed dwudziestu pięciu laty przez św. Dominika.

Dominikanie różnili się bardzo od benedyktynów. Nie żyli, jak wychowawcy Tomasza, w oddzielonych od świata klasztorach, wiodąc proste, zwyczajne życie i szukając Boga w samotności. Podobnie jak św. Franciszek, inny gigant duchowy XIII wieku, Dominik założył swój zakon nie w celu oderwania się od świata, ale jego przemiany. Ponieważ oba nowe zakony nie posiadały ziemi ani żadnej innej własności, która mogłaby zapewnić im utrzymanie, zwracały się o potrzebne środki do osób świeckich. Ubogie życie braci i ich zależność od jałmużny nie przyczyniały im sympatii możnych i wpływowych tego świata.

Prężni i pełni zapału dominikanie za swoją misję uznali nauczanie i głoszenie słowa. Aby sprostać temu zadaniu, Dominik posyłał swoich współbraci na uniwersytety, zapewniając im w ten sposób solidną formację teologiczną. Dla młodego Tomasza, który charakteryzował się niespożytą energią, to połączenie pasji i zaangażowania z wiedzą było wręcz nie do odparcia. W wieku mniej więcej dwudziestu lat, nie pytając o radę rodziców, wstąpił do zakonu dominikanów.

Jak można się było spodziewać, na wieść o tym, że ich syn postanowił przyłączyć się do hałastry żebrzących zapaleńców, rodzice Tomasza przeżyli wstrząs. Pragnąc za wszelką cenę skłonić go do powrotu do benedyktynów, matka posłała do Tomasza jego brata, żołnierza, aby ten siłą sprowadził go do rodzinnego zamku, gdzie miał po­zostać, dopóki nie odzyska zdrowego rozsądku. Przez około rok Tomasz pozostawał w domowym areszcie, odmawiając noszenia jakiegokolwiek stroju poza swoim dominikańskim habitem. Dzięki swojej determinacji odniósł zwycięstwo. Matka pogodziła się w końcu z jego wyborem i pozwoliła mu powrócić do dominikanów.

Uczeń i mistrz

Następne lata zajęły Tomaszowi studia – w Paryżu, będącym podówczas najwybitniejszym ośrodkiem europejskiej myśli teologicznej, oraz w Kolonii, gdzie wykładał św. Albert Wielki. Jak się wydaje, z początku nie wszyscy poznali się na zdolnościach intelektualnych tego bardzo spokojnego, imponującego posturą studenta. Koledzy przezywali Tomasza „niemym włoskim wołem”, uznając go za niezbyt błyskotliwego. Jednak pewnego dnia Albert, znając już nieco możliwości Tomasza, poprosił go o wyjaśnienie trudnego tekstu filozoficznego. Jego wnikliwa analiza wprawiła w osłupienie audytorium i skłoniła Alberta do wygłoszenia przepowiedni, że wkrótce cały świat usłyszy „ryk tego niemego wołu”.

W wieku około trzydziestu dwóch lat Tomasz ukończył dzieło, które z dzisiejszego punktu widzenia nazwalibyśmy rozprawą doktorską. Natychmiast powołano go do grona dwunastu „mistrzów”, pełniących nadzór nad studiami teologicznymi na Uniwersytecie Paryskim. Nominacja na jedno z najbardziej zaszczytnych stanowisk akademickich owych czasów stanowiła jednocześnie poważne wyzwanie – obecność dominikanów na Wydziale Teologii napotykała zajadłą krytykę pozostałych mistrzów, którzy uznawali ten zakon za nieodpowiedzialny i niegodny nauczania.

Konflikt narósł do tego stopnia, że udając się na swój pierwszy wykład, Tomasz potrzebował pomocy uzbrojonego strażnika. Jednak pomimo młodości i niewielkiego doświadczenia jego trzyletnia kadencja na Uniwersytecie Paryskim stała się niebywałym sukcesem. Podejmując zwykłe obowiązki wykładowcy teologii – komentowanie Pisma świętego, roztrząsanie problemów teologicznych w publicznych debatach oraz kaznodziejstwo – Tomasz skutecznie bronił życia zakonnego oraz zakonu dominikanów.

Z czasem w środowisku Tomasza zaczęły krążyć anegdoty o jego wyjątkowych zdolnościach koncentracji. Podobno został kiedyś zaproszony na obiad wydawany przez św. Ludwika, króla Francji. Niebaczny na znamienite towarzystwo, Tomasz wydawał się głuchy na toczącą się rozmowę, skupiając całą swoją uwagę na kwestii, którą się aktualnie zajmował. W pewnej chwili przyprawił o szok wszystkich zebranych, uderzając pięścią w stół z okrzykiem: „Oto dowód przeciwko manichejczykom!”. Według relacji świadków król Ludwik, jak gdyby nigdy nic, zawołał sekretarza, aby na gorąco zapisał wnioski mistrza. Innym razem Tomasz dyktował swoje myśli sekretarzowi, który z rosnącym przerażeniem obserwował świecę parzącą dłoń mistrza – co w żaden sposób nie zakłóciło jego wywodu.

Człowiek modlitwy

Najwięksi teologowie są także wielkimi świętymi. Cechą doktorów Kościoła, Augustyna czy Tomasza, Hieronima czy Grzegorza, a w bliższych nam czasach na przykład kardynała Newmana czy papieża Jana Pawła II, jest przede wszystkim płomienna miłość do Boga. Nie są to uczeni, którzy zostali świętymi, lecz raczej święci, którzy stali się uczonymi i myślicielami.

W Paryżu Tomasz ustalił sobie tryb życia, który ukazuje go jako świętego uczonego. W jego planie dnia znalazł się czas na pisanie, nauczanie a także – w ilości, którą większość z nas uznałaby za niezwykłą – na osobistą modlitwę. Tomasz nigdy nie zaczynał pisania, dopóki się najpierw nie pomodlił. Często wśród nocy udawał się samotnie do kaplicy, zawsze wracając do celi przed rozpoczęciem porannych modłów, by nie wprawiać w zakłopotanie współbraci.

W swoich pismach teologicznych Tomasz jawi się jako pozbawiony uczuć racjonalista; wzór chłodnego, zdystansowanego myśliciela. Na­tomiast z tekstów kaznodziejskich i liturgicznych wyłania się Tomasz – święty. Jak wy­nika z kilku zachowanych kazań, Tomasz miał w sobie wiele czułości dla ludzi prostej wiary i głębokiej miłości. Jego kazania były proste i łatwe do zrozumienia, często ilustrowane przykładami z codziennego życia.

W miarę upływu lat życie Tomasza coraz bardziej koncentrowało się wokół Eucharystii. Nic więc dziwnego, że papież zwrócił się do niego o przygo­towanie tekstów liturgicznych na uroczystość Bożego Ciała, którą za­częto właśnie obchodzić w całym Kościele. Zestaw modlitw, czytań i hymnów opracowany przez Tomasza jest jednym z najwspanialszych przykładów średniowiecznych tekstów liturgicznych. Jego ukoronowaniem jest wspaniały i sławny hymn Pange lingua – „Sław, języku, tajemnicę”. Nie są to słowa zdystansowanego myśliciela, lecz na wskroś ludzkiego miłośnika Chrystusa, pełnego najgłębszych uczuć.

Mistyk i święty

Pomimo potężnego intelektu Tomasz zachował pokorę i prostotę dziecka. (Jego spowiednik wyznał, że spowiedź Tomasza na łożu śmierci była jak spowiedź „pięcioletniego dziecka”). Będąc doradcą papieży, zawsze chętnie służył radą wszystkim potrzebującym jej, także najmłodszym braciom swego zakonu, gotów nawet odłożyć swoją pracę, aby odpowiadać na ich pytania.

Współbracia dominikanie podziwiali energię Tomasza i twierdzili, że nigdy nie marnował ani chwili. Rzeczywiście był niezwykle płodnym pisarzem. Większość jego dzieł teologicznych zachowała się po dziś dzień – ogółem ponad sześć milionów słów. (Dla porównania, obszerna powieść może zawierać ponad 150 tysięcy słów). Jego spuścizna obejmuje komentarze do Pisma świętego, studium Arystotelesa, omówienia kontrowersji teologicznych i wreszcie główne dzieło jego życia – Sumę teologiczną.

6 grudnia 1273 roku Tomasz wciąż był w trakcie pracy nad Sumą. Jednak od czasu odprawienia porannej Mszy świętej, pomimo wielokrotnych zachęt, nigdy już nie wziął pióra do ręki. To, co wydarzyło się podczas Mszy, wyjawił jedynie Reginaldowi, swemu sekretarzowi i najbliższemu z przyjaciół. Historia wyszła na jaw dopiero trzydzieści lat później, na krótko przed śmiercią Reginalda. Otóż podczas odprawiania pamiętnej Mszy świętej – zwierzył się Tomasz Reginaldowi – miał on wizję Chrystusa ukrzyżowanego, który przemówił do niego słowami: „Dobrze o Mnie napisałeś, Tomaszu. O co chciałbyś Mnie prosić?”. Odpowiedź mogła być tylko jedna: „O nic, prócz Ciebie samego, Panie”. Jak wyjaśnił Tomasz, w porównaniu z tym, co zobaczył i zrozumiał w tym doświadczeniu, wszystkie jego dzieła wydawały się mieć nie większą wartość niż słoma. Odtąd nie był już w stanie tworzyć dzieł teologicznych.

W tygodniach następujących po tej wizji Tomasz zdawał się opadać z sił fizycznych. Nie był przygnębiony, ale nie starczało mu energii na nic poza modlitwą. Po raz pierwszy w życiu położył się do łóżka, jakby trawiła go jakaś choroba. Pomimo to u schyłku zimy 1274 roku, w odpowiedzi na wezwanie papieża, udał się na sobór kościelny do południowej Francji. Powszechnie spodziewano się, że Tomasz oraz inny znany teolog, franciszkanin Bonawentura, otrzymają tam nominacje kardynalskie. Jednak w drodze do Lyonu Tomasz, ze względu na swoją słabość podróżujący na ośle, uderzył głową o gałąź. Jeden z jego współczesnych biografów przypuszcza, że mogło to spowodować wylew krwi do mózgu. Zbyt wyczerpany, by móc kontynuować podróż, został zabrany do pobliskiego domu swojej siostrzenicy, a następnie do miejscowego klasztoru cystersów. Tam odszedł do Pana 7 marca 1274 roku.

Najlepsza odpowiedź

Żaden uczony w historii chrześcijaństwa, za wyjątkiem może św. Augustyna, nie wywarł takiego wpływu na teologię, jak św. Tomasz z Akwinu. Ukształtował on i usystematyzował tę dyscyplinę wiedzy tak, jak nie udało się to nikomu ani przed nim, ani po nim. Jeszcze dziś, niemal osiemset lat po jego narodzinach, żaden poważny teolog nie może sobie pozwolić na nieznajomość jego dzieł.

W swoim umiłowaniu wiedzy Tomasz nigdy nie tracił z oczu tego, co najważniejsze. Dążąc do zrozumienia spraw Bożych, pozostawał przede wszystkim pokornym naśladowcą Chrystusa, a miłość Boża była fundamentem wszystkich jego dzieł. Swoim życiem poucza nas, że miłość jest najlepszą odpowiedzią na tajemnicę Boga.

OWOCE NAWRÓCENIA. BÓG CHCE NAM PRZEBACZYĆ… I NIE TYLKO!

Czy próbowałeś kiedyś wyczyścić chodnik, podjazd lub betonowy taras? Oczywiście szorowanie przy użyciu gorącej wody usuwa część brudu, jeśli jednak rzeczywiście chcesz przywrócić temu miejscu jego dawną biel, potrzebujesz czegoś więcej. Zwykle przydaje się tu dobry detergent, który pomoże ci osiągnąć cel przy o wiele mniejszym nakładzie pracy. Wystarczy przetrzeć powierzchnię środkiem czyszczącym i spłukać ją wodą, a staje się znowu czysta.

Grzech oblepia i zaciemnia duszę jak brud, błoto i tłuszcz betonową alejkę. Jednak dar nawrócenia pomaga usunąć cały ten nalot. Trzeba tylko uznać swoje grzechy i zwrócić się do Boga z pokorną, szczerą skruchą. W tym momencie zaczyna działać w nas moc przebaczenia, przywracająca nam czystość z dnia naszego chrztu.

Pokrzepienie, odnowienie, owoc

Kiedy, jak król Dawid, wołamy „Zmiłuj się nade mną, Boże” (Ps 51,1), Bóg nam odpowiada. Kiedy na widok swego grzechu powtarzamy za Piotrem: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8), On, zamiast odejść, zaczyna w nas działać, pokrzepiając nas, odnawiając i uzdalniając do wydawania Bożego owocu. W obecnym artykule chcemy przyjrzeć się tym błogosławieństwom, a następnie rozważyć różne sytuacje dawane nam przez Boga, abyśmy mogli przyjąć łaskę Jego miłosierdzia i przebaczenia.

Kiedy podejmujemy zmaganie odwracania się od swych grzechów, Bóg przebacza je nam, wyprowadza nas z ich niewoli, pokrzepiając nasze znużone serca (por. Jr 31,25). Pokrzepia nas, usuwając ciężar winy, wstydu i wyrzutów sumienia, które rodzi w nas grzech. Pokrzepia nas, napełniając nasze serca pokojem i wylewając na nas swoje miłosierdzie. Pokrzepia nas, zapewniając, że w dalszym ciągu jesteśmy Jego umiłowanymi synami i córkami, członkami Jego rodziny i współdziedzicami z Chrystusem.

Nawrócenie daje nam również zakosztować odnowy, jakiej doświadczył syn marnotrawny powracając do domu. Zmęczony, spocony i brudny po swoich ciężkich przejściach, znalazł się w ramionach swego ojca, który natychmiast przywrócił go do łask. Wszystkie przedmioty, które polecił dać synowi – pierścień, sandały i szata – były znakami jego synowskiej godności i przynależności do rodziny. Miały one uświadomić młodzieńcowi, że rzeczywiście powrócił do domu, gdzie odnajdzie pokój i akceptację. Dokładnie to samo Bóg czyni dla nas za każdym razem, gdy wracamy do Niego w akcie sakramentu pokuty. Przywraca nam poczucie godności i zapewnia, że nasze grzechy zostały nam przebaczone.

Po powrocie do domu syn marnotrawny musiał zmierzyć się jednak z wieloma problemami – z koniecznością zmiany swojego zachowania i ambicji życiowych, z potrzebą uzdrowienia bolesnych wspomnień oraz pojednania ze starszym bratem. Jednak największe wyzwanie wiązało się nie tyle z przeszłością, co z przyszłością – a było nim wydanie „godnego owocu nawrócenia” (por. Mt 3,8). Innymi słowy, odnowa człowieka zawiera w sobie również odnowienie Jego powołania, przywrócenie go do wszystkich przywilejów i umoc­nienie w nim poczucia godności. Przebaczając nam, Bóg nie tylko nie pamięta nam naszych grzechów, ale także zapewnia, że wciąż jeszcze możemy wydać wspaniały owoc.

Otwarcie na łaskę nawrócenia

W jaki więc sposób możemy stać się wolni od grzechu? Po pierwsze, mu­simy uznać przed Panem, że Go obraziliśmy i że nasza jedyna nadzieja leży w Jego miłosierdziu. Po drugie, mamy badać serca i uczynki w ciągu dnia, aby uświadomić sobie, na czym polegają nasze grzechy. Po trzecie, ważne jest, by dostrzeżone grzechy jak najszybciej wyznać Panu, wierząc, że jeśli to uczynimy, „Bóg, jako wierny i sprawiedliwy, odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości” (1 J 1,9). Na koniec, mamy wybaczyć tym, którzy nas zranili. Naturalnie nie wszystkie nasze zranienia zostaną uleczone natychmiast. Możemy jednak codziennie podejmować kolejne kroki w kierunku pełnego przebaczenia naszym winowajcom, abyśmy i my sami mogli doświadczyć pełni Bożego przebaczenia.

Istnieją zasadniczo trzy dostępne nam sposobności otwarcia się na łaskę nawrócenia, a następnie przyjęcie przebaczenia i oczyszczenia mocą Jezusa. Pierwsza z nich to prywatność i intymność naszego osobistego życia modlitwy. Wszyscy powinniśmy wyrabiać w sobie nawyk podsumowywania każdego dnia rachunkiem sumienia. Przyjmując sobie do serca zachętę św. Pawła: „niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!” (Ef 4,26), starajmy się również, aby słońce nie zachodziło nad żadnym naszym nie wyznanym grzechem. Chociaż uwolnienie od niektórych grzechów wymaga łaski sakramentu pokuty, to jednak zawsze jest rzeczą dobrą wyznać je Panu jak najwcześniej w osobistej modlitwie, aby ich żądło mogło zostać usunięte, a poczucie winy nie zdominowało naszego życia.

Kolejną sposobnością otwarcia się na łaskę nawró­cenia jest każdorazowe uczestnictwo we Mszy świętej. Bezpośrednio przed słuchaniem słów Pana wołamy do Niego: „Panie, zmiłuj się nad nami! Chryste, zmiłuj się nad nami!”. To publiczne wyznanie, że zgrzeszyliśmy przeciw Panu, pozwala nam przyjąć odpowiedzialność za nasze uczynki i uniżyć się przed Bogiem, a także przed sobą nawzajem. Jest ono także okazją do pojednania się z braćmi i siostrami. Akt pokuty przypomina nam, że należymy do siebie nawzajem i że nasze grzechy dotykają także innych. Wyznając je, mamy szansę zawrzeć pokój z tymi, z którymi za chwilę wspólnie zbliżymy się do ołtarza Pańskiego, aby przyjąć Ciało i Krew Jezusa. Jest to jak gdyby „ostatnia szansa” pokonania barier pomiędzy nami a Bogiem – i sobą nawzajem – przed przystąpieniem do Komunii świętej.

Sakrament pojednania

Mamy wreszcie sakrament pojednania. Jako jeden z głównych kanałów łaski Bożej, sakrament ten ma moc gładzenia grzechów i przywracania nam łaski uświęcającej, a tym samym pozwala doświadczyć duchowego zmartwychwstania. Jest to potężna broń w walce duchowej. Prosty – choć czasem tak wiele nas kosztujący – akt szczerego i pełnego wyznania grzechów przed kapłanem jest zwykle najskuteczniejszym sposobem otwarcia się na uzdrawiające i jednające nas z Bogiem dotknięcie Jezusa. Choć także dwie metody opisane powyżej są godne polecenia, poważne i uporczywe grzechy wymagają tej trzeciej. Zwłaszcza w wypadku grzechów śmiertelnych nic tak skutecznie nie prowadzi nas przed oblicze Bożego miłosierdzia, jak ten wspaniały sakrament.

Poprzez sakrament pojednania zostajemy również przywróceni do pełnej komunii z naszymi braćmi i siostrami w Kościele. Sakrament ma więc również aspekt wspólnotowy, działając w sposób podobny – choć jeszcze skuteczniejszy – jak akt pokutny we Mszy świętej. Nie istnieje coś takiego jak grzech wyłącznie „osobisty”. Każdy z nas jest żywym członkiem Mistycznego Ciała Chrystusa. Jesteśmy złączeni ze sobą nawzajem, jakby w jednej, wielkiej rodzinie. Oznacza to, że nasze grzechy niszczą także innych, tak samo jak problemy jednego członka rodziny dotykają wszystkich pozostałych. Sakrament pojednania przywraca więc nam łączność nie tylko z Bogiem, ale również z całym Kościołem. Sam Bóg wprowadza nas z powrotem do rodziny, zapewniając, że nic już nie stoi na przeszkodzie doświadczeniu braterstwa i wspólnoty.

Idąc do spowiedzi, przygotuj się, jak możesz najlepiej. Spowiadaj się z pokorą, skruchą i szczerością. Nie wstydź się wyznać swoje grzechy. Kapłan, u którego się spowiadasz, jest człowiekiem podobnym do ciebie – wie, co to znaczy być grzesznikiem. Prawdopodobnie cieszy się, słysząc, że wyznajesz swoje grzechy, gdyż wie, co Bóg pragnie uczynić dla każdego, kto do Niego powraca. Bądź również gotów przebaczyć wszystkim, którzy cię skrzywdzili. Jeśli trudno ci wybaczyć jakaś krzywdę, powiedz o tym kapłanowi i przyjmij jego wskazówki.

Dni ochłody

Bracia i siostry, Pismo święte obiecuje nam, że odwracając się ze skruchą od swoich grzechów, doświadczymy od Pana „dni ochłody” (Dz 3,20). Nawrócenie przywraca nam bliską więź z Bogiem, odnawia w nas poczucie godności, pozwala kochać tych, których mamy wokół siebie, odnowionym sercem i czystym sumieniem.

Św. Paweł naucza: „Gdzie jest Duch Pański – tam wolność” (2 Kor 3,17). Postanówmy sobie uciekać się do Bożego miłosierdzia i przebaczenia, aby wolność Ducha Świętego zapanowała w naszych sercach. Zaufajmy, że ilekroć zwracamy się do Boga ze skruchą, On oczyszcza nas z każdego grzechu i pozwala zacząć od nowa.