Syn Boga, przychodząc na ziemię, spotkał się z tym, co jest dla nas tutaj najtrudniejsze, z cierpieniem, którego kresem jest śmierć. Z chwilą kiedy objawił swoją Boską moc, ludzie dotknięci cierpieniem fizycznym i duchowym przychodzili do Niego, prosząc o ratunek. Jezus spotkał się również z cierpieniem, jakie dotknęło Jego samego, z cierpieniem z powodu zdrady przyjaciela, cierpieniem z powodu biczowania, wyszydzenia, ukrzyżowania. Ile razy spoglądamy na Jego krzyż, wiemy, że mamy do czynienia z Człowiekiem znającym się na tajemnicy cierpienia.

Chrystus nie przyszedł po to, aby tu na ziemi zlikwidować cierpienie, postanowił je uświęcić, zamienił w materiał twórczy. W Jego ręku cierpienie stało się narzędziem zbawienia świata i w tym cierpieniu objawił nam swoją nieskończoną miłość do nas. W ten sposób nadał ludzkiemu cierpieniu sens. Od tego momentu cierpienie nie musi człowieka niszczyć, może go doskonalić. Człowiek, cierpiąc, może ubogacać siebie i innych. W tej sytuacji nie dziwimy się, że Chrystus wśród sakramentalnych znaków zostawił i taki, który jest narzędziem uświęcenia naszego cierpienia. Jest to sakrament namaszczenia chorych. Św. Marek wspomina, że uczniowie Chrystusa namaszczali chorych i uzdrawiali. A św. Jakub w swoim Liście mówi o tradycji pierwszych pokoleń chrześcijan: Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone (Jk 5, 14-15).

Ten sakrament jest czytelnym znakiem. Oliwa od tysięcy lat była stosowana przy leczeniu chorych i stanowi podstawowy składnik wielu maści, które stosujemy we współczesnej medycynie. Oliwę konsekruje biskup w Katedrze w Wielki Czwartek i rozprowadzona jest ona po wszystkich kościołach, aby kapłan przy jej pomocy mógł ubogacać ludzi cierpiących sakramentem chorych.

Jakie są skutki tego sakramentu? Pierwszym, i to często widocznym, jest poprawa zdrowia chorego. Mogę podać dziesiątki przykładów, gdy ludzie dziękowali mi po udzieleniu sakramentu namaszczenia chorych za to, że wrócili do zdrowia.

Drugim skutkiem, tym razem w dziedzinie ducha, jest oczyszczenie z grzechów. Gdyby człowiek popełnił grzechy ciężkie, a nie mógł się spowiadać, czyli nie mógł skorzystać z sakramentu pokuty, to wtedy ten sakrament gładzi grzechy. Może więc być udzielony zarówno człowiekowi w stanie łaski uświęcającej, jak i grzesznikowi w stanie grzechu ciężkiego.

Głównym jednak celem tego sakramentu jest pomoc potrzebna do wykorzystania czasu cierpienia i zachowania godnej postawy. Cierpienie bowiem jest wielką próbą. A w chrześcijańskiej religii cierpienie jest przede wszystkim próbą wiary w prawdę, że Bóg jest Miłością, dlatego że w naszym życiu nie rozumiemy sytuacji, jak wszechmocny Bóg, mogąc usunąć cierpienie, pochyla się nade mną i zgadza się na moje cierpienie. I tu jest potrzebna łaska odkrycia sensu cierpienia.

Sakrament namaszczenia chorych pozwala człowiekowi wykorzystać cierpienie dla udoskonalenia własnego i dla zbawienia świata. Przez ten sakrament cierpienie, które jest ciężkim doświadczeniem, nie utrudnia, lecz pomaga w dostępie do Eucharystii.

Jest to sakrament chorych. Powinniśmy go przyjąć wtedy, kiedy idziemy na operację: każda operacja jest przecież związana z cierpieniem. Można przyjąć sakrament namaszczenia chorych w podeszłym wieku; słabość bowiem jest związana ze starością i połączona z cierpieniem. Ci, którzy czują się słabo, zwłaszcza po sześćdziesiątym roku życia, mogą przystępować do tego sakramentu nawet raz w roku. Każda parafia taki dzień chorych organizuje.

Zastanawiałem się wielokrotnie, dlaczego ten sakrament jest zapomniany i niedoceniony. Uważam, że zło zastosowało świetną taktykę dla utrącenia tego sakramentu. Oto kiedyś zaopatrzono go w nazwę "ostatnie namaszczenie". To tak jakby na opakowaniu niezwykle cennego lekarstwa umieścić trupią główkę. W tej sytuacji wzywano kapłana z namaszczeniem chorych w ostatnim momencie, kiedy człowiek umierał. Przypominam, że sakramentem konających jest tak zwany wiatyk, czyli Komunia święta. To ona jest sakramentem umierających, a nie namaszczenie chorych. Chodzi o to, że jeżeli człowiek jest przygotowany do spotkania z Chrystusem w Eucharystii tu na ziemi, to jest również gotów spotkać się z Nim na progu nieba, czyli może spokojnie przekraczać próg wieczności. Komunia święta, zjednoczenie z Chrystusem tu na ziemi, daje gwarancję przekroczenia progu wieczności i wejścia w szczęście wieczne. Dlatego wiatyku można udzielić człowiekowi nawet wtedy, gdy przyjął on już dwa razy Komunię świętą w tym dniu. Uległ na przykład wypadkowi i w momencie śmierci można mu po raz trzeci udzielić Komunii świętej. To jest sakrament umierających.

Chciałbym, byśmy odkryli całe bogactwo faktu, iż Chrystus w trosce o nasze zdrowie fizyczne, psychiczne i duchowe zostawił nam specjalny sakrament namaszczenia.

Podziękujmy Chrystusowi za tę Jego pełną miłości pamięć o wszystkich chorych i sami wtedy, kiedy dotyka nas cierpienie, poprośmy o udzielenie tego sakramentu. Jest to głębokie religijne przeżycie, które umacnia człowieka, dodaje sił i umożliwia zachowanie chrześcijańskiej postawy w godzinach cierpienia.

Read More →

1. Małżeństwo i sakrament małżeństwa

Zwróćmy uwagę na różnicę, jaka istnieje między małżeństwem, a sakramentem małżeństwa. Jedno i drugie jest z ustanowienia Bożego. Małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety, który posiada charakter doczesny. Ziemskie są cele małżeństwa. Pierwszym z nich jest wzajemna pomoc zarówno w organizowaniu codziennego życia, jak i w harmonijnym rozwoju ducha i ciała. Drugim, przekaz życia. Trzecim, wychowanie dzieci. Małżeństwo tworzy dom potrzebny do wychowania dzieci.

W planach Boga od samego początku małżeństwo jest monogamiczne i nierozerwalne. Monogamiczne, to znaczy jeden mężczyzna posiada jedną żonę. Jest to wyraźnie objawione w Piśmie Świętym. Obok Adama nie ma drugiej kobiety i obok Ewy nie ma drugiego mężczyzny. Grzech jednak i słabość ludzka naruszyła to Boże prawo, zarówno w dziedzinie monogamii, jak i nierozerwalności. Czytając Stary Testament napotykamy teksty, w których jest mowa o tym, że jeden mężczyzna ma kilka, a nawet kilkaset żon. Było to podyktowane najczęściej pragnieniem posiadania wielkiej ilości potomstwa. Również w Starym Testamencie Mojżesz wprowadza tak zwany "list rozwodowy". Czyli prawne złagodzenie Bożego prawa.

Chrystus, przychodząc na ziemię, chce rekonstruować Boże prawo i ukazać człowiekowi najprostszą drogę do szczęścia. Licząc się ze słabością człowieka, chce przywrócić nierozerwalność małżeńskiego związku. Ponieważ jednak człowiek jest słaby, trzeba go umocnić łaską, i dlatego Chrystus czyni małżeństwo ludzi wierzących sakramentem, czyli miejscem szczególnej obecności Boga i źródłem łask. Do czasów Chrystusa nie było sakramentalnego małżeństwa, było tylko małżeństwo. Poza Kościołem nadal jest tylko małżeństwo. Dlatego te złagodzenia w prawie małżeńskim, o których wspomina Stary Testament, można obserwować na przykład w islamie, który dopuszcza, by jeden mężczyzna mógł mieć wiele żon. Chrystus jednak przypomina: Od początku tak nie było, przypomina to podstawowe Boże prawo, ale i udziela łaski do jego zachowania.

Sakrament małżeństwa wytycza również dodatkowy cel małżonków — to już nie tylko wzajemna pomoc, to nie tylko przekaz życia, to nie tylko troska o odpowiednie wychowanie dzieci, ale również troska o zbawienie współmałżonka i o zbawienie dzieci. Ten religijny wymiar troski o najwyższe wartości jest zawarty w sakramencie małżeństwa. Małżeństwo ma charakter doczesny, sakrament małżeństwa ma wymiar wieczny. O tym zapomnieć nie wolno, dlatego że przy uwzględnieniu tego wymiaru inne są konsekwencje zawarcia małżeństwa, inne zaś przyjęcia sakramentu małżeństwa.

Przez sakrament małżeństwa Chrystus jest na stałe obecny wśród małżonków. Chciałbym przypomnieć tę fundamentalną prawdę. Jeśli ktoś decyduje się na małżeństwo, szuka współmałżonka, podają sobie w duchu przyjaźni ręce, przyrzekają wspólną wędrówkę przez życie i od tego momentu próbują dostosować wzajemnie kroki do siebie. Do małżeństwa przychodzi sam mężczyzna, sama kobieta. Po przysiędze idą w życie razem, we dwoje. Inaczej jest w sakramencie małżeństwa. Do sakramentu małżeństwa przyprowadza Chrystus mężczyznę i kobietę. On ich łączy i On z nimi pozostaje na zawsze. Tu mamy ten istotny rdzeń różnicy między małżeństwem a sakramentem małżeństwa. Pierwsze jest, zgodnie z prawem naturalnym, i posiada wymiar doczesny. Drugie jest dziełem łaski. W małżeństwie jest dwoje ludzi. W sakramentalnym małżeństwie od ołtarza odchodzi troje: mąż, żona i wśród nich na całe życie Chrystus. Wierzący ślubują swoją wierność wobec Boga i Kościoła i dostosowują swoje kroki nie wzajemnie do siebie, tylko do Chrystusa, on do Chrystusa i ona do Chrystusa. Z tej wierności Chrystusowi nie mogą zrezygnować. Nawet jeśli zawiodła jedna strona, to skoro przysięga została złożona wobec Chrystusa, druga strona musi przysięgi dochować. W przysiędze sakramentalnego małżeństwa padają niezwykle doniosłe słowa: "Ślubuję ci miłość, wierność, uczciwość oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Bóg". To jest program wspólnego życia.

Warto zwrócić uwagę na to, że jeżeli w sakramencie małżeństwa małżonek próbuje dostosować kroki do drugiego człowieka, rezygnując zupełnie z siebie, to małżeństwo nigdy nie będzie szczęśliwe. Jest bowiem zbudowane na ofierze, na rezygnacji jednego na rzecz drugiego. Szczęśliwe małżeństwo jest możliwe tylko wtedy, kiedy jeden i drugi zrezygnuje ze swojego kroku i stworzą nowy krok. Ten nowy krok w duchu miłości, w oparciu o Boże prawo, gwarantuje szczęście małżeńskie.

Chciałbym krótko przypomnieć ewangeliczne wyjaśnienie samej przysięgi. "Ślubuję ci miłość" — chodzi tu o miłość wzajemną, o której Chrystus mówił w Wieczerniku, gdy umywał Apostołom nogi. "Ślubuję ci miłość", to znaczy gotowość umywania twoich nóg, to znaczy gotowość przebaczenia. W tym życiu nie da się chodzić z czystymi nogami, ciągle trzeba sobie wzajemnie przebaczać. Małżeństwo jest drogą ciągłego, wzajemnego przebaczania. To jest ta miłość wzajemna objawiona w Wieczerniku przez Chrystusa na przykładzie umycia nóg.

"Ślubuję ci wierność", czyli wyłączność, stuprocentowe zaangażowanie w rozwój tylko tej jednej miłości. Świadomie rezygnuję z każdego nowego spotkania.

"Ślubuję ci uczciwość", to znaczy, możesz na mnie polegać, ja cię nie zawiodę. Uczciwość jest fundamentem zaufania; gdzie się pojawia nieuczciwość, czyli kłamstwo, tam znika zaufanie.

"Oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci", to znaczy, możesz na mnie liczyć do końca mojego życia.

Pan Bóg bardzo poważnie traktuje człowieka, wkładając w jego ręce odpowiedzialność za drugiego człowieka. Słowa współmałżonka, które padają wobec Boga i Kościoła, są programem rodzinnego szczęścia na całe życie. Nie dziwmy się, że Kościół, który stoi na straży Bożego prawa, równie poważnie traktuje człowieka. Jeśli ktoś publicznie powiedział: ślubuję wierność, miłość, uczciwość oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci", to to słowo coś znaczy. Wypowiedziane przed Bogiem staje się miarą wielkości człowieka. Drugi może odejść, ale moje słowo — dane przed Bogiem — musi być dochowane.

Dalszy ciąg refleksji nad tajemnicą sakramentu małżeństwa za tydzień. Dziś dziękujemy za bogactwo łask otrzymanych w naszym rodzinnym domu; każdy z nas, od poczęcia, przez serce i ręce ojca, matki, rodzeństwa odebrał od Boga tysiące darów. Dziś dziękujemy za nie, za dary radosne i bolesne doświadczenia, za nasz rodzinny dom. Prośmy Boga, abyśmy umieli budować dom, obojętnie czy jesteśmy powołani do małżeństwa, czy nie. Każdy z nas winien budować rodzinny dom, w którym inni czują się dobrze, bezpiecznie i wiedzą, że zostaną w nim ubogaceni.

2. Nierozerwalność małżeństwa sakramentalnego

Przypominam, że zasadnicza różnica między małżeństwem a sakramentem małżeństwa polega na tym, że sakrament małżeństwa daje małżonkom prawo do Komunii świętej, czyli do wędrowania przez życie z Chrystusem. Jeśli zatem chrześcijanin rezygnuje z sakramentu małżeństwa i zawiera — jak to zwykliśmy mówić — tylko małżeństwo cywilne, rezygnuje tym samym z udziału w Eucharystii i zamyka sobie drogę do Komunii świętej.

Szafarzami sakramentu małżeństwa są sami małżonkowie. Kapłan jest tylko świadkiem i w imieniu Kościoła ma dopilnować, by sakrament małżeństwa został zawarty ważnie i godziwie. Kapłan błogosławi już zawarte sakramentalne małżeństwo. W tej sytuacji gdyby było trudno o kontakt z kapłanem, chrześcijanie mogą sobie udzielić sakramentu małżeństwa. Takie sytuacje istniały między innymi przez długie lata na terenie Związku Radzieckiego. Wystarczy wtedy dwóch wiarygodnych świadków, wobec których zawiera się ważny sakrament małżeństwa.

Mówię o tym, by przypomnieć, że spośród siedmiu sakramentów ustanowionych przez Chrystusa człowiek świecki jest szafarzem dwóch: może udzielić chrztu świętego oraz zawrzeć sakramentalne małżeństwo. Nieprawdą jest zatem, że kapłan czy biskup może udzielić wszystkich sakramentów, bo nie może udzielić sakramentu małżeństwa. Jest to przywilej chrześcijanina, który przysięga miłość, wierność i uczciwość małżeńską współmałżonkowi.

Jeśli chodzi o nierozerwalność małżeństwa sakramentalnego, to Chrystus przypomniał, że już małżeństwo jest nierozerwalne: co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Ze względu na niedojrzałość ludzi w Starym Testamencie Mojżesz wprowadził tak zwany "list rozwodowy", czyli w pewnych sytuacjach zgodzono się na rozwód. Chrystus uchyla ten punkt prawa Mojżeszowego. W Jego Kościele "list rozwodowy" nie powinien istnieć. Jezus odwołuje się do decyzji Boga, przypominając Jego odwieczny zamysł wobec człowieka: …mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ścisle, że stają się jednym ciałem.

W Nowym Testamencie dochodzi jeszcze dodatkowy argument za nierozerwalnością. Pan Jezus w Wieczerniku ogłasza przykazanie wzajemnej miłości i wyraźnie zaznacza: Po tym poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali. Miłość przyjaźni może istnieć pomiędzy mężczyznami, kobietami, może wykraczać poza rodzinę, ale najczęściej spotykamy tę wzajemną miłość w małżeństwie. Jeśli w małżeństwie rzeczywiście ludzie do tej miłości dorastają i są gotowi wzajemnie sobie umywać nogi, czyli ciągle przebaczać, to nie ma żadnych sytuacji, w których można by było mówić o rozłamie małżeństwa. Wielokrotnie mąż i żona każdego dnia są gotowi wzajemnie sobie przebaczyć, a jeśli tak jest, to co może spowodować rozbicie małżeństwa?

Po tym poznają, żeście uczniami moimi. Jest to znak dla świata, nie dziwmy się więc, że świat tak mocno zaatakował małżeństwo, tak bardzo walczy o prawo do rozwodu. Chce bowiem zniszczyć czytelność tego znaku, który Chrystus w Wieczerniku ustanowił. W Kościele rozwód nie istnieje, istnieją natomiast sytuacje, w których z punktu widzenia prawa można stwierdzić, że dane małżeństwo od samego początku było nieważne, to znaczy, że nie było sakramentu małżeństwa. Na przykład: młodzi zawierają w kościele sakramentalny związek, na weselu obecnych jest dwustu gości, a za tydzień okazuje się, że on przedstawił fałszywe dokumenty. W rzeczywistości ma żonę, już dawno zawarł małżeństwo sakramentalne, na co są dowody. To drugie małżeństwo nie jest wówczas ważne, nigdy nie było ważne. Albo okazuje się, że małżonkowie są niezdolni do współżycia, potwierdzają to badania lekarskie, to małżeństwo od początku było nieważne, mimo że było przy ołtarzu, mimo że złożono przysięgę. Było nieważne, bo nie zostały spełnione podstawowe warunki. Ktoś inny potrafi udowodnić, że został przez szantaż zmuszony do zawarcia małżeństwa, jego małżeństwo nie jest ważne.

Chciałbym prosić, abyście w rozmowach z ludźmi nie mówili, że w Kościele jest rozwód. Nie ma rozwodu. Natomiast jest możliwość udowodnienia nieważności zawartego małżeństwa. Czyli stwierdzenia, że sakramentu małżeństwa nie było.

Przy tej okazji chciałbym odpowiedzieć na zarzut, iż za pieniądze lub znajomości taką sprawę można załatwić, jeśli nie w urzędzie biskupa, to w Kurii Watykańskiej. Bardzo tu łatwo o oczernienie. Wiemy jednak, że gdziekolwiek są ludzie, gdzie jest prawo, tam może być jakieś nadużycie. Z tego jednak nie wynika, że jeśliby ktoś faktycznie zawarł małżeństwo, a postarał się nieuczciwymi środkami o stwierdzenie, że jest ono nieważnie zawarte, jest usprawiedliwiony. Popełnia grzech, a w oczach Boga to sakramentalne małżeństwo i tak jest zawarte. Dlatego, jeśliby nawet taka sytuacja zaistniała, mielibyśmy do czynienia z nadużyciem i grzechem, a nie z faktycznym stwierdzeniem nieważności małżeństwa.

Każdy rozpad małżeństwa jest źródłem dramatu. Dziś najczęściej jest to owoc niedojrzałości ludzi, którzy podchodzą do małżeństwa, i dowód braku odpowiedzialności za siebie i za współmałżonka. Wiadomo, że ciało znacznie szybciej dojrzewa do małżeństwa, aniżeli duch. Tymczasem o jedności małżonków decyduje nie ciało, ale właśnie duch. Chodzi o dojrzałość i odpowiedzialność za wzajemną miłość. Rozpad małżeństwa jest wielkim nieszczęściem dla małżonków, dla dzieci, dla Kościoła, dla narodu, a nawet całej ludzkości. Dorośli, którzy doprowadzają do rozdarcia małżeństwa, nigdy nie są bez winy, czasem ta wina jest na samym początku, kiedy dobiera się nieodpowiedniego człowieka, ale zawsze ona jest. Niewinne są cierpiące dzieci i one najgłębiej przeżywają ten dramat.

Chciałbym jeszcze wspomnieć o jednej sytuacji. Dziś często spotykamy atak na Kościół, że jest nieżyciowy, bo nie uznaje rozwodów. Powiem jasno: nawet gdyby wszyscy chrześcijanie się rozwiedli, Kościół i tak nadal nie będzie uznawał rozwodów, bo nie może poprawiać Boga. Kościół stoi na straży Bożego prawa, a nierozerwalność małżeństwa to jest prawo Boskie. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że ci, którzy w dyskusji często w bardzo ostrej formie krytykowali Kościół za nieludzkie podejście do małżeństwa, wtedy gdy umierali i w spokojnej rozmowie podsumowywali życie, stwierdzali: księże, my dobrze wiemy, że nierozerwalność małżeństwa jest jedyną słuszną drogą, że Kościół nie może z tego ustąpić. Ich wyznania szły po linii: byłbym szczęśliwy, gdybym dochował wierności żonie, bo życie moje wyglądałoby zupełnie inaczej. Człowiek z perspektywy lat przyznaje rację Kościołowi. Sam poszedł inną drogą, ale zasada, którą wskazuje Kościół, jest niepodważalna. Inaczej to wygląda wtedy, gdy się walczy o rozwód, a zupełnie inaczej, gdy obiektywnie popatrzy się na prawo Boże.

Read More →

1. Kapłańska moc

W ramach naszej katechezy dotyczącej sakramentów świętych, dziś zatrzymamy się przy sakramencie kapłaństwa. Chciałbym na samym początku jasno przypomnieć, że ten, kto uważa, że religia jest jego czysto osobistą sprawą, kapłana na nic nie potrzebuje. Są takie koncepcje religijne na świecie, jest nawet taka próba interpretowania chrześcijaństwa i w takiej religii czy wyznaniu chrześcijańskim kapłana nie ma.

Kapłan jest tylko tam, gdzie człowiek uznaje, że religia posiada wymiar nie tylko indywidualny, ale i społeczny. Dlatego w spotkaniu z Bogiem potrzebny jest człowiek, który jest pośrednikiem między ludźmi i Bogiem. My wszyscy, zgromadzeni w tej świątyni, tak właśnie podchodzimy do naszej religii. Dlatego gromadzimy się przy ołtarzu i przy kapłanie. Czekamy w skupieniu, aż wyjdzie kapłan, aby w imieniu Boga przemówić do nas i aby w naszym imieniu przemówić do Boga.

Ponieważ Jezus Chrystus ustanowił sakrament Eucharystii, konsekwentnie zdecydował się na ustanowienie sakramentu kapłaństwa. Eucharystię mógł złożyć tylko i wyłącznie w rękach wybranego przez siebie człowieka. Tak rodzi się Kościół i tak Kościół na przestrzeni wieków rozumie związek kapłaństwa z Eucharystią.

Chciałbym wyraźnie podkreślić, że Bóg sam wybiera człowieka, którym chce się posłużyć w nawiązaniu kontaktu z nami. Kapłan nie jest przedstawicielem ludzi, kapłan jest przedstawicielem Boga. Nie ludzie wybierają kapłana, aby reprezentował ich przed Bogiem, ale Bóg wybiera kapłana, aby przez niego spotkać się z ludźmi.

Najwyższym i Jedynym Kapłanem jest Jezus Chrystus. On jest Jedynym Dobrym Pasterzem, a tych, których powołuje i dopuszcza do udziału w swoim kapłaństwie, traktuje jako najemników. Jako kapłan jestem najęty przez Boga do pracy w Jego owczarni. Jestem najemnikiem. Każdy kapłan przez święcenia staje się najemnikiem Boga. Ci najemnicy dzielą się na dobrych, uczciwych, na tych, którzy próbują — na ile ich stać — realizować ideał dobrego pasterza, albo mogą być najemnikami nieuczciwymi, o których Chrystus wyraźnie mówi w Ewangelii.

Od czego zależy ta postawa? Bóg szanuje wolną wolę tego, którego najął do swojej pracy. Wyposaża go w swoją władzę, ale nie odbiera mu wolnej woli. Wszystko zależy od postawy kapłana wobec samego Chrystusa. Doskonale jest to ukazane w Ewangelii według św. Jana, kiedy Chrystus trzykrotnie pyta św. Piotra: czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Piotr odpowiada: Ty wiesz, że Cię kocham. I wtedy słyszy słowa Jezusa: paś owce Moje. Pasterzem jest Chrystus i owce są Jego własnością. Piotr jest najemnikiem, ale o wartości tego najemnika decyduje miłość do Najwyższego Pasterza. To w imię tej miłości staje się on odpowiedzialny za Chrystusowe owce. Jeśli ta miłość jest za słaba, w godzinach prób i doświadczeń najemnik zawodzi, opuszcza owce, a sam ucieka, nie kochając Chrystusa, nie kochając Jego owiec. Kochając siebie, zawodzi. Taka jest ewangeliczna prawda o kapłaństwie.

Kapłanem jest Jezus Chrystus, my jesteśmy Jego najemnikami. Mówię o tym, ponieważ wielu ludzi rozbija się o postawę najemnika, zapominając o tym, że Dobrym Pasterzem jest Chrystus. On zawsze jest w swej owczarni, jest w Eucharystii. On jest w rozgrzeszeniu, w sakramentach, w Słowie, we wspólnocie, w kapłanie. Nie może nas od Chrystusa oddzielić niewłaściwa postawa Jego najemnika.

W jaką władzę wyposaża Chrystus ludzi, których powołuje do swojego kapłaństwa? Przede wszystkim jest to moc oczyszczania z grzechów. W kapłańskich rękach jest złożona największa moc, jaka istnieje na ziemi. Wszyscy psychoanalitycy razem wzięci nie dysponują taką mocą, jaką dysponuje kapłańska ręka. Oni mogą wysłuchać win, mogą pomóc człowiekowi w otwarciu, ale nie usuną ciężaru gniotącego serce człowieka wyrzutami sumienia. Kapłan dotykając serca uwalnia je z poczucia winy, z największego nieszczęścia, jakie może dosięgnąć człowieka. Popełniamy grzechy, bo jesteśmy słabi, gdyby więc nie było tej Bożej mocy uwalniającej nas z win, a złożonej w ręce kapłana, bylibyśmy bardzo nieszczęśliwi.

Dlaczego kapłańska ręka została wyposażona w tę moc? Bo w tych rękach Chrystus zostawił samego siebie pod postacią chleba i wina. Ponieważ kapłan rozdaje Eucharystię, w kapłańskich rękach Eucharystia się rodzi, rzecz jasna, iż w tych rękach winna być i władza odpuszczenia win. Jeśli ktoś z powodu grzechu nie może podejść do Eucharystii, kapłan go oczyszcza, uwalnia z winy i podaje mu Eucharystię.

Uświęcająca moc kapłańskiej ręki to wielki cud, jaki istnieje na ziemi. Cokolwiek kapłan weźmie w swoje ręce, czegokolwiek dotknie, może uświęcić. Uświęca rzeczy i uświęca ludzi, nawet wówczas, gdy sam jest grzeszny. To jest Boża moc. Najdoskonalej obserwujemy to w czasie Mszy świętej, kiedy w rękach kapłana chleb i wino zostają zamienione w Najświętsze Ciało i Najświętszą Krew Zbawiciela. To jest największy skarb ziemi. Kapłan może też uświęcić wiele innych rzeczy, wodę, pokarmy, zioła, domy, samochody. Może uświęcić również człowieka, z tym że chleb i wino są mu posłuszne, bo nie mają swojej woli, w jego rękach mogą być uświęcone w jednym momencie. Człowiek natomiast błogosławieństwem kapłańskim jest uświęcony o tyle, o ile otworzy się na przyjęcie łaski. To uświęcenie zależy od przyjmującego łaskę.

Kapłan uświęca i błogosławi. Nie musi głosić słowa Bożego, nie musi powiedzieć ani jednego kazania, a jest kapłanem w pełni, jeśli tylko sprawuje Mszę świętą i rozdaje Eucharystię. Najważniejsza funkcja kapłańska to uświęcenie chleba i wina oraz przekazanie samego Boga w serce drugiego człowieka. Oto istota kapłańskiego powołania.

Kapłan otrzymuje Bożą moc przez nałożenie rąk biskupa. Warto przynajmniej raz w życiu wziąć udział w ceremonii święceń kapłańskich. Co roku zawiadamiamy, kiedy w katedrze są święcenia kapłańskie. Chodzi o to, by uświadomić sobie, jaki skarb Kościół posiada i z jakiego skarbu korzystamy. Przez święcenia kapłańskie serce człowieka przyjmującego ten sakrament zostaje naznaczone wiecznym znamieniem kapłańskim. W starożytności byli świątobliwi mnisi, którzy przyjmowali święcenia kapłańskie w starości tuż przed śmiercią tylko dlatego, aby mogli być kapłanami na wieki. Wcześniej nie przyjmowali z obawy przed odpowiedzialnością, która z kapłaństwem jest nierozerwalnie związana. A więc już w starożytności dostrzegano prawdę o wiecznym udziale w kapłaństwie Chrystusa. Obok pieczęci, którą pozostawia w nas chrzest i sakrament bierzmowania, jest to trzeci znak, który będzie trwał wiecznie. W wieczności, w niebie czy nie daj Boże w piekle, kapłan Chrystusa zostanie rozpoznany.

2. Kapłan stróżem Bożego prawa

Tydzień temu wskazałem na Bożą moc, jaka została złożona w kapłańskie ręce. Moc zdolną do oczyszczania ludzi z grzechów w sakramencie pokuty i pojednania oraz moc uświęcającą, szczególnie skuteczną w czasie świętej Ofiary. W niej to kapłańskimi rękami i ustami posługuje się sam Chrystus, by przemienić chleb i wino w swoje święte Ciało i świętą Krew. Ta uświęcająca moc ujawnia się również w błogosławieństwie.

W rękach kapłańskich Bóg złożył nadto odpowiedzialność za Boskie prawo i za sumienie. Kapłan Chrystusa uczestniczy w funkcji proroka. W Starym Testamencie kapłan składał ofiarę Bogu i udzielał błogosławieństwa, do jego funkcji nie należało nauczanie, nie był odpowiedzialny ani za wiarę, ani za moralność, nie był odpowiedzialny za sumienie narodu. Tę odpowiedzialność w Starym Testamencie Bóg składał w ręce proroków. W Nowym Testamencie połączył odpowiedzialność za kult z odpowiedzialnością za sumienie.

Naszym wielkim skarbem jest sumienie. Ono bowiem decyduje o naszej odpowiedzialności. Im piękniejsze i doskonalsze sumienie, tym większa wartość człowieka. Sumienie decyduje o naszej wielkości. Sęk w tym, że egoizm usiłuje ciągle podporządkować sobie sumienie. Dlatego Bóg ogłosił prawo. Czyniąc to miał na uwadze jednostkę. Chciał, by człowiek mógł podejść do prawa i stwierdzić, w jakiej mierze jego sumienie funkcjonuje dobrze. Miał również na uwadze społeczność, chciał, by Jego prawo było normą życia narodu i ludzkości.

Rozróżnienie między obiektywnym prawem i naszym sumieniem jest niezwykle doniosłe. Prawo jest traktowane przez Boga jako wzorzec. Proszę zwrócić uwagę na podstawowe prawa, które muszą mieć swoje wzorce. Długość mierzy się przy pomocy metra. Musi być na świecie wzorzec metra. Gdziekolwiek chcemy produkować miary, musimy się zwrócić tam, gdzie ten wzorzec jest przechowywany. Nie wolno tej miary sfałszować. Inny odcinek naszego życia to czas. Aby życie społeczne mogło funkcjonować, trzeba, aby wszyscy dostosowali się do jednego czasu. Ten dokładny czas jest ciągle w radio przypominany, ciągle nasze niedoskonałe zegarki próbujemy dostosować do tego czasu. I nie ma żadnych możliwości organizowania życia wspólnego po zlekceważeniu dokładnego czasu. Tylko dlatego mogę podejść na dworzec i punktualnie wsiadać do pociągu razem z innymi, że mamy ten sam czas. Podobnie jest z temperaturą i z każdym innym prawem. Zawsze jest potrzebny wzorzec. Tak samo jest też z Bożym prawem. Oczywiście, że ludzie się spóźniają, ludzie mogą fałszować miary, ale wzorzec być musi.

Przy pomocy tego obrazu chcę ukazać, że Bóg podał nam prawo, czyli zestaw norm, wzorców. Każde przykazanie to jedna taka wzorcowa miara. Bóg rzekł: jeśli chcecie budować społeczeństwo na poziomie i jeśli sami chcecie być szczęśliwi, to bądźcie wierni tym miarom. Wiedział, że człowiekowi trudno jest godzina po godzinie zrealizować wszystkie wymagania, które nam postawił. Wiedział, że będą ludzie, którzy przy dokładnej wadze i tak będą fałszować to, co ważą, albo podtrzymując albo przyciskając szalę w zależności od tego, co dla nich jest wygodne. Tak jak człowiek może fałszować ważenie towarów, podobnie może fałszować przykazania. Same jednak przykazania są zawsze dobre. Prawo Boże jest jednym z największych skarbów, za który powinniśmy Bogu nieustannie dziękować. Kapłan zaś jest w szczególny sposób odpowiedzialny za to, by prawo było znane. On jest stróżem tego prawa.

Cała taktyka zła w ostatnich latach zmierza do tego, aby powiedzieć: wszyscy fałszują, więc zmieńmy prawo. Ponieważ wszyscy fałszują wagę, to zróbmy taką, że nie będzie wiadomo, czy jest kilogram, czy też nie. Oto podstawowy błąd. We wszystkich dyskusjach odnośnie do Bożego prawa ciągle się żąda, by dostosować je do pragnień ludzi, czyli zmienić miary, ponieważ ludzie i tak je fałszują. Możemy łamać przykazania przez dziesięć pokoleń, ale one i tak nie zostaną zmienione. Za dziesięć pokoleń powiedzą, oni źle budowali i zawaliło im się wszystko, ponieważ zlekceważyli normy budowlane. Bóg nie oczekuje od człowieka, aby przez całe życie idealnie zachował prawo. On wie, że jesteśmy grzesznymi i słabymi ludźmi. Oczekuje natomiast, że zdamy sobie sprawę z tego, że źle budujemy, bo lekceważymy normę. Kapłan jest odpowiedzialny za przekaz Bożego prawa. To nie Kościół, ale Bóg ustanowił swoje prawo. Kapłan ma władzę regulowania ludzkiego sumienia, gdy ktoś przychodzi do niego, jak z zepsutą wagą i prosi o pomoc w jej wyważeniu.

Każdy kapłan ma sumienie, czyli swoją wagę. Może się zdarzyć, że jego sumienie wymaga naprawy. Podobnie jak lekarz pomaga pacjentom, a sam jest chory, taki kapłan może naprawiać tysiące wag, a jego waga jest zepsuta. Może to czynić dobrze dlatego, że nie naprawia według własnego sumienia, lecz według Bożego przykazania. Sam będzie sądzony za każde odchylenie od Bożego prawa. Popatrzmy na kapłana jako na człowieka, który podobnie jak wszyscy męczy się, aby Boże prawo zachować. Nie zawsze mu się to udaje. Wówczas idzie sam ze swoim sumieniem, jak z wagą, do innego kapłana i prosi o naprawę. Kto zobaczy prorocki charyzmat kapłaństwa, nie dziwi się, że kapłan, nawet wtedy gdy jest nałogowym alkoholikiem, mówiąc o Dekalogu będzie mówił "nie pij", będzie mówił, bo on głosi Boże prawo. Podobnie jest z innymi przykazaniami. Kapłan stoi przy tej Bożej mierze i mówi: jestem nieszczęśliwy, bo Bożego prawa nie zachowuję, przynajmniej czyńcie to wy, byście nie byli jak ja nieszczęśliwi. On podprowadza nie do siebie, ale podprowadza do Bożego prawa.

Zrozumiałe, że jeśli ktoś robi zamach na Boże prawo, chce uderzyć przede wszystkim w tego, kto jest stróżem tego prawa. Uderza najłatwiej, gdy udowodni, że stróż prawa łamie prawo, wtedy przepowiadanie traci moc przekonywającą. Przychodzimy nie do kapłańskiej miary, lecz do wzorca, do Bożej miary, a ta jest zawsze ideałem. Dlatego Jezus mając na uwadze nauczycieli i stróżów Bożego prawa, wyraźnie powiedział: zachowujcie wszystko, co wam powiedzą, a uczynków ich nie naśladujcie. To wielka rzecz spotkać kapłana, który ma swoje sumienie idealnie ustawione według Bożego prawa. Nie jest to jednak wcale takie łatwe. Zdobywanie świętości przez nas kapłanów jest równie trudne, jak i zdobywanie jej przez was.

3. Odpowiedzialne powołanie

Pragnę dotknąć kilku aktualnych spraw. Po pierwsze powołanie kapłańskie jest połączone z największą odpowiedzialnością, jaka istnieje na ziemi. Jest to bowiem odpowiedzialność za wieczne losy człowieka. Wszystkie inne powołania mają wymiar doczesny. Odpowiedzialność lekarza dotyczy doczesnego życia człowieka. Odpowiedzialność pedagoga jest skoncentrowana na wychowaniu człowieka. Kapłan jest odpowiedzialny za doczesne i wieczne szczęście człowieka. Nie ma drugiej tak wielkiej odpowiedzialności jak kapłańska.

Kapłan przeżywa bolesne rozdarcie, które płynie z dwóch źródeł. Ze świadomości świętości i doskonałości Boga, którego ma głosić, i z własnej słabości, niedojrzałości i grzeszności. Naczynie jest gliniane, a w tym naczyniu Bóg umieścił niezwykłe skarby. Ponieważ ludzie wpierw dostrzegają naczynie, a dopiero później odkrywają jego zawartość, kapłan przeżywa rozdarcie między swoją słabością, a świętością, której służy. To rozdarcie towarzyszy kapłanowi od momentu święceń aż do śmierci.

Źródło rozdarcia jest ukryte również w zestawieniu objawienia Bożego z prawdą o człowieku. Wymagania objawienia są bardzo twarde, mocne i nigdy nie można ich dostosować do człowieka. Kapłan jako człowiek dobrze rozumie wszystkie układy międzyludzkie. W wielu wypadkach jest podobny do lekarza, który wie, że można uleczyć danego człowieka wyłącznie przez ciężką operację, a nie potrafi go przekonać, aby tej operacji się poddał. Ta bezradność kapłana wobec ludzkich chorób boleśnie męczy.

Drugi aktualny problem to celibat w kapłaństwie. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że w duchu Ewangelii można być kapłanem i mieć własną rodzinę. Św. Piotr miał żonę, miał dom, prawdopodobnie większość Apostołów miała swoje rodziny. W Kościołach Wschodnich kapłaństwo jest połączone z powołaniem małżeńskim i rodzinnym. W Kościele rzymsko-katolickim wezwano kapłanów, aby rezygnowali z życia małżeńskiego przyjmując życie w celibacie. Kościół kierował się w tym wypadku troską o to, by to ludzkie naczynie, w którym Bóg złożył swoje wielkie dary, było możliwie doskonałe. Chodziło o to, by kapłan w swoim życiu objawił wyższość ducha nad ciałem. Jest to religijny motyw. Drugi był społeczny. Kapłan, który ma żonę i dzieci, jest skrępowany więzami rodzinnymi, nie może oddać się wyłącznie posłudze dla zbawienia innych. Jest duchowo rozdarty między obowiązki męża, ojca, a obowiązki wypływające z posługi kapłańskiej. Te dwa motywy zadecydowały o tym, że Kościół rzymsko-katolicki wprowadził jako swoje prawo połączenie celibatu z kapłaństwem.

Warto dodać, że dla człowieka dojrzałego celibat nie jest trudny. Dojrzałość bowiem objawia się w harmonii ciała z duchem. Człowiek dojrzały czyni to, co chce, a nie to, co mu się zachce. Takich ludzi żyjących w celibacie jest miliony, a wielu pożegnawszy męża czy żonę, w stanie wdowca czy wdowy, pozostaje przez dziesiątki lat do końca życia w celibacie. Dla dojrzałego człowieka celibat nie jest trudny. Wielu świadomie i dobrowolnie wybiera życie bez małżeństwa dla celów czysto doczesnych, zwłaszcza społecznych. Problemy pojawiają się wówczas, gdy na celibat zdecyduje się człowiek niedojrzały.

W ocenie łamania celibatu przez kapłana trzeba się liczyć z pewnymi proporcjami. Podobnie jak obserwujemy dużą niedojrzałość ludzi, którzy dziś decyduja się na małżeństwo, co przejawia się później w żądaniu rozwodów, tak proporcjonalnie, ponieważ kapłan wychodzi z tego samego środowiska, można obserwować pewną niedojrzałość w podejściu do celibatu kapłańskiego. Czy z tego wynika, że celibat należy zmienić? Otóż doświadczenie wykazało, że kapłani, którzy zawarli małżeństwo, z kolei w pięćdziesięciu procentach nie dochowali wierności wybranej żonie. Te błędne decyzje są owocem ich niedojrzałości. Zniesienie celibatu to nie jest żadne rozwiązanie.

Ponieważ celibat jest prawem kościelnym, kapłan może być w pewnych sytuacjach zwolniony z obowiązków kapłańskich i założyć rodzinę. Gdyby to było prawo Boskie, o takim zwolnieniu nie mogłoby być mowy. Kapłan nawet w takiej sytuacji, a więc nie spełniając obowiązków kapłańskich, pozostaje nadal kapłanem i dysponuje w pełni kapłańską mocą. Gdyby więc taki kapłan po zwolnieniu z obowiązków kapłańskich był świadkiem wypadku na szosie, jest zobowiązany udzielić ofiarom wypadku rozgrzeszenia i jego rozgrzeszenie jest ważne. Moc kapłańską posiada na wieki. Jego pomoc jest potrzebna, bo ważą się losy zbawienia umierających ludzi. To jest podobnie jak z lekarzem, któremu komisja odbiera prawo wykonywania zawodu. Jeśli znajdzie się w sytuacji, że trzeba ratować człowieka, może wykorzystać wiedzę, którą posiada i skutecznie pomóc, bo chodzi o dobro pacjenta.

Zgorszenie dane przez kapłana należy do najcięższych, jakie istnieją na ziemi. Obok niego można ustawić zgorszenie dzieci przez rodziców. Groza tego zgorszenia wynika stąd, że zostaje wówczas zniszczony Boski autorytet kapłana. Rany tak zgorszonego człowieka krwawią często przez całe życie i są bardzo trudne do uleczenia.

Zgorszenie jest wpisane w dzieje kapłaństwa i Bóg się na to zgodził. Piotr gorszy nas trzykrotnym zaparciem się, Judasz zdradza. To są duchowni, to są pierwsi biskupi. Jakie winno być nasze podejście do zgroszenia? Ile razy dostrzegamy zgorszenie dane przez kapłana, tyle razy pamiętajmy, że jest to dla nas próba wiary. Czy ja przychodzę do Chrystusa, który jest w kapłańskich rękach, czy tylko do rąk. Jeśli te ręce gorszą, trzeba zobaczyć skarb, który jest w tych rękach ukryty. Zależy mi na Chrystusie, a nie na rękach. Nie mogę odwracać się od Chrystusa z powodu słabych, grzesznych kapłańskich rąk.

Jesteśmy zobowiązani upomnieć gorszącego, to jest chrześcijański obowiązek. W wielu wypadkach takie upomnienie jest błogosławieństwem. Trzeba się za kapłana modlić. Proszę pamiętać, że taktyka zła jest bardzo prosta, po co ma łamać dziesięć tysięcy gałązek, każdą z osobna, jeśli może uderzyć w konar i odciąć od razu dziesięć tysięcy gałązek połączonych pniem przez ten konar. Dlatego nie dziwmy się, że atak na kapłana jest tak mocny.

Jeszcze jeden element, na który chcę zwrócić uwagę. Jest nim wzrastająca fala antyklerykalizmu. Z czego to wynika? W każdym społeczeństwie jest pewna doza niezadowolenia, które próbuje się w różnych celach wykorzystać. Przez wiele lat niezadowolenie było ukierunkowane przeciw komunizmowi. Obecnie tego ukierunkowania już nie ma, a niezadowolenie zostało. Można więc obserwować, jak zwalczające się dotąd obozy szukają, na kogo niechęć wylać. Ofiarą staje się stan duchowny niesłusznie utożsamiany z Kościołem.

Duchowieństwo nie interesuje się antyklerykalizmem, bo i tak musi robić to, co do niego należy, bez względu na to, jakie będą nastroje. My jesteśmy odpowiedzialni przed Panem Bogiem. Antyklerykalizm jest groźny dla was, ludzi świeckich, bo podważa zaufanie do kapłana. Taki jest jego cel. Ten mechanizm trzeba odkryć, bo inaczej można popełnić szereg poważnych błędów.

Kończąc refleksję chciałbym postawić pytanie: Czy w naszym życiu jest równowaga między modlitwą za kapłanów a ich krytyką? Jeśli ta równowaga jest, to krytyka jest słuszna. Nie chodzi o to, by kapłana nie krytykować, jeśli w jego życiu jest coś, co trzeba poddać krytyce; chodzi o to, czy krytyka jest prowadzona w duchu Ewangelii. I drugie pytanie: Czy zbyt łatwo nie ulegamy propagandzie? Chodzi o prawdę. Prawda nas wyzwoli.

Read More →

1. Spotkanie z Boskim Lekarzem

W naszej katechezie mamy za sobą refleksję nad trzema stopniami wtajemniczenia: sakrament chrztu, bierzmowania i Eucharystii. Są one dostępne dla każdego chrześcijanina i decydują o jego duchowej dojrzałości. Pozostałe cztery sakramenty są związane albo z powołaniem człowieka, albo z sytuacją, jaka w jego życiu zaistnieje. Zanim przejdę do szczegółowego omówienia sakramentu pokuty i pojednania, chciałbym jeszcze odpowiedzieć na pytania, które niektórzy z was postawili. Wszystkie one są związane z samym pojęciem sakramentu. Przypominam, że sakrament jest znakiem ustanowionym przez samego Chrystusa, a więc przez Boga, jako źródło łaski. Takich sakramentów mamy siedem. Obok trzech wymienionych, jeszcze kapłaństwo, małżeństwo, sakrament pokuty i sakrament namaszczenia chorych. W sensie szerszym można słowo sakrament odnieść do Kościoła, który na ziemi jest ustanowionym przez Chrystusa widzialnym znakiem i źródłem wszystkich łask, oraz do samego Chrystusa, który jest widzialnym znakiem ustanowionym przez Boga, samym Wcielonym Synem Bożym, dawcą wszelkich łask. Tego pojęcia sakramentu nie można odnieść do żadnej innej rzeczywistości.

Wielu zwracało uwagę na to, że w różnych współczesnych publikacjach można znaleźć twierdzenia, jakoby wszystko, co na ziemi jest znakiem Boga, było sakramentem. A więc sakramentem jest kwiat, liść, sopel lodu błyszczący w słońcu, sakramentem jest dziecko i jego uśmiech, sakramentem jest drugi człowiek. Otóż wyraźnie zaznaczam, że są to wielkie, wspaniałe dzieła Boga, mówiące o Jego mądrości, potędze i pięknie, ale nie są to sakramenty. Kwiat nie jest źródłem łask, jest tylko chwilowym, pięknym dziełem Pana Boga, który możemy podziwiać.

Mówię o tym dlatego, że w tym poszerzaniu pojęcia sakramentu na wiele innych znaków istnieje poważne niebezpieczeństwo. Gdybyśmy mieli dużo czasu, to mógłbym odsłonić, jak obecnie w sposób zaprogramowany, pojęcia, którymi posługuje się Kościół, są rozmywane, aby nie znaczyły tego, co znaczą. To jest mniej więcej tak, jakbyśmy etykietkę dobrego, wybornego wina przykleili do butelek, gdzie jest woda źródlana. W pewnym momencie następuje całkowita dezorientacja. Nie wiadomo, gdzie jest wino, gdzie jest woda. Cel tych zabiegów jest jeden: zrobić z Kościoła wieżę Babel, aby nikt z drugim nie potrafił się porozumieć. Mądrość związała słowo z ściśle określoną rzeczą. Jeśli to słowo odnosi się do wielu rzeczy, zaciera się granica między prawdą a rzeczywistością. Jest to poważne niebezpieczeństwo, które obecnie zagraża Kościołowi. Sakramentów w Kościele jest siedem i nie może być więcej. W sensie szerszym można mówić o sakramencie jedynie mając na uwadze Chrystusa i Kościół. Używanie tego słowa w odniesieniu do innej rzeczywistości jest nieporozumieniem i na pewno nie przynosi pożytku Kościołowi. Mówię o tym dlatego, że cała ta nasza katecheza trwająca już szósty rok zmierza do tego, abyśmy w Kościele nazywali rzeczy po imieniu.

Jeśli chodzi o sakrament pokuty, do którego przechodzę, to chciałbym zaznaczyć, iż jest to pierwszy dar Chrystusa Zmartwychwstałego. W dzień swego Zmartwychwstania Chrystus przybył do Apostołów zamkniętych w Wieczerniku i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego. Którym grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. To jest pierwszy i jeden z największych darów, jaki od Boga otrzymaliśmy. Stopniowo odkryjemy jego wielkość. Ten dar został ściśle złączony z kapłańską ręką. Otrzymali go wyłącznie Apostołowie i w sakramencie kapłaństwa jako władzę odpuszczania grzechów przekazują go przez pokolenia.

Trzeba pamiętać, że jest to władza, która dotyczy grzechów ciężkich popełnionych po chrzcie. Odpuszczenia grzechów powszednich można dostąpić w różnoraki sposób, co wyjaśnię w jednym z 

Następnych kazań. Natomiast jeśli człowiek popełni grzech ciężki, nie potrafi uzyskać pojednania z Bogiem i Kościołem inaczej, jak tylko w sakramencie pokuty.

Tu powstaje pytanie, czy Pan Bóg nie mógł już w sakramencie chrztu świętego udzielić tak wielkiej łaski, aby człowiek ochrzczony był odporny na wszelki grzech, czyli by po chrzcie już nie popełnił żadnego grzechu. Mógł, oczywiście, że mógł. Dlaczego więc tego nie uczynił? Gdyby nas tak umocnił, to wtedy w dużej mierze stracilibyśmy wolność naszej woli, a razem z tym, konsekwentnie, możliwość zasługi. Stalibyśmy się nadludźmi, bylibyśmy jak złoto zanurzone w ziemi, które ziemia może przechowywać, ale nie może zamienić w siebie. Byłoby to jednak dzieło Boga, a nie nasze. Nie od nas by zależała nasza wygrana ze złem, zło w żadnej postaci by nam nie groziło. Tymczasem Pan Bóg chciał, abyśmy zmaganie ze złem wygrali sami. On chce nam tylko w tym pomóc.

Posłużę się takim porównaniem: Gdyby chrzest potraktować jako szczepionkę uodparniającą na wszystkie choroby, od tego momentu człowiek wchodziłby w najbardziej zakaźny teren, wiedząc, że się nie zarazi; nie byłoby to jednak jego zasługą, ale tylko i wyłącznie dziełem Boga, czyli nie byłoby miejsca na zwycięstwo nad pokusą, na zwycięstwo nad złem. Tymczasem Bóg chce nam dać tę wielką szansę. On wie, że my dokonując ciągłych wyborów potrafimy opowiedzieć się po Jego stronie. Dlatego wolał zamiast takiej szczepionki ustanowić lekarza i zorganizować aptekę. Jeśli człowiek się zarazi, nawet śmiertelnie, to podejdzie do tego lekarza, skorzysta z Bożej apteki i wróci do zdrowia. Bóg zostawił w naszych rękach ten wielki wybór, jest to gest Jego szacunku dla naszej wolności. Jak długo jesteśmy na ziemi, jesteśmy w zasięgu zła, musimy dokonywać wyboru; jak przejdziemy do wieczności, już nie będziemy w zasięgu zła, będziemy otwarci tylko na dobro. Ale wówczas skończy się również definitywnie czas zasługi.

Chciałbym, abyśmy zobaczyli konfesjonał jako gabinet lekarza. Oto Boski Lekarz przygotował dla nas wspaniałą aptekę, w której można uleczyć wszystkie choroby ducha i wiele chorób ciała.

2. Rachunek sumienia

Sakrament pokuty i pojednania ma na uwadze przede wszystkim grzech ciężki, powiem dokładniej, grzech śmiertelny. W pojęciu "grzech śmiertelny" na podstawie podobieństwa do śmierci fizycznej możemy odkryć, jakie są jego skutki w duszy człowieka. Popełniając grzech ciężki człowiek duchowo umiera, traci życie Boże, które w nim jest, staje się duchowo martwy. Tak jak w momencie śmierci nikną wszelkie relacje z otoczeniem, tak i w wypadku śmierci duchowej zostaje zerwany kontakt z Bogiem i z innymi ludźmi, którzy tworzą Kościół. Sakrament pokuty w odniesieniu do grzechu śmiertelnego jest więc czymś więcej aniżeli uleczeniem. To jest wskrzeszenie człowieka. Gdybyśmy oczami wiary potrafili dostrzec dobrodziejstwo tego sakramentu, to prawdopodobnie najwięcej byśmy Bogu dziękowali za to źródło łaski. Mieć bowiem od chrztu świętego życie, stracić je i nie móc odzyskać, to straszna tragedia. Możliwość odzyskania życia nadprzyrodzonego to wielki dar miłosierdzia Bożego.

Wszystkie inne grzechy, które nie są śmiertelnymi grzechami, można porównać do różnych chorób, które nie zagrażają bezpośrednio życiu, począwszy od niewielkiego kataru czy bólu zęba, a skończywszy na paraliżu, który może trwać całe dziesiątki lat. To są grzechy, które nie zagrażają życiu, ale bardzo je utrudniają. Sakrament pokuty w odniesieniu do tych grzechów podaje lekarstwo. Kto odkryje wartość sakramentu pokuty, odkryje również, że jest to nie tylko lekarstwo przywracające zdrowie, ale i uodparniające organizm na wszelkie duchowe choroby.

W podejściu do sakramentu pokuty Kościół wypracował pewne etapy. Pierwszym jest tak zwany rachunek sumienia. Nie chodzi tu o to, by człowiek sam zrobił remanent swego życia. Sumienie jest to głos Boga. Rachunek sumienia jest to więc taki czas, w którym człowiek słucha, co Bóg ma mu do powiedzenia; jak On widzi jego życie i postępowanie, co złego jest w jego postępowaniu, a nawet myśleniu. To jest głos Boga. To nie my sami dokonujemy rozrachunku.

Istotnym elementem jest tu podejście do refleksji nad pewnym okresem swojego życia od strony pozytywnej. Należałoby dokładnie prześledzić pierwsze zdania z Biblii. Bóg stwarza człowieka, stwarza cały świat, redaktor ujął to w siedmiu dniach. W sześciu stwarza, a w siódmym odpoczywa. Znamienne jest wyrażenie, które się powtarza pod wieczór każdego dnia. Bóg spogląda na swoje dzieło, autor notuje: I widział Bóg, że było dobre. Tak jest każdego dnia. Jest to jakby pierwszy rachunek sumienia samego Boga, który ocenia swoje dzieło: Jego wieczorny rachunek sumienia. A szóstego dnia, kiedy stworzył człowieka, autor zanotował: I widział Bóg, że wszystko było bardzo dobre. To jest podsumowanie tygodnia. Ten Boży "rachunek sumienia" winniśmy naśladować każdego dnia i każdego tygodnia. Trzeba zobaczyć miniony dzień i powiedzieć, że był on dobry, bo w każdym dniu czynimy wiele dobra. Jesteśmy słabi, czynimy zło. To zło trzeba również dostrzec, ale nie należy robić rachunku sumienia ze szkłem powiększającym, w którym szukamy wyłącznie grzechów, bo wówczas obraz nasz jest wypaczony. Trzeba zobaczyć i dobro, i zło. Wtedy zobaczymy je we właściwych proporcjach. Więcej, wtedy łatwo odkryjemy, że czas przeznaczony na zło mógł być wykorzystany na czynienie dobra i to zło stanie przed nami w jeszcze ostrzejszej formie.

W rachunku sumienia obejmujemy okres od ostatniej dobrze odprawionej spowiedzi, a więc od tego momentu, w którym duch nasz był w pełni zdrów. Śledzimy, jakie choroby dotknęły nas na przestrzeni tego czasu. W tym rozliczeniu trzeba przede wszystkim wielkiej szczerości wobec siebie. To jest trudne. Trzeba podejść do lustra i nic nie retuszując powiedzieć: to ja jestem taki. Człowiek musi zobaczyć prawdę o sobie w całej pełni, tak jak tylko potrafi. Następnie należy dopuścić Boga do głosu, aby On powiedział, co o mnie sądzi. Bóg przez sumienie mówi: słuchaj, to jest piękne, dobre, bardzo dobre, a to złe. My sami w tym lustrze widzimy, co jest złe i potwierdzamy Jego opinię. Tak, Panie, to nie tak, tego się wstydzę. Nie należy się spieszyć. Rachunek sumienia winien być dokonany w imię prawdy. W praktyce podchodzimy do trzech zasadniczych pionów. Pierwszym z nich jest Dekalog. Należy przejść w myśli Dekalog i sprawdzić, o ile został zachowany. To jest mniej więcej tak, jakbym przystawił pion Bożych przykazań do muru swego domu, który wybudowałem od ostatniej spowiedzi. Oceniam, która cegła została postawiona dobrze, a która nie. Drugim pionem są obowiązki rodzinne i zawodowe. Trzecim nauka o wadach. Trzeba zobaczyć, czy któraś z siedmiu wad nie bierze góry w moim życiu, nie staje się niebezpieczna.

Przy grzechach ciężkich jest potrzebne ustalenie, o ile to jest możliwe, ich liczby. Wiemy doskonale, że zło jednego zabójstwa jest mniejsze, aniżeli zło dziesięciu tysięcy zabójstw. Trzeba zobaczyć ogrom popełnionego zła. Nie dziwmy się, że tu w jakiejś mierze w grę wchodzi matematyka.

Trzeba wreszcie objąć całość swego życia. To jest rzut oka nie tylko na ten okres, ale na drogę całego życia, aby zobaczyć, jaki sens ma ten ostatni odcinek naszego życia. Zobaczyć prawdę — dobro i zło. Za dobro należy Bogu szczerze podziękować, a za zło Go przeprosić.

3. Żal za grzechy

Są trzy zasadnicze elementy autentycznego żalu za grzechy. Pierwszy to jest dostrzeżenie i uznanie zła. Jest to równocześnie odkrycie, jaką stratę ponosimy w grzechu. Drugim elementem jest przyznanie się do tego zła. To jest moje zło, moje dzieło. Wreszcie trzeci element to wzięcie odpowiedzialności za zły czyn. Ta odpowiedzialność prowadzi do próby naprawienia popełnionego zła.

W grzechu zawsze sięgamy po pewne dobro i wydaje się nam, że to dobro nas uszczęśliwi. Za każdym jednak razem, kiedy sięgamy po dobro wbrew Bożym przykazaniom, więcej tracimy, aniżeli zyskujemy. I to zarówno w skali indywidualnej, jak i społecznej. Judasz wyciągnął rękę po trzydzieści srebrników, było to dobro, stracił jednak przyjaźń Chrystusa, stracił miliardy razy więcej, aniżeli to, co zyskał. Musiał po odkryciu tej straty odrzucić srebrniki. Przypominały mu bowiem, jak głupio postąpił. Przypominały mu stratę. Piotr na dziedzińcu Kajfasza sądząc, że jeśli opowie się po stronie Chrystusa, zostanie aresztowany razem z Nim i osądzony na śmierć — kłamie, że nie zna Chrystusa. Wydaje mu się, że to kłamstwo nikomu nie zaszkodzi, a jego uratuje. Nie zaszkodzi Chrystusowi, nikomu nie zaszkodzi, a on wiele zyska i ocali swoje własne życie. Ale tym maleńkim trzykrotnie powtórzonym kłamstwem <169>nie znam tego Człowieka", jak nożycami przeciął więź przyjaźni, która łączyła go z Chrystusem. Kiedy odkrył, co stracił, gorzko zapłakał. Zysk ocalenia siebie okazał się znacznie mniejszy, aniżeli przyjaźń z Chrystusem, którą stracił przez swoje kłamstwo. Tak jest z każdym grzechem.

Tylko wtedy potrafimy zapłakać, kiedy odkryjemy, co straciliśmy. Jeśli mamy na uwadze wyłącznie zysk, a nie widzimy, co tracimy, nie można mówić o żadnym autentycznym żalu za grzechy. Gdybyśmy odkryli, jak grzechem przecinamy nić wiążącą nas z Bogiem, to wtedy po każdym grzechu pojawiłby się głęboki żal. Piotr przyznając się do grzechu, szuka natychmiast możliwości nawiązania kontaktu z Chrystusem. Przeciął, zniszczył nić przyjaźni, ale wie, jaka to jest wartość, i mimo iż sam zniszczył, chce teraz to naprawić. Dlatego pozostaje przy Janie. Dlatego w poranek wielkanocny biegnie do pustego grobu Chrystusa, bo chce ratować i odzyskać to, co stracił.

Judasz uznaje, że popełnił błąd. Nawet wyznaje to przed sługami świątyni rzuca pieniądze, ale nie szuka naprawy tego błędu. Życie jego straciło sens. Nie wierzy w to, aby mógł odnaleźć sens swojego życia. Nie ma odwagi spojrzeć w oczy swojego Mistrza. Zabrakło mu w tym wypadku pokory. To jest żal, ale niepełny. Taki żal nie tylko nie prowadzi do szukania przebaczenia, ale najczęściej prowadzi do następnego grzechu. I tak się stało. Judasz do grzechu zdrady dodaje grzech samobójstwa. Nie potrafił przyjść do Chrystusa z pękającym z bólu sercem i powiedzieć: słuchaj Mistrzu, ja to zrobiłem, wyrządziłem krzywdę Tobie i sobie, błagam, ulecz to moje serce. Każdy autentyczny żal wymaga pokory. Judasz wolał swe serce wyrzucić na śmietnik. Do tego prowadzi pycha, ona nie chce się przyznać, nie chce uznać przed Bogiem błędu, nie lubi prosić o przebaczenie. Podkreślam, jeden i drugi odkrył zło, odkrył wartość, którą stracił, jeden i drugi wyznał błąd, przyznał się do niego, czyli dwa elementy naprawy grzechu były, ale u Judasza nie było trzeciego.

Piotr wziął odpowiedzialność za popełnione zło i próbuje je naprawić. Judasz nie bierze odpowiedzialności i do jednego grzechu dodaje drugi. Istotą więc żalu za grzechy jest umiejętność wzięcia stuprocentowej odpowiedzialności za swój zły czyn. Trzeba tę odpowiedzialność wziąć przede wszystkim w swoim sumieniu, przed sobą. Trzeba wziąć odpowiedzialność przed ludźmi i trzeba tę odpowiedzialność wziąć przed Bogiem. Umiejętność wzięcia odpowiedzialności za zły czyn świadczy o wielkości i dojrzałości człowieka. Każdy z nas jest słaby i każdy może popełnić grzech, i Bóg się temu nie dziwi. Natomiast oczekuje od nas wzięcia odpowiedzialności za zły czyn, za nieodpowiednie słowo, za błędną decyzję. To jest niezwykle istotna rzecz. Nie jest sztuką brać odpowiedzialność za dobre czyny, bo one przynoszą nam chwałę. Wielką sztuką jest umiejętność wzięcia odpowiedzialności za swój zły czyn. To jest dowód odwagi, to jest dowód mądrości.

W tym momencie, kiedy człowiek w poczuciu odpowiedzialności podchodzi do Boga, zyskuje przebaczenie. Bo człowiek, który bierze odpowiedzialność za swój czyn, przychodzi do Pana Boga i mówi: to moje dzieło, sam zła nie naprawię, proszę Ciebie, abyś swoją Boską mocą pomógł mi naprawić to, co zepsułem. Kto nie żałuje, nie bierze odpowiedzialności za swój zły czyn i najczęściej szuka usprawiedliwienia w oskarżaniu innych. Oskarża ludzi, oskarża sytuacje, oskarża środowisko, z którego pochodzi, oskarża rodziców, oskarża samego Boga. "Po co mi dałeś wolność, po co mi dałeś życie, lepiej by było, gdybym się nie urodził. Skoro Bóg wiedział, że zgrzeszę, to po co mi dał życie". Takie oskarżenie to zawsze znak samousprawiedliwienia i ucieczki przed odpowiedzialnością. Możemy to obserwować już w raju, gdzie Adam oskarża Ewę, Ewa oskarża węża, a żaden z nich nie chce wziąć odpowiedzialności za swój czyn, mimo iż się do niego przyznaje.

Konsekwencje autentycznie podjętej odpowiedzialności za swój zły czyn są proste, prowadzą bowiem do przyznania się do winy. Prowadzą do postanowienia, aby więcej takiego czynu już w życiu nie popełnić. A jeśli to tylko możliwe, prowadzą do zadośćuczynienia, czyli do naprawy popełnionego zła.

Jeśli człowiek autentycznie żałuje, wiedząc, że grzech przeciął nić miłości łączącą go z Bogiem, to sam akt takiego żalu, w imię tej miłości, z prośbą, by Bóg odbudował tę zniszczoną nić miłości, odpuszcza człowiekowi grzechy. Nie musi człowiek być rozgrzeszony. Już w akcie żalu opartego na miłości Boga jest przebaczenie. Kiedy Piotr zapłakał, bo odkrył, jak przeciął nić łączącą go z Chrystusem, w tym momencie uzyskał przebaczenie. Już ten akt żalu wystarczył. Mówię o tym dlatego, że możemy być w sytuacji, kiedy nie będzie kapłana i wtedy trzeba odkryć przed Bogiem swoje serce, wziąć odpowiedzialność za popełnione zło i błagać o przebaczenie. Taki żal, zwany żalem doskonałym, wystarczy do nawiązania kontaktu z Bogiem.

4. Szczera spowiedź

Zastanawiamy się nad tajemnicą pokuty i pojednania. Zwróciłem już uwagę na rachunek sumienia, na tajemnicę żalu za grzechy. A teraz kilka zdań na temat wyznania grzechów. Dość często spotykamy się z zarzutem, że spowiedź wynaleźli księża i że nie pochodzi ona od Boga. Jest to śmieszny zarzut, bo księża sami dla siebie przygotowaliby torturę. Najcięższą pracą kapłańską jest spowiedź. Wszystkie inne prace kapłańskie są o wiele, wiele lżejsze i łatwiejsze, aniżeli siedzenie w konfesjonale. Jeśli ktoś mówi, że myśmy to wynaleźli i że myśmy to zrobili, to mogę się tylko z politowaniem nad tym człowiekiem uśmiechnąć. Gdyby to od nas zależało, pierwsi skasowalibyśmy spowiedź. To jest jedno z najtrudniejszych, najcięższych i najbardziej odpowiedzialnych zadań kapłana. Zarzut od czterech wieków jest preparowany przez protestantów, którzy odrzucili kapłaństwo i przez to odrzucili również spowiedź. To z tych środowisk w dużej mierze pochodzi atak na spowiedź. Oświadczam, spowiadamy dlatego, że jesteśmy do tego powołani i Bóg wyposażył nas we władzę odpuszczania grzechów. Gdyby to nie był obowiązek płynący z polecenia Boga, nie siedziałbym w konfesjonale ani jednej minuty. Słuchanie cudzych grzechów nie należy do żadnej przyjemności. Jest ciężkim i odpowiedzialnym obowiązkiem. Mówię to twardo, abyście przypadkiem nie powtarzali tego głupiego zdania, że spowiedź jest wynalazkiem księży.

Jeśli chodzi o historię, to najstarsze świadectwa wyznawania grzechów spotykamy już pod koniec pierwszego wieku w Didache, gdzie jest wyraźnie podkreślone, że zanim wierni przystąpili do ołtarza, aby uczestniczyć w Eucharystii, wyznawali swoje grzechy, czyli przepraszali Boga i przepraszali tych, których zranili. Koniec pierwszego wieku, świadectwo wyraźne.

Kościół dysponuje trzema sakramentami odpuszczającymi grzechy: sakrament chrztu, sakrament pokuty i sakrament namaszczenia chorych. Nie jest potrzebne wyznanie grzechów przed chrztem. Nie jest również konieczne wyznanie grzechów przy sakramencie namaszczenia chorych, o ile chory nie jest w stanie mówić, a pragnie pojednania z Bogiem. Sakrament namaszczenia chorych gładzi wówczas wszystkie grzechy. Natomiast sakrament pokuty i pojednania łączy się ściśle z władzą, jaką Bóg zostawił w Kościele. W dniu swego Zmartwychwstania, powiedział Apostołom: Którym grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Aby kapłan mógł zadecydować, czy należy grzech odpuścić czy nie, musi jako sędzia wysłuchać wyznania grzechów.

Czym uzasadniamy to wyznanie? Jest to gest wzięcia odpowiedzialności za swoje własne czyny. Ten człowiek bierze odpowiedzialność, który ma odwagę do swoich czynów się przyznać. To publiczne wyznanie wobec kapłana, który jest przedstawicielem Kościoła i Boga, jest dowodem brania odpowiedzialności za swój czyn. Jest rzeczą znamienną, że ci, którzy odrzucili kapłaństwo i sakrament pokuty, dość szybko wypracowali metodę psychoanalizy, gdyż trzeba było zapełnić dziurę, która powstała. Człowiek bowiem potrzebuje wyznania swoich win, potrzebuje dla zdrowia psychiczno-fizycznego. Skoro zaś nie ma kapłana ani spowiedzi, trzeba było sięgnąć po lekarzy, by pomagali człowiekowi w określeniu zawartości serca, w zajęciu postawy odpowiedzialnej za życie. Na tym polega psychoanaliza. Proszę jednak pamiętać, że lekarz nie może rozgrzeszyć, lekarz może jedynie pomóc w wyciągnięciu na jaw tego, co jest ukryte w podświadomości, pomóc w rozumieniu postępowania, ale nie może usprawiedliwić. Natomiast kapłan nie tylko pomoże, ale udzielając rozgrzeszenia darzy grzesznika Bożą mocą.

Co daje sakrament pokuty? Daje mi przede wszystkim pewność, że po moim wyznaniu Bóg moje grzechy przebaczył i nigdy więcej do nich nie będzie wracał. Jest to niezwykle ważny element. Jeślibym spowiadał się tylko przed Bogiem, nigdy bym takiej pewności nie uzyskał. Kapłan w imieniu Boga taką pewność przez rozgrzeszenie mi daje.

Wyznanie powinno być absolutnie szczere, dlatego że tylko wtedy, kiedy człowiek potrafi odkryć wszystko, co jest w jego sercu — Pismo Święte mówi o wylaniu serca przed Bogiem — tylko wtedy jego serce może być uleczone i wypełnione łaską. Wyznajemy grzechy ciężkie i mówimy o pewnych postawach, które rzutują na całe nasze życie. Mówimy to, co nam wyrzuca sumienie. Mówimy to, mając całkowitą świadomość, że nie interesuje to kapłana, ale interesuje Boga: wyznajemy grzechy przed Bogiem. W tej sytuacji nasze wyznanie win jest modlitwą, trudną, ale niezwykle twórczą modlitwą: Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko Tobie, jak mówił syn marnotrawny. Spowiedź to zawsze jest modlitwa. Odrzucenie wyznania win jest równoznaczne z odrzuceniem niezwykle ważnej formy modlitwy.

Z punktu widzenia praktycznego, przypominam rzeczy, które są znane. Należy wspomnieć okres, z jakiego się spowiadamy, od ostatniej, dobrze odprawionej spowiedzi. Przy grzechach ciężkich trzeba określić, o ile potrafimy, ich liczbę, czasami podać okoliczności. Nie wystarczy powiedzieć kradłem, lecz trzeba powiedzieć, co ukradłem. Innym grzechem jest kradzież jabłka, a innym kradzież samochodu. Istotnym elementem przy spowiedzi z racji ściśle określonych sytuacji jest zaznaczenie, przynajmniej w jednym zdaniu, dlaczego się spowiadam. Zmarł mi ojciec. Taka spowiedź jest inna, zmusza do spojrzenia na całość życia przez dar ojca, który nas ubogacił, a teraz odchodzi. Spowiadam się, bo będę ojcem chrzestnym, to jest branie odpowiedzialności za życie religijne dziecka. Taka spowiedź ma nieco inny charakter. Takie jedno zdanie sprawia, że dialog kapłana, w imieniu Boga prowadzony z penitentem, jest inny, jest bardziej twórczy. Te okoliczności są dość istotne.

Wreszcie chciałbym zaznaczyć, że wyznanie czynów złych nigdy nie pomniejsza człowieka. Pomniejsza spełnienie, ale nie wyznanie. Przyznanie się do czynu złego świadczy o odwadze i o wielkości człowieka. Dziś wysuwa się zarzuty, że jest to upokarzające. Co to kogo obchodzi? Oczywiście, nikogo, tylko ciebie i Boga. Ciebie i Boga! Boga interesuje to, czy masz odwagę przyjść i powiedzieć: ja jestem autorem tego czynu. To jest wielkość i nikt z mądrych ludzi nie popatrzy z pogardą na człowieka, który przyznaje się do złego czynu. Wręcz przeciwnie, im szczerzej ktoś to uczyni, na tym większy szacunek zasługuje.

Sakrament pokuty, szafowany w Kościele katolickim i prawosławnym jest wielkim darem. Grzesznik w sakramencie pojednania potrafi odzyskać pełnię równowagi, radości i pokoju, czasami po wielu latach.

Na zakończenie jeszcze złagodzę moją wypowiedź z początku kazania. Gdy mówiłem, że spowiedź jest dla kapłana ciężką pracą, nie zamierzałem narzekać. Siadam do konfesjonału, podobnie jak wszyscy powołani do kapłaństwa z wielką radością. Ta posługa ma bardzo głęboki sens i najpełniej ukazuje potrzebę bycia kapłanem. Uczestniczenie w procesie nawrócenia człowieka i w radości jego powrotu do Domu Ojca należy do najgłębszych przeżyć, jakie są dostępne dla człowieka na ziemi. Sami zresztą, klękając przed innym kapłanem z własnymi grzechami, znamy radość, jakiej doświadcza grzesznik, zyskując pewność odpuszczenia grzechów.

5. Mocne postanowienie poprawy i wynagrodzenie

W ramach refleksji nad tajemnicą pokuty i pojednania pragnę krótko zatrzymać się nad mocnym postanowieniem poprawy i zadośćuczynieniem.

Mocne postanowienie poprawy jest zawarte w odkryciu wielkości zła tkwiącego w grzechu. Jeśli ktoś nie dostrzega zła zawartego w grzechu, to może wyznać ten grzech, ale wróci do niego z powrotem. Nie potrafi go nikt przed tym grzechem ocalić, nawet gdyby był przywiązany łańcuchem, to i tak do grzechu wróci. Dlatego, że grzech zawsze czaruje pewnym dobrem. Tylko odkrycie prawdziwego dramatu grzechu jest skutecznym środkiem, który wstrzymuje nas od popełnienia

Następnych grzechów.

Pan Bóg nigdy nie zabrania ludziom grzeszyć, to znaczy nigdy nie posługuje się siłą, aby nas od grzechu oddzielić, zawsze odwołuje się do naszej mądrości i do dobrej woli. Bóg umieścił tylko znaki ostrzegawcze: Uwaga, trucizna! Uwaga, wysokie napięcie! Uwaga, niebezpieczny zakręt! To są Boże przykazania: Uwaga, nie cudzołóż! Uwaga, nie kradnij! Są to ostrzeżenia. Jeśli ktoś je lekceważy, nie może się dziwić, że wchodzi na drogę wiodącą do nieszczęścia. Tak należy podejść do szacunku dla naszej wolności i do miłości Boga, który wyraźnie ostrzega przed błędem.

Człowiek po grzechu powinien odkryć, ile stracił i ile zyskał. Ten bilans jest istotny i jeśli ktoś jest rzeczywiście mądry, potrafi zobaczyć zysk i stratę, i powinien podjąć decyzję, aby drugi raz tyle nie tracić. To wymaga doskonalenia silnej woli, a to jest praca na całe nasze życie. Ciągle istnieje możliwość duchowego rozwoju człowieka. Ta możliwość nie jest ograniczona ani czasem, ani latami, ani sytuacją, w jakiej się znajdujemy. Każdy z nas może być jutro lepszy aniżeli dzisiaj.

Mocne postanowienie poprawy to nie tylko decyzja, to konsekwencja doświadczenia zdobytego w grzechu. Pan Bóg dopuszcza, abyśmy popełnili błędy. Chce, abyśmy przez nie zmądrzeli. To trzeba odkryć. Podobnie dobrzy i kochający rodzice zgadzają się na błędy dziecka, by ono zdobywało doświadczenie i nie dokonało w życiu złych wyborów, które mogłyby doprowadzić do wielkiej tragedii. Dlatego prawdziwe nawrócenie zawsze połączone jest z odkryciem, iż moja wina jest błogosławiona, że jest to trudny odcinek, przez który Bóg mnie przeprowadził, abym jaśniej zobaczył pewne wartości. Iluż ludzi schodzi z drogi Bożych przykazań, a po kilku lub kilkunastu latach odkrywają wartość tej drogi, mówiąc: nigdy bym tego nie zobaczył, gdybym nie musiał przeżyć tego wszystkiego, co przeżyłem.

Żal za grzech jest drogą do miłości Boga i Jego miłosierdzia. Z tym łączy się również pragnienie wynagrodzenia. Pełne nawrócenie człowieka, czyli odkrycie czynu nieodpowiedzialnego, który pociągnął za sobą zło czy grzech innych ludzi, prowadzi do wynagrodzenia. Jeśli to jest naruszona sprawiedliwość, człowiek chce po sprawiedliwości swój błąd naprawić. A więc jeśli pożyczyłem magnetofon i zepsułem, to winienem oddać, nie tylko mówiąc: przepraszam, ale i pokryć wszystkie koszta naprawy tego urządzenia. Tego domaga się sprawiedliwość i dopóki jej nie ma, to sumienie jest niespokojne. Pewne czyny człowieka mogą mieć daleko idące konsekwencje. Oto młody człowiek jadąc nieostrożnie potrącił dziesięcioletnią dziewczynkę, która upadła, doznała urazu głowy i jest kaleką na całe życie. Po sprawiedliwości jest zobowiązany mieć udział w opiece nad tym dzieckiem, a później kobietą, ponieważ on jest winien jej kalectwa. Tego domaga się sumienie. Często ludzie próbują uciec od odpowiedzialności. Z punktu widzenia prawa państwowego jest to możliwe, ale z punktu widzenia odpowiedzialności w sumieniu przed Bogiem to jest niemożliwe. Znam człowieka, który jako wychowawca był na kolonii i zbagatelizował swój dyżur, na skutek czego utopiło się dziecko z jego grupy. Przeżył to niesamowicie głęboko, a po skończeniu Akademii Górniczej zgłosił się do ekipy ratowników i już kilka lat pracuje, narażając swoje życie dla ratowania innych. Powiedział, że dopiero wtedy, kiedy zaczął pracować ryzykując swoje życie, uspokoił swoje sumienie. To jest jego wynagrodzenie za brak odpowiedzialności za dzieci, które powierzyli mu rodzice.

Tak zwana pokuta podawana przy konfesjonale jest tylko symbolem. Nikt ze spowiedników nie zna realnych wymiarów naszego życia. Wynagrodzenie powinno uwzględniać rodzaj popełnionego grzechu. Sam człowiek powinien określić, w jaki sposób chce wynagrodzić Bogu za popełnione zło. To powinno należeć do przygotowania do spowiedzi. To jest dowód dojrzałej postawy. Jeśli ktoś nie pomagał żonie, powinien powiedzieć, że w najbliższych kilku dniach pomoże jej w porządkach w domu albo że przez najbliższe tygodnie zajmie się zakupami. Jeśli ktoś opuszcza Mszę św., powinien powiedzieć, pójdę na Mszę św. w tygodniu. To jest wynagrodzenie. Jeśli dziecko zaniedbało się w nauce, to powinno powiedzieć, że w ciągu tygodnia podniesie oceny z geografii i z języka angielskiego. Taka decyzja staje się znakiem dobrej i silnej woli. Człowiek w ten sposób doskonali siebie. Zarówno postanowienie poprawy, jak i wynagrodzenie są ukoronowaniem nawrócenia, czyli wewnętrznej postawy, w której człowiek bierze pełną odpowiedzialność za czyn i słowa, które były sprzeczne z wolą Pana Boga.

6. Sakrament nawrócenia

W sakramencie pokuty, który ustanowił Chrystus, chodzi o przywrócenie życia nadprzyrodzonego, które tracimy przez grzech ciężki. Taki jest cel ustanowienia tego sakramentu. W tym sakramencie uzyskujemy jednak przebaczenie wszystkich grzechów, również tak zwanych grzechów powszednich. Można powiedzieć w ten sposób, że jest to sakrament, w którym Chrystus czeka jako Lekarz, aby ratować człowieka wtedy, kiedy śmierć zagląda w jego oczy. Są choroby śmiertelne. Tak można podejść do grzechu ciężkiego. Natomiast są choroby, które nie zagrażają naszemu życiu, a również zwracamy się w nich do lekarza prosząc o jego pomoc. Można więc korzystać z sakramentu pokuty, przychodząc do niego tylko z grzechem powszednim.

Sakrament pokuty może służyć jako umocnienie wtedy, kiedy człowiek znajduje się w zasięgu wielkich pokus, na przykład pokusy przeciwko wierze albo pokusy samobójstwa. Jest to środek, który uodparnia na działanie zła. Takie okresy wzmożonej pokusy można przeżyć po wzmocnieniu w sakramencie pokuty. Jest on bardzo wskazany wtedy, kiedy znajdujemy się w bliskiej okazji do grzechu. Na przykład towarzystwo, które łamie Boże prawo na co dzień. Dziś przy pracy można dostać się do środowiska, które każdy dzień kończy alkoholem. Wtedy potrzebna jest siła, moc, aby współpracując z takimi ludźmi jednak nie zarazić się tą chorobą, która toczy ich serce. Sakrament pokuty nie tylko jedna nas z Bogiem, nie tylko oczyszcza, ale właśnie umacnia. Stąd liczne wezwania do korzystania z sakramentu pokuty w różnych sytuacjach.

Warto przy tej okazji przypomnieć, że grzechy powszednie mogą być zgładzone przy pomocy wielu innych środków, niekoniecznie trzeba podchodzić z nimi do konfesjonału. Jeden jest podstawowy warunek, zawsze musi być żal.

Jakie są środki gładzenia grzechów powszednich poza sakramentem pokuty? Asceza, wyrzeczenie. Ktoś zgrzeszył przez obżarstwo, to znaczy zjadł trzy razy więcej niż powinien, jest później przez dwa dni chory, niekoniecznie jest to grzech ciężki, chociaż w pewnych sytuacjach może być. Nawrócony, chce Panu Bogu pokazać, że on już więcej do tego nie dopuści i decyduje się przez trzy dni nie jeść jednego posiłku. Jest to asceza, jest to wyrzeczenie. Ponieważ żałuje tego, co uczynił, właśnie ten gest ascezy jest przez Boga przyjmowany jako wynagrodzenie i naprawia człowiek ten swój własny czyn. Może być odwrotnie: kobieta, która tak dba o swoją linię, że przez długi czas rezygnuje z jedzenia i wreszcie wpada w wielką anemię. Jeśli chce wynagrodzić Panu Bogu i zyskać przebaczenie, mobilizuje się, postanawiając, że będzie codziennie spożywać pełny obiad, pełną kolację. I wówczas w wykonaniu takiego postanowienia jest naprawa, jest równocześnie akt żalu. Człowiek może przez ascezę zyskać odpuszczenie grzechów powszednich. Dodam jednak, że kobieta, która ryzykuje swoim zdrowiem, życiem, może popełnić grzech ciężki przez dietę, która doprowadza do groźnej anemii. Ktoś jest wybuchowy i robi w domu awanturę. Jeśli po takiej awanturze przeprosi tych, którzy z tego powodu cierpieli i płakali, oraz zmobilizuje się, aby przez tydzień awantury nie robić, Pan Bóg, widząc jego dobrą wolę i mobilizację sił, przebaczy grzech.

W modlitwie Ojcze nasz mówimy: Ojcze, odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. Jeśli nasza modlitwa jest połączona z przebaczeniem tym, którzy nam wyrządzają krzywdę, posiada moc gładzącą grzechy.

Jałmużna, czyli dobry czyn. Chcemy wynagrodzić za swój własny brak miłości bliźniego i jest okazja, by pomóc bliźniemu. Wówczas Bóg, widząc ten dobry czyn miłości bliźniego, daruje grzechy powszednie, któreśmy popełnili.

Wreszcie każda Komunia święta. Jeśli przychodzę do Komunii świętej, wzbudzając wcześniej akt żalu, to Komunia święta gładzi moje grzechy powszednie.

Najczęściej korzystamy z tego ostatniego środka, to znaczy częstego przystępowania do Komunii św. Jesteśmy oczyszczeni z grzechów powszednich. Powstaje więc pytanie, po co przy konfesjonale je wymieniać. Już nie po to, aby były przebaczone, bo są przebaczone, ale po to, aby się zorientować, gdzie grozi nam poważne niebezpieczeństwo. Potrzebne to jest również do pewnej dyscypliny wewnętrznej, kiedy człowiek chce wyrzucić z siebie to, co uznaje za winę, by przez łaskę sakramentu bardziej otworzyć się na Boga.

Warto przy tej okazji przypomnieć, że istnieje możliwość uzyskania odpuszczenia grzechów nawet ciężkich, i to bardzo ciężkich, przez akt żalu doskonałego. Nie ma kapłana, nie ma możliwości nawiązania z nim kontaktu, a grozi nam lub komuś bliskiemu śmierć. Trzeba wówczas sięgnąć po ten środek. Aby to mogło być realne, człowiek musi przyzwyczaić się do wzbudzania takiego aktu żalu płynącego z miłości. Ten akt żalu jest przedstawiony w przypowieści o powrocie syna marnotrawnego do ojca. On nawet nie wyznał swoich grzechów, bo ojciec mu nie pozwolił. Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Tobie i przeciw niebu i został natychmiast przygarnięty. Jest to moment, w którym człowiek chce spojrzeć w twarz Boga jako kochającego Ojca z całą świadomością, że nie zawsze postępował w życiu jak dobry syn, że nie zawsze Ojciec mógł być z niego dumny. Ten moment, mogą to być sekundy, odgrywa decydującą rolę. Kto potrafi ten akt żalu wzbudzać wielokrotnie w swoim życiu, potrafi to również uczynić wtedy, kiedy znajdzie się w sytuacji, gdzie mimo pragnienia nie będzie możliwości nawiązania kontaktu z kapłanem. Jest to ważne dla niego, ale jest to również ważne dla tych ludzi, którzy umierają przy nas.

W wakacje rodzina wyjechała nad morze, zatrzymali się nad jeziorami i o godzinie drugiej w nocy umiera matka na serce, obudziła wszystkich, najstarszy syn wsiadł w samochód i pojechał po lekarza, natomiast pozostałe dzieci i mąż zgromadzili się przy matce. Żona widząc, że życie z niej uchodzi, przeprasza męża i dzieci. Wówczas mąż mówi: "I my przepraszamy ciebie, ale przeprośmy również Boga za to, co mogło Mu się nie podobać w naszym domu, bo za chwilę spotkasz się z Bogiem twarzą w twarz". To są zdania męża, który trzyma kochającą żonę na rękach. Najpiękniejsze zdania. Spóźnił się syn z lekarzem. Ale gdyby mężowi zabrakło odwagi i pokoju, nie podprowadziłby żony do spotkania z Bogiem. Ona uśmiechnęła się i z tym uśmiechem umarła. To był ostatni akt w jej życiu, dzięki przytomności męża. On w tej trudnej, zaskakującej chwili odwołał się do aktu żalu. To jest nasze chrześcijańskie zadanie. Może się zdarzyć, że ktoś będzie umierał przy nas, wtedy często myślimy o pogotowiu, denerwujemy się, że nie przyjeżdża, a nie myślimy o tym odniesieniu do Boga. Jeśli człowiek nie potrafi sam wzbudzić tego aktu, bo nie jest do tego przyzwyczajony, to nie potrafi również pamiętać o nim wtedy, kiedy przychodzi chwila przejścia do wieczności.

Sakrament pokuty jest instytucją, którą ustanowił Chrystus dla pojednania człowieka z Bogiem i z Kościołem. Dlatego na pierwszy plan wysuwa się przeproszenie Boga za grzechy i odebranie łaski pojednania, łaski uświęcającej. Na przestrzeni wieków ten sakrament został połączony również z kierownictwem duchowym. Dlatego do konfesjonału podchodzą ludzie nie tylko dlatego, że mają grzechy na sumieniu, ale i dlatego, że chcą pogłębić swoją modlitwę, wiarę, doskonalić miłość, chcą rozwijać swoje życie religijne. Wtedy nie chodzi tylko o wyznanie grzechów, lecz o pytania dotyczące etapów życia religijnego. Taka spowiedź wymaga więcej czasu i stałego kierownika.

Kończę refleksję nad sakramentem pokuty i pojednania. Przypominam, że jest to sakrament, w którym za każdym razem uobecnia się cud zmartwychwstania człowieka, zmartwychwstania duchowego. Życie nadprzyrodzone, które obumarło, zostaje wskrzeszone. Dlatego sakrament pokuty i pojednania został przez Chrystusa ustanowiony w dzień zmartwychwstania po wejściu do Wieczernika. Moc zmartwychwstałego Chrystusa została przekazana w kapłańskie ręce i za tę kapłańską, rozgrzeszającą rękę ciągle musimy Bogu dziękować.

Read More →

1. Eucharystia sercem Kościoła

Kościół, obejmujący dziś setki milionów ludzi, to wspólnota, w której obecny jest Zmartwychwstały Chrystus. On posługuje się tą wspólnotą dla uświęcenia świata.

Wiara w zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa stanowi fundament życia każdego chrześcijanina i całego Kościoła. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o wiarę w wydarzenie historyczne, które miało miejsce przed blisko dwu tysiącami lat. Przez wiarę w Zmartwychwstałego Chrystusa rozumiemy uznanie możliwości nawiązania kontaktu z Nim tu i teraz, a więc aktualną możliwość spotkania ze Zmartwychwstałym Chrystusem.

Jak długo Jezus przebywał na ziemi, tak długo był dostępny dla niewielkiej grupy ludzi w ściśle określonym miejscu, a więc jeśli przebywał w Nazarecie, nie można Go było spotkać w Kafarnaum; jeśli przebywał w Jerozolimie, nie można było z Nim rozmawiać w Betsaidzie. Po zmartwychwstaniu wszedł w świat wieczności, a ten świat przekracza bariery czasu i przestrzeni, co umożliwia Chrystusowi spotkanie z nami w każdym momencie i w każdym punkcie globu ziemskiego. Pan Jezus wyraźnie powiedział: Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata. Zmartwychwstały Chrystus jest z nami. Nie jest dostępny naszym doczesnym oczom, można Go jednak dojrzeć oczami wiary. Przyjął nowe formy swojej obecności w Kościele, jedną z najdoskonalszych form obecności jest Eucharystia. Mając na uwadze śmierć i swe zmartwychwstanie, Pan Jezus w Wielki Czwartek ustanowił pewien ryt świętej uczty, w której jest realnie obecny.

Kościół, o którym już mówimy od kilku miesięcy, to wciąż otwarty Wieczernik. Chcąc stworzyć ten ponadczasowy Wieczernik, Chrystus posługuje się wybranymi mężczyznami, których czyni kapłanami, i przez nich, z pokolenia na pokolenie, ustawicznie powtarza słowa: Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało Moje. W każdej Mszy świętej staje się obecny pod postacią chleba i wina. Ktokolwiek chce dziś odkryć tajemnicę Kościoła, musi wejść do Wieczernika i tak długo w nim przebywać, dopóki nie dostrzeże w nim, jako Gospodarza, Zmartwychwstałego Chrystusa.

Każda więc wspólnota eucharystyczna zebrana przy ołtarzu jest Wieczernikiem, jest doskonałym, pełnym Kościołem. Wszystkie wymiary Kościoła są aktualne w naszej wspólnocie zgromadzonej w tej świątyni. Z faktu obecności Chrystusa Zmartwychwstałego w Eucharystii wynikają pewne konsekwencje.

Pierwsza — wiara w obecność Jezusa w Eucharystii stanowi wykładnik chrześcijańskiej postawy. Tak zadecydował sam Pan Jezus. Pamiętamy z Ewangelii scenę, mówiącą o cudownym rozmnożeniu chleba. Chrystus jest otoczony kilku tysiącami mężczyzn, entuzjastycznie podchodzących do Niego. To godzina doczesnego tryumfu Jezusa. Wówczas zapowiada On ustanowienie Najświętszego Sakramentu i prawie wszyscy odchodzą, uważając, że jest to "twarda mowa". Mistrz stawia wówczas pytanie Dwunastu Apostołom, którzy nie bardzo mogli przeżyć tak wielką klęskę popularności swojego Mistrza: Czy i wy chcecie odejść? W tym wydarzeniu Chrystus zapowiada, że odniesienie do Eucharystii będzie wykładnikiem wiary. Tak jest w Kościele od pierwszego pokolenia.

Zlekceważenie przez chrześcijanina udziału w Mszy świętej niedzielnej było zawsze traktowane jako grzech ciężki, a w starożytnym Kościele trzykrotne zaniedbanie udziału w Eucharystii łączyło się z wyłączeniem danego człowieka ze wspólnoty Kościoła. Uważano, że jest to wystarczający dowód na to, że nie wierzy w Chrystusa, a do zbawienia nie wystarcza wiara w Boga, lecz jest potrzebna wiara w Zmartwychwstałego Chrystusa. Trzeba to mieć na uwadze obecnie, kiedy tysiące ludzi lekceważy niedzielną Mszę świętą.

Druga konsekwencja obecności Jezusa w Eucharystii to odkrycie wartości niedzieli jako dnia, w którym cały Kościół spotyka się ze Zmartwychwstałym Chrystusem. Starotestamentalny szabat przygotowywał do tego spotkania. Zmartwychwstały Jezus zaprasza w niedzielę do spotkania z Nim wszystkich wierzących. Dlatego Kościół, ze względu na Zmartwychwstanie Pana Jezusa, przeszedł ze świętowania starotestamentalnego szabatu na świętowanie niedzieli. To jest dzień Pański, w którym Kościół spotyka się ze Zmartwychwstałym Chrystusem. Ponieważ najdoskonalsze spotkanie jest możliwe tylko w Eucharystii, dlatego nie ma niedzieli bez uczestniczenia w Mszy świętej. Polskie określenie "niedziela", nie działać, czyli nie pracować, jest za mało ewangeliczne. W niedzielę nie wystarczy nie działać, ten dzień trzeba święcić. Dla wierzącego jest to dzień Pański, dzień spotkania ze Zmartwychwstałym Jezusem. Każda niedziela jest uroczystością spotkania człowieka ze Zmartwychwstałym Jezusem.

Trzecia konsekwencja faktu obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie dotyczy świątyni. Jest to dom będący własnością Chrystusa Zmartwychwstałego, On jest tu Gospodarzem. Każda świątynia katolicka jest Wieczernikiem, w którym Chrystus jest Gospodarzem. Z reguły dbamy o to, by ten nasz Wieczernik był piękny. Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo ubóstwienia Wieczernika, samego domu Bożego, kościoła jako świątyni, jako budowli. Wystarczy, że ten Wieczernik zostanie zbudowany jako arcydzieło architektury, ludzie zaczynają podchodzić wtedy do świątyni jak do dzieła sztuki, a nie szukają obecnego w niej Gospodarza. W Krakowie możemy obserwować to w podejściu na przykład do katedry wawelskiej. Ludzie przychodzą do niej nie po to, aby spotkać się ze Zmartwychwstałym Chrystusem obecnym w tabernakulum, lecz po to, aby zobaczyć grobowce, miejsce koronacji, by przypomnieć sobie historię. Pan Jezus obecny w tabernakulum jest ukryty w bocznej kaplicy, tylko płonąca lampka i napis wzywa do adoracji. Zwiedzający, wchodząc do Katedry, nie szukają jednak Gospodarza.

Podobnie jest w kościele mariackim. Pan Jezus musiał ustąpić miejsca i przenieść się do bocznego ołtarza, ponieważ w centrum świątyni jest arcydzieło — ołtarz Wita Stwosza. Zwiedzający przychodzą, aby podziwiać to arcydzieło, niewielu nawet pyta, gdzie jest Gospodarz, gdzie przebywa Zmartwychwstały Jezus Chrystus. Podobnie jest z katedrą w Oliwie, gdzie bóstwem są organy, i w wielu innych świątyniach. Nie chcę przez to powiedzieć, że wspaniały ołtarz Wita Stwosza i bogaty wystrój katedry na Wawelu przeszkadzają w spotkaniu z Chrystusem. Chcę tylko zaznaczyć, że ludzie nie dorastają do tego, aby przez piękno wystroju domu Bożego dotrzeć do Gospodarza, często gubią Go z oczu. To jest mniej więcej tak, jakby ktoś przyniósł do swego domu wspaniały mebel i odtąd przychodzący interesowaliby się wyłącznie meblem, nikt zaś nie zapytałby nawet o gospodarza. Taki mebel może zniszczyć całe życie domu. Cenne są arcydzieła w muzeum, ale muzeum nie jest domem. Świątynia jest Domem.

Wiara w obecność Chrystusa Zmartwychwstałego w Eucharystii zmusza do zupełnie innego podejścia do świątyni. Przychodzę tu spotkać się z Nim, a że On dysponuje wspaniałym wyposażeniem swego domu, to jest sprawa druga. Warto zwrócić uwagę na to, że Kościół zasadniczo dba, aby nawet cudowne obrazy, jeśli to tylko możliwe, były w bocznej kaplicy. W Krakowie mamy cudowne obrazy Matki Bożej u Ojców Dominikanów, u Franciszkanów, u Karmelitów na Piasku — wszędzie są one w bocznej kaplicy. Podobnie jest w sanktuariach maryjnych w Kalwarii Zebrzydowskiej czy w Częstochowie. To jest wielka mądrość Kościoła, aby obraz nie przysłonił rzeczywiście obecnego Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Wiadomo jednak, że decyzje mogą być bardzo mądre, a ludzie często nawiedzają kaplice Matki Bożej, a przed Panem Jezusem obecnym w Eucharystii w ogóle nawet nie uklękną. Taka jest rzeczywistość. Brakuje nam świadomości, iż w Kościele największym skarbem jest obecność Chrystusa Zmartwychwstałego w Eucharystii. Na szczęście jesteśmy w kościele, który przez błogosławionego ojca Honorata jest tak zaprojektowany, że w punkcie centralnym mamy Eucharystię, tu wszystko jest tak ukierunkowane, by pomagało w adoracji Najświętszego Sakramentu. Tak powinno być, wystrój kościoła, nawet najbogatszy, może służyć tylko i wyłącznie odkrywaniu i przeżywaniu spotkania z Jezusem Chrystusem obecnym w Eucharystii.

2. Kościół żyje przy ołtarzu

Kościół to Wieczernik, Wieczernik wciąż otwarty. Tydzień temu zwróciłem uwagę na to, że istnieją pewne konsekwencje Wieczernika wciąż otwartego dla każdego pokolenia. Stosunek do Eucharystii, do Jezusa ukrytego pod postacią chleba, jest wykładnikiem chrześcijańskiej wiary. Stosunek do niedzieli, a zwłaszcza do udziału w Mszy świętej, jest również wykładnikiem chrześcijańskiej wiary. Wreszcie stosunek do świątyni, do Wieczernika, którego Gospodarzem jest Chrystus, jest wykładnikiem naszej wiary.

Dziś pragnę skoncentrować uwagę na zgromadzonej przy ołtarzu naszej wspólnocie, która jest Kościołem. Jest to Kościół w skali mikroskopowej. Podobnie jak fizycy czy chemicy w atomie umieją dostrzec model kosmosu, a równocześnie jego najmniejszą cząstkę, jak biolog próbuje w genach dostrzec zakodowane dzieje całego organizmu, tak w naszej wspólnocie przy ołtarzu, we wspólnocie eucharystycznej, jest obecny cały Kościół. Ta nasza wspólnota jest modelem całego Kościoła i jest miejscem spotkania i przeżywania tajemnicy Kościoła. Wszystkie elementy Kościoła, o których mówiłem na przestrzeni ostatnich miesięcy, są obecne w naszej wspólnocie.

Wspólnota eucharystyczna jest powszechna. Zwróćmy uwagę na to, że przy ołtarzu jest miejsce dla dziecka, nawet takiego, które niewiele rozumie z tego, co się tu dzieje, i dla człowieka, który liczy sto lat. Powszechność uwidacznia się w tym, że przy ołtarzu znika różnica między mężczyzną i kobietą, przed Bogiem jesteśmy równi. Tu jest miejsce dla człowieka zdrowego i chorego, jest miejsce dla olimpijczyków ze złotymi medalami i dla kalekiego człowieka. Tu jest miejsce dla laureata nagrody Nobla i dla tego, kto nie umie pisać ani czytać. Siedzimy obok siebie i czujemy się braćmi. Tu jest miejsce dla największego grzesznika i dla największego świętego. To jest wspólnota otwarta dla każdego. Każda wspólnota eucharystyczna przekracza wszystkie bariery przynależności narodowej, rasowej, społecznej, wiekowej. To jest jedyna wspólnota na świecie, otwarta dla każdego. Jest tak powszechna. Do teatru nie pójdzie człowiek, który nie widzi; do filharmonii człowiek, który nie słyszy; ileż to sal może być dostępnych tylko i wyłącznie za bilety, biedny do nich nie wejdzie. Kościół jest otwarty dla każdego. Nie ma wspólnoty tak powszechnej, jak wspólnota eucharystyczna. Ten wymiar naszej wspólnoty trzeba dostrzec.

Kościół jest jeden, bo Eucharystia jest jedna. Jest jedna i ta sama wtedy, kiedy celebruje ją osobiście papież, i wtedy, kiedy sprawuje ją kapłan przy łożu chorego. Jest identyczna w Krakowie, w Korei i na Alasce. Ta sama, jedna, zmienia się tylko oprawa zewnętrzna, szaty liturgiczne, śpiewy, melodie, ale sama istota Eucharystii jest ta sama. Ona też jest jednym z najpiękniejszych znaków jedności, którym posługuje się ludzkość. Jest jedna również w aspekcie dziejowym. Ta sama Eucharystia sprawowana przez św. Pawła, św. Augustyna, w tej samej Eucharystii uczestniczył św. Franciszek, ta sama Eucharystia podawana przez dwa- dzieścia wieków. Znak jedności i twórcza moc. Ona łączy małżonków w sakramentalnym związku, ona łączy rodziny, ona jest najskuteczniejszym spoiwem jednoczącym ludzi.

Przychodzimy na Mszę świętą, podchodzimy do ołtarza po to, aby zjednoczyć się z Bogiem, ale wcześniej próbujemy się pojednać z naszymi braćmi. W wielu chrześcijańskich rodzinach jest taki zwyczaj, że w niedzielę, już po ubraniu się, kiedy domownicy mają wyjść na Eucharystię, mąż przeprasza żonę, dzieci przepraszają rodziców. Eucharystia tworzy jedność. Nie zawsze ta jedność jest przeżywana wzajemnie, ale ten, kto przychodzi do kościoła, musi umieć przebaczyć i pojednać się ze swoimi bliźnimi, nawet jeśli oni na to pojednanie nie czekają. On musi być pojednany. Eucharystia jest znakiem jedności i mocą jednoczącą ludzi.

Nasza wspólnota jest apostolska. Ten pochodzący od Chrystusa łańcuch rąk, o którym mówiłem, rąk spoczywających kolejno na głowach biskupów, sięga naszej wspólnoty. Na moją głowę biskup krakowski, wówczas kardynał Wojtyła, złożył swoje ręce, przekazując mi kapłańską, apostolską władzę sprawowania Eucharystii. Jako kapłan, będący tu przy ołtarzu z wami, pomagam w odkryciu tajemnicy apostolskości Kościoła. Eucharystia zawsze rodzi się w kapłańskich rękach i kapłan przypomina apostolskie pochodzenie Kościoła.

Gdyby tu był biskup i z nami sprawował Eucharystię, to mielibyśmy jeszcze jeden wspaniały dar, którego bez niego nie posiadamy. Biskup mógłby wyświęcić na kapłana kogoś z naszej wspólnoty. On posiada tę władzę, ja jako kapłan jej nie mam. Gdyby biskup wyświęcił kogoś z was na kapłana, wtedy umożliwiłby powstanie nowej eucharystycznej wspólnoty. Kościół w ten sposób się rozrasta. Tylko tej jednej władzy tu przy ołtarzu nie posiadamy. Możemy jednak wychować w naszej wspólnocie człowieka, na którego biskup włoży swoje ręce, i w ten sposób przyczyniać się do wzrostu Kościoła, do powstawania nowej wspólnoty eucharystycznej.

Nasza wspólnota jest święta. Jest święta, bo zostaliśmy ochrzczeni: jest święta, bo w jakiejś mierze w sercu każdego z nas jest wiara. Jest święta, co przypomniałem na samym początku, kierując do was słowa: "Miłość Boga Ojca, łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa i dar jedności w Duchu Świętym, niech będą z wami wszystkimi". Bóg w Trójcy Świętej jest z nami. Ta wspólnota jest święta, ponieważ za chwilę będziemy świadkami uświęcenia chleba i wina. Odkąd Chrystus będzie obecny wśród nas pod postaciami chleba i wina, znajdziemy się w zasięgu szczególnego oddziaływania Jego świętości.

Eucharystia jest jak pierwiastek promieniotwórczy emitujący Boską energię. Zostaniemy napromieniowani nią w takiej mierze, w jakiej potrafimy otworzyć swoje serce. Podejdziemy do Komunii, aby ten Boży pierwiastek włożyć w swoje serce, wyjść na ulicę, wrócić do domu i promieniować świętością samego Boga. Po to tu przyszliśmy, nic innego nie było celem wejścia do świątyni, tylko podejście do tego źródła potężnej Bożej energii, która promieniuje z Eucharystii i wypełnia nas swoją świętością.

Niewielu chrześcijan rozumie te Boskie wymiary wspólnoty zgromadzonej przy ołtarzu. Zależy to od głębi naszej wiary. Jeśli człowiek posiada słabą wiarę, dostrzega tylko ludzkie wymiary tego spotkania, a więc idę, bo muszę, jestem podporządkowany wymogom prawa. Jestem obecny, bo się boję grzechu. W takim podejściu dostrzegamy najczęściej słabości wspólnoty ołtarza. Dziecko przeszkadza, człowiek, który nie bardzo słyszy, zachowuje się tak, że będzie nam utrudniał modlitwę, kapłan nie dba o estetykę znaków itp. W takiej sytuacji człowiek zaczyna się denerwować, a nawet ma pretensje, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Oto niebezpieczeństwo zatrzymania się na samym opakowaniu. Jeśli jednak zobaczymy oczami wiary naszą wspólnotę, którą zgromadził tu sam Bóg, wtedy odkryjemy wielkie bogactwo tajemnicy powszechności, jedności, apostolskości, a przede wszystkim świętości Kościoła. Wtedy człowiekowi już ludzkie wymiary wspólnoty nie przeszkadzają. Jest nastawiony na Chrystusa, na to, aby zbliżyć się jak najbardziej do Niego i wyjść ubogaconym, mieć moc i siłę do twórczego przeżycia całego tygodnia.

3. Pieśń wdzięczności

Podchodzi do mnie człowiek z ciekawą prośbą. Dopiero co zapłaciłem za prąd elektryczny, zapłaciłem dużo pieniedzy i nagle sobie uświadomiłem, że nigdy nie zapłaciłem za ten prąd, za to źródło energii, z którego korzystam przez całe życie. Mam ponad pięćdziesiąt lat, ale ani razu nie powiedziałem Bogu: "dziękuję" za słońce. Niech ksiądz złoży ofiarę dziękczynną Bogu za słońce, dzięki któremu rozwija się na ziemi wszelkie życie.

Rozradowałem się, ponieważ ten człowiek dostrzegł jeden z milionów elementów stworzonego świata. Zauważył dar, którego przez tyle lat nie potrafił odkryć, mimo że korzystał z niego codziennie. Dostrzegł wielkość daru i dostrzegł Boga — Dawcę daru. To jest ważny etap w rozwoju człowieka, gdy zaczyna rozumieć, dlaczego autor natchniony opis każdego dnia dzieła stworzenia kończy zdaniem: a widział Bóg, że było dobre, zaś opis stworzenia człowieka i ukończenia dzieła podsumowuje stwierdzeniem: a widział Bóg, że wszystko było bardzo dobre.

Trzeba dużo dojrzałości, zanim człowiek odkryje, że cały wspaniały świat razem z człowiekiem jest bardzo dobry. Nie był, lecz jest bardzo dobry, jest wspaniały, jest zdumiewająco piękny. Trzeba to odkrywać szczegół po szczególe. Kiedy autor natchniony opisuje szczegóły, mówi, że są dobre, ale kiedy mówi o całości, stwierdza, że jest bardzo dobra. Piękno harmonii całości jest o wiele wspanialsze, aniżeli piękno jednego szczegółu. Św. Augustyn, który wielokrotnie komentuje opis stworzenia świata, powiada, że piękna jest ręka, ale bardzo piękna jest dopiero wtedy, kiedy zobaczymy ją w całym ciele; że piękne i niezwykle ciekawie jest zbudowane oko, ale bardzo piękne jest wtedy, kiedy zobaczymy jego funkcję w całym ciele. Dopiero ten, kto potrafi spojrzeć na całość, dostrzeże, że dzieło Boga jest dobre i piękne. Umiejętność dostrzeżenia wielkiego dzieła Bożego świadczy nie tylko o dojrzałości człowieka, ale o wysokim stopniu jego religijności. Wtedy dopiero człowiek zaczyna autentycznie dziękować, to wtedy odkrywa, że pięćdziesiąt lat korzystał ze słońca, a nigdy nie dziękował za to wspaniałe źródło energii.

Taki człowiek stopniowo odkrywa bogactwo własnego życia. Dziękuje za rodziców, za dom, za serce matki, serce ojca. Czasami jego wspomnienia rodzinne mogą być smutne, ale bogactwo domu, bogactwo lat, które są za nim, jest tak niesamowicie wielkie, że to, co było niedoskonałe, jest stosunkowo maleńkim procentem drogocennej całości. To zło próbuje nas zatrzymać przy tym, co bolesne, co słabe, przy tym, co nas zraniło. Ale kiedy się obiektywnie oceni swoje życie, serce natychmiast zaczyna śpiewać Magnificat za miliony darów, jakie składają się na każdy rok naszego życia.

Dziękczynienie jest potrzebą ludzkiego serca, człowiek staje się szczęśliwy dziękując, dostrzegając bogactwo Bożych darów i umiejąc za nie dziękować Bogu. Dlatego spotkanie przy ołtarzu jest zawsze dziękczynieniem. To jest spotkanie ludzi, którzy chcą Bogu dziękować. Przynajmniej raz w tygodniu chcą podejść do ołtarza, by świadomie dziękować za słońce, wodę, ziemię, chleb; za to, że nogi przyniosły ich do kościoła; za ręce, które pracują; za serce, które bije; za spotkanych ludzi, za każdą godzinę minionego tygodnia.

Przychodzimy, by szczególnie podziękować za to, co Zbawiciel dla nas uczynił. Nawiążę do św. Augustyna, który pięknie ukazuje, na czym polega wdzięczność chrześcijanina. On odkrył nie tylko bogactwo darów, jakim jest wspaniały wszechświat, ale odkrył również bogactwo miłosierdzia Bożego i Jego łaski wobec człowieka. Św. Augustyn powiada, że Pan Bóg stworzył wiele natur, które są poukładane w piękną hierarchię, to jest mniej więcej tak jak złoto, srebro, ołów. Wartość złota jest jednak większa niż srebra, wartość srebra większa niż ołowiu. Ale Bóg nie tylko stworzył różne natury, ale w każdej z nich ukształtował inne, wspaniałe arcydzieła. Przepiękny puchar ze złota jest podziwiany nie tylko z racji wartości samego kruszcu, ale i artyzmu, który nadał kształt złotu. Może się jednak zdarzyć, że wspaniały puchar ze srebra jako dzieło sztuki będzie tysiące razy bardziej wartościowy aniżeli nieukształtowana bryła złota.

Św. Augustyn powiada, że z rąk Pana Boga wyszły wspaniałe arcydzieła, a na dole był słaby człowiek ze słabego materiału, ulepiony z ziemi, ale był Bożym arcydziełem. W pewnym momencie te wielkie arcydzieła ze złota odwróciły się od Boga i stopiły w bryłę, straciły nadany przez Boga kształt. Na tym polegał upadek anioła. Wprawdzie z punktu widzenia wartości "materiału" on ciągle jest tysiące razy więcej wart niż człowiek, bo człowiek jest z ziemi, ale człowiek jako arcydzieło stworzone przez Pana Boga nie stracił swego piękna. I właśnie dlatego, że nie stracił, jest wyniesiony ponad bryłę złota, która powstała z pięknego pucharu. Gromadzimy się przy ołtarzu, aby podziękować Panu Bogu za to, że pochylił się nad nami, gdyśmy się rozsypali, i na nowo nas ukształtował. On chce nas przenieść do nieba jakby dla upokorzenia wszystkich inteligentnych duchów, by powiedzieć: z ziemi jest to arcydzieło, ale będzie wyżej od was wszystkich, dlatego że Mi zawierzyło. To jest wielkość łaski.

My, którzyśmy doświadczyli miłosierdzia Bożego, którzyśmy przez łaskę wiary odzyskali i udoskonalili swój kształt Bożego arcydzieła, mimo iż z punktu widzenia natury jesteśmy zbudowani z taniego materiału, zostajemy przez Pana Boga wyniesieni ponad wszelkie stworzenie. Chrześcijanin, który to odkrywa i przeżywa, jest wdzięczny Bogu. On doskonale wie, że ciągle jest naczyniem glinianym i wystarczy jedno stuknięcie, by się rozsypał. Wie też, że trzeba Bogu podziękować za każdy dzień, jeśli w nim nie uległ zniszczeniu, bo zło ciągle próbuje nas rozbić. Człowiek, który to odkrył, chce spotkać się we wspólnocie, która myśli podobnie, i chce dziękować Bogu nie tylko za wspaniały świat, za wielkość darów, ale chce dziękować Bogu za Jego nieskończone miłosierdzie.

Kościół to wspólnota ludzi na ziemi, która ma oczy otwarte na wielkość Bożych darów i która ustawicznie śpiewa Bogu hymn dziękczynienia. To zadanie Kościoła zostanie na wieki. Przez wieczność będziemy wielbić Boga za miłosierdzie i łaskę nam wyświadczoną.

Spotkanie przy ołtarzu to wielka pieśń dziękczynna wielbiąca Boga. Czy można taką pieśń zlekceważyć, opuścić, zaniedbać? Czy brak tej pieśni nie jest znakiem wygasającej wiary, ślepoty człowieka, odejścia od Kościoła i Boga?

4. Bogactwo Liturgii Słowa

Kościół jest miejscem spotkania Boga z człowiekiem i człowieka z Bogiem. Ostatnie nasze rozważania pozwalają nam odkryć, że sercem Kościoła jest wspólnota sprawująca Eucharystię. Dziś chciałbym zwrócić uwagę na niezwykłą mądrość, jaką Kościół zawarł w układzie Liturgii Eucharystycznej. Cała struktura Mszy świętej jest jednym z wielkich arcydzieł wypracowanych na przestrzeni wieków. Jest ona tak pomyślana, żeby pomóc człowiekowi w odkryciu i przeżyciu zarówno tajemnicy Kościoła, jak i tajemnicy pełnego zjednoczenia z Bogiem. Jesteśmy do tego stopnia przyzwyczajeni do Mszy świętej, że rutyna przeszkadza nam w odkrywaniu i pełnym przeżywaniu poszczególnych elementów, które składają się na bogactwo Liturgii Eucharystycznej. Od czasu do czasu trzeba przypomnieć sobie to bogactwo oraz odkryć na nowo sens poszczególnych elementów świętej Ofiary.

Pragnę dziś zatrzymać się na pierwszej części Mszy świętej, która w całości jest Bożą Ucztą. Wchodzimy do kościoła i na progu sługa samego Boga, ustanowiony przez Niego kapłan, wita nas słowami: "Pan z wami" lub "Miłość Boga Ojca, łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami wszystkimi". To pozdrowienie zmierza do uświadomienia wszystkim, że stanowimy Zgromadzenie Święte, że spotykamy się w Imię Boga.

Następnie, ponieważ zostaliśmy zaproszeni do wspaniałego pałacu i znajdujemy się w przedpokoju, ten sam sługa wzywa nas do spojrzenia na siebie. Podprowadza nas do lustra. Za chwilę bowiem mamy przekroczyć próg salonu, gdzie czeka nas Gospodarz. Kapłan wzywa do aktu pokutnego. Trzeba w nim odkryć, kim rzeczywiście jesteśmy, w jakim stopniu jesteśmy przygotowani do spotkania z Bogiem. Trzeba przez chwilę uważnie spojrzeć na siebie. Dla jednych jest to chwila niezwykle uroczysta, dlatego że są przygotowani, jak żołnierz w galowym stroju czy dama, która przygotowywała się długo na uroczyste przyjęcie. Dla innych może to być spojrzenie człowieka chorego, w gipsie, w piżamie, który został wprawdzie zaproszony, ale jest wewnęrznie połamany i w tym lustrze prawdy widzi siebie takim, jakim jest. To autentyczne spojrzenie na siebie jest istotne i należy do podstawowych elementów życia religijnego. Wezwanie kapłana jest połączone z chwilą milczenia, ponieważ każdy winien skupić się przed lustrem, by zobaczyć siebie, by nie przeoczyć nawet najmniejszej niedoskonałości. Dlatego po wezwaniu do aktu pokutnego jest przewidziana chwila ciszy. Nie trwa to jednak długo, ponieważ zostaliśmy zaproszeni przez samego Boga, nie wolno więc zatrzymywać się na sobie.

Kapłan wzywa do przejścia do salonu i w tym momencie, kiedy przekraczamy jego próg, wita nas Gospodarz. To spotkanie na progu salonu jest połączone z wielką radością wchodzących, wyśpiewaną w hymnie "Chwała na wysokości Bogu". Ten hymn radości odwraca uwagę od nas i koncentruje ją już na Bogu w Trójcy Jedynym, Ojcu, Synu i Duchu Świętym. Odtąd już nasza uwaga winna być skoncentrowana całkowicie na Gospodarzu. Z punktu widzenia psychologicznego to przejście jest ważne. Są tacy, którzy przychodzą do ołtarza i nie potrafią nawet popatrzeć na siebie, ciągle zajmują się tym, co zostawili na ulicy czy w domu. Weszli do przedpokoju, nie spojrzeli na siebie w lustrze prawdy i nie potrafią odkryć, jak wielkie czeka ich spotkanie. Inni zatrzymują się tylko na sobie. Msza święta się kończy, a oni ciągle patrzą na siebie, płaczą nad sobą, rozdzierają swoje szaty. To ci, którzy nie przeszli z aktu pokutnego do wyśpiewania "Chwała na wysokości Bogu". Wielki błąd. Proszę zwrócić uwagę na to, że w Mszy świętej, która mniej więcej mieści się w sześćdziesięciu minutach, czas zatrzymania się na sobie jest stosunkowo bardzo krótki. Dlatego, że w czasie Świętej Ofiary człowiek nie może być w centrum uwagi. W centrum uwagi jest Bóg i dlatego hymn "Chwała na wysokości Bogu" ma nas wyprostować i skoncentrować uwagę już wyłącznie na samym Bogu.

Po tym hymnie Gospodarz zaprasza do rozmowy. Rozpoczyna się Liturgia Słowa. On ma nam wiele do powiedzenia i pierwszy kieruje do nas słowo, jest ono zawarte w Piśmie Świętym. W niedzielnej liturgii czytamy cztery fragmenty z Biblii. Dwa ze Starego Testamentu, drugim jest zawsze Psalm, i dwa z Nowego Testamentu. Szczególne miejsce zajmuje tu Ewangelia. Jest to słowo Boga skierowane do każdego z nas w tej konkretnej sytuacji, w jakiej gromadzimy się przy ołtarzu.

Umiejętność otwarcia serca na to słowo, wysłuchania go ze skupieniem i odkrycia, co w tym Słowie jest dziś adresowane do mnie, decyduje o owocności spotkania z Gospodarzem. Trzeba uważać, byśmy nie popełnili nietaktu, zajmując się zupełnie czym innym, nie słuchając przemawiającego do nas Boga. Słowo Pisma Świętego jest trudne, niektóre jego fragmenty są bardzo trudne, co mobilizuje do ciągłego szukania i pogłębiania religijnej wiedzy.

Warto pamiętać, że wszelkie nauczanie w Kościele jest skoncentrowane na nauczaniu liturgicznym. Cała katecheza prowadzi do tego, byśmy dobrze rozumieli słowo Boże. Rekolekcje i wszystkie publikacje, które mają pieczęć aprobaty Kościoła, za cel stawiają sobie podprowadzenie do pełniejszego zrozumienia słowa Bożego.

Druga część Liturgii Słowa to kazanie. Jest ono próbą ukazania, jak słowo Boże odpowiada na sytuację, w której się aktualnie znajdujemy. Kaznodzieja ma przekazać z bogactwa Objawienia to, co jest najbardziej potrzebne słuchaczom w chwili obecnej. Ta aktualizacja zależy od niego. Kazanie jest wynikiem ścisłej współpracy mówiącego i słuchaczy. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, w jakiej mierze wy stawiacie wymagania, wasza postawa i sposób słuchania zmusza nas do odpowiedzi na wasze zapotrzebowanie. Kazanie to nasze wspólne dzieło, bo wspólnie usiłujemy zobaczyć, co dziś jest ważne, aktualne, co z całego bogactwa zawartego w Piśmie Świętym i Tradycji może nas szczególnie ubogacić.

Jest jeszcze jeden element Liturgii Słowa, zalecany przez Sobór i nie zawsze wprowadzany w życie. Chodzi o odbiór usłyszanego słowa. Dlatego po kazaniu jest potrzebne pewne wyciszenie, chwila milczenia, by słowo, które zostało przekazane, zostało indywidualnie przyjęte. Skuteczność spotkania ze słowem Bożym w dużej mierze zależy od tego wyciszenia.

Niedaleko mego domu rodzinnego był kołodziej. Ciągle u niego byli ludzie. Przychodzili nie tylko w sprawach czysto zawodowych, aby zrobił dobre koło, ale również, aby z nim porozmawiać. Zawsze mnie zastanawiało to, że on sam był małomówny, a ile razy weszło się do jego warsztatu, ktoś z nim rozmawiał. On pracował i słuchał, czasem stawiał pytanie, milczał i dalej pracował. Niekiedy pytano go: Józefie, co robicie?, a on odpowiadał: myślę nad tym, co usłyszałem. Myślał i dopiero po pewnym czasie dawał odpowiedź. Dziś po wielu latach rozumiem, że do tego człowieka przychodzili ludzie dlatego, że on potrafił ich wysłuchać. On przyjmował to, co powiedzieli, a później ukazywał właściwą drogę rozwiązywania ich problemów. Józefie, co robicie? — "myślę".

Słowo Boże przekazane przy ołtarzu wymaga przyjęcia, zastanowienia, indywidualnego potraktowania. Jak długo czytam i wyjaśniam wam słowo Boże, jestem podobny do tego, który stawia na stół wiele potraw. Można siedzieć przy stole i obserwować samo napełnianie stołu, nic nie jedząc. W pewnym momencie kończy się podawanie słowa Bożego i mówimy "Wierzę w Boga Ojca" i już nie ma czasu na jedzenie, a trzeba przynajmniej po jedną porcję sięgnąć i spożyć ją, przyswoić sobie. Dlatego do całości Liturgii Słowa należy chwila milczenia. Tak było w Kościele na przestrzeni wieków. W starożytnym Kościele kazania trwały długo, dwie, trzy godziny, a mimo to zachowywano chwilę milczenia. Może tu należałoby szukać źródła skuteczności słowa Bożego przekazywanego w starożytnym Kościele. Oni mieli czas na jego przyjęcie.

Głoszenie słowa Bożego to odpowiedzialna funkcja. Kapłan jest odpowiedzialny za przekaz prawdy Bożej, jest odpowiedzialny za to, by w formie czystej przekazywać naukę Boga, a nie ludzi, a więc nie naukę współczesnych filozofów, psychologów, socjologów, polityków. To ma być słowo Boże. Jest również odpowiedzialny za czas. Czas zawsze jest cenny, a przy ołtarzu niezwykle cenny. Proszę sobie uświadomić, że kazania, przez dziesięć minut, słucha sześćset osób i gdyby te dziesięć minut było zmarnowane, to w sumie mamy stratę stu godzin, bo każdy słuchacz traci dziesięć minut. Jest to olbrzymia odpowiedzialność, zamiast pustego mówienia lepiej byłoby przeznaczyć ten czas na modlitwę.

Następna część Mszy świętej, Ofiara i Uczta Ofiarna, będzie przedmiotem naszej refleksji za tydzień. Chciałbym teraz przeznaczyć minutę na refleksję nad pytaniem: jak wykorzystuję czas spędzony w kościele?

5. Ludzkie dary w Bożych rękach

W ostatnim rozważaniu zwróciłem uwagę na to, że przychodząc do ołtarza, aby wziąć udział w świętej Ofierze, korzystamy z zaproszenia, jakie skierował do nas sam Gospodarz Wieczernika, Jezus Chrystus. Odpowiadamy na to zaproszenie, chcąc wziąć udział w uczcie razem z Bogiem. Zasygnalizowałem, że na samym początku ma miejsce akt pokutny, który porównałem do wejścia do przedpokoju, gdzie jest ustawione lustro i trzeba w nie przez moment spojrzeć, aby zobaczyć siebie w prawdzie. Trwa to krótko, bo w Wieczerniku nie można zatrzymywać się na sobie, trzeba zatrzymywać się na Gospodarzu. Z przedpokoju przechodzimy do salonu, gdzie następuje uroczyste powitanie Gospodarza, jest nim hymn "Chwała na wysokości Bogu", odtąd nasza uwaga jest skoncentrowana na Bogu, na tajemnicy Trójcy Świętej.

W salonie Bóg kieruje do nas swoje Słowo. Czas pobytu w tym salonie dzieli się na trzy części: słuchamy słowa Bożego, zawartego w Księgach Pisma Świętego, aktualizujemy słowo Boże w kazaniu i przez chwilę milczenia próbujemy to słowo przyjąć i zatrzymać u siebie.

Jakie są dalsze dzieje gości zaproszonych przez Chrystusa do Wieczernika? W odpowiedzi na usłyszane słowo Boże wyznajemy wiarę. Czynimy to nie tylko ustami, ale i sercem, dlatego wyznanie wiary jest w liczbie pojedynczej. "Wierzę w jednego Boga".

Po wyznaniu wiary Pan Bóg słucha naszych najbardziej aktualnych próśb. Jest to tak zwana Modlitwa Wiernych. Mówimy Bogu o tym, co jest aktualne w świecie, w Kościele, w narodzie, w diecezji i w naszej wspólnocie. Ta modlitwa powinna być, jeśli to możliwe, przygotowywana przez uczestników, a nie przez kapłana. Po Modlitwie Wiernych rozpoczyna się Ofiarna Uczta.

Zajmujemy miejsca przy stole i podajemy dary. Ponieważ jesteśmy zaproszeni na ucztę, niesiemy swoje dary. Chcemy mieć w tej uczcie swój udział. Nie chodzi tu o prezent, lecz o dar stołu, który ma wyrazić naszą radość i wdzięczność za zaproszenie. Tym darem jest chleb i wino. Chleb jest symbolem naszego życia, a więc tego, co mamy najcenniejsze. Życie na ziemi jest skoncentrowane wokół troski o chleb. Dar ten przynosimy, wiedząc, że potrafimy nim rozradować wszystkich uczestników, że po ten dar sięgnie każdy siedzący przy stole. Gdyby Bóg nie stał się człowiekiem, sam nie potrzebowałby chleba. Bóg nie ma potrzeby jedzenia. Odkąd jednak Syn Boga stał się Człowiekiem i zasiadł z nami przy stole, zna z doświadczenia smak chleba i wina i można w Jego ręce złożyć te nasze ludzkie dary, wiedząc, że On również razem z nami będzie je spożywał. To jest piękny dar. Wśród wszystkich darów, jakie można przynieść dla kogoś, kogo się kocha, najwymowniejszym darem jest dobry chleb.

Symbolika wina jest nam również znana, to znak naszej radości. Przy uroczystym spotkaniu chcemy mieć wino, bo owocem mądrze używanego alkoholu jest radość. Kiedy uwzględnimy proces powstawania wina (u nas nie ma winnic, i obraz jest mało czytelny), to odkryjemy, że wino powstaje w tłoczni przez niszczenie gron. One muszą być miażdżone po to, aby wydały sok. Ten obraz powstawania wina w Starym Testamencie i w całej kulturze śródziemnomorskiej łączono z cierpieniem. Dlatego kielich wina jest symbolem radości i cierpienia. Przynosimy dar wina, składamy w ręce Gospodarza, czyli Chrystusa, wyrażając zarówno swoją radość, jak i cierpienie, często nie tylko swoje, ale wielu bliskich.

Przy ołtarzu chleb składamy na patenie. Warto zwrócić uwagę na to, że z punktu widzenia praktycznego ta patena ma dwa wymiary. Jeden — to ta mała, złocona, na której spoczywa chleb; drugi, większy to taca. Chcąc umożliwić nam osobisty udział w świętej Ofierze, w przyniesieniu swojego własnego daru, sługa ołtarza wychodzi i podchodzi do każdego, i kto chce, może część swojego trudu, swojej pracy, część swojego chleba złożyć na tę tacę.

Kiedy wasz pieniądz jako ofiara spocznie na tacy, staje się świętym i nie może być wykorzystany do żadnych innych celów, tylko do celów świętych. Wasze pieniądze złożone na tacy są wykorzystane na utrzymanie kościoła, zapłatę za prąd elektryczny, świece, szaty liturgiczne, odnowienie kościoła, utrzymanie czystości kościoła, ogrzewanie. Sami dobrze wiecie, ile jest wydatków związanych z utrzymaniem takiego dużego obiektu sakralnego. Te pieniądze nie mogą być wykorzystane inaczej. Część z nich z polecenia biskupa jest przeznaczona na wielkie dzieła Kościoła, na misje, budowę kościołów, na utrzymanie seminarium, gdzie kształcą się księża, na katolickie uczelnie. Żaden kapłan nie może z tacy wziąć na swoje utrzymanie ani złotówki. To jest ta wasza patena, na której składacie część swojego chleba, swojej pracy, swojego trudu.

Na dar związany z ołtarzem składa się jeszcze jedna ofiara, ofiara indywidualna człowieka, który zamawia Mszę świętą w wybranej przez siebie intencji. Cieszę się, że coraz częściej przynosicie intencje, które są nie tylko waszymi osobistymi, ale dotyczą wspólnoty. Dostrzegacie, że ta ofiara jest nie tylko indywidualna, lecz obejmuje wszystkich. Te pieniądze złożone na ręce kapłana, kiedy zamawiacie Mszę świętą, w dużym procencie pozostają do dyspozycji kapłana. Ponieważ w Polsce po wojnie duchowieństwo nie miało żadnych innych źródeł utrzymania, ustalono, z wielkim zrozumieniem wiernych, że ofiara na Mszę świętą będzie wynosiła mniej więcej tyle, ile wynosi przeciętne dzienne utrzymanie człowieka, to jest jedną trzydziestą średniej pensji. Oczywiście ofiara może być wyższa i niższa, ale mniej więcej taka jest miara.

Chciałbym wyraźnie podkreślić, że ofiarowanie, ważna część Mszy świętej, mówi nam o tajemnicy Kościoła, który ciągle ofiaruje Bogu to, co ludzkość otrzymuje od Niego.

Proszę zatrzymać się przy pytaniu: co ja dziś przyniosłem do ołtarza, jaki jest mój dar? W jakiej mierze rozumiem oddanie Bogu w ofierze części swojej pracy.

6. Własne miejsce przy Bożym Stole

Od kilku tygodni odkrywamy tajemnicę Kościoła obecną w Wieczerniku. Zaproszeni jesteśmy na ucztę przez samego Chrystusa. Ostatnio mówiłem o składaniu na ręce Gospodarza naszych ludzkich darów, o symbolice chleba oraz wina. Jezus Chrystus, który jest w Wieczerniku Gospodarzem, przyjmuje te dary i zaprasza nas do zajęcia miejsca przy stole.

Chcąc uchwycić coś z tajemnicy nieba, o której mówi Chrystus w Wieczerniku, trzeba dostrzec trzy prawdy. Pierwszą jest prawda o domu. Niebo to ojcowski dom. W sercu każdego człowieka istnieje pragnienie rodzinnego domu. Niebo to taki rodzinny dom. W tym domu każdy z nas ma mieszkanie. Jest to druga prawda, którą trzeba zauważyć. Jezus jasno powiada: Idę przygotować wam miejsce … w domu Ojca mojego jest mieszkań wiele. Każdy człowiek potrzebuje do szczęścia własnego mieszkania. Chodzi o to wyjątkowe miejsce w domu, gdzie tylko on jest panem. Trzecia prawda dotyczy naszego miejsca przy stole. W domu jest wspólny stół, rodzinny stół, i każdy ma wyznaczone przy nim miejsce.

Ołtarz, przy którym się gromadzimy, jest stołem nieba, dotykającym ziemi. To jest ten stół niebieski. Przy tym stole każdy z nas ma swoje własne miejsce. Jeśli ktoś — zaproszony w niedzielę na ucztę przez samego Chrystusa — nie przyjdzie, nie zajmie tego miejsca, to ono zostaje puste. Nikt tego miejsca nie zajmie. Kimkolwiek jest nieobecny, może być usprawiedliwiony tylko przez samego Gospodarza. Natomiast nie może się nigdy usprawiedliwiać sam. Jeśli chce to uczynić, popełnia nietakt. Gospodarz usprawiedliwia, gdy człowiek jest faktycznie chory, czyli nie wychodzi z domu, gdy służy swoją pracą innym, jak np. lekarze, kierowcy autobusów, lotnicy, marynarze itp. Jeśli ich praca obejmuje cały dzień, są przez Boga usprawiedliwieni. Może się zdarzyć potrzeba uczestniczenia np. w akcji ratunkowej. Ktoś idąc do kościoła, jest świadkiem wypadku i może zaangażować się przez najbliższe godziny w udzielanie pomocy, zostaje wówczas usprawiedliwiony przez Gospodarza. Jak człowiek zaczyna się tłumaczyć, że z takich czy innych powodów nie mogł być obecny na Mszy świętej, popełnia błąd. Trzeba zapytać wprost Boga, czy usprawiedliwia moją nieobecność.

W tej sytuacji świadome i dobrowolne zrezygnowanie z podejścia do stołu, do którego zaprasza nas Chrystus, jest wyraźnym znakiem zanikającej wiary. Jest to bowiem lekceważenie zarówno wspólnoty, która gromadzi się przy ołtarzu, czyli Kościoła, i jest to znak lekceważenia samego zapraszającego Gospodarza, Jezusa Chrystusa. Trzeba więc odkryć wartość tego swojego miejsca przy ołtarzu, który jest stołem Królestwa Niebieskiego. Kto nie odkrył tego miejsca, stosunkowo łatwo, pod byle pretekstem, potrafi zrezygnować z obecności na Świętej Uczcie.

Skoro zajmujemy już swoje miejsca — a dokonuje się to w czasie ofiarowania, po złożniu darów w ręce Gospodarza — sam Jezus Chrystus, przyjmując te dary, stawia na stole swoje dary. Tu dzieje się rzecz zdumiewająca. Jezus nie dokłada do naszych darów, do naszego chleba, do naszego wina jeszcze swojego Boskiego daru, tylko te nasze dary swoim Boskim słowem przemienia. Tak jakby chciał powiedzieć, byłem przy waszym stole, kiedy mieszkałem z wami na ziemi, i wiem, jak dobry jest wasz chleb, który jednak nie ratuje od śmierci, wiem, jak dobre jest wino, ale i ono nie ratuje od śmierci. Pragnę podać wam pokarm, który ma smak waszego chleba i wina, który jednak daje gwarancję zmartwychwstania, czyli pokarm dający nie życie doczesne, ale życie wieczne.

Jesteśmy więc w czasie Mszy świętej świadkami tego skutecznego działania słowa Bożego. Chleb jest tak "posłuszny" Bogu, że wtedy, kiedy Chrystus wypowiada nad nim słowa: to jest Ciało Moje, przestaje być chlebem i staje się Ciałem Jezusa Chrystusa, podobnie jest z winem. Te dary są idealnie "posłuszne" Bogu, dlatego łatwo jest je przemienić. Trudniej to uczynić z nami. Bóg nad nami wielokrotnie wypowiadał słowa przemienienia, ale ponieważ mamy wolną wolę, to Bóg o tyle nas przemienia, o ile wolna wola otwiera się na to przemienienie. Proces naszej przemiany trwa całe życie i idzie opornie. Moment przeistoczenia jest zawsze wezwaniem do odkrycia tej wielkiej prawdy, że Bóg zgromadził nas wokół swojego stołu po to, aby nas przemienić, uświęcić, podnieść, tak jak przemienia chleb i wino.

Pan Jezus, który w ostatnim przed swoją śmiercią spotkaniu z Apostołami przy stole ustanawiał Najświętszą Ofiarę, czyni z niej sakramentalny znak. I jak w soczewce skupia w Wieczerniku, w czasie przeistoczenia, dzieje i pragnienia świata. Swoje własne dzieje i nasze. Bogactwo tego, co się dokonuje w Wieczerniku, jest tak wielkie, że nikt nie potrafi go objąć. Okna Wieczernika wychodzą równocześnie na dramat Golgoty, krzyża, na fakt Zmartwychwstania, Wniebowstąpienia, Zesłania Ducha Świętego. To wszystko w sposób sakramentalny ma miejsce w Wieczerniku, to wszystko dokonuje się w czasie przeistoczenia. Te wielkie tajemnice Jezusa Chrystusa, mające na celu nasze zbawienie, są obecne w prostych znakach chleba i wina, spoczywających w kapłańskich rękach, i są zawarte w wypowiadanych przez niego słowach. Przy ołtarzu zawsze przekraczamy czas i dotykamy wieczności. To, co w tych znakach jest zawarte, staje się naszym udziałem.

W tej sytuacji wspólnota zgromadzona przy ołtarzu objawia nam ten widzialny wymiar Kościoła. Tu również kiedy modlimy się wspólnie, sięgamy w Komunii po Eucharystię, odkrywamy Kościół od strony duchowej. Instytucjonalna, prawna strona Kościoła jest tu obecna, ale jest ona tak podporządkowana bogactwu ducha, że właściwie prawie nas nie rani, nie jest dla nas ciężarem. Tu jest instytucja, punktualnie zaczynamy Mszę świętą, wyznaczony czas, miejsce, dary, kapłan, to wszystko są elementy instytucjonalne, ale one wobec bogactwa ducha, które tu jest, schodzą na drugi plan. Dlatego najpełniejszym i najdoskonalszym objawieniem tajemnicy Kościoła jest właśnie wspólne spotkanie przy ołtarzu.

Kończąc to dzisiejsze rozważanie, pragnę postawić dwa pytania, które pomogą w głębszej refleksji nad tajemnicą Mszy świętej.

W jakim stopniu znamy wartość i godność naszego miejsca przy ołtarzu? To jest wielki skarb, mieć swoje miejsce przy Bożym stole.

Czy przychodzę do ołtarza po to, aby umożliwić Bogu pełniejszą przemianę mojego życia? Albowiem jak przemienia On chleb i wino, tak pragnie przemieniać moje serce.

7. Boże dary w rękach człowieka

Zaproszeni przez samego Chrystusa od dłuższego czasu przebywamy w Wieczerniku, przeżywając objawienie tajemnicy Kościoła, której sercem jest Eucharystia. Ostatnio zwróciłem uwagę na przeistoczenie, w którym nasze ludzkie dary, chleb i wino, złożone w ręce Chrystusa, zostają przemienione w Jego Święte Ciało i w Jego Świętą Krew. Chrystus pragnie nas w Wieczerniku ugościć. Eucharystia to Jego pokarm. Cud Wieczernika ciągle trwa. Duch Święty nieustannie przemienia chleb i wino po to, aby karmić wszystkich, którzy gromadzą się wokół ołtarza. Za chwilę będziemy świadkami ponownego zstąpienia Ducha Świętego na chleb i wino, staniemy wobec faktu przeistoczenia po to, abyśmy przyjęli ten Boski pokarm.

Jaki jest cel tej Uczty, na którą Chrystus zaprasza do Wieczernika swój Kościół? Pragnie On, aby Jego wierni, którzy żyją na świecie, mieli siłę i moc do życia sprawiedliwego. Zadania nasze, ludzi wierzących, są trudne, mamy żyć sprawiedliwie w niesprawiedliwym świecie. Ten niesprawiedliwy świat jest blisko nas, jak kąkol obok pszenicy, aż do żniwa, aż do kresu dziejów. Wierność Bożemu prawu, wierność Bożym przykazaniom, godzina po godzinie, przez całe życie w tym niesprawiedliwym świecie urasta do czynu bohaterskiego i wymaga specjalnego Bożego wsparcia. Komunia święta, pokarm, który Chrystus podaje w Wieczerniku, gwarantuje tę pomoc potrzebną do przeżycia dnia, tygodnia, miesiąca i życia sprawiedliwie w niesprawiedliwym świecie.

Chodzi w tym nie tylko o bogactwo indywidualne, o moc, której potrzebuje każdy z nas, aby mógł dawać świadectwo swojej wiary tam, gdzie go Bóg postawi. Komunia święta karmi cały Kościół. Św. Paweł przypomina nam, że stanowimy Ciało Chrystusa. Każdy z nas jest komórką tego Ciała. W ciele ważną rolę odgrywa układ krwionośny, on bowiem roznosi pokarm. Nie każda komórka jest bezpośrednio podłączona do tego układu, ale każda komórka żyje pokarmem, który dostarcza krew całemu organizmowi. Podobnie jest w Kościele. Są ludzie, którzy przystępują do Komunii świętej często, i są ludzie, którzy przystępują stosunkowo rzadko, ale i oni żyją Eucharystią, tym Pokarmem, którym Chrystus karmi cały swój Kościół, o ile tylko trwają w łasce. Jeśli tylko komórka należy do organizmu, to żyje pokarmem, którego dostarcza układ krwionośny. To jest wielka tajemnica, my tego nie odkrywamy, nie dostrzegamy na co dzień, a jednak Kościół żyje Eucharystią, całe to Mistyczne Ciało Chrystusa jest karmione Boskim Pokarmem.

Wreszcie chodzi o kres naszego doczesnego życia. Przypomnę porównanie, do którego w różnych sytuacjach nawiązuję, a które najprościej ukazuje, czym jest pokarm Eucharystii dla nas. Jak dziecko żyje w łonie matki pokarmem, którego dostarcza krew matki, i tak dojrzewa aż do narodzin, tak Chrystus karmi nas swoją własną Eucharystyczną Krwią, abyśmy powoli dojrzewali w doczesności, jak w łonie matki, do godziny narodzin do świata wiecznego. To podobieństwo można wyczytać z Ewangelii, w rozmowie Chrystusa z Nikodemem, kiedy to uczony w Piśmie pyta Mistrza, czy dorosły człowiek może wrócić do łona matki. To porównanie pozwala nam odkryć, o co chodzi w Pokarmie, jaki Chrystus przygotował w Wieczerniku. Podobnie jak dziecko, któremu odcięto dostęp do pokarmu w krwi matki, rodzi się martwe, tak i człowiek, który świadomie i dobrowolnie zrezygnowałby z Eucharystycznego Pokarmu, urodzi się do wieczności martwy, czyli niezdolny do przeżywania szczęścia wiecznego.

Warto w Eucharystii dostrzec niepojętą dla nas pokorę Jezusa. Bóg stał się nie tylko Człowiekiem, ale będąc już Człowiekiem i Bogiem stał się naszym Chlebem, aby być do naszej dyspozycji. Najgłębsze poniżenie, głębsze aniżeli na krzyżu. Oto Bóg Człowiek staje się Chlebem, oddaje się do naszej dyspozycji. Jest to jedno z największych wyznań miłości Boga do nas.

Przypomnę, że w Kościele z punktu widzenia praktyki istnieje droga rozwoju duchowego ujęta w relację do Eucharystii. Minimum to Komunia święta raz w roku. Ktokolwiek zrezygnuje z tej Komunii świętej, sam wyłącza się z życia Kościoła. Ta rezygnacja jest równoznaczna z grzechem ciężkim. Dlatego ciągle przypominamy, że katolik powinien przystąpić do Komunii świętej w okresie wielkanocnym. To jest minimum.

Normalne życie religijne rozwija się wtedy, kiedy człowiek uczestniczy w Eucharystii w każdą niedzielę. To jest praktyka, która pozwoli chrześcijaninowi przeżywać stosunkowo łatwo w duchu Ewangelii każdy dzień. Chodzi o niedzielny udział w Eucharystii połączony z Komunią świętą. To jest drugi etap rozwoju życia duchowego.

Trzecim etapem jest przejście na Komunię świętą nawet w tygodniu. Człowiek zaczyna znajdować czas na to, by w zwykłym dniu podejść do ołtarza i przyjąć Komunię świętą. Jest to potrzeba serca, która świadczy o przejściu w trzeci etap rozwoju życia religijnego. Ten zwyczaj przechodzi z reguły na codzienną Komunię świętą.

Sobór Watykański II odnawiając liturgię umożliwił dwukrotne przyjmowanie Komunii świętej w ciągu jednego dnia. Ma to miejsce wówczas, gdy drugie przyjęcie Komunii świętej, czyli pełne uczestniczenie w Mszy świętej, ma na uwadze wymiar społeczny. Uczestniczę w pogrzebie. Jestem na Mszy świętej za zmarłego. Pragnę przyjąć Komunię świętą i ofiarować w jego intencji. W niedzielę ktoś przychodzi drugi raz na Mszę świętą za syna lub ojca w trosce o ich zbawienie. Mówi wówczas Panu Bogu: "Panie, oni nie przyjdą, ale przyjmij mój udział w Mszy świętej z prośbą o łaskę nawrócenia dla nich". Wówczas można przystąpić do Komunii świętej dwa razy w ciągu dnia. Dokonuje się to już na etapie odkrywania nie tylko wartości Eucharystii, ale również odkrywania tajemnicy Kościoła. Chodzi o intensywne życie w łasce, aby komórka, która jest obok nas, drugi człowiek, który nie jest podłączony do Eucharystii, jednak pośrednio przez nas uczestniczył w tym życiu. To jest dar Soboru Watykańskiego II. Trzeba jednak uważać, by rutyna nie niszczyła tego podejścia, by człowiek się nie przyzwyczaił do największej świętości, jaką jest Eucharystia, tak łatwo dla nas dostępna.

8. Wspólnota modlitwy

W naszej refleksji nad tajemnicą Kościoła zatrzymaliśmy się przez dłuższy czas nad wspólnotą zgromadzoną przy ołtarzu, nad tą wspólnotą, którą tworzymy. Jest ona najdoskonalszym obrazem, więcej, jest cząstką Kościoła Chrystusowego na ziemi.

Wiemy, że Kościół jest miejscem spotkania człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem. Dokonuje się to przez spotkanie sakramentalne w Eucharystii i przez modlitwę.

Zgromadziliśmy się przy ołtarzu, aby z całym Kościołem trwać na modlitwie. W tej modlitwie Bóg mówi do nas. To Jego słowo przemieni chleb i wino, to słowo pragnie przemienić również nasze serca. Modlitwa bowiem jest spotkaniem człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem.

Najczęściej mówimy o modlitwie w wymiarze indywidualnym. Wyższą jednak wartość posiada modlitwa wspólna, w której Bóg mówi do wspólnoty i wspólnota mówi do Boga. Dlaczego wyższą wartość? Dlatego, że człowiek został tak stworzony, iż do jego szczęścia jest potrzebne nie tylko odniesienie do Boga, ale i pełne odniesienie do drugiego człowieka. Nie uszczęśliwi człowieka samo spotkanie z Bogiem. Jest to wielki paradoks, ale taka jest prawda. Człowiek może być szczęśliwy tylko wówczas, kiedy w miłości spotka się z Bogiem i z drugim człowiekiem.

Te dwa odniesienia są tak ważne, że Chrystus ucząc nas modlitwy pozostawił na boku aspekt czysto indywidualny. Mówiąc Apostołom, jak winni zwracać się do Boga, ani w jednym zdaniu nie powiedział "Ojcze mój", tylko "Ojcze nasz", chleba naszego, winy nasze. Modlitwa została tak ustawiona przez samego Chrystusa, że jeśli ma być ewangeliczna, musi mieć na uwadze odniesienie do innych ludzi. Dlatego modlitwa wspólnoty jest doskonalszą i skuteczniejszą modlitwą aniżeli indywidualna. Msza święta, która ma zawsze na uwadze wspólnotę, jest szkołą modlitwy. Kto chce nauczyć się modlitwy, wystarczy, że raz w tygodniu będzie autentycznie uczestniczył w świętej Ofierze, sercem powtarzając za kapłanem słowa, które Kościół zanosi do Boga. Msza święta jako tak rozumiana modlitwa tworzy wspólnotę z Bogiem i wspólnotę z ludźmi. Eucharystia jest wspólnototwórcza, bo otwiera człowieka na Boga i na braci.

Spotkałem szczęśliwych małżonków, którzy wracali po Mszy świętej z okazji 40-lecia małżeństwa. Odpowiadając na moje życzenia, zaznaczyli, że przez tyle lat nie było między nimi ani jednego nieporozumienia. To znak wielkiej jedności i miłości, jaka istniała między nimi. Człowiek powinien tak przeżyć życie, aby między nim a Bogiem nie było żadnego nieporozumienia. A jeśli się to udaje, to również kontakt z ludźmi staje się wyjątkowo twórczy i jest dodatkowym źródłem szczęścia. To małżeńskie wyznanie jest ważne z punktu widzenia świadectwa, jakiego Bóg oczekuje od nas w świecie. Dopiero wtedy, kiedy potrafimy bez nieporozumień współżyć i współpracować z sobą, stajemy się czytelnym znakiem dla świata. Po tym poznają, żeście uczniami Moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali.

Ludzie, którzy nie pielęgnują życia modlitwy, nie potrafią stworzyć ewangelicznej wspólnoty ani w małżeństwie, ani w rodzinie, ani w zakonie, nigdzie i nigdy. Podstawowym warunkiem twórczego współżycia jest udoskonalenie modlitwy, a szkołą tej modlitwy jest spotkanie przy ołtarzu.

Wartość modlitwy wspólnej zależy w pewnej mierze od wartości modlitwy indywidualnej każdego członka wspólnoty. Im lepiej modlą się poszczególni ludzie, tym łatwiej potrafią stworzyć atmosferę modlitwy przy ołtarzu. Powiedziałbym, że jest to sztuka podobna do śpiewu chóralnego, im większej klasy mamy indywidualnych śpiewaków, tym wspanialszy będzie ich chór. Do tego jest potrzebny słuch, piękny i ciągle doskonalszy głos. Słuch jest darem. I wszyscy o ten dar modlitwy powinniśmy Boga prosić, ale doskonalenie głosu jest umiejętnością, która zależy od każdego z nas. Niemniej przy ołtarzu trzeba pamiętać o tym, że my włączamy się w już istniejący wielki chór i dlatego nawet jeśli nie potrafimy dobrze śpiewać, jeśli istnieje niebezpieczeństwo, że coś będziemy fałszowali, to dyrygent, który prowadzi, a jest nim sam Chrystus, potrafi nasz błąd wykorzystać dla doskonałości całego dzieła. Więcej, w tym chórze już są ci, którzy śpiewają w sposób doskonały. W każdej Mszy świętej jesteśmy połączeni z wszystkimi świętymi, którzy wielbią Boga. Ten chór jest znacznie większy, aniżeli nasza wspólnota. Ponieważ to są doskonali ludzie, umieją się modlić, a równocześnie chcą, abyśmy się razem z nimi tej sztuki uczyli. W tej sytuacji możemy przyjść z bardzo nieporadną naszą indywidualną modlitwą, wiedząc, że w tej wspólnej modlitwie owoce jej będą wielkie. Przy ołtarzu jesteśmy podobni do ludzi, którzy zgromadzili się przy źródle. Każdy zaczerpnie z niego tyle, na ile jest otwarty. Ten, kto nie otworzy serca, odejdzie od źródła pusty. Im doskonalej potrafimy się otworzyć, tym bogatsi opuścimy świątynię. Wspólna modlitwa sprawia, że serca się otwierają na działanie łaski.

Zastanówmy się przez chwilę:

  • Z jakimi prośbami dziś przyszliśmy do ołtarza, co jest przedmiotem naszej modlitwy w dniu dzisiejszym?
  • W jakiej mierze dostrzegamy Kościół jako wspólnotę modlitwy?
Read More →

1. Moc świadków

Mamy za sobą refleksje nad chrztem, pierwszym z sakramentów chrześcijańskiego wtajemniczenia. Drugi, często zupełnie niedowartościowany, to bierzmowanie. Trzeci to Eucharystia. Te trzy sakramenty wprowadzają nas w głąb bogactwa życia Bożego. Pozostałe cztery mają charakter sytuacyjny.

Chcąc odkryć bogactwo sakramentu bierzmowania, należałoby w Piśmie Świętym Starego Testamentu uważnie odczytać wszystkie opisy powołań prorockich. To są te chwile, w których Bóg wzywa konkretnego człowieka, by wziął odpowiedzialność za dwie wielkie wartości — za wiarę i za czystość sumienia. Chodzi o odpowiedzialność społeczną. Prorok jest wysłany z misją do innych. W tym celu otrzymuje specjalne umocnienie, a Duch Święty, który przemawia przez proroków starotestamentalnych, prowadzi ich niezwykle trudnymi ścieżkami, aby głosząc wielkie wartości, umieli również dawać im świadectwo.

Jeśli chodzi o Nowy Testament, to odkrycie tajemnicy bierzmowania jest możliwe w głębszej refleksji nad sceną Zesłania Ducha Świętego. To jest moment bierzmowania młodego Kościoła. W Wieczerniku byli zebrani ludzie wierzący w Boga i wierzący w Chrystusa. Przeżyli nie tylko spotkanie z Chrystusem jako Człowiekiem, w czasie Jego ziemskiej działalności, ale wszyscy przeżyli spotkanie z Chrystusem Zmartwychwstałym i uwierzyli w Zmartwychwstałego. Byli to ludzie głębokiej i wytrwałej modlitwy, posiadający łaskę uświęcającą. Więcej, wśród nich było dwunastu kapłanów, wszak miejsce Judasza zajął już Maciej. Ci ludzie — choć dobrzy, dążący do świętości i tworzący wspólnotę świętą — byli jednak słabi i wypełnieni lękiem przed konfrontacją z otaczającym ich światem. Wprawdzie byli bogaci, ale pełni obaw, że mogą to bogactwo utracić. Wiedzieli, że jest ono w kruchych naczyniach i że sami z siebie nie są zdolni do dzielenia się tym bogactwem z otaczającym ich światem.

Podkreślam jeszcze raz: to byli ludzie wierzący, posiadający łaskę uświęcającą, część z nich posiadała święcenia kapłańskie, ale to wszystko nie wystarczało, nie udzielało mocy potrzebnej do tego, aby być świadkiem Zmartwychwstałego Chrystusa. Pan Jezus w momencie Wniebowstąpienia wyraźnie powiedział: Wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym. A gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie Moimi świadkami aż po krańce ziemi. Zarówno chrzest jak i Eucharystia podłączają serce do Boga oraz łączą to serce z innymi ludźmi wierzącymi, ułatwiając tworzenie wspólnoty religijnej; ale te dwa sakramenty jeszcze nie uzdalniają człowieka do dawania świadectwa, do tego jest potrzebny sakrament bierzmowania. Ten sakrament pozwala wyjść do świata i on jest źródłem energii zarówno w apostolskiej, jak i misyjnej działalności Kościoła.

Czytając tekst Dziejów Apostolskich, mówiący o wyjściu Apostołów z Wieczernika, obserwujemy owoce tego sakramentu. Apostołowie umieją przemawiać z mocą. To jest pierwszy wspaniały owoc. Do tego czasu mówili przy pomocy swoich ludzkich słów: towarzyszyli Chrystusowi i przygotowywali tereny do dalszej działalności misyjnej w Palestynie, ale ich słowo nie posiadało jednak mocy przemieniającej ludzkie serce. W Zesłaniu Ducha Świętego to ich słowo zostało wyposażone w zdumiewającą moc. Stało się skuteczne nie jako słowo ludzkie, ale jako słowo Ducha Świętego.

Drugi owoc: Nie obawiają się cierpienia. Nie w tym znaczeniu, aby nie odczuwali cierpienia albo otrzymali gwarancję, że nie będą cierpieć. Wręcz przeciwnie, cierpienie jest nierozerwalnie złączone z głoszeniem prawdy. Tak jak cierpiał Chrystus, i oni będą cierpieć. Człowiek w oparciu o własną moc nigdy nie potrafi przygotować się do cierpienia. Jest potrzebne specjalne umocnienie Ducha Świętego, aby podjął trud cierpienia dla wielkich wartości. Kto z zewnątrz obserwuje człowieka cierpiącego za wartości duchowe, zastanawia się, skąd on ma moc sprostania cierpieniu oraz jak wielką wartość ono posiada, skoro on dobrowolnie się na nie zgadza. To jest właśnie świadectwo.

Trzeci owoc: Potrafią bronić Chrystusa i Ewangelii. Pan Jezus przygotowując ich do trudnej misji, wyraźnie zaznacza, że będą was prowadzić przed sądy i wtedy nie myślcie, co i jak macie mówić, bo zostanie wam to dane. Duch Święty, który będzie z wami, pokieruje rozmową. Czytając Dzieje Apostolskie widzimy, jak zaszokowany jest Sanhedryn, kiedy Piotr, prosty rybak, potrafi niezwykle celnie odpowiadać na bardzo trudne pytania, czyniąc to z taką mocą, że cały wielki trybunał sądowy Izraela staje bezradny. To jest właśnie owoc bierzmowania, umocnienia przez Ducha Świętego, który ich wypełnił.

Wyobraźmy sobie lekarza, który staje w obliczu wielkiej epidemii i nie ma szczepionki. Jest świetnie przygotowany i jest bezradny. Szczepionka jest bronią, przy jej pomocy można odnieść wielki sukces w czasie epidemii, ratując tysiące ludzi. Właśnie Duch Święty udzielony w bierzmowaniu chrześcijanom jest tą "szczepionką". Sam człowiek jest bezradny wobec zła, a po bierzmowaniu dysponuje Bożą mocą. Inny obraz. Ktoś widzi olbrzymie morze potrzeb, ale w jego kieszeni jest pusto, ma tylko swoje ręce i dobrą wolę. Nie potrafi zaradzić nieszczęściu tylu ludzi. Ktoś inny dysponuje pięcioma milionami dolarów i on natychmiast potrafi zorganizować pomoc, ponieważ dysponuje bogactwem, może więc działać tysiące razy skuteczniej. To nie są tylko jego ręce, one są uzbrojone bogactwem, którym dysponuje.

W momencie bierzmowania chrześcijanin zostaje wyposażony w takie Boże konto. To, że z niego człowiek nie korzysta, to jego sprawa; że może za mało w Kościele potrafimy podprowadzić pod umiejętność wykorzystania tego konta, to jest jeszcze inna sprawa, ale my jesteśmy niezwykle bogatymi ludźmi, którzy w konkretnych sytuacjach zachowują się jak nędzarze. Nie sięgamy po to bogactwo, które jest nam dane. Jest wielu, którzy mają wielkie konto i nie potrafią go wykorzystać. Do tego jest potrzebna mądrość i odwaga.

2. Żołnierz Chrystusa

Przypominam, że sakrament bierzmowania udziela szczególnej łaski potrzebnej do dawania świadectwa wierze w Chrystusa Zmartwychwstałego. Chodzi o uświęcenie otoczenia, w którym człowiek żyje, o przekaz wiary drogą świadectwa. Katechizm stwierdza, że Duch Święty w bierzmowaniu umacnia chrześcijanina, aby wiarę swoją mężnie wyznawał, bronił jej i według niej żył. Chodzi więc o trzy wymiary świadectwa: o wyznanie wiary wtedy, kiedy to jest potrzebne, o jasne stwierdzenie: jestem katolikiem, jestem człowiekiem wierzącym; chodzi o obronę wiary wtedy, kiedy przy nas poszczególne prawdy wiary są atakowane; i chodzi o świadectwo wiary dane czynem. W wielu sytuacjach nie trzeba mówić, iż się jest katolikiem, a jednak zajęta przez nas postawa wyraźnie o tym świadczy. Do takiego świadectwa jest potrzebna mądrość i odwaga. W sakramencie bierzmowania Duch Święty uzdalnia nas do składania tego świadectwa.

Znakiem sakramentu bierzmowania jest gest nałożenia rąk biskupa na tego, który sakrament przyjmuje, oraz namaszczenie jego czoła świętym olejem, krzyżmem świętym. Ten olej jest konsekrowany przez biskupa w Wielki Czwartek. Warto przynajmniej raz w życiu nawiedzić w ten dzień katedrę i uczestniczyć w konsekracji olejów.

Kościół Wschodni uważa, że w tym konsekrowanym oleju jest obecny Duch Święty, tak jak w konsekrowanym chlebie i winie obecny jest Jezus Chrystus. Stąd olej ten otoczony jest znacznie większym szacunkiem, aniżeli w Kościele Łacińskim. Ten szacunek świadczy o wielkim dowartościowaniu przez chrześcijan wschodnich jednej z form obecności Ducha Świętego w Kościele.

Biskup, namaszczając olejem czoło bierzmowanego, wypowiada słowa: "przyjmij znamię Ducha Świętego". To jest istota sakramentu bierzmowania — "przyjmij znamię Ducha Świętego". W tym bowiem momencie Duch Święty nie tylko wypełnia człowieka, ale również wyciska na nim niezatarte znamię, które doskonaląc znamię, jakie otrzymaliśmy na chrzcie świętym, będzie towarzyszyło nam przez całą wieczność. Bierzmowany wyróżnia się na wieki od reszty.

W tym znaku bierzmowania chodzi o pasowanie chrześcijanina na żołnierza. Odwołując się do słów św. Pawła, który uważa, że chrześcijanin jest żołnierzem Jezusa Chrystusa. Sakrament bierzmowania czyni chrześcijanina rycerzem, gotowym do obrony Chrystusa i Jego Królestwa w każdej sytuacji.

Sakrament ten przyjmujemy wobec świadka. Stoi on i kładzie swoją prawą rękę na ramieniu bierzmowanego. O ile świadek przy sakramencie chrztu jest zobowiązany do wspomagania ochrzczonego w zachowaniu wiary, o tyle ten świadek opowiada się po stronie bierzmowanego jako współżołnierz, gotowy razem z nim toczyć walkę o najwyższe wartości. I dlatego jest to spotkanie wyjątkowo wielkie, spotkanie na płaszczyźnie ducha potwierdzające gotowość do wspólnej walki. Kilka dni temu spotkałem człowieka, który uczestniczył w moim bierzmowaniu, i mówił, że często wspomina swoją rękę położoną na moim ramieniu, świadom pokrewieństwa duchowego.

W Kościele Zachodnim przez wiele wieków dodawano do bierzmowania jeszcze jeden gest, nie traktując go jako sakramentalny, ale jako podkreślenie i mocne wyrażenie tego, o co w sakramencie chodzi: mianowicie po bierzmowaniu biskup uderzał bierzmowanego w policzek. Było to nawiązanie do słów Chrystusa: jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu drugi. To uderzenie oznaczało, po pierwsze gotowość na cierpienie, czyli przyjęcie uderzenia oraz ewangeliczną postawę, by na cios nie odpowiadać ciosem. Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. Tu nie chodzi o to, by się dać maltretować, bo pamiętamy, że Chrystus uderzony przed Annaszem wcale nie nadstawił drugiego policzka, ale zapytał: dlaczego Mnie bijesz? Chodzi o siłę wewnętrzną, o moc moralną, która jest znacznie większą potęgą, aniżeli przemoc. Ten, kto bije, sięgając do przemocy, okazuje swą małość; ten, kto nie odpowiada tym samym, zachowuje się z godnością i odnosi nad nim zwycięstwo duchowe.

Kto zobaczy bierzmowanie jako pasowanie na żołnierza Jezusa Chrystusa, konskewentnie dostrzega też zupełnie nowy wymiar pozostawania w grzechu po bierzmowaniu. Posłużę się porównaniem: zupełnie inne kategorie stosujemy do ludzi świeckich, którzy uciekają z linii frontu, a zupełnie inne do żołnierzy, którzy byli zobowiązani bronić danego odcinka, a zbiegli. To nie tylko grzech, to nie tylko ucieczka z linii frontu, lecz także zdrada, przejście na stronę przeciwnika. Wszystkie umowy międzynarodowe inaczej traktują dezercję żołnierza, aniżeli ucieczkę cywilnego obywatela.

Otóż ochrzczony to jest ten cywil, natomiast kiedy ucieka z linii frontu bierzmowany, jest zawsze dezerterem. Trzeba to odkryć w znaczeniu duchowym, religijnym, ponieważ po tej linii idzie całe rozumienie sakramentu bierzmowania.

Chciałbym jeszcze zaznaczyć, że z punktu widzenia duszpasterskiego sakramenty wtajemniczenia zostały rozłożone w Kościele Zachodnim na trzy etapy: sakrament chrztu jest udzielany najczęściej niemowlętom. Eucharystię podajemy dzieciom, które rozumieją już coś z Tajemnicy, natomiast sakrament bierzmowania jest przeznaczony dla młodzieży, a więc dla tych, którzy wchodzą w życie i muszą podjąć walkę, muszą wziąć odpowiedzialność za świadectwo dane swojej wierze. Dziecko nie musi walczyć, nikt tego od niego nie wymaga. Tak jest w Kościele Zachodnim, natomiast w Kościele Wschodnim tych trzech sakramentów udziela się jednocześnie. Ostatnie dwa sakramenty, małżeństwa i kapłaństwa, są już przeznaczone dla ludzi dojrzałych, podejmujących decyzję odnośnie do swojego powołania.

Chciałbym dodać, że jeśli ktokolwiek z różnych powodów zaniedbał albo nie miał okazji przystąpić do sakramentu bierzmowania, może — po uprzednim przygotowaniu — przyjąć go. W Krakowie w każdym miesiącu można przyjąć ten sakrament w kościele mariackim i w kościele świętych apostołów Piotra i Pawła.

Podziękujmy dziś Bogu za sakrament bierzmowania, który otrzymaliśmy, i za to znamię żołnierza Chrystusa wyciśnięte w naszej duszy.

3. Dary Ducha Świętego

Przez chrzest święty między Bogiem a człowiekiem nawiązuje się tak bliska łączność, iż została wyrażona na podobieństwo więzi rodzinnej. Bóg traktuje człowieka jako swoje dziecko. Przez sakrament bierzmowania ta więź zostaje udoskonalona. Można powiedzieć, że zyskuje najwyższy stopień dojrzałości. Miłość bowiem ma cały szereg różnych form. Najwyższym stopniem miłości jest miłość przyjaźni.

Każdy ojciec i każda matka, kochając swoje dziecko, pragną, aby w pewnym momencie stało się ono ich przyjacielem. Miłość rodzicielska, miłość dziecka do rodziców nie ginie, ale zyskuje znacznie wyższą formę dojrzałości. Dopiero wtedy ojciec jest dumny z syna i córki, jeśli może powiedzieć, że syn i córka są jego przyjaciółmi. W tym momencie, kiedy dziecko zyskuje tę wielką dojrzałość miłości, przekracza próg domu rodzinnego. Relacja między dzieckiem i rodzicami jest zamknięta w rodzinnym domu. Kiedy dziecko staje się przyjacielem, uczestniczy z całą odpowiedzialnością we wszystkich zadaniach, które są udziałem ojca i matki również poza domem. I odwrotnie, w zadaniach syna, córki, uczestniczą rodzice. Otóż sakrament bierzmowania w zestawieniu z sakramentem chrztu świętego można porównać do przejścia z tej miłości zamkniętej w ramach rodzinnego domu do miłości przyjaźni, która już podejmuje wielkie zadania poza rodzinnym domem.

Od samego początku dar łaski ukryty w sakramencie bierzmowania jest rozumiany w Kościele jako dodatkowy zmysł, jako wyjątkowa intuicja, którą człowiek otrzymuje od Boga celem zrozumienia, z jednej strony wartości Bożych, a z drugiej potęgi zła i metod jego działania. Można powiedzieć, że sakrament bierzmowania doskonali to, co Chrystus ujął krótko: bądźcie prości jak gołębice i przebiegli jak węże. Prostota dojrzewa w bliskim spotkaniu z Bogiem, a przebiegłość węża w rozgrywce ze złem. I ten może być przyjacielem Boga, kto posiada tę harmonię dwu wielkich wartości: prostotę, która w ewangelicznym rozumieniu jest najwyższą mądrością, i przebiegłość węża, którego się wszyscy boją.

Bogactwo tej intuicji, tego dodatkowego zmysłu, jaki otrzymujemy w czasie bierzmowania, można odkryć przez rozszczepienie, tak jak rozszczepia się światło przez pryzmat i powstaje tęcza. Jasne światło daje piękny zestaw różnych kolorów. Tęczą tych darów Bożych jest siedem tak zwanych darów Ducha Świętego. Wymienione są już w Starym Testamencie przez proroka Izajasza.

Chodzi o dar mądrości, czyli precyzyjnego odkrycia bogactwa dobra i potęgi zła. Na tym polega mądrość. Człowiek jest twarzą ustawiony do Boga. Drugim darem jest dar rozumu. Wielu ludzi dużo wie, ale niewiele rozumie. Dziś jest moda na "encyklopedystów", którzy wygrywają konkursy, ale w życiu ta ich wiedza wcale nie wydaje owoców. Owoce wydaje wiedza, którą ludzie rozumieją. To jest dar rozumienia spraw Bożych przekazanych w Objawieniu. Trzecim darem jest dar rady, to jest otwarcie na mądrzejszych od siebie, gotowość przyjęcia pouczenia, szczególnie chodzi o pouczenia samego Boga. Człowiek otwarty na zdobywanie mądrości zawsze szuka mądrzejszych od siebie. Dar pobożności doskonali modlitwę, bliski kontakt z Panem Bogiem.

Dar umiejętności umożliwia podejście z wielkimi wartościami do ludzi tak, by umieli je przyjąć. Żona, która często chodzi do kościoła, jest tak nieznośna dla swojego męża przez to, że codziennie głosi mu dziesięć kazań, że on sam przestaje wreszcie chodzić do kościoła. Nienawidzi żony, Kościoła, a nawet Pana Boga. Brak umiejętności. Żona nie umie z wartościami podejść do męża. W walce dar ten decyduje o tym, że chrześcijanin nie zmierza do tego, by przeciwnika pokonać, zniszczyć, zdeptać, lecz przekonać, przeprowadzić go na swoją stronę. Ten dar pomaga w prowadzeniu dysputy z ludźmi o innych światopoglądach, o innym myśleniu.

Dar odwagi potrzebny zarówno w sięganiu po wielkie wartości, jak i w walce ze złem. Najbardziej wstydzimy się tchórzostwa. W sakramencie bierzmowania otrzymujemy dodatkowy Boży dar, abyśmy pokonali lęk. Wreszcie ostatnia barwa tego jasnego światła Ducha Bożego, które pada w nasze serce w chwili bierzmowania, to dar bojaźni Bożej, czyli liczenia się z Bogiem, nie w tym znaczeniu, aby się Boga bać, lecz w tym, by się bać, by Boga nie zawieść.

To jest wspaniałe wyposażenie, rzadko się o tym mówi, jeszcze rzadziej sięgamy do tego bogactwa, ale ktokolwiek na serio traktuje chrześcijaństwo, wcześniej czy później musi odkryć to wyposażenie. Ono bowiem jest nieodzownie potrzebne do dawania świadectwa i do odniesienia zwycięstwa wtedy, kiedy trzeba bronić swojej wiary.

Chciałbym jeszcze raz mocno podkreślić, że sakrament bierzmowania jest nastawiony na pomoc w dawaniu świadectwa wierze i w obronie wielkich wartości. Niestety jest to zaniedbany odcinek wychowania chrześcijańskiego. Z tego, że ktoś ma rację, nie wynika, że potrafi swoich racji bronić. Trzeba mieć umiejętność zwalczania, demaskowania wszystkich kłamstw, jakimi się posługuje świat. Świat w konfrontacji z chrześcijaństwem zawsze przegra, dlatego że chrześcijaństwo posiada prawdę. Odsłonięcie tej prawdy oczaruje wszystkich, a umiejętność demaskowania krętych ścieżek świata jest częścią odsłaniania prawdy. Mówię o tym, aby wezwać do refleksji nad własną postawą i naszym świadectwem. Trzeba ukazać chrześcijaństwo dojrzałe, które zdumiewa pięknem i mocą, nawet niewierzących.

Read More →

W Tygodniu Męki Pańskiej, w czasie szczególnie głębokiej refleksji nad tajemnicą krzyża, który jest głupstwem dla pogan i zgorszeniem dla Żydów, pragnę poprowadzić ostatnie rozważanie z cyklu tajemnicy Kościoła i zatrzymać się w nim nad zgorszeniem, jakie ma miejsce w Kościele i jakie dokonuje się przez Kościół.

W Ewangelii Pan Jezus wyraźnie zaznacza, że zgorszenia muszą przyjść. Dodaje jednak natychmiast: biada temu, przez którego przychodzą, lepiej by mu było uwiązać kamień młyński u szyi i pogrążyć go w głębokościach morskich. Ten obraz kamienia młyńskiego uwiązanego u szyi mówi o wielkości grzechu zgorszenia. Słowa Chrystusa są powiedziane z myślą o Kościele. Ludzie w Kościele czynili, czynią i będą czynić zło. Tak było od początku. Ciężkiego grzechu dopuścił się Piotr w Wielki Piątek. Pierwszy papież skłamał i zaparł się Chrystusa. Nie da się tych grzechów w żaden sposób usprawiedliwić. Zgorszenie dane przez Judasza i Piotra jest publicznie głoszone w Kościele przez dwadzieścia wieków i będzie głoszone do końca świata.

Ludzie w Kościele, nawet na wysokich stanowiskach, popełniali, popełniają i będą popełniać grzechy, i to ciężkie. Trzeba się z tym liczyć. Nawet święci popełniali grzechy. Grzech w drodze do świętości jest możliwy. Czcimy św. Piotra mówiąc równocześnie o jego ciężkim grzechu na dziedzińcu Kajfasza. Chrystus wiedząc, że nie da się usunąć zgorszenia, wkomponował je w dzieje Ewangelii na ziemi. Nie usprawiedliwiał nigdy gorszycieli, wyraźnie powiedział, że lepiej by było uwiązać kamień młyński u szyi. O Judaszu rzekł bardzo twarde słowa: lepiej by mu było, aby się nie narodził. Człowiek gorszący uczestniczy w strasznej tragedii. Zgorszenie to część tajemnicy człowieka, jego słabości i nieprawości. Skoro Bóg zgodził się na to, aby zgorszenie miało miejsce w Kościele, to uczynił to tylko dlatego, iż można z tego zgorszenia wyprowadzić jakieś dobro. Tu trzeba postawić pytanie: Jakie dobro może być zawarte w zgorszeniu, wtedy kiedy prawda o grzechach ludzi należących do Kościoła dociera do innych i w dużej mierze osłabia lub podcina ich zapał religijny?

Odpowiedź jest jedna: jest to najboleśniejsze oczyszczenie wiary. Człowiek winien w Kościele szukać i spotkać Boga. Ten Bóg w Kościele może się znaleźć w skompromitowanych rękach sług Kościoła. Ten, kto szuka Boga, przyjdzie do Boga, mimo iż On spoczywa w skompromitowanych rękach. Ten, kto nie szuka Boga, spojrzy na skompromitowane ręce i odwróci się od nich, ale tym samym odwróci się od samego Boga.

Warto pamiętać, że można ubóstwić i Kościół. Kościół również może stać się bożkiem. Gdyby Kościół promieniował wielkim blaskiem świętości, a ludzie Kościoła byli samymi archaniołami, bez najmniejszej skazy, to wielu przychodziłoby do Kościoła nie ze względu na Boga, tylko ze względu na obecną w nim doskonałość. Kościół może stać się bożkiem. Bóg wykorzystuje więc grzech popełniony w Kościele, mimo iż wolałby, żeby go nigdy nie było, dla oczyszczenia naszej wiary. To jest mniej więcej tak, jakby ktoś otrzymał ze Stanów Zjednoczonych zawiadomienie, że przesłano na jego adres dziesięć milionów dolarów, ale musi udać się do banku i przyjąć ten dar od kasjera. On zaś jest wściekły na tego kasjera. W jego oczach kasjer jest skompromitowany. Powiada, że ze względu na kasjera nie pójdzie: taką decyzją traci dziesięć milionów dolarów. Kapłan to kasjer, który przekazuje nie dziesięć milionów dolarów, ale wprost samego Boga. Kapłan może być skompromitowany, ale niesie samego Boga. Ten, kto szuka Boga, kiedy spotka się ze skompromitowanym człowiekiem, który mu Boga podaje, musi oczyścić swoją wiarę. Musi zapytać, po co ja przychodzę do Kościoła?

Kilka miesięcy temu rozmawiałem z ludźmi, którzy otrzymali młodego kapłana, dopiero co po święceniach. Do tego czasu w ich parafii był tylko schorowany, słaby, marnie już mówiący starszy kapłan. Po kilku miesiącach w kościele było 50% więcej ludzi, szczególnie kobiet. Mężczyźni z uśmiechem powiadali, że już piętnaście minut przed Mszą św. pędzą do kościoła. Katecheta to przystojny, młody człowiek. W domu uczestnicy Mszy świętej rozmawiają o nim, mówiąc jak odprawia, jak mówi, jak śpiewa, jak rozkłada ręce.

Pytanie: kogo w Kościele szukają? Boga? Bóg był w rękach starego schorowanego księdza. Kogo szukają? Istnieje ciągle niebezpieczeństwo, że my w Kościele będziemy szukać pięknego wystroju, wspaniałego nastroju, uroczych ludzi. Zaczekajmy do nieba, tam jest wszystko na najwyższym poziomie. My nie jesteśmy aniołami, a w naszych kapłańskich rękach, słabych i małych, jest Skarb — sam Bóg.

Jak należy się zachować wobec gorszących w Kościele? Przede wszystkim należy sprawdzić wiarygodność przekazywanych wiadomości. Pamiętajmy, że najłatwiej podcinać autorytet przez podawanie wiadomości oszczerczych. Jedna wiadomość nieprawdziwa — oszczercza, wystarczy, aby podciąć zaufanie do człowieka. Trzeba sprawdzić, ponieważ zło doskonale wie, że wiadomość oczerniająca podcina zaufanie, i dlatego często się nią posługuje.

Nigdy nie uogólniać. Jeden ksiądz się upił, to wszyscy pijacy? Jeden jest chciwy, awanturę zrobił o pieniądze, to wszyscy są materialistami? Jest to kłamstwo. Nigdy takiego uogólnienia nie wolno stosować ani do kapłanów, ani do sióstr zakonnych, ani do lekarzy, nauczycieli, nigdy. Takie uogólnienie jest kłamstwem.

Nie ukrywać prawdy za wszelką cenę, nie tuszować i nie tłumaczyć, jeśli jest czarne, to nie wybielajmy, jeśli znam smutną prawdę, to nie mogę mówić, że jest dobrze. Ale też nie rozgłaszajmy, bo nie jesteśmy powołani do obmawiania innych. Rozgłaszanie prawdziwych grzechów jest obmową. Smutną prawdę mówimy tylko wtedy, kiedy jest to koniecznie potrzebne.

Modlić się za gorszycieli i modlić się za zgorszonych. Zwłaszcza za tych drugich, aby potrafili wykorzystać zgorszenie do umocnienia swojej wiary. Warto wiedzieć, że w Kościele najgłośniej krzyczą o zgorszeniu ci, którzy sami popełniają ciężkie grzechy. Wydaje im się, że mówiąc o grzechach duchowieństwa i ludzi Kościoła, usprawiedliwiają samych siebie. Sądzą, że jeśli duchowni źle robią, to i oni mogą. Taka jest zasada samousprawiedliwienia. Święty się nie gorszy, dlatego że wie, jak słaby jest człowiek, jak łatwo o grzech, jak łatwo o upadek. Raczej cierpi, modli się, wynagradza. Tak się ma sprawa ze zgorszeniem w Kościele. Powtarzam jeszcze raz, jest to wielka próba wiary. Ktokolwiek przeżył taką próbę, wie, jaka ona jest bolesna. Myślę, że nie można być dojrzałym chrześcijaninem bez przeżycia takiego zgorszenia; jest to po prostu potrzebne do tego, by człowiek w Kościele szukał Boga i tylko Boga.

Chrystus gorszył ludzi, mówił wprost, błogosławieni, którzy się ze Mnie nie gorszą. Zgorszył swoją surowością. Przypominam sytuację, gdy po kazaniu pięć tysięcy mężczyzn odwróciło się plecami do Niego mówiąc: twarda jest ta mowa, któż jej słuchać może? Zgorszenie może być połączone z twardymi wymaganiami. Chrystus, który z powrozem w ręku wszedł do świątyni i robił porządki, zgorszył obecnych. Ale gorszył również swoją łagodnością, rozmawiał z celnikami, pozwolił na to, aby prostytutka wycałowała Jego stopy. Tak samo jest z Kościołem. Kościół też gorszy: jednych surowością, innych łagodnością.

Wchodzimy w okres Męki Pana Jezusa, pamiętajmy, że najwięcej ludzi zgorszyło się krzyżem, słabością Chrystusa, wtedy, kiedy pozwolił upokorzyć się aż do poziomu najgorszego ze skazańców. Dzieje Chrystusa powtarzają się w dziejach Kościoła. Jest wiele momentów, kiedy uderzamy głową o twarde wymagania Kościoła, ale też czasem dziwimy się łagodnym zarządzeniom Kościoła, zwłaszcza wobec wielkich grzeszników.

Dotykamy tajemnicy Chrystusa i tajemnicy Kościoła. Ktokolwiek jednak z Ewangelią w ręku wędruje śladami Chrystusa, ten potrafi i zgorszenie wykorzystać dla umocnienia swojej wiary, nadziei i miłości.

Read More →

Dziś odpowiedź na pytanie: czy istnieją sytuacje, w których Kościół wydala wiernych ze swojej społeczności? Wiadomo, że o przynależności do Kościoła decydują dwa elementy: wiara człowieka — jest to rzeczywistość wewnętrzna, której nie potrafimy w żaden sposób skontrolować — oraz chrzest, akt zewnętrzny, który może być kontrolowany, dostrzegany przez całą wspólnotę. Przy chrzcie św. następuje wpisanie do ksiąg, które prowadzi Kościół jako społeczność zorganizowana. W jakim więc znaczeniu ktoś może być wyłączony z Kościoła?

Na pewno sam wyłącza się z Kościoła ten, kto traci wiarę, ale tego instytucja nie potrafi sprawdzić. O tym, że ktoś traci wiarę, wie tylko on i Bóg. Może więc dalej spełniać szereg praktyk religijnych i od strony zewnętrznej do Kościoła należy. Bywa i tak, że ktoś sam dobrowolnie zgłosi się do parafii, w której był ochrzczony, i żąda wypisania z księgi metrykalnej, twierdząc, że występuje z Kościoła. Takie wypadki mają miejsce.

Nas interesuje odejście z Kościoła, w którym społeczność wyłącza ze swego grona pewnych wiernych. Dokonuje się to przez tak zwaną ekskomunikę. Zawsze taki akt jest podyktowany dobrem Kościoła, dobrem wspólnoty i dobrem ekskomunikowanego. Najczęściej dokonuje się to wówczas, gdy ktoś przechodzi do obozu wrogiego Kościołowi, oficjalnie występuje przeciwko Bogu i Kościołowi. Wtedy przez jawną apostazję popada w ekskomunikę. Tak bywało przed laty, gdy ktoś chciał być aktywnym partyjnym, i mimo że był ochrzczony, a nawet przyjął Komunię św., angażował się w walkę z Kościołem, w ideologię marksistowską, i przez samo takie zaangażowanie już z Kościoła wypadał.

Ekskomunice podlegają również ci, którzy doprowadzają do podziału Kościoła, a więc tak zwani schizmatycy. Są wierzącymi, nawet chcą tworzyć własny kościół, ale zrywają z Kościołem Rzymsko-Katolickim. W Polsce, w ostatnich czterdziestu latach najłatwiej można to było obserwować na przykładzie tak zwanego Kościoła Polsko-Katolickiego. Zerwali z Rzymem, pobudowali własne ośrodki religijne i przez taką postawę popadali w ekskomunikę.

Trzecia grupa ekskomunikowanych to heretycy, ludzie, którzy głoszą poglądy nie dające się pogodzić z nauką Objawioną, której strzeże Kościół. Najczęściej dokonuje się to w ten sposób, że ktoś tak akcentuje jedną prawdę objawioną, że nie dostrzega innych. Herezja, to przeakcentowanie jednej prawdy objawionej kosztem innych. Niewiele jest ludzi, którzy znają całość prawdy objawionej i odkrywają ukryte w niej piękno harmonii. Prawdy ewangeliczne ujęte w Credo, w siedem sakramentów, w przykazania, tworzą wspaniałą harmonijną całość, którą można by porównać do pięknego ciała. Ciało jest piękne przez swoją harmonię, a w nim wszystko z zachowaniem proporcji jest na swoim miejscu. Jeśli jeden palec urośnie o dwa centymetry dłuższy lub krótszy niż powinien, to cała harmonia zostaje zniszczona. Otóż heretycy w podejściu do prawdy objawionej popełniają taki błąd, akcentując jedną prawdę, zapominają o innych. Na przykład współczesna herezja aktywizmu: działanie, działanie, działanie. Kościół jest od tego, aby pomagać innym. Wtedy nieważna jest modlitwa, nieważna jest Msza św., lecz tylko działanie i działanie. Po kilku latach takiego podejścia działający pada ze zmęczenia i w ogóle nie wie, po co jest chrześcijaninem. Inny powie, skoro wszystko od Boga zależy, to ja będę się tylko modlił. Dzieci płaczą, nie mają co jeść, w domu nie posprzątane, a on się modli i modli. Wypaczenie nauki objawionej. Jeśli takie hasła są publicznie głoszone, to wtedy mamy do czynienia z herezją. Takich wypaczonych poglądów na przestrzeni dwudziestu wieków pojawiało się w Kościele setki, jeśli nie tysiące. Kościół walczy z heretykami prawie w każdym pokoleniu.

Urząd Nauczycielski zawsze upomina takiego błądzącego człowieka i wzywa go do podporządkowania się nauce objawionej. Jeśli ten uparcie odrzuca upomnienie, zostaje ekskomunikowany, czyli wyłączony z Kościoła. Po ekskomunice Kościół nie bierze odpowiedzialności za jego naukę i postawę.

Ekskomunika jest również karą przewidzianą przez prawo za pewne grzechy, które w szczególny sposób zagrażają społeczności wiernych albo naruszają wielki skarb wiary, jaki Kościół posiada. Na przykład znieważenie Najświętszego Sakramentu przez włamanie do tabernakulum czy rozsypanie Eucharystii. Człowiek taki popełnia grzech ciężki, nadto zostaje wyłączony z Kościoła. Obecnie najczęściej spotykamy się z ekskomuniką za udział w zamordowaniu dziecka nie narodzonego. Każdy, kto uczestniczy w tym akcie, popełnia nie tylko grzech, ale wyłącza sam siebie z Kościoła. Chodzi tu o matkę, ojca, lekarza, pielęgniarkę, która asystuje przy zabiciu nie narodzonego, o człowieka, który załatwił wizytę u ginekologa w wiadomym celu, o każdego, kto w tym morderstwie uczestniczy. W tym momencie, kiedy dziecko zostało zamordowane, uczestników morderstwa obejmuje ekskomunika.

Jakie są następstwa ekskomuniki? Człowiek ekskomunikowany traci prawo do korzystania z sakramentów świętych. Przy nawróceniu nie wystarczy sama spowiedź, lecz jest potrzebne usunięcie ekskomuniki. Gdyby umarł w ekskomunice, nie ma prawa do pogrzebu kościelnego.

Sposób uwolnienia z ekskomuniki zależy od rodzaju przestępstwa. Na przykład jeśli ktoś zaciągnął ekskomunikę z powodu uczestniczenia w zamordowaniu dziecka nie narodzonego, to każdy kapłan, który spowiada, jest wyposażony we władzę uwolnienia z tej ekskomuniki. Dokonuje się to przy spowiedzi świętej, uwalnia z ekskomuniki, rozgrzesza i dopuszcza do udziału w Eucharystii. Natomiast uwolnienie z ekskomuniki za znieważenie Najświętszego Sakramentu pozostaje w mocy samego biskupa Rzymu.

Ktoś może postawić pytanie: Jak to pogodzić z miłością? Otóż Pan Jezus wyraźnie otwiera drogę do ekskomuniki, kiedy mówi o upomnieniu braterskim. Gdy brat twój zgrzeszy przeciwko tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź ze sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik (Mt 18, 15-17). To są słowa samego Chrystusa. Miłość domaga się upomnienia, troski o tego człowieka, a jeśli on jest uparty w złem, zostaje ze wspólnoty wyłączony.

Święty Paweł jednoznacznie podkreśla, iż "drobina kwasu może zniszczyć całe ciasto". Ten groźny kwas należy usunąć. Apostoł Narodów domaga się ekskomuniki i zaznacza, że jest ona dobra nie tylko dla wspólnoty, ale i dla tego człowieka, aby się opamiętał, aby zobaczył, co traci. Ekskomunika to ostre narzędzie dotarcia do człowieka, by mu uświadomić, że czyni zło. W historii wielu ludzi ekskomunikowanych nawracało się, prosiło o zwolnienie z ekskomuniki i odnajdywało się z powrotem w Kościele i w Bogu.

W Kościele jest miejsce na grzeszników. Jedynie grzechy, które szczególnie zagrażają wspólnocie, są obłożone ekskomuniką i ten, kto je popełnia, jest wyprowadzany poza drzwi Kościoła. W Starożytności ekskomunikowani stali poza drzwiami świątyni. Nawróconych biskup przeprowadzał przez próg, to był akt pojednania z Bogiem i Kościołem. Wszyscy jesteśmy słabi i Kościół nie wyrzuca grzesznika, Kościół jest łanem pszenicy, w której rośnie również i kąkol. Przed Bogiem człowiek grzeszny może trwać na modlitwie, może być w świątyni, choć nie ma prawa podejścia do Eucharystii. Powtarzam, grzesznik jest w Kościele, natomiast ekskomunikowany jest poza Kościołem.

Kościół modli się za ekskomunikowanych, jakkolwiek nie traktuje ich jako członki należące do wspólnoty. Jeśli ktokolwiek został ochrzczony, jest w zasięgu modlitewnego oddziaływania całego Kościoła, nawet gdy się sam wypisze z ksiąg metrykalnych.

Dziękujmy Bogu za łaskę uświęcającą, za możność należenia do Kościoła i za te trudne wymagania, które Kościół stawia. Warto przypomnieć, że Kościół najlepiej rozwijał się wtedy, kiedy dyscyplina pokutna była bardzo surowa, kiedy wielu ludzi latami czekało przed drzwiami kościoła, zanim zostali dopuszczeni do Eucharystii. Wtedy Kościół był najbardziej skuteczny w swoim działaniu i nawet poganie otaczali go szacunkiem. Ewangeliczne wymagania są wymaganiami miłości dla dobra wspólnoty i jednostki.

Read More →

Ktokolwiek głębiej zastanowi się nad poleceniem Jezusa: Idąc na cały świat nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, stanie przed pytaniem: Czy zbawienie jest tylko w Kościele? Czy miliardy ludzi, którzy nigdy nie słyszeli nic o Chrystusie i Kościele, mają zamkniętą bramę nieba? Czy miliardy ludzi żyjące przed przyjściem Chrystusa nie miały szans uczestniczenia w zbawieniu? Pytanie to nurtuje każdego, kto spotkał się bliżej z dziełem misyjnym. Czy rzeczywiście trzeba iść z Chrystusem do ludów, które w wielu wypadkach dysponują znacznie większą kulturą i głębszym życiem religijnym, aniżeli chrześcijańscy misjonarze, którzy do nich idą? Adoracyjna postawa Hindusów zdumiewa, zaskakuje głęboka wiara wyznawców Allacha, z trudem można znaleźć w Kościele ludzi tak głęboko religijnych.

Jaki jest zatem sens pracy misyjnej? Czyżby inne religie nie dawały zbawienia? Już kiedyś wspominałem, że wszystkie religie świata to są ludzkie ręce wyciągnięte do nieba, ale te ręce są za krótkie, nie potrafią sięgnąć klamki domu Ojca Niebieskiego. Natomiast w chrześcijaństwie, w Kościele, mamy Rękę Boga wyciągniętą do ludzi. Stosunkowo łatwo można więc podejść i uchwycić tę Rękę.

Czy jednak tylko oficjalna przynależność do Kościoła umożliwia zbawienie? Czy trzeba wiedzieć wiele o Chrystusie, o Kościele, o Tajemnicy Trójcy Świętej, aby mieć udział w szczęściu wiecznym? Nie trzeba. Można osiągnąć zbawienie bez oficjalnej zewnętrznej przynależności do Kościoła. Bóg pragnie zbawić każdego człowieka. Chrystus odkupił każdego człowieka. Bóg każdemu człowiekowi udziela łaski wystarczającej do zbawienia. Są to dogmaty naszej katolickiej wiary. Bóg ofiarowuje każdemu człowiekowi możliwość zbawienia. Z tym, że ludzie w innych religiach nie mają żadnej pewności, czy rzeczywiście tę łaskę odbierają, czy nie. Przynależność do Kościoła daje taką pewność. Ta pewność jest wielkim skarbem.

Człowiek może osiągnąć zbawienie nie należąc oficjalnie do Kościoła, nie wiedząc nic o nim, o ile żyje zgodnie ze swoim sumieniem. Czyli pragnie tego wszystkiego, co jest dobre, bo w tym pragnieniu jest zawarta gotowość na przyjęcie Chrystusa i Jego Kościoła, o ile by tylko taka szansa zaistniała. Z tego jednak, iż twierdzimy, że dostąpienie zbawienia jest możliwe bez znajomości Chrystusa i Kościoła, nie wynika, że człowiek, który zostanie zbawiony w hinduizmie, w islamie, konfucjonizmie, buddyzmie, nie należy do Kościoła. Innymi słowy, jest możliwość zbawienia poza instytucją kościelną, ale nie ma możliwości zbawienia poza Kościołem.

Kościół jest rzeczywistością Bosko-ludzką. Widzialna organizacja nie sięga tak daleko jak Boża łaska. Zasięg łaski zbawienia jest szerszy niż zakres widzialnej struktury Kościoła. Z tej łaski skorzystali: Abel, Noe, Abraham, Izaak, Jakub, prorocy Starego Przymierza, oni należą do Kościoła. Łaska życia nadprzyrodzonego przekracza bariery czasu i przestrzeni, przekracza również granice zakreślone przez Kościół jako instytucję.

Dla ukazania tej prawdy posłużę się porównaniem. Nie ma życia bez wody. Woda jest absolutnie potrzebna do tego, by mogło rozwijać się życie. Woda może być rozprowadzana z różnych zbiorników przez kanały, wodociągi, może być rozwożona w pojemnikach. Woda może być ukryta w formie wilgoci głęboko w ziemi tak, że nie da się nawet oddzielić jej od ziemi. Na pustyniach piaszczystych można obserwować roślinki, które nad piaskiem mają trzy centymetry, a korzeń tej rośliny ma trzydzieści metrów sięgając w głąb, szukając wilgoci. Aby ta roślina mogła żyć, musi zapuścić korzeń głęboko, aż do wilgotnej warstwy ziemi w poszukiwaniu wody. Inny sposób przekazywania wody to rosa. Jedna z tajemnic przyrody. Wiele organizmów żywych potrafi egzystować dzięki rosie.

Otóż Kościół jako instytucja rozprowadza wodę łaski przy pomocy kanałów i wodociągów. Ale sama woda może być przekazana albo w formie wilgoci, i jeśli komuś na tym zależy, to do niej dotrze, albo w formie rosy spadającej na ziemię.

Gdziekolwiek jest Boże życie, życie łaski, tam jest Kościół. Zbawienie polega nie tylko na nawiązaniu kontaktu z Bogiem, ale na włączeniu do tej wielkiej rodziny żyjącej życiem Bożym. Czy ta roślina żyje przy pomocy rosy, czy przy pomocy wody płynącej w strumyku, to jest obojętne, ale ona rośnie dzięki wodzie. O ile rośnie, o ile żyje, należy do Kościoła. Dlatego kiedy mówimy, że "poza Kościołem nie ma zbawienia", to chcemy stwierdzić, że nie istnieje inna forma życia Bożego, jak tylko ta w Kościele. Gdziekolwiek się pojawi życie Boże w duszy człowieka, ten człowiek natychmiast należy do Kościoła, do tej wielkiej duchowej wspólnoty wielbiącej Boga. Ktokolwiek żyje duchowo, już należy do Kościoła.

W oparciu o ten obraz łatwo zrozumieć, że nie można pozostawiać ludzi w innych religiach tylko i wyłącznie na łaskę rosy. Ich egzystencja może być tysiące razy piękniejsza i pełniejsza, jeśli doprowadzi się do nich strumień łaski. Dzieło misyjne Kościoła zmierza do tego, aby ta woda łaski Bożej dotarła do każdego. Pan Jezus wyraźnie zaznacza: idąc na cały świat, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, czyli zanurzając w wodzie dającej życie, podłączając do źródła, które ciągle bije w Kościele.

Modląc się o zbawienie ludzkości prosimy o to, by wszyscy doświadczyli łaski rosy docierającej jeszcze przed przyjściem do nich Kościoła, aby odkryli wartość Bożego życia. Następnie prosimy, aby pragnęli dotarcia do źródła, czyli do chrzcielnicy. Wreszcie pragniemy, aby odkryli, co to znaczy należeć do wspólnoty ludzi żyjących Eucharystią, do Kościoła. To ostatnie nasze pragnienie, ukryte w modlitwie o zbawienie wszystkich ludzi, winno być poparte naszym zaangażowaniem i przykładem życia.

Dziękujemy dziś Bogu za naszą przynależność do Kościoła. Nie musimy czekać na rosę łaski, zawsze możemy podejść do konfesjonału, codziennie możemy podejść do ołtarza, gdzie bije źródło wszelkiej łaski Bożej.

Read More →

Ostatnie słowa Chrystusa skierowane do Apostołów przed Wniebowstąpieniem brzmią jak rozkaz: Idąc na cały świat nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Polskie tłumaczenie nie oddaje zbyt dokładnie słów samego Chrystusa. Chodzi bowiem nie tylko o nauczanie, o przepowiadanie. W greckim tekście chodzi o to, aby Apostołowie uczynili narody uczniami Chrystusa, to znaczy zamienili ich w uczniów, wprowadzili do szkoły Jezusa Chrystusa. Innymi słowy, włączyli w Kościół. Apostołowie bezpośrenio po zesłaniu Ducha Świętego podjęli to dzieło i wiedzieli, że ekspansja Kościoła, jego rozwój przestrzenny, jest wolą samego Chrystusa. Kościół ma objąć wszystkie narody. Już w tekstach natchnionych Nowego Testamentu odczytujemy, jak Kościół wychodzi poza środowisko żydowskie. Dowodzi tego chrzest i bierzmowanie na terenie Samarii, następnie św. Piotr przyjmuje do Kościoła prozelitów, czyli sympatyków judaizmu, pochodzących z pogaństwa. Wielkiego dzieła misyjnego podejmuje się św. Paweł, który zostanie nazwany Apostołem Narodów i przemierzy tysiące kilometrów spod Damaszku aż po Hiszpanię, zakładając wiele Kościołów w Basenie Morza Śródziemnego. Ta praca misyjna rozpoczęta w dniu zesłania Ducha Świętego trwa do dnia dzisiejszego. Granice Kościoła jako organizacji poszerzają się ustawicznie. Kościół dociera do coraz to nowych narodów.

Jakie są etapy misyjnej działalności Kościoła? Pierwszy polega na przekazie informacji dotyczącej Chrystusa i Ewangelii. Trzeba dotrzeć z prawdą objawioną możliwie do wszystkich ludzi zamieszkujących nasz glob. W 

Następnym chodzi o zorganizowanie wspólnot wierzących. W trzecim chodzi o ustawienie wśród nowoochrzczonych ołtarza, aby wierzący mogli stosunkowo łatwo podejść do Eucharystii, czyli osobiście spotkać się z Chrystusem obecnym w świecie pod sakramentalnymi znakami. Wreszcie czwarty, ostatni etap pracy misyjnej, to wychowanie tubylczego kleru. Jeśli dana placówka misyjna jest już na tyle mocna w wierze, na tyle chrześcijańska, że w jej gronie pojawiają się ludzie, którzy mogą odpowiedzieć na powołanie kapłańskie, to wówczas przy ołtarzu, który wystawili misjonarze, staje rodzimy kapłan. W tym momencie, kiedy dany teren stanowiący placówkę misyjną wydaje rodzimych kapłanów, staje się z punktu widzenia religijnego samowystarczalny i teren ten zostaje włączony do organizacji kościelnej. Odtąd już nie jest traktowany jako teren misyjny, lecz jako część organizacji Kościoła. Oczywiście z tego, że pojawiają się powołania kapłańskie, nie wynika, że dzieło misyjne jest już ukończone, ono jeszcze będzie trwało całe pokolenia, niekiedy wieki, aż cały lud na określonym terenie zostanie objęty przez ewangeliczny zasiew.

Jakie są podstawowe trudności związane z misjami tak w ujęciu historycznym, jak i w aspekcie ściśle religijnym? Największa trudność polega na tym, że należy poszczególnym narodom czy ludom przekazać Ewangelię, szanując wszystko to, co dobre w ich kulturze i dotychczasowej religii. Chodzi o przekaz istotnych wartości religijnych z szacunkiem dla tego dobra, które jest ich rodzimym dobrem. Okazuje się, że przekaz samej esencji Ewangelii wcale nie jest taki prosty. My zawsze przynosimy Ewangelię w swoim własnym sercu, które jest kształtowane w danym narodzie i w danym kręgu kultury. Już św. Paweł spotykał się z wielkimi zarzutami, że próbuje przekazać Ewangelię poganom nie zobowiązując ich do pobożności żydowskiej. Żydzi bowiem koniecznie chcieli, aby Ewangelia była podana w ich żydowskiej oprawie. Czy można "wyjąć" Ewangelię z żydowskiego środowiska? Zrodziła się ona w środowisku żydowskim. Chrystus jest Żydem, Matka Najświętsza, wszyscy Apostołowie są Żydami, mieli oni swoją żydowską pobożność, swój święty kalendarz, swoje uroczystości, swoją kulturę. Czy można przekazać samą Ewangelię, nie zobowiązując innych do przejęcia pewnych elementów z judaizmu? Św. Paweł powiedział, że można. Działał w tym wypadku na podstawie rozporządzenia samego Chrystusa.

Problem jest ponadczasowy i obecnie w świecie jesteśmy świadkami tej samej trudności, gdy próbujemy przekazać Ewangelię Chińczykom, Arabom, Hindusom i innym ludom, w naszym europejskim wydaniu. Na przykład polskiemu misjonarzowi nie jest łatwo wędrować daleko w kraje misyjne, nie biorąc ze sobą obrazu Matki Bożej z Jasnej Góry. Kult Maryjny jest potrzebny, ale obraz może być z Jasnej Góry i nie musi być z Jasnej Góry. My Polacy jesteśmy związani z tym obrazem, ale niekoniecznie właśnie ten obraz musi być na placówce misyjnej. Jest to polska forma religijności, raz przyjęta przez tubylców bardzo mile, innym razem z uprzedzeniem.

Wśród misjonarzy na przestrzeni wieków znamy niezwykle odważnych, którzy przyjowali prawie całe dziedzictwo kultury i religii danych ludów, zwłaszcza wielkich ludów, takich jak Chiny, Indie. Wspomnę tylko o Mateo Ricci, który na przełomie XVI i XVII wieku powędrował na teren Chin i dotarł na dwór cesarza. Ale z czym jechał do Chińczyków? Z mapami, z globusami, z zegarkami, to wszystko było na wierzchu w jego kufrze. Jechał z bardzo wysoką wiedzą na temat świata. Gdzieś w połowie tego kufra znajdował się obraz Matki Najświętszej z Dzieciątkiem Jezus. Chińczycy byli gotowi przyjąć tę Matkę, która uczestniczy w dziejach zbawienia świata. Natomiast krzyż Chrystusa, to, co istotne w Ewangelii, ukrył na samym dnie, bo wiedział, że jeśli na początku zobaczą krzyż, to wszystko zostanie odrzucone. Trzeba wiele czasu na przygotowanie serc i umysłów do przyjęcia Ewangelii. Przy niezwykłych zdolnościach potrafił zaimponować Chińczykom, opanował nawet ich język do tego stopnia, że jego dzieła zaliczane są w literaturze do chińskiej klasyki. Ten człowiek niósł wartości ewangeliczne niezwykle ostrożnie. Chciał przygotować drogę. To jest wielki trud w całym dziele misyjnym, zwłaszcza wtedy, kiedy spotykamy się z kulturami Dalekiego Wschodu.

Druga trudność polega na tym, że na przestrzeni wieków, misjonarze wędrowali z kolonizatorami. Bywało, że pierwsi przybywali kolonizatorzy, którzy ranili tubylców swoją przemocą. Gdy przybył misjonarz, ojczysta ziemia tubylców opływała potem, krwią i jęczała od wyzysku, wtedy przyjęcie chrześcijaństwa było trudne. Bywało i odwrotnie, pierwszy docierał misjonarz, zdumiewał Ewangelią i miłością wzajemną, ale po kilku czy kilkunastu latach dopływali do niego jego biali bracia, którzy strzelali, mordowali, grabili, zadając kłam Ewangelii.

Jeżeli chodzi o formy pracy misyjnej, to w grę wchodzi albo praca na froncie misji albo na zapleczu. Powołanie misjonarza oparte jest często w dużej mierze na umiłowaniu przygody. Nie zawsze chodzi tu o powołanie kapłańskie, może to być powołanie człowieka świeckiego. W dziele misyjnym potrzebni są lekarze, nauczyciele, specjaliści od budowy domów, mostów, doskonalenia rolnictwa itp. Sekretariat Dzieła Misyjnego przy Episkopacie Polskim podał, że obecnie na misjach pracuje 1528 Polaków, w tym kilkunastu świeckich. Niewielu ludzi pracuje bezpośrednio na placówkach misyjnych, o wiele więcej pracuje na zapleczu. Misje wymagają wsparcia, jest to najbardziej kosztowne dzieło Kościoła. Rocznie dziesiątki milionów dolarów Kościół przeznacza na pracę misyjną po to, aby zabezpieczyć minimum potrzebnych warunków dla rozwoju pracy misyjnej. Chodzi o utrzymanie kapłana, czasami sprzęt potrzebny do tego, by mógł pokonywać długie odległości, lekarstwa itp. Na zapleczu misji pracuje o wiele więcej chrześcijan, niż na placówkach misyjnych. Ci budzą zainteresowanie misjami i zbierają środki na to, co jest potrzebne misjom. Nie zawsze chodzi o środki materialne. Czasami prosty list z zapewnieniem wsparcia duchowego, modlitwy i ofiary jest przez misjonarzy witany z większą radością aniżeli przesłany podarunek.

Cały Kościół jest misyjny. W Polsce dziś też mamy rozległe pole pracy misyjnej. Tylko 35% z tych, którzy powinni uczestniczyć we Mszy świętej w niedzielę, przekracza próg kościoła, a gdzie jest 65%? Tereny chrześcijańskie stają się powtórnie pogańskie. Kilkadziesiąt lat temu Francję ogłoszono krajem misyjnym. Znakiem obumierania życia chrześcijańskiego jest zanik powołań kapłańskich. Dziś kraje zachodniej Europy i Ameryki cierpią na brak powołań. Ich ziemia nie rodzi powołań kapłańskich, nie ma sług ołtarza. Znak to, że kraj przestaje być chrześcijański. Być może za kilkanaście lat trzeba będzie Polskę ogłosić krajem misyjnym, świadczy o tym niepokojący spadek liczby uczestniczących we Mszy świętej niedzielnej.

Każdy z nas jest misjonarzem i często nasza praca misyjna jest trudniejsza niż praca misjonarzy nad Amazonką czy w Kongo. Dlatego, że trudniej być prorokiem w swojej ojczyźnie, w swoim domu. Z Nazaretu rodacy wyrzucili Jezusa. Tajemnica to jest wielka. Dziś wyrażamy Bogu wdzięczność za to, że należymy do Kościoła. To wielki dar. Pamiętajmy jednak, że spoczywa na nas wielka odpowiedzialność za świadectwo autentycznego życia Ewangelią. To świadectwo decyduje o rozwoju dzieła ewangelizacji. Jeśli będziemy światłością dla świata, to na pewno Polska nie stanie się krajem misyjnym.

Read More →