TWÓJ CZAS TO „DZISIAJ”

(Felieton Kerygmatyczny pochodzi ze strony www.kerygmat.jezus.pl)

Proponuję Ci abyś się zatrzymał. Usiadł, położył, zamilkł. Na jakiś czas odłóż swój świat na półkę. Problemy poprzykrywaj serwetkami, plany zawieś na kołku. Swoją twarz, której pewno nie lubisz lub, którą się zachwycasz, odwróć od lustra samooceny. Role, w jakich obsadziło Cię życie pozostaw w teatrze zapomnienia. Na wszystkich swoich stanowiskach i funkcjach podaj się na chwilę do dymisji. Umów się z sobą, że Cię nie ma. Bliskim, jeśli są, powiedz, że umarłeś. Pogaś światła, (oprócz tej malutkiej lampki na nocnym stoliku), wyłącz telefony, pochowaj piloty. Kluczyk z samochodu wrzuć do akwarium. Wyloguj się. Uznaj, że jesteś bezsilny. Bezsilny wobec świata, wobec życia, wobec śmierci. Bezsilny wobec niemożności dogonienia celu, a nawet jasnego określenia go. Bezsilny wobec krzywd, których doświadczasz i ran, które zadajesz. Bezsilny wobec miłości, której pragniesz i tej, której nie potrafisz ofiarować. Uznaj, że tak naprawdę jesteś małym dzieckiem, które nieustannie potrzebuje pomocy, potwierdzeń, poczucia bezpieczeństwa. Potrzebujesz Matki, która Cię przytuli i Ojca, który Cię poprowadzi. Dziś jest szansa byś Ich spotkał, bez konieczności przeżycia tych wszystkich doświadczeń, które sprowadzają do parteru każdego twardziela. Wiem – nie jest prosto stać się dzieckiem, kiedy się dorosło. Nie jest prosto uznać swoją bezsilność, kiedy tyle się może. Nie jest prosto prosić, kiedy ciągle trzeba dawać. Nie jest prosto uwierzyć, kiedy już tyle razy się zawiodło – na ludziach, na Bogu, na sobie. Spróbuj jednak. Nikt nie zobaczy Twoich łez, nie usłyszy Twoich westchnień. Tylko Ty i Bóg. Bo to On, dziś przychodzi do Ciebie, aby Ci powiedzieć, że Cię bardzo kocha. Nieustannie mówi Ci te słowa, ale Ty, w hałasie swojego życia, nigdy nie mogłeś ich usłyszeć. Posłuchaj ich dzisiaj:

Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu (…) Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się i nie strawi cię płomień, (…) Ponieważ drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja cię miłuję (Iz 43, 1-4) (…) Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie. (Iz 54, 10)

Te słowa mówi Ci Pan. Trudno Ci w to uwierzyć, mimo iż uznajesz się za wierzącego. Jak to? W gazecie Bóg mówi do mnie, że mnie kocha? Jakiś cytat z biblii i tyle. Owszem Bóg jest, wierzę w niego, chodzę przecież do kościoła, ale jak tu uwierzyć w miłość Boga, kiedy tyle nieszczęść na świecie. Gdyby Bóg mnie kochał, nie dopuścił by do tych wszystkich krzywd i niesprawiedliwości. Ja zresztą nie zasługuję na miłość, tyle złego uczyniłem w życiu. Może inni tak, ale ja…

Dość! Umówiliśmy się przecież na początku, że się zatrzymasz, zamilkniesz. Zostaw to. Słuchaj. Pewien człowiek przez czterdzieści lat nie mógł uwierzyć, że Bóg go kocha. Kiedy był dzieckiem ufał mamie i tacie. Ale mama i tata chodzili swoimi drogami i mimo że bardzo pragnęli by był szczęśliwym, szczęścia mu nie dali, bo jak można dać coś czego się nie posiada. Kazali chodzić do kościoła w niedzielę i w czwartek. A tam, ksiądz grzmiał z ambony, że jeśli się nie poprawicie to Bóg was ukarze. Człowiek ten bardzo chciał się poprawić, więc zgłosił się jako ochotnik na ministranta. Ale zły los chciał, że wraz nim na probostwo przyprowadzono paru urwisów rozrabiających podczas mszy. Został ustawiony wraz z nimi w rzędzie i ksiądz proboszcz jako pokorne narzędzie bożej sprawiedliwości, każdemu penitentowi dał w pysk. Po razie, ale mocno. A więc ksiądz na kazaniu miał rację. Bóg jest ostry. I daje w pysk. Słusznie i niesłusznie. W poczuciu winy nasz bohater dorastał, a dorastając patrzył i słuchał. I wyciągał wnioski. W kościele jest ponuro, a w knajpie wesoło. A więc może alkohol da szczęście.

I faktycznie. Wkrótce alkohol stawał się dla niego panaceum na wszystkie problemy. Pod jego wpływem znikało poczucie winy, nieśmiałość, lęk, strach, przygnębienie. Bóg chrześcijan oddalał się coraz bardziej, by wreszcie rozpłynąć się zupełnie. Jego miejsce zajęła joga, buddyzm, medytacyjne techniki wschodu. To wszystko suto przeplatane seksem i gorzałą. Mijały lata, stawka rosła, codzienne dawki eliksirów także. Ludzie, nawet najbliżsi stali się marionetkami w rozgrywce o przeżycie. Bóg, nawet ten wymedytowany był już tylko przeszkodą do kariery, sukcesu, pieniędzy. Tylko alkohol wiernie towarzyszył, dając jednak coraz mniej za coraz więcej. Na koniec wprowadził w przedsionek śmierci. I w tym przedsionku, wąskim, niskim i ciemnym, bez drzwi i okien, bez szans na ucieczkę, bez nadziei i wbrew wszelkiej nadziei pojawiło się światło i Osoba. Osoba, która kocha i wiele może. Osoba, która jest Nadzieją i Miłością. Osoba, która mówi: Kocham Ciebie takim jakim jesteś i nigdy Ciebie nie opuszczę. Uwierz mi. Tą Osobą jest Bóg. Mój i Twój Emmanuel. Czy to oznacza, że droga do Niego prowadzi przez rynsztok? Czy trzeba najpierw poranić najbliższych, zniszczyć życie swoje i innych aby go spotkać? Czy trzeba być maltretowaną, zdradzoną i opuszczoną? A może trzeba utopić fortunę, zachorować na raka lub stracić nogę pod kołami pociągu?

Bynajmniej. Te słowa piszę bo ufam, że Ciebie to nie musi spotkać. Bóg nie wymaga ofiary, bo sam się ofiarował za Nas. W którymkolwiek miejscu drogi jesteś, czegokolwiek w życiu doświadczyłeś, Twój czas na spotkanie Go, to Dzisiaj…

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *