W gorące, czerwcowe południe roku 2000 zatrzymałem się przed księgarnią w dużym polskim mieście. Była to, jak oznajmiał napis widoczny już od rogu ulicy, "Księgarnia chrześcijańska" i rzeczywiście sąsiadowała ze sporym budynkiem kościelnym. Kościół należał do jednego z aktywnie działających w tym mieście wyznań niekatolickich, z rodzaju tych, które lubią określać siebie jako wspólnota "biblijnych chrześcijan".

Wszedłem do środka. Oferta była szeroka: od Biblii w różnych wersjach, poprzez ewangelizacyjne książki dla dzieci, po traktaty rozważające, czy współczesna nauka wspiera wiarę, czy też raczej jej przeczy. Obok tej pożytecznej literatury moją uwagę przykuł jeszcze jeden rodzaj publikacji: polemiki z Kościołem katolickim. Wyróżniały się one niezwykłą temperaturą uczuć i ogromnie radykalnymi sądami. Oto co wyczytałem w niektórych proponowanych w "Księgarni chrześcijańskiej" tekstach:

"Bratanie się przywódców ewangelicznych z rzymskim katolicyzmem sprzyja globalistycznym planom szatana".

"Już od stuleci hierarchia rzymskokatolicka staje pomiędzy Ojcem a Jego dziećmi, ustalając niebiblijne dogmaty i tradycje. Swoich wiernych utrzymuje w niewiedzy co do wolności w Chrystusie".

Katolicyzm "proponuje "ratalną" łaskę ku życiu wiecznemu. Taka droga do nieba czyni z Chrystusa kłamcę".

"[Katolickie] Magisterium użyje wszelkich środków, by zwiększyć swe wpływy. W jego przepastnym wnętrzu znika i Bóg, i Pismo święte, i Jezus Chrystus. Skutki tej potwornej herezji dla całego rodzaju ludzkiego nie dadzą się oszacować".

W roku 2000, u progu trzeciego tysiąclecia są w Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach świata, i takie grupy chrześcijan wierzących w Biblię jako natchniony dar od Boga, którzy w ten właśnie sposób formują postawy swoich wiernych wobec katolików. Nie stronią od wpajania takich skojarzeń z Kościołem katolickim, jak "czynienie z Chrystusa kłamcy", "potworna herezja", "sprzyjanie planom szatana". Zwykle myślenie tego typu kojarzyło nam się z nauczaniem Świadków Jehowy. Okazuje się jednak, że może występować także poza tym ugrupowaniem, i to w środowiskach, po których byśmy się tego nie spodziewali.

Z pewnością nie chodzi tu o grupy zbyt liczne i na pewno o wiele lepiej jest zwracać większą uwagę na liczne okazje do ekumenicznej współpracy i do pojednania między chrześcijanami różnych wyznań. Ale często zdarza się, że w swoim zapale misyjnym przedstawiciele owych mniejszościowych grup dążą do "nawracania" katolickich wiernych. A ponieważ w naszych czasach żyjemy hasłem ekumenizmu, stąd może się zdarzyć niewiedza co do intencji tak nastawionych chrześcijan. Dobrze więc jest zapoznać się z ich stylem myślenia o Biblii, ze sposobami jej interpretowania oraz z ich zamiarami wobec katolików.

Po pierwsze więc, rozumienie tekstu biblijnego podporządkowane bywa tam radykalnej chęci przeciwstawienia się Kościołowi katolickiemu, którego wierni są uważani za ludzi kompletnie nieświadomych prawdziwego nauczania Pisma św. Czasem powoduje to zdumiewające efekty z pogranicza groteski. Krytycy owi potrafią zapędzić się tak daleko, że widząc nacisk kładziony przez katolików na chrzest, twierdzić będą na temat "Ewangelii, która zbawia", że "Ewangelia nie mówi o chrzcie" (to nie żarty; naprawdę w publikacji oferowanej w księgarni poważnego wyznania chrześcijańskiego w roku 2000 spotkałem taką tezę). Dlaczego tak napisano? Oczywiście, aby zaraz potem uzupełnić: "jeżeli dodajemy cokolwiek do Ewangelii, przekręcamy ją i jesteśmy pod przekleństwem". Wniosek z tego ma być prosty: katolicy dodali chrzest do "Ewangelii, która zbawia", i dlatego są "pod przekleństwem". Katolik pamiętający słowa Jezusa Chrystusa "kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony" (Mk 16, 16) mógłby wprawdzie zauważyć, że chyba sam Jezus "dodał" chrzest do wymogów zbawienia, ale antykatolicki zapał tego typu misjonarzy nie zraża się tym.

Po drugie, nadgorliwi krytycy katolicyzmu uwięzieni w schematach szesnastowiecznych sporów związanych z Reformacją, nie potrafią dostrzec, jak myśl katolicka przez dwadzieścia wieków, począwszy od starożytności i średniowiecza, była uformowana przez gorące pragnienie wierności wobec tekstu biblijnego. U progu dwudziestego pierwszego wieku wyczytałem na przykład w książce nastawionej "misyjnie" wobec katolików, że "wbrew nauce Rzymu, odróżniającej grzechy powszednie od śmiertelnych, za które grozi śmierć, Biblia głosi, że śmierć jest karą za każdy grzech". Na poparcie tej dziwnej tezy owi antykatoliccy polemiści cytują jakieś teksty Pisma św. niespecjalnie związane z rozróżnianiem rodzajów grzechu (np. Rz 6, 23), natomiast nie przyjdzie im do głowy, aby sięgnąć do tekstu Biblii, który mówi wprost o tym zagadnieniu. Tak to w zapale obrony biblijnej prawdy przed "katolicką herezją" niektórzy będą z przekonaniem twierdzić, że "Biblia głosi, że śmierć jest karą za każdy grzech", chociaż Biblia omawia ten temat wprost i głosi wyraźnie: "są jednak grzechy, które nie sprowadzają śmierci" (1 J 5, 17).

Po trzecie wreszcie, tego typu ludźmi kieruje radykalna niechęć wobec ekumenizmu prowadzącego do bycia wraz z katolikami w jednej rodzinie Kościoła. Głoszą: "Różnice doktrynalne to bariery nie do przebycia dla chrześcijańskiej jedności i stawiają one Kościół rzymskokatolicki i prawosławny poza Bożą rodziną". Bywa też, że katolickie chrześcijaństwo jest stawiane na równi z najbardziej okrutnymi dyktaturami i totalitarnymi reżimami. O protestantach porozumiewających się z katolikami napisano na przykład: "Jak Roosevelt i Churchill oddający pół Europy na pastwę Stalina, ludzie ci oddali los jednej piątej ludzkości do dyspozycji papiestwa".

Ponieważ w czasach otwartości i ekumenizmu my, katolicy, miewamy więcej okazji do kontaktów również z tak nastawionymi wierzącymi, trzeba być na to przygotowanym. Najważniejszym elementem takiego przygotowania jest świadectwo ukształtowania naszej katolickiej wiary przez Biblię. Kościół czyta przecież z wiarą Pismo św. od dwudziestu wieków i w ten właśnie sposób uformował swoje zwyczaje modlitewne i wyznania wiary.

Skoro postawy jawnie wrogie wobec katolików można spotkać dziś wśród ludzi uważających się za "biblijnych chrześcijan", będziemy pewnie i w przyszłości spotykać na naszej drodze radykalnie antykatolicko nastawionych wyznawców Jezusa. Wobec nich zachować się mamy tak, jak nauczali tego Apostołowie: "Pana zaś Chrystusa miejsce w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest" (1 P 3, 15).

Niech kolejne stronice tego tekstu umocnią w nas nadzieję zbawienia właściwą każdemu wyznawcy Jezusa Chrystusa, niech ugruntują też naszą wiarę dotyczącą Kościoła, sakramentów i modlitwy, słowem tego wszystkiego, co składa się na drogę do Boga. A ponieważ zarówno autorowi tych słów, jak i innym katolikom zdarzały się błędy, zbyt ostre słowa i uprzedzenia wobec chrześcijan wyznających Jezusa Chrystusa na innej ścieżce wiary, niech wzrośnie także nasza miłość do wszystkich, którzy "umiłowali pojawienie się Jego" (2 Tm 4, 8).


Kilka przydatnych pojęć: "fundamentalista", "zbawienie", "chrześcijanin", "biblijne chrześcijaństwo"

W dalszej części niniejszego tekstu pojawią się takie sformułowania, jak "fundamentalizm biblijny" lub "biblijne chrześcijaństwo", spotkać się też będzie można ze specyficznym użyciem słów "chrześcijanin" i "zbawienie" w kontekście fundamentalistycznym. Dlatego teraz kilka zdań przybliżających te pojęcia, dla większej łatwości zrozumienia tego, co nastąpi.

Często spotykany typ gorliwego przeciwnika Kościoła katolickiego z powodu rzekomej niebiblijności katolików to chrześcijanin nazywany w USA fundamentalistą. Aby zrozumieć motywy ataków fundamentalistów na Kościół katolicki konieczne jest poznanie ich wyobrażenia o nauce Biblii na temat drogi człowieka do Boga. Trzeba także mieć w pamięci fragmenty Pisma św., na których się opierają w głoszeniu swoich nauk.

O ile droga człowieka do Boga przedstawiana przez typowego katolickiego nauczyciela wymaga rozpatrywania wielu niuansów i udzielania skomplikowanych wyjaśnień, to ta sama droga przedstawiana przez fundamentalistę jest niezwykle prosta. Tak prosta, że można ją streścić w trzech zdaniach.

    1. Od czasu występku Adama i Ewy wszyscy ludzie bez wyjątku rodzą się "pozbawieni chwały Bożej" (Rz 3, 23); dlatego, jeśli nie zdarzy się im okazja do spotkania z Jezusem Chrystusem, po śmierci idą do piekła na wieczne potępienie.
    2. Od wieczności w piekle uratowani są tylko ci, którzy w jakimś momencie ziemskiego życia "dostąpili zbawienia" (Dz 2, 47).
    3. Zbawienie polega na spełnieniu trzech prostych warunków. Trzeba mianowicie:

      – uznać siebie samego za grzesznika (Dz 2, 38);
      – uznać Jezusa z Nazaretu za Syna Bożego, który umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia (Rz 10, 9);
      – w konsekwencji przyjęcia powyższych dwóch prawd – wypowiedzieć z mocną wiarą słowa: "Panie Jezu, przyjmuję Cię za mojego Pana i Zbawiciela" (por. Rz 10, 10).

Wielu chrześcijan nazywanych w Ameryce "ewangelicznymi fundamentalistami" wierzy, że od momentu spełnienia tych trzech warunków człowiek jest już zbawiony. Dlatego można spotkać się w tym środowisku z wypowiedzią w stylu: "zostałem zbawiony dwa lata temu, w środę 12 lipca po południu"; albo: "kiedy człowiek zostanie zbawiony, to dobrze jest, jeśli przyjmie chrzest". Spotkamy w literaturze tego typu sformułowania w opisie nabożeństwa nawróceniowego: "po kazaniu trzystu ludzi zostało zbawionych". Autorzy chcą w ten sposób przekazać myśl, że wspomnianych trzysta osób to ci, co po kazaniu wyszli na środek sali i z wiarą powiedzieli, że przyjmują Jezusa jako swego Pana. W ten sposób zostali zbawieni.

Jak widać, rozumienie słowa zbawienie znacznie odbiega od jego znaczenia, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni w Kościele katolickim. O podobnej trudności trzeba pamiętać, jeśli w fundamentalistyczno-ewangelicznej literaturze spotkamy się z określeniem chrześcijanin. Słowo to najczęściej oznacza to samo, co "człowiek zbawiony", a więc używa się go na określenie kogoś, kto kilka lub kilkanaście lat temu "przyjął Jezusa jako Pana i Zbawiciela" w opisany wyżej sposób. Kto natomiast nigdy w życiu nie został zaproszony do wypowiedzenia takiej lub podobnej formuły, ten w oczach ewangelicznego fundamentalisty w ogóle nie jest chrześcijaninem. Dlatego dla typowego przedstawiciela tego nurtu większość katolików i prawosławnych to nie są "chrześcijanie". Chrześcijan trzeba z nich dopiero uczynić.

Według wyobrażeń ewangelicznych fundamantalistów o nauce Pisma św. człowieka, który "przyjął Jezusa jako Pana i Zbawiciela", nic nie jest już w stanie pozbawić tak nabytego zbawienia. W szczególności, wbrew wierze katolików i prawosławnych, nie ma takiej mocy żaden grzech ani żadne odstępstwo. Jeśli "zbawiony człowiek" grzeszy zbyt zuchwale lub wyzywająco, Bóg może go ukarać jakąś przemijającą karą, może nawet chorobą lub przedwczesną śmiercią, ale zbawienie wieczne jest już "zaklepane". Zdobyte raz w ciągu kilkuminutowej decyzji, jest już absolutnie nieodwołalne, raz na całą wieczność.

Tacy fundamentalistyczni chrześcijanie myślą, że w zasadzie nic więcej nie należy do zbawczego przekazu Biblii. Dlatego tak bardzo denerwuje ich nauka Kościoła katolickiego, która jest o wiele obszerniejsza i o wiele bardziej skomplikowana. Wszystko to wydaje się typowemu ewangeliczno-fundamentalistycznemu wierzącemu zupełnie zbędnym balastem, niepotrzebnym dodatkiem pochodzącym z ludzkiej tradycji, wymysłem papieży i Ojców Kościoła. Dlatego katolicyzm przeciwstawiany jest tak zwanemu biblijnemu chrześcijaństwu. Ta ostatnia nazwa obejmuje oczywiście tylko wyznawców opisanej powyżej drogi zbawienia.

Misja ewangelizacyjna fundamentalisty skierowana do katolika będzie się starała więc, co oczywiste, uwolnić z wszelkiego "zbędnego balastu" wyznawcę Ewangelii uformowanego w tradycji katolickiej. Często trudno to sobie wyobrazić inaczej niż jednoczesne "uwolnienie" z przynależności do Kościoła katolickiego. Jak mawiają tak usposobieni ewangelizatorzy w Ameryce: Jesus saves, Rome enslaves ("Jezus zbawia, Rzym zniewala"). Popularny w tych kręgach autor sformułował to jeszcze inaczej: jeśli "blisko do Boga", to "daleko od Rzymu".

Co ciekawe, trzypunktowa droga do zbawienia jest bardzo rzadko w sposób jasny formułowana, chociaż leży u podstaw ogromnej ilości literatury i obfitej tradycji kaznodziejskiej. Dopiero bowiem gdy się ją przedstawi w klarownym schemacie, wychodzą na jaw jej niedoskonałości. Każdy bowiem, kto choć trochę zna Biblię, stanie od razu przed problemem: jeśli każdy człowiek idzie do piekła, z wyjątkiem tych, którzy uwierzyli i wyznali, że przyjmują Jezusa jako Pana i Zbawiciela – to jak ocaleli przed piekłem Abraham ( Łk 16, 22), Izaak i Jakub (Mt 8, 11), Mojżesz i Eliasz (Łk 9, 30)? Czy ewangeliczni fundamentaliści wierzą, że również Jeremiasz i Ezechiel, a także mnóstwo proroków i pobożnych Izraelitów z czasów Starego Testamentu, że wszyscy oni, którzy zawierzyli Bogu Izraela, poszli do piekła na wieczne potępienie? Trudno przecież nie zauważyć, że nigdy nie mieli okazji przyjąć Jezusa jako Pana i Zbawiciela (podobnie zresztą, jak miliony ludzi żyjących poza zasięgiem oddziaływania wspólnot chrześcijańskich)!

Jeszcze w XIX wieku, uzupełniano ewangeliczny protestantyzm o teorie mówiące, że Pan Bóg zmienia co pewien czas warunki zbawienia (określano to za pomocą trudnego słowa "dyspensacjonalizm"). Od tego czasu minęło jednak sto lat i w popularnej wersji fundamentalizmu ewangelicznego przestano się martwić o takie szczegóły. Obecnie im prościej, tym lepiej. A jeśli Kościół katolicki udziela zbyt skomplikowanych odpowiedzi, bo dostrzegł zbyt dużo pytań czekających na odpowiedź – to lepiej uciąć dyskusję używając zamiast argumentu radykalnego wezwania: "To my jesteśmy biblijnymi chrześcijanami, właściwie to tylko my jesteśmy w ogóle chrześcijanami, bo tylko my jesteśmy zbawieni!"

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>