WOBEC EKUMENIZMU

W ostatnich trzech rozważaniach, w kontekście tajemnicy jedności Kościoła, próbowałem ukazać w największym skrócie zasadnicze rysy Kościoła rzymsko-katolickiego, prawosławnego i reformowanego.

Dziś pragnę poświęcić trochę czasu na refleksję nad ekumenizmem. Ruch, który w odniesieniu do wszystkich wyznawców Chrystusa jest stosunkowo młody, został pobłogosławiony przez Jana XXIII. Chodzi w nim o znalezienie dróg wiodących do wspólnego spotkania wszystkich wyznawców Chrystusa.

Rozłam bowiem wśród wyznawców Chrystusa jest zgorszeniem dla świata. Trzeba powiedzieć, że podział chrześcijan, to wielki sukces zła. Pan Jezus modlił się, aby byli jedno. Chciał On, abyśmy wzajemną miłością objawiali światu miłość samego Boga. Rozłamy, jakie istnieją wśród chrześcijan, w dużej mierze niweczą to nasze świadectwo.

Jakie są perspektywy ruchu ekumenicznego? Jeśli chodzi o prawosławie, to teoretycznie rzecz biorąc sprawa jest prosta, właściwie chodzi tylko o uznanie biskupa Rzymu jako następcy Piotra. W praktyce jest to jednak bardzo trudne. Mamy bowiem za sobą historię prawie tysiąca lat oddzielnego życia i nie bardzo się rozumiemy.

Z końcem wieku XVI, w r. 1569, na terenach wschodniej Polski część chrześcijan należących do Kościoła prawosławnego podporządkowała się Rzymowi. Rzym uznał wszystkie ich zwyczaje, całą ich liturgię i organizację kościelną. Prawosławie moskiewskie i konstantynopolitańskie potraktowało to jako zdradę i w okrutny sposób prześladowało Kościół unicki, zwany Kościołem grecko-katolickim. Wśród ofiar tego prześladowania najbardziej znani męczennicy to św. Andrzej Bobola i św. Jozafat Kuncewicz. Myślę, że do tego tematu trzeba będzie powracać w miarę wzmożonych kontaktów ze Wschodem. Trzeba będzie znacznie lepiej znać Kościół prawosławny i Kościół grecko-katolicki. Czy Kościół prawosławny zdecyduje się na pokojową współpracę z biskupem Rzymu, trudno powiedzieć. W świetle historii niewiele jest znaków, które by zapowiadały nasze rychłe pojednanie. Wspomniałem już, że w Kościele katolickim uczyniono wiele dla pojednania, udostępniając bogactwo liturgii i sakramentów w Kościele prawosławnym wszystkim katolikom, co dowodzi, że między nami a nimi nie ma istotnej różnicy.

Trudniej przedstawia się spotkanie z Kościołami reformowanymi. Tu bowiem istnieją wielkie rozbieżności w samym rozumieniu chrześcijaństwa i definitywne odrzucenie Kościoła jako organizacji Bosko-ludzkiej, którą powołał do życia Jezus Chrystus. Po prostu inaczej myślimy. Nie chodzi tu tylko o to, że dziś oni i my inaczej myślimy, gorzej jest, że oni myślą inaczej niż myśleli wszyscy chrześcijanie przez piętnaście wieków. Tu jest problem. Katolickie myślenie zgadza się z myśleniem wszystkich pokoleń od czasów Apostolskich, natomiast Kościół protestancki zerwał z tą Tradycją. Perspektywy pojednania są tu bardzo nikłe. Pogłębia to jeszcze postępujący coraz bardziej podział Kościoła reformowanego. Istnieje obecnie ponad czterysta Kościołów reformowanych, jedne są duże, inne niewielkie, liczące po kilkanaście tysięcy wyznawców. Dlatego prowadzenie dialogu z tylu Kościołami jest bardzo utrudnione. Kościół katolicki może wyłonić przedstawicieli do rozmów, a każdy z Kościołów reformowanych wystawia swoich i z każdą delegacją trzeba rozmawiać inaczej.

Najbliżej Kościoła katolickiego jest tak zwany Kościół anglikański, który nie zakwestionował organizacji Kościoła. Henryk VIII oderwał Kościół od Rzymu, nie uznając zwierzchnictwa biskupa Rzymu, podporządkowując Kościół — państwu, uznając siebie za głowę Kościoła. W dialogu ekumenicznym Kościoła rzymsko-katolickiego z Kościołami reformowanymi najdalej są posunięte rozmowy właśnie z Kościołem anglikańskim i tu istnieją dość duże perspektywy pojednania. Z tym, że i tam istnieją mocne tendencje do rozłamów, spowodowane między innymi udzielaniem święceń kobietom przez niektóre z Kościołów anglikańskich, co dodatkowo będzie utrudniać ekumenizm.

Najdalej od Kościoła rzymsko-katolickiego są tak zwani świadkowie Jehowy. Ich podejście jest też zupełnie nieekumeniczne. Działają również u nas w Polsce. Powstali na przełomie wieku XIX i XX. Trzeba powiedzieć, że nie są to chrześcijanie, bo warunkiem przynależności do Chrystusa jest uznanie Chrystusa jako Boga, a oni nie uznają Bóstwa Chrystusa. Głoszą również wiele innych twierdzeń potępionych przez Kościół. Najtrudniejsze jednak w ich podejściu jest to, iż całe apostolstwo ściśle łączą z podsycaniem niechęci do Kościoła jako instytucji. Za wszelką cenę chcą swoich wyznawców zgromadzić na zasadzie niechęci a nawet nienawiści do instytucji kościelnych. Dla ekumenizmu świadkowie Jehowy są poważnym problemem, odrywają bowiem ludzi nie tylko od Kościoła, ale także od Chrystusa. Trudno mówić z ludźmi, którzy programowo próbują wypełnić serce nienawiścią do innych. Chrystus nigdzie w Ewangelii nie uczył nienawiści do drugiego człowieka. Od samego początku dużą rolę w tym ruchu odgrywają pieniądze. Sam założyciel na krzewienie ruchu przeznaczył pokaźną sumę dolarów, co w zestawieniu z Chrystusem, który nie zostawił na ten cel żadnego pieniądza, zmusza do głębszego zastanowienia.

Trzeba by było jeszcze mówić o adwentystach czy gedeonitach, którzy również intensywnie działają na terenie naszego miasta, ale dziś nie mamy na to czasu. Nie chciałbym stracić zasadniczych proporcji rozważań o Kościele. Zwracam uwagę tylko na dwie wspólnoty: Kościoła anglikańskiego, bliskiego Kościołowi katolickiemu, i świadków Jehowy, najbardziej odchodzących od naszego Kościoła.

Jakie są drogi do ekumenizmu? Pierwsza, to droga modlitwy. Wszyscy, którzy czytają Ewangelię, odmawiają „Ojcze nasz”, bez względu na to, do jakiego odłamu chrześcijaństwa należą. W modlitwie „Ojcze nasz” jest wielka nadzieja. Jeśli będziemy odmawiać ją sercem, to spotkanie w duchu Chrystusowego braterstwa jest możliwe.

Druga droga, to poszukiwanie prawdy. Chodzi o prawdę Objawioną. Jest to dzieło bardziej teologów, tych, którzy podejmują dyskusję na temat Pisma Świętego i Tradycji. Wydaje się jednak, że równie ważne jest poznanie prawdy o sobie. Im więcej wiadomości mamy o Prawosławiu czy Kościołach protestanckich, tym łatwiej jest zrozumieć się wzajemnie, a bez zrozumienia o ekumenizmie nie ma mowy.

Wreszcie ekumenizm dokonuje się przez życie miłością. Ostatecznie ekumenizm jest dziełem miłości i chodzi o to, aby ta miłość połączyła nas wcześniej, aniżeli połączą się same instytucje. Dziś wiadomo, że małżeństwa mieszane są terenem spotkań, które wymagają dużego samozaparcia, a równocześnie poznania i wypracowania wspólnego działania, w wierności sumieniu z jednej i drugiej strony.

Chciałbym jeszcze zaznaczyć, że inaczej wygląda rozłam chrześcijaństwa z punktu widzenia historycznego w XI, XV czy w XIX wieku, a inaczej wygląda po wielu wiekach. To jest mniej więcej tak, jakby rodzice się pokłócili, a trzecie czy czwarte pokolenie chciałoby już żyć w zgodzie. Rodzice pokłócili się z sobą, ale trzecie pokolenie mówi, cóż nas to obchodzi, że oni się pokłócili, my chcemy być razem. Więcej, następne pokolenia nie ponoszą odpowiedzialności za ten podział, ponoszą odpowiedzialność za autentyzm życia Ewangelią. Ostatecznie pojednanie nastąpi na skutek wspólnego wysiłku wszystkich, którzy chcą Ewangelią żyć. Ekumenizm jest prądem, który objął bardzo mocno Kościół katolicki, z dużą rezerwą przyjmuje go Kościół prawosławny, zaś protestanci zabiegają o ekumenizm, jakkolwiek często chcą przeciągnąć katolików na swoją stronę. Tymczasem tu nie chodzi o przeciąganie, tu chodzi o wspólne dotarcie do prawdy. Prawda nas jednoczy i prawda nas wyzwoli. Tyle jeśli chodzi o aktualny stan chrześcijaństwa, które w sercach ludzi prawych pragnie zjednoczenia.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CAPTCHA ImageChange Image