Fragment książki „Istota katolicyzmu”, która wkrótce ukaże się w „Biblotece Fondy”. Tłumaczył : Paweł Lisicki

Kościół katolicki jako Ciało Chrystusa, jako urzeczywistnienie Królestwa Bożego na ziemi, jest Kościołem ludzkości. Ze swej istoty ma on za cel włączenie ludzi wszystkich czasów i wszystkich miejsc w jedno Ciało Chrystusa. Stąd koniecznie wynikają – jego zewnętrzna i wewnętrzna katolickość, jego uniwersalność i otwartość. Ale stąd też wynika koniecznie jego ekskluzywność, tzn. roszczenie Kościoła, by być właściwym Kościołem ludzkości, jedyną instytucją, w której wszyscy ludzie mogą osiągnąć zbawienie. Kościół ma świadomość, że jest Kościołem ludzkości i tym Królestwem Bożym, do którego co do zasady, zgodnie z wolą Chrystusa, przynależą po prostu wszyscy ludzie. Dlatego nie może on zgodzić się z tym, by ludzie mogli znajdywać zbawienie także w innych wspólnotach, powstałych poza lub wbrew ustanowionemu przez Chrystusa Kościołowi ludzkości. Nawet Heiler nie może zaprzeczyć spójności takiego stanowiska: „Tak daleko jak katolicyzm jest rzeczywiście uniwersalny, tak daleko jak w pełni reprezentuje wszystkie wartości religijne, musi być ekskluzywny. Nie jest to jednak ekskluzywność wynikająca z ciasnoty, ale z niewyczerpanego bogactwa”. Kościół wyparłby się swej najgłębszej, najbardziej własnej istoty, tego, co w nim najbardziej wzniosłe, czyli swej niewyczerpanej pełni, oraz tego, co zachowanie tej pełni wspiera i gwarantuje, powołania do bycia Ciałem Chrystusa, gdyby kiedykolwiek uznał w innej – istniejącej obok siebie lub antagonistycznej w stosunku do siebie – wspólnocie chrześcijańskiej, kościół siostrzany, posiadający takie prawa jak Kościół katolicki. Może on uznawać historyczne znaczenie takich kościołów. Może je określać jako Wspólnoty chrześcijańskie, a nawet jako kościoły chrześcijańskie, ale nigdy jako Kościół Chrystusa. Jeden Bóg, jeden Chrystus, jeden chrzest, jeden Kościół. Tak jak nie może być drugiego Chrystusa, tak też nie może być drugiego Ciała Chrystusa, drugiej manifestacji Jego ducha. Kiedy niektórzy chrześcijanie amerykańscy pojechali wiosną 1919 roku do Rzymu, aby zaprosić papieża Benedykta XV do udziału w światowej konferencji „Wiara i ustrój Kościoła”, okazało się, że nie rozumieją oni katolickiej koncepcji Kościoła i wynikającego z niej fundamentalnego roszczenia. Kościół katolicki może i będzie spoglądać z życzliwością i zadowoleniem na wszelkie dążenia do wspólnoty, które widać wśród chrześcijan niekatolików. Może on widzieć w tych usiłowaniach, i będzie w nich widział, pierwszy przycznek do tego, by przygotować zjednoczenie wszystkich chrześcijan – wymaga tego obecna sytucja chrześcijaństwa ogólnie, a chrześcijaństwa zachodniego w szczególności. Lecz nie może on widzieć w innych wspólnotach chrześcijańskich kościołów posiadających równy katolickiemu ustrój i prawa. Byłoby to zaparcie się swej własnej istoty. Byłaby to haniebna niewierność sobie samemu. Albo Kościół katolicki będzie Kościołem właściwym, właściwym Ciałem Chrystusa, właściwym Królestwem Bożym, albo w ogóle go nie będzie. Ta wyłączność Kościoła zakorzeniona jest w wyłączności Chrystusa, w Jego roszczeniu, aby być tym, który przynosi nowe życie, który jest drogą, prawdą i życiem. W Chrystusie objawiła się nam pełnia boskości. Bóg Wcielony jest ostatecznym i najdoskonalszym samoobjawieniem Boga danym ludzkości. W Nim stała się ciałem boska mądrość, dobroć i miłosierdzie. Z Jego pełni wszyscyśmy otrzymali łaskę za łaską. I dlatego nie ma żadnej innej drogi do Boga jak tylko przez Chrystusa. „I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4, 12). Taka jest nasza wiara. Dzielimy ją ze wszystkimi prawdziwymi chrześcijanami. Ale my katolicy dodajemy: Chrystusa można uchwycić jedynie przez Jego Kościół. Mógłby on zapewne, gdyby zechciał, udzielić siebie i przekazać swe zbawicielskie moce bezpośrednio wszystkim ludziom w osobistym przeżyciu. Jednakże nie chodzi o to, co samo w sobie mogło było się stać, ale o to, co faktycznie chciał uczynić Chrystus. Faktycznie chciał On dać siebie ludziom przez ludzi, zatem przez wspólnotę, a nie w izolacji i rozproszeniu. Chciał On, by Jego łaska dotarła do ludzi połączonych w jednej, naturalnej, solidarnej wspólnocie, i aby doszła ona do nich przez tę wspólnotę, nie bez niej i, w jeszcze mniejszym stopniu, wbrew niej. Nie chciał On nieskończonego szeregu ułaskawionych, izolowanych wybrańców, lecz pragnął zbudować stanowiące jedność Królestwo świętych ludzi, Królestwo Boże. I ta metoda przekazywania siebie całkowicie odpowiada Jego podstawowemu wymaganiu, nakazowi miłości braterskiej. Bowiem przykazanie to zakłada istnienie wspólnoty, jedności braci – nie może być miłości braterskiej bez społeczności. Metoda ta odpowiada także naturze działania łaski Bożej, która jest ofiarowywana wszystkim ludziom od razu. Łaska Boga, taka jak się objawia, jest mocą katolicką, obejmującą i uchwytującą wszystkich ludzi. Nie może ona zatem manifestować się inaczej niż tylko w absolutnej jedności. Tam, gdzie jest Bóg, tam nie może być sprzeczności, niezgody i podziału. Prawda Boża może być z samej zasady tylko jedną prawdą, jednym życiem, jedną miłością. Dlatego może ona mieć tylko jedną postać, postać uniwersalnej wspólnoty, łączącej ludzi w wewnętrznej jedności.

Od samego początku, dowodząc, że kto chce być zbawiony koniecznie musi należeć do jednej wspólnoty, powoływano się – jak zaświadcza Mateusz (18, 17) – na wyraźne słowa naszego Pana: „Jeśli ktoś nie usłucha Kościoła, niech ci będzie jako poganin i celnik”, tzn. nie traktuj go już jako chrześcijanina. To najwcześniejsze, chrześcijańskie przeświadczenie wyraził następnie św. Cyprian (zm. 254) w jasnych zdaniach, które pozostały już na zawsze w pamięci chrześcijan: „Aby ktokolwiek mógł mieć Boga za Ojca, musi mieć Kościół za matkę” (ep. 74, 7). „Nikt nie może być zbawiony poza Kościołem” (ep. 4, 4). „Nie ma zbawienia poza Kościołem” (ep. 73, 21).

Tym samym została ukuta formuła, która najkrócej wyrażała roszczenie Kościoła, by być jedynym źródłem zbawienia: „Nie ma zbawienia poza Kościołem” (Extra ecclesiam nulla salus). Czwarty Sobór Laterański w 1215 roku przejął ją dosłownie. Znalazła ona swe szczegółowe rozwinięcie w tak zwanym Symbolu Atanazjańskim, uznanym przez Kościół za jedno ze swych wyznań wiary: „Ktokolwiek chce być zbawiony, musi przede wszystkim zachować wiarę katolicką; której jeśliby kto nie zachował całej i nienaruszonej, bez wątpienia zginie na wieczność”. Jeszcze bardziej jednoznacznie wyraża się Sobór Florencki w 1439 roku. Deklaruje się tam, iż wiecznego życia pozbawieni zostali wszyscy poganie, żydzi, heretycy i schizmatycy, a spotyka ich kara wiecznego ognia.

Nie może być zatem wątpliwości, że jeśli katolickość Kościoła daje mu charakter uniwersalny i otwarty na cały świat, to roszczenie, by Kościół był jedynym źródłem zbawienia, wydaje się skupiać go na sobie, czynić wyłączającym i ekskluzywnym. Z bezgranicznym otwarciem na wszystkie wartości, gdziekolwiek można je znaleźć, z oddaniem się im, kontrastuje w Kościele równie silne i bezwarunkowe samopotwierdzenie, równie silne trwanie przy swych roszczeniach. Owo bezgraniczne upieranie się przy swoich roszczeniach jest konieczną przeciwwagą bezgranicznego otwarcia na wartości. Bez tego surowego i świadomego samoutwierdzenia i bez tego stanowczego skupienia się na sobie samym, katolickość Kościoła, akceptacja dla wszystkiego co ludzkie, afirmacja całego świata i wszystkich wartości, mogłyby spowodować stopniowy rozkład jego własnej, nadprzyrodzonej natury, rozpłynięcie się w kosmosie tego, co naturalne. Mogłoby wtedy nastąpić zmieszanie się jego istoty z obcymi, ba, antagonistycznymi elementami religijnymi, czyli pojawiłoby się niebezpieczeństwo synkretyzmu.

Właśnie przez to, iż Kościół z tą samą siłą i stanowczością z jakimi oddaje się światu, pamięta o swym nadprzyrodzonym pochodzeniu, o swej istotowej więzi z Chrystusem i o tym, że tylko jemu powierzono władzę zbawiania, zachowuje on nadprzyrodzoną substancję swego posłannnictwa. Tym samym zachowuje zdolność, aby przejmować od świata wszystkie naturalne wartości i podnosić je na wyższy poziom: czynić z nich wartości nadprzyrodzone, przeniknięte Chrystusem, odniesione ku Bogu. Jeśli katolickość Kościoła stanowi jego siłę odśrodkową, to ekskluzywność jest jego siłą dośrodkową. Oto tajemnica wierności Kościoła sobie samemu mimo obfitości różnych dóbr, jakie przyjął: te dwie siły pozostają ściśle zrównoważone, tak że Kościół jest jednocześnie katolicki (powszechny) i ekskluzywny (wyłączny).

Nie ma tu miejsca na żadne wątpliwości. Jest tylko jedna odpowiedź na pytanie, czy inne, niekatolickie, społeczności chrześcijańskie zostały powołane, by zbawiać i otrzymały moc uświęcania. W tej sprawie Kościół nie zna żadnych kompromisów. Już z samego tego powodu, że powstanie innych społeczności chrześcijańskich oznaczało zerwanie pierwotnej jedności braci w miłości i wierze, ich istnienie nie jest zgodne z wolą Chrystusa. W żadnym sensie nie są one jego „ciałem”, uświęconym Duchem Świętym. Dlatego nie są też zwyczajnym organem Jego zbawczej prawdy i łaski. Nie ma w nich nic sakralnego, sakramentalnego. O tyle zatem, o ile działają ze swej własnej istoty, mogą tworzyć jedynie ludzkie, naturalne wartości. Czy będzie to wychowanie, jakiego udzielają, czy też wysoka kultura duchowa, zawsze pozostajemy w obrębie tego, co stworzone i naturalne. O tyle zatem, o ile są one kościołami, szczególnymi kościołami czy też antykościołami, nie zostało im powierzone to właśnie, co prowadzi ponad wszelkie stworzone granice i cele, „szafarstwo tajemnic Bożych” (l Kor 4, 1), służba temu, co nadprzyrodzone i święte. To prawda, Duch Boży wieje, kędy chce (por. J 3, 8). Tak więc, jak to zaraz pokażemy, będzie On nawiedzać i budzić święte życie w członkach owych kościołów, zarówno w przywódcach jak i zwykłych wiernych. Jednakże owa łaska zostanie im dana nie przez kościoły, lecz bez nich lub nawet wbrew nim. Duch Boży bowiem jest z istoty Duchem jedności i miłości, nigdy zaś sprzeczności i sprzeciwu, a taką postać otrzymał w heretyckich antykościołach. To właśnie tego, nieustannie działającego w oddzielonych kościołach ducha sprzeczności i sprzeciwu potępia Kościół. To na niego patrzy z takim bólem. I swego sądu nie cofnie aż do przyjścia Pana.

Jest czymś psychologicznie zrozumiałym, że wyznawcy niekatolickich społeczności boleśnie odczuwają ową dogmatyczną nietolerancyjność Kościoła. Nic dziwnego też, że próbują widzieć w niej tchnienie ducha surowości i braku miłości, ducha obcego nauce Jezusa, ba, wrogiego jej. Ale gdy mówi się o „tej straszliwej ekskluzywności i nietolerancji Kościoła”, to zapomina się, iż prawda zawsze musi być „straszliwie ekskluzywna i nietolerancyjna”. Gdy jednocześnie stwierdza się, iż „prosta droga prowadzi od wiary w Jezusa jako wyłącznego sprawcy zbawienia do wiary w ekskluzywność Kościoła”, to przyznaje się tym samym, że wiara w imię Chrystusa jako jedyne na niebie i na ziemi imię, przez które można zdobyć zbawienie, oznacza koniecznie wiarę, iż prawdziwe zbawienie może być znalezione tylko w jednym, założonym przez Niego, Kościele. Jeden Chrystus i jedno ciało Chrytusa należą do siebie nierozerwalnie. Ten, kto zaprzecza, że istnieje jeden prawdziwy Kościół, bardzo łatwo zostanie doprowadzony do tego, by pod wpływem nieubłaganej logiki pobłądzić co do Chrystusa. Faktycznie, historia buntu przeciw Kościołowi jest zarazem historią postępującego rozkładu pierwotnej wiary w Chrystusa.

Oto niewzruszona, nieubłagana i spójna w sobie prawda: istnieje tylko jeden Chrystus i istnieje tylko jeden dający zbawienie Kościół Chrystusa. Czy jednak tym samym, można zapytać, nie skazuje się wszystkich inaczej wierzących na piekło?

Jeśli chcemy poprawnie interpretować ów dogmat, iż poza Kościołem nie ma zbawienia, jeśli chcemy rozumieć go tak jak chce tego sam Kościół, musimy rozważyć jego dzieje, a także umieścić go w kontekście pozostałych prawd wiary. Żadnego dogmatu katolickiego nie można pojmować w izolacji od pozostałych. Każdy ma swoje miejsce i swój sens w jednolitej całości. Poszczególny dogmat uzyskuje swe ostateczne znaczenie wychodząc od tej całości wiary.

Na początku trzeba stwierdzić, że owa deklaracja – poza Kościołem nie ma zbawienia – nie jest skierowana przeciw poszczególnym niekatolikom, przeciw jakiejkolwiek osobie jako osobie, lecz przeciw niekatolickim kościołom i wspólnotom, o tyle o ile są społecznościami niekatolickimi. Jej celem jest pozytywne sformułowanie prawdy, iż istnieje tylko jedno ciało Chrystusa i dlatego może być tylko jeden Kościół, który jest szafarzem łaski Chrystusa w jej pełni. W formie negatywnej zdanie to mówi: każdy osobny kościół, ustanowiony przeciw pierwotnemu Kościołowi Chrystusa, znajduje się poza wspólnotą łaski Chrystusa. Nie może on być pośrednikiem zbawienia. Nie może on, o tyle, o ile jest osobnym kościołem, przeciwkościołem, z natury przynosić owoców dla życia nadprzyrodzonego. Tak więc doktryna katolicka stwierdza, iż w pierwszym rzędzie duchowo niepłodne są niekatolickie wspólnoty jako takie, a nie poszczególni niekatolicy. Przez to, co wyznacza ich szczególny charakter, co różni je w wierze i kulcie od Kościoła katolickiego, inne społeczności chrześcijańskie nie są w stanie rozbudzać nadprzyrodzonego życia. W stopniu zatem w jakim te społeczności są niekatolickie lub antykatolickie, w stopniu w jakim zachowują swój specjalny charakter, nie przysługuje im czcigodny tytuł, by być płodną „Matką” wierzących.

Tym samym podaliśmy drugie dogmatyczne uściślenie twierdzenia o Kościele jako jedynym szafarzu łaski w obrębie doktryny katolickiej. Gdyż to, co cechuje wspólnoty niekatolickie, to nie tylko ich niekatolickość lub antykatolickość. Gdy ustanawiały się one przeciw oryginalnemu Kościołowi Chrystusa, przejmowały i podtrzymywały znaczną część dziedzictwa katolickiego, także zatem niektóre środki łaski, przede wszystkim sakrament chrztu. Są one zatem, jeśli widzimy je w ich całości, nie tylko zwykłą antytezą i negacją, lecz także, w znacznej mierze, afirmacją starożytnego dziedzictwa prawdy i łaski, które dotarło do nas od Chrystusa i apostołów. Kościoły te są zbudowane nie tylko z ich własnych materiałów niekatolickich, ale także przejęły niektóre materiały z katolickiego źródła, niektóre dobra zbawcze. O tyle zatem, o ile w swej wierze i kulcie są prawdziwie katolickie, może, będzie i musi się zdarzać, iż nawet poza widzialnym Kościołem znajdziemy prawdziwe nadprzyrodzone życie, wzrastanie i współżycie z Chrystusem. Tak spełnia się obietnica Jezusa: „Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni” (J 10, 16). Wszędzie tam, gdzie wiernie głosi się Ewangelię Jezusa i gdzie z wiarą w Jego Święte Imię udziela się chrztu, może działać jego łaska. Gdy uczniowie chcieli się sprzeciwić, aby człowiek, który nie przyłączył się do Jezusa, wyrzucał w Jego imię diabły, Pan powiedział: „Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami” (Mk 9, 39). Kościół działał w zgodzie z tymi słowami Pana, gdy w trudnej walce ze św. Cyprianem i tradycją afrykańską, a następnie w długotrwałym sporze z donatystami, bronił ważności chrztu danego w imię Jezusa przez heretyków. I to Rzym właśnie, ten sam Rzym tak zaciekle zwalczany z powodu swej nietolerancji, to rzymski papież Stefan był tym, który, mimo niebezpieczeństwa schizmy w Afryce, nie pozwolił unieważniać heretyckiego chrztu. Kościół zachowuje tę samą zasadę tolerancji i uważa, iż ważne jest udzielanie sakramentów, o ile ich natura wymaga tylko władzy święceń, a nie również władzy jurysdykcyjnej. W tych niekatolickich wspólnotach, w których zachowana została sukcesja apostolska przez ważne wyświęcanie biskupów, tak jak to ma miejsce w schizmatyckich kościołach Wschodu, w kościołach jansenistycznych i starokatolickich, Kościół nadal uznaje ważność wszystkich tych sakramentów, które ze swej natury nie wymagają kościelnej władzy jurysdykcyjnej, a jedynie ważnych święceń. We wszystkich tych kościołach, zgodnie z nauką katolicką, w świętej Eucharystii przyjmowane są prawdziwe ciało i prawdziwa krew Chrystusa, nie dlatego, że są to kościoły schizmatyckie, czyli nie z powodu ich szczególnego charakteru, lecz ponieważ wbrew niemu zachowują one wciąż część oryginalnego katolickiego dziedzictwa. To, co w nich katolickie, ma wciąż moc, by uświęcać i zbawiać.

Przy tym – przechodzimy tu do trzeciego punktu doktryny o Kościele jako jedynym szafarzu łaski – nie jest tak, jakoby owe udzielane poza Kościołem sakramenty były tylko obiektywnie ważne, lecz nie posiadały subiektywnej skuteczności. Wydaje się, że tak rozumiał pozakościelną skuteczność sakramentów jeszcze św, Augustyn. Przypuszczał on, że dana obiektywnie w pozakościelnych sakramentach łaska zbawcza nie może spowodować subiektywnego skutku w schizmatykach i heretykach, gdyż wszyscy oni mają złą wiarę (mala fide), a jeszcze głębiej, gdyż świadomie i uparcie przeciwstawiają się oni duchowi jedności, a tym samym Duchowi Świętemu. Odwołując się do Augustyna ten sam błędny pogląd głosili w XVII wieku janseniści. Sformułowali go w ten sposób: „Poza Kościołem nie ma łaski” (extra ecclesiam nulla conceditur gratia). Lecz ponownie to Rzym, a dokładnie papież Klemens XI w roku 1713, wyraźnie odrzucił to twierdzenie.

Twierdzenie, jakoby Kościół katolicki w późniejszych wiekach rozwinął idee św. Cypriana i św. Augustyna, jakoby „nieustannie zaostrzał zasadę ekskluzywizmu i zawężał katolickość”, pozostaje w sprzeczności z prostymi faktami historycznymi. Prawda jest inna. To późniejszy Kościół skorygował oryginalny rygoryzm dawnych teologów afrykańskich, to późniejszy Kościół uznał, że łaska Boga – działa także poza wspólnotą katolicką. Pozakościelne sakramenty mogą zbawiać i uświęcać także subiektywnie. Tak, że zgodnie z katolickim rozumieniem jest możliwe, iż również w tych niekatolickich wspólnotach, które wierzą w Jezusa i chrzczą w Jego imię, rozkwita czyste, pobożne i chrześcijańskie życie. My, katolicy, patrzymy na to chrześcijańskie życie, gdziekolwiek się ono pojawia, ze szczerym respektem i wdzięczną miłością. Z szacunkiem spoglądamy na protestanckie diakonisy i na takie postacie jak Wichern i Bodelschwingh. Podziwiamy tak pełne miłości działania „misji domowych”.

Pieśni Paula Gerharda, Pasja według św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha czy oratoria Haendla są w naszych uszach niczym „słodkie melodie starego rodzinnego domu” (Knopfler). I nie tylko po prostu życie chrześcijańskie, lecz pełne i wzniosłe życie chrześcijańskie, życie według „pełnego wieku Chrystusa”, święte życie, jest możliwe – tak wierzymy, my, katolicy – nawet w tych określonych jako niekatolickie wspólnotach. To prawda, że nie może się ono rozwinąć tak bujnie, jak to ma miejsce w Kościele, gdzie jest pełnia Jezusa i Jego ciało. To święte życie nigdy nie może mieć też antykatolickiego charakteru. Ale to jest prawdziwe, święte życie. Bowiem tam, gdzie działa łaska, mogą dojrzewać jej szlachetne owoce. Takie święte postacie pojawiły się i nadal pojawiają, szczególnie w Kościele rosyjskim, który też w największym stopniu zachował starożytne dziedzictwo kościelne. Przypatrzmy się tylko świętym postaciom Dmitrija, Innocentego, Tichona czy Teodozjusza. Lecz również we wspólnotach protestanckich jest z katolickiego punktu widzenia możliwe, że są tam święci czy męczennicy.

Więcej jeszcze. Zgodnie z nauką katolicką łaska Chrystusa działa nie tylko w obrębie wspólnot chrześcijańskich, lecz także w świecie pozachrześcijańskim, tak wśród Żydów, jak też Japończyków czy Turków. Każdy katechizm katolicki, gdy omawiając konieczne warunki zbawienia wyjaśni zwyczajną formę chrztu, wskazuje na nadzwyczajną formę, nazywaną chrztem pragnienia. Na czym on polega? Chodzi tu o to, że doskonała miłość, wzbudzona i wspierana przez zbawczą łaskę Jezusa, ma moc uświęcenia także duszy niechrześcijanina. Wierzymy, że jest możliwe, iż owa dusza tak stanowczo afirmuje wolę Boga, iż przyjęłaby od razu chrzest, gdyby albo wiedziała o tym sakramencie, albo mogła go przyjąć. Tak jak Bóg na wszystkich zsyła deszcz i wszystkim pozwala cieszyć się światłem słońca, tak też posyła On swą zwycięską łaskę w serca tych wszystkich, którzy gotowi są do jej przyjęcia, a więc czynią co do nich należy, co dyktuje im sumienie. Odkąd Chrystus pojawił się na ziemi i założył swe Królestwo Boże, nie ma już czysto naturalnej moralności, niezależnie od tego jak bardzo byłaby ona w sobie możliwa. Wszędzie tam, gdzie żyje sumienie, gdzie człowiek otwiera się na Boga i Jego świętą wolę, tam też od razu działa łaska Chrystusa i wprowadza w duszę zarodek nowego, nadprzyrodzonego życia. Sam Heiler cytuje – nie zauważając zresztą, że jawnie przeczy to jego sądowi, jakoby rygoryzm Kościoła wzrastał przez wieki – słowa kardynała Juana de Lugo. Ów jezuita, uznany katolicki autorytet, streszcza w tym punkcie doktrynę katolicką: „Bóg udziela wystarczająco światła dla zbawienia każdej duszy, która osiągnie zdolność używania rozumu w tym życiu… Różne ludzkie szkoły filozoficzne i wspólnoty religijne posiadają i przekazują, zależnie od różnego stopnia błędu i zniekształcenia, fragmenty prawdy, jakieś promienie i elementy boskiej prawdy… a reguła jest taka: dusza, która w dobrej wierze szuka Boga, Jego prawdy i miłości, skupia swą uwagę pod wpływem łaski na tych elementach prawdy – niezależnie czy jest ich wiele, czy mało – które są jej ofiarowywane w świętych księgach, naukach mędrców, szkołach religijnych, zgromadzeniach kościoła, sekty lub szkoły filozoficznej, w której ona wyrosła. Żywi się ona tymi elementami, albo, lepiej powiedzieć: Boża łaska żywi i zbawia duszę działając przez te elementy.” To zatem autentyczna opinia de Lugo – i jest to opinia ogółu katolickich teologów – że wszystkie te elementy prawdy, wszystkie te „ziarna” prawdy, które zostały zasiane w najróżniejszych sektach, szkołach filozoficznych i kultach, mogą stanowić podstawę dla działania łaski Chrystusa, która budzi człowieka naturalnego i przemienia go w nowego, nadprzyrodzonego człowieka wiary i miłości. Z jednej strony zatem Kościół twardo i stanowczo podtrzymuje i wciąż na nowo potwierdza swe roszczenie, by być właściwym i jedynym ciałem Chrystusa, z drugiej zaś zachowuje wielkoduszny i otwarty pogląd odnośnie działania łaski Chrystusa. Ta łaska nie zna granic ani barier, jest równie nieskończona jak Boża miłość.

Rozważmy zatem roszczenie Kościoła katolickiego, który twierdzi że tylko w nim ludzie mogą być zbawieni, w owym jasnym i promiennym świetle jego wiary w to, iż łaska Boża nie zna granic lub barier dla swego działania. Teraz dopiero widać prawdziwy i głęboki sens tego roszczenia. Kościół rozumie je w ten sposób, że za sprawą wyraźnego ustanowienia przez Chrystusa, reprezentuje on w obrębie zbawczego planu Boga zwyczajny, właściwy instytut prawdy i łaski Jezusa na ziemi. Kościół katolicki jest miejscem, przez które wypływa na świat objawiona w Chrystusie moc zbawienia i to z oryginalną siłą, z niezmąconą czystością, z zupełną i wyczerpującą pełnią. Z oryginalną siłą – gdyż wspólnoty niekatolickie, chociaż posiadają takie prawdy i łaski jakie od Kościoła katolickiego wzięły, to Kościół otrzymuje je bez jakiegokolwiek zapośredniczenia, wprost od samego Jezusa. Nie jest on faktycznie niczym innym jak ciałem uczniów Chrystusa, rozciągniętym w czasie i przestrzeni. Z nieskażoną czystością – gdyż Kościół inaczej niż liczne sekty nie skaził dziedzictwa Chrytusa modernistycznymi nowinkami, lecz w nieprzerwanym ciągu biskupów zachował je tak nieskazitelnie czystym jak otrzymał je od samego Chrystusa. Z wyczerpującą pełnią – gdyż uznaje za swoje całe dziedzictwo Objawienia zawarte w Biblii i Tradycji, a nie wybiera z niego tylko tego lub innego klejnotu. Jest on zatem zwyczajnym instytutem zbawczym łaski i prawdy Jezusa. Nie wyklucza to, iż oprócz tego zwyczajnego instytutu zbawczego istnieją nadzwyczajne drogi zbawienia, że łaska Chrystusa nawiedza tego lub owego człowieka bezpośrednio, bez pośrednictwa Kościoła. Jednakże, skoro Ciało Chrystusa obejmuje wszystkich tych, którzy są zbawieni przez Chrystusa, również wszyscy bezpośrednio obdarzeni laską Jezusa należą do Kościoła. Nie należą oni wprawdzie do jego zewnętrznego, widzialnego ciała, ale z pewnością do jego duchowej, niewidzialnej duszy, do jego nadprzyrodzonej substancji. Bowiem łaska Chrystusa nigdy nie działa sama dla siebie w poszczególnych osobach. Działa ona zawsze w łączności z Jego ciałem, jak to wciąż na nowo podkreśla św. Augustyn. „Jeśli chcesz żyć w Duchu Chrystusa, musisz być w ciele Chrystusa… Gdyż tylko ciało Chrystusa może żyć przez Ducha Chrystusa” (In ev. Joann. XVI, 13; XXVII, 6). W tym sensie jest prawdą, także odnośnie odłączonych od zewnętrznego organizmu Kościoła, że nie zostają oni zbawieni ani bez Kościoła Chrystusa, ani przeciw niemu, ale w nim.

Jak to jest jednak do pomyślenia, że istnieją prawdziwi chrześcijanie, należący do duszy Kościoła, pozostający mimo to w odłączeniu od jego widzialnego ciała? Jak to może być, że ktoś należy do Ciała Chrystusa i nie należy do ciała Kościoła? Odpowiadając pokrótce na to pytanie, przejdziemy od teologicznego wyjaśnienia naszego dogmatu do wyjaśnienia psychologicznego. Z czysto teologicznego punktu widzenia, w świetle doktryny o ścisłej i koniecznej więzi łączącej Chrystusa i Kościół, jedynym możliwym wnioskiem odnośnie wszelkich heretyków i schizmatyków, żydów i pogan, jest wyrok potępienia, który wydał na nich Sobór we Florencji.

O tyle, o ile pozostają oni i chcą pozostawać poza jednym Kościołem Chrystusa, znajdują się oni, zgodnie ze ścisłym sensem dogmatu, poza sferą łaski Chrystusa, a zatem poza zbawieniem. W świetle tego czysto dogmatycznego punktu widzenia należy rozumieć też ostre anatemy Kościoła rzucane na wszystkich heretyków i schizmatyków, także to potępienie, które znalazło się w zaciekle krytykowanej encyklice Piusa X na temat Karola Boromeusza. Kościół nie chce tu rozstrzygać pojedynczego przypadku, czy dany heretyk zaprzecza prawdzie w dobrej, czy w złej wierze. W jeszcze mniejszym stopniu chce on tu decydować o ostatecznym losie heretyka. Kościelne potępienie oznacza bezpośrednio tylko tyle, że dani heretycy reprezentują i głoszą idee antykościelne. Gdy mamy do czynienia z konfliktem idei, gdy prawda mierzy się z błędem, a objawienie zmaga z ludzką przebiegłością, nie ma miejsca na kompromis i pobłażanie. Gdyby Chrystus kierował się taką pobłażliwością, nie zostałby ukrzyżowany. Kiedy nazywał On faryzeuszy pobielanymi grobami i plemieniem żmijowym, a Heroda lisem, to nie kierował się jakąkolwiek nienawiścią wobec osób, ale straszliwą powagą prawdy. To właśnie owo gorące, bezkompromisowe uczucie odpowiedzialności za wieczną prawdę kazało mu używać tak mocnych słów przeciw błędowi i jego reprezentantom. I gdy nie walczymy w ten sposób o prawdę, tracimy wszelką moralną i duchową moc, stajemy się ludźmi bez właściwości, zaprzeczamy Bogu. Dogmatyczna nietolerancja jest zatem moralną powinnością, obowiązkiem wobec prawdy i prawdomówności.

W chwili jednak, gdy przestaje to być kwestia konfliktu między ideami, a zaczyna chodzić o żywych ludzi, o osądzenie tego lub innego niekatolika, wówczas teolog staje się psychologiem, dogmatyk duszpasterzem. Zwraca on uwagę na to, że żywy człowiek tylko w skrajnie rzadkich przypadkach jest żywym wyrazem jakiejś idei, że świat pojęć i mentalność jednostki są tak różnorodne i pogmatwane, że nie da się sprowadzić jej istoty do prostej, czystej formuły. Innymi słowy: kacerz, żyd, poganin, tak jak to ujmuje dogmat, rzadko istnieje w czystej postaci. W rzeczywistości spotykamy żywych ludzi. Ich zasadnicza postawa znajduje się pod wpływem, lub nawet dominacją, tej lub owej błędnej idei. Stąd Kościół wyraźnie rozróżnia „formalnych” i „materialnych” heretyków. Ci pierwsi odrzucają Kościół i jego doktrynę co do zasady i z pełnym rozmysłem; ci drudzy czynią to z braku wystarczającej wiedzy, pozostając pod wpływem fałszywych przesądów lub antykatolickiego wychowania. Augustyn zakazuje nam obwiniać kogoś o herezję tylko dlatego, że miał za rodziców heretyków, jeśli ten ktoś bez pyszałkowatego samozadufania, bez upartego zamknięcia się na każde lepsze poznanie, pokornie i wiernie szuka prawdy. Tam, gdzie Kościół ma przed sobą takich poszukujących ludzi, przypomina sobie o tym, że Chrystus wprawdzie w najostrzejszych słowach potępił faryzeizm, ale nie pojedynczego faryzeusza. To nasz Pan prowadził z Nikodemem rozmowę pełną głębokich, świadczących o miłości słów, to On pozwolił się zaprosić w gościnę do Szymona. Słowa Augustyna: „Kochajcie ludzi, zabijajcie błąd!” stanowią zasadę katolickiego duszpasterstwa.

To prawda, że w średniowieczu prześladowano i palono na stosach heretyków. Nie działo się tak jednak tylko w krajach katolickich. To przecież sam Kalwin kazał spalić lekarza Serveta. W Turyngii i elektoracie Saksonii, ale nie tylko tam, skazywano na śmierć anabaptystów. Jak podaje protestancki teolog Walter Kohler, także Luter od roku 1530 uważał, iż skazywanie na śmierć jest słuszną karą dla heretyków. Już sam ten fakt, że prześladowania heretyków spotykały się z aprobatą we wspólnotach niektolickich, a w niektórych miały nawet faktycznie miejsce, może dowieść, że nie są one czymś należącym do istoty katolicyzmu. Prześladowania nie są też skutkiem roszczenia Kościoła, by być jedynym szafarzem łaski zbawczej. Ich źródłem była raczej bizantyjsko-średniowieczna idea państwa, zgodnie z którą wszelki atak na jedność wiary postrzegany był jako publiczne przestępstwo przeciw jedności i istnieniu królestwa. To przestępstwo, uważano, trzeba było ukarać stosownie do surowych reguł ówczesnego prawa.

Oprócz tej przyczyny politycznej był inny powód, a mianowicie mentalność epoki. Człowiek średniowieczny był człowiekiem czystej, niezachwianej religijności. Nie widział on jeszcze tej nieszczęsnej szczeliny oddzielającej religię od moralności. Tak więc każde odstępstwo od wiary katolickiej wydawało mu się moralną zbrodnią, jakby morderstwem duszy i Boga, przestępstwem straszniejszym niż postępek ojcobójcy. Kierował się on raczej logiką niż psychologią. Poznanie prawdy dawało mu radość, jednak brakowało mu właściwego zrozumienia życiowych, psychologicznych warunków, dzięki którym owo poznawanie mogło nastąpić. Poruszał się on w świecie dialektycznych antytez Tak i Nie, Albo-Albo, nie zwracając wystarczającej uwagi na fakt, iż żywego człowieka, życia nie daje się ująć w ścisłych antytezach Tak i Nie, prawdy i błędu, wiary i niewiary, cnoty i występku, lecz że życie rozwija się w nieskończonej skali przejść i pośrednich stopni, i że mając do czynienia z żywym człowiekiem nie możemy jedynie uwzględniać siły logiki prawdy, lecz także szczególny charakter danego człowieka, jego psychiczny ustrój, to jak przyjmuje on prawdę. Nieumiejętność dostrzegania owego bogactwa indywidualnych charakterów i uzdolnień sprawiła, że wszędzie tam, gdzie zaprzeczano prawdzie, było się skłonnym aż nazbyt łatwo przyjmować „złą wolę” (mala fides) i stosować kary, także wtedy, gdy poznaniu prawdy stały na drodze faktycznie nieprzezwyciężone psychologiczne przeszkody (ignorantia invincibilis). Ta głównie logiczna postawa umysłowa jest charakterystyczną cechą wieków średnich. W epoce tej nie miano zrozumienia dla życia jako czegoś, co płynie, czegoś, co ma swe własne prawa, ani dla historii w nas lub poza nami. I ta postawa nie mogła zostać przezwyciężona i skorygowana, nim sam duch czasów nie uległ zmianie, nim w biegu wieków i wskutek długiego rozwoju, ludzie nie zyskali nowej postawy myślowej. Tak więc prześladowania heretyków nie wypływały z natury katolicyzmu, lecz politycznego i umysłowego podejścia wieków średnich.

Wraz zatem z końcem średniowiecza stopniowo zaczęły ustawać prześladowania kacerzy. Nowy kodeks prawa kanonicznego zakazuje wyraźnie wszelkiego stosowania przemocy w rzeczach wiary. Przeminęła wielka idea jednego cesarza i jednego imperium. Dzięki studiom historycznym i psychologicznym teologowie zyskali szersze zrozumienie i z coraz większą ostrożnością zaczęli posługiwać się pojęciem „złej woli” w stosunku do heretyków. Ich wzrok stał się ostrzejszy, ich spojrzenie mogło dostrzec tysiące możliwości nieprzezwyciężonego, zatem usprawiedliwionego, błędu (error invincibilis). „Trzeba przyjąć jako prawdziwe – oświadczył papież Pius IX w alokucji z 9 grudnia 1854 roku – że ten, kto nie zna prawdziwej religii, jest niewinny w oczach Boga, o ile jego niewiedza jest nieprzezwyciężona. Któż jednak mógłby rościć sobie prawo, by bliżej określić granice takiej niewiedzy, przy nieskończonych różnicach i różnorodności ludów, krajów i umysłów, uwzględniając tak wiele innych okoliczności? Kiedy uwolnimy się od ograniczeń ciała i zobaczymy Boga jakim jest, wtedy ujrzymy jak ściśle i pięknie złączone są razem Boskie miłosierdzie i sprawiedliwość”. Roszczenie Kościoła, by być jedynym szafarzem łaski, bynajmniej nie wyklucza pełnego miłości i czucia uznania subiektywnych warunków i okoliczności, za sprawą których powstała herezja. Rzucona przez Kościół klątwa na herezję nie jest zawsze od razu potępieniem heretyka. Tę wielkoduszność katolicyzmu dobrze pokazuje pewien fakt. Oto co powiedział na temat przyczyn wybuchu reformacji wielce zasłużony w dziele odnowy religijnej Wiednia redemporysta Clemens Maria Hofbauer podczas szczerej rozmowy z luterańskim wydawcą Friedrichem Perthesem: „Odstępstwo od Kościoła zostało spowodowane tym, że Niemcy pragnęli i pragną nadal być pobożnymi ludźmi”. Hofbauer był przekonanym katolikiem, który potępiał każdą herezję, widząc w niej moralną i religijną zbrodnię, gwałt dokonywany na jedności Ciała Chrystusa. Był on w pełni świadomy tego, że reformacja miała nie tylko religijne przyczyny. Ta wiedza nie powstrzymała go jednak przed docenieniem powagi sił religijnych, które w dużej mierze przyczyniły się do reformacji. To, iż ten sam Clemens Maria Hofbauer został przez Kościół ogłoszony świętym, może dowodzić, że jego poglądy nie spotkały się z dezaprobatą. Raczej Kościół dostrzegł w nich potwierdzenie swej stałej wiary w możliwość nieprzezwyciężonego błędu i dobrej wiary u heretyka.

Jeśli tego nie zrozumiemy, nigdy też nie pojmiemy w pełni sensu nauki, iż poza Kościołem nie zbawienia. To prawda, że jest tylko jeden Kościół Chrystusa. Tylko on jest Ciałem Chrystusa i bez niego nie ma zbawienia. Obiektywnie i realnie jest on zwyczajną drogą zbawienia, jedynym i wyłącznym kanałem, przez który w nasz świat przestrzenno-czasowy wpływa prawda i łaska Chrystusa. Lecz również ci, którzy nie znają Kościoła, otrzymują od niego dary; ba, także ci, którzy go źle osądzają i walczą przeciw niemu, jeśli tylko czynią to w dobrej wierze, jeśli wolni od samozadufania i pychy pokornie i wiernie szukają prawdy. Jeśli nawet nie sam Kościół katolicki wręcza im chleb prawdy i łaski, to jednak chleb, który jedzą, wciąż jest chlebem katolickim. I, jedząc go, są oni, nie wiedząc o tym ani nie chcąc tego, włączeni do nadprzyrodzonej substancji Kościoła. Należą do jego duszy, nawet jeśli na zewnątrz pozostają od niego odłączeni.

Tak więc niekatolik, jeśli tylko ma dobrą wolę, pozostaje zatem już teraz w jedności z Kościołem. On tego tylko nie widzi. Lecz owa jedność już istnieje, niewidzialna, tajemnicza. I im bardziej wzrasta on w wierze i miłości, tym wyraźniej będzie ją też rzeczywiście dostrzegał. Wielu już ją zobaczyło i wielu jeszcze ją zobaczy. Szczególna możliwość takiego ponownego zjednoczenia z Kościołem katolickim otwiera się dla tych protestantów, którzy zachowali wiarę w Chrystusa i prawdziwie wierzą w Boga Wcielonego. I dlatego, ponieważ wierzymy, że bardzo wielu niekatolików jest już tak, niewidzialnie, zjednoczonych z Kościołem, nie porzucamy nadziei, że owa duchowa jedność pewnego dnia w całym pięknie stanie się widzialna, że – im bardziej świadomie i z im większym zaangażowaniem będziemy wszyscy kształtowali w sobie ducha Chrystusa, Ducha prawdy i miłości – tym pewniej nadejdzie owa godzina łaski, w której zasłony opadną z naszych oczu, w której pozbędziemy się wszelkich przesądów, nieporozumień i rozgoryczenia, w której ponownie pozdrowimy się braterskim uściskiem ręki jak w dawnych czasach: jeden Bóg, jeden Chrystus, jeden pasterz, jedna owczarnia.

Karl Adam

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>